PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 4 lipca 2016

Kiedy Macierewicz kłamie i Koniec lustracji



Kiedy Macierewicz kłamie

Od polityków nie wymagajmy prawdy. Z KONRADEM RĘKASEM, mimowol­nym bohaterem ataku „GW” na ministra Antoniego Macierewicza, rozma­wia Rafał Pazio.

W jednym z Pańskich ostatnich wpi­sów na portalu społecznościowym po­jawiło się tłumaczenie strofy z wiersza Roberta Frosta o ciemnym lesie, dłu­giej drodze i potrzebie dotrzymywania obietnic. Czy to w nawiązaniu do arty­kułu w „Gazecie Wyborczej” o rzeko­mych związkach szefa MON Antoniego Macierewicza z byłym tajnym współ­pracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL Robertem Luśnią, w którym został Pan wymieniony? A może cytuje Pan wiersz w związku z „Brexitem”?
- To wiersz o podróży. Kto pamięta sensacyj­ne kino amerykańskie z lat siedemdziesiątych XX wieku, powinien kojarzyć, w jakim filmie ten wiersz się pojawia i do czego nawiązuje. Żart może to niezbyt wyszukany, ale niestety mam taką skłonność jak bohater filmu „Ży­cie jak sen”. Myślę serialami, myślę scenami z książek i filmów. Przywołana scena, w której pojawił się cytowany tekst, skojarzyła mi się z sytuacją w Polsce. Chociaż rzeczywiście je­stem w drodze i muszę kilka spraw w Polsce załatwić. Mam nadzieję, że również te, które przybliżą wyjaśnienie tych nieszczęsnych pu­blikacji w „Gazecie Wyborczej”.

Rozmawiamy w dniu, w którym już wiadomo, jaką decyzję podjęli Brytyj­czycy w referendum. Jak Pan zareago­wał na wiadomość o „Brexicie”?
- Wstrzymajmy jeszcze oklaski. Można zakładać, że eurobiurokraci i establishment brytyjski coś wymyślą, żeby utrudnić „Brexit”. Premier Cameron zapowiedział dymisję, ale nie od razu, tylko w ciągu trzech miesięcy. To pokazuje, że ciężko jest im się pogodzić z wynikiem. Fakt, że przewaga zwolenników „Brexitu” jest dużo mniejsza niż jeszcze ty­dzień temu, pokazuje, jaki skutek przyniosło wyeksploatowanie medialne śmierci Jo Cox. Gdyby nie bardzo nachalna propaganda wo­kół tej śmierci, zwolennicy „Brexitu” wygrali­by ze znaczną przewagą. Byłem na Wyspach Brytyjskich, obserwowałem kampanię z bli­ska. Przewaga zwolenników wyjścia z Unii była zdecydowana. Dopiero ostatni tydzień po śmierci Cox przewagę zmniejszył. Wynik jest dla Polski optymistyczny. Osłabia Unię, nie wzmacnia Niemiec, wbrew różnym opi­niom. Cała Unia jest narzędziem polityki nie­mieckiej, więc osłabienie Unii, tak czy siak, Polsce pomaga i jest dobrym rokowaniem na przyszłość.
Jest też w jakimś sensie wyrokiem podpisa­nym pod losem Zjednoczonego Królestwa.
Minimalna przewaga zwolenników „Brexitu” na całych Wyspach przy dużej przewadze zwo­lenników pozostania w Unii w Szkocji zapowia­da, że w ciągu kilkunastu miesięcy możemy spodziewać się odłączenia Szkocji od Zjed­noczonego Królestwa, czyli rozpadu Wielkiej Brytanii. To z kolei jest korzystne, gdyż osłabia Londyn jako pewien element polityki amery­kańskiej, prowojennej i agresywnej, która też Polsce zagraża. Wyniki są korzystne dla Pol­ski. Ja akurat obudziłem się dzisiaj z dużym zadowoleniem. Chociaż przez ostatnie dni obawiałem się, że po tym nieszczęsnym tak zwanym zamachu na Cox może być gorzej. Spora część Polaków głosowała bardzo od­powiedzialnie, czyli za wyjściem. Dobrze to świadczy o naszych rodakach na Wyspach.

Wróćmy jednak na nasze podwórko. Politycy obecnej opozycji z radością przyjęli wiadomość, że wspomniany wyżej artykuł w „Gazecie Wyborczej” uderza w mit Antoniego Macierewicza. Jak Pan podchodzi do tej kwestii?
- Przy całej mojej niechęci do III RP, jako okupacyjnej formy zarządzania państwem polskim, jestem państwowcem. Jakiekolwiek formy strzelania, nawet prasowego, do mini­strów mnie nie cieszą - czy to byłby minister tego, czy poprzedniego rządu. Nie klaszczę, wyznając zasadę, że im gorzej, tym lepiej. Jest szczyt NATO i jakie państwo by nie było, jest to państwo polskie. Źle, kiedy wychodzimy na cyrkowców i kosmitów, a tak się wspólnymi si­łami rządu i opozycji ciągle dzieje. Faktem też jest i nie mam najmniejszych wątpliwości, że publikacja „Gazety Wyborczej” i fakt, kto się wypowiada w tym tekście, pokazuje wyraźnie, że mamy do czynienia z zagrywką polityczną li­czoną na osłabienie Antoniego Macierewicza. Zapewne jest to też jakaś forma rozgrywki we­wnątrz PiS. Jeżeli na to spojrzymy także w kon­tekście poprzednich wydarzeń, zatrzymania Mateusza Piskorskiego, całej tej akcji ABW przeciwko konsekwentnej opozycji w zakresie polityki zagranicznej, widzimy, że ABW bry­luje i minister Kamiński znajduje się w ścisłej czołówce czekistowskiej. Zaskakujące jest milczenie Służby Kontrwywiadu Wojskowe­go i ministra Antoniego Macierewicza, który zawsze był pierwszy, jeśli chodzi o tropienie agentów. Od kilku miesięcy siedzi cicho, a w ostatnich wydarzeniach w ogóle nie bie­rze udziału. Można się spodziewać, że jest to jakaś wyższa forma wojny rewolucyjnej, czyli wojna wewnętrzna. Trzeba teraz obserwować, kto będzie chciał na tym dodatkowo zyskać.
Było też faktem, że to strojenie się w szaty całkowitej bezkompromisowości, jakie Antoni Macierewicz stosował od lat jako pomysł na siebie, może się na nim zemścić. Pozostawało tylko kwestią czasu, kto i jakie niekonsekwen­cje wyciągnie. Pozostawało tylko pytanie, jak mocny i dotkliwy będzie ten cios. Ministerstwo Obrony kłamie w swoich wyjaśnieniach doty­czących relacji ministra Macierewicza ze mną czy kwestii formalno-organizacyjnych dotyczą­cych fundacji i spółek. Ale to tylko pokazuje, jak słabo są przygotowani. Cios nie jest zbyt mocny, a tekst nie ujawnia jakiś szczególnych faktów, ale MON nie jest w stanie nawet w ta­kiej sytuacji zareagować w sposób sprawny, zorganizowany i zgodny z prawdą.
Przecież umówmy się, że mamy do czynie­nia z politykami demokratycznymi. Od polity­ków demokratycznych nie wymagamy, żeby mówili prawdę. Wymagamy od nich, żeby się nie dali złapać na kłamstwie. Minister Maciere­wicz w banalnych sprawach daje się złapać na kłamstwie. Osobiście takiemu ministrowi nie ufam. Jeśli siądzie do negocjacji z partnerami rosyjskimi, niemieckimi, amerykańskimi czy brytyjskimi i będzie tak nieudolnie kłamał, na­razi na szwank bezpieczeństwo całego kraju.

W różnych wypowiedział po artyku­le stawia się Pana w sąsiedztwie z SB i GRU. Tak zasugerował poseł PO An­drzej Halicki, który na temat Antoniego Macierewicza mówił w Radiu Zet: „On nie może być ministrem obrony naro­dowej. On jest opleciony osobami nie tylko z SB, ale tam w tle jest również GRU i pan Rękas”.
- W tej sprawie poziom absurdu sięga ze­nitu. „Gazeta Wyborcza” czyni komuś zarzut z rzekomych powiązań esbeckich i agenturalnych. Faktem jest, że przez lata jednym z najbliższych współpracowników czy wręcz przyjaciół Antoniego Macierewicza była oso­ba, która została oskarżona, a następnie pra­womocnie skazana za kłamstwo lustracyjne. Rzeczywiście jest to wysoki poziom absur­dalności, nawet jak na standardy III RP. Moja chata z kraja. Ja mogę wypowiadać się co do faktów. Znam Antoniego Macierewicza, znam Roberta Luśnię. Gdyby faktycznie należało odsuwać tych przedstawicieli sceny politycz­nej, których znam, zrobiłoby się trochę pusto. Odkąd w wieku lat 14 w 1989 roku ganiałem z wiaderkiem kleju i plakatami wówczas nieza­leżnych kandydatów do Sejmu kontraktowe­go, zdążyłem wiele osób na polskiej scenie politycznej poznać.

Ale czemu włączono Pana w całą tę sytuację?
- Artykuł w „Gazecie Wyborczej” jest bardzo niechlujny. Nie wdaję się w dysku­sję polityczną, ale jestem dziennikarzem z kilkunastoletnim stażem. Mnie by naczelny wyrzucił, gdybym z takim tekstem do niego przyszedł. Artykuł przypomina słynne „przy­chodzi Rywin do Michnika”. Jest długi, na­wiązuje do jakiegoś śledztwa, zawiera mnó­stwo ze sobą zestawionych danych, ale nie wiadomo, czego mają dowodzić i o co cho­dzi. Niechlujstwem jest to, że na końcu autor pisze, iż tylko przedstawia fakty, niczego nie sugeruje. Niczego nie sugeruje, bo nie umie. Wystarczyłoby sięgnąć do gazet lubelskich z początku tego wieku i zobaczyć, co nawet sama „Gazeta” w Lublinie pisała o aferze Herbapolu. Była to dosyć prosta historia. Za rządów AW„S” ówcześnie prominentni działacze Solidarności i AW„S” wyprowadzili z państwowej spółki dwadzieścia kilka milio­nów złotych i przenieśli je na konta spółek za­leżnych od Herbapolu Lublin. Czynił to m.in. wymieniany w tekście jako informator „Wy­borczej” Józef Godlewski, a sprzeciwiał się temu udziałowiec spółki, wiceprezes Robert Luśnia. „Wyborcza” opisywała to lat temu 16, wyraźnie wskazując, kto ukradł, kogo okradli, kto oszukał, a kto został oszukany. Oszukani zostali akcjonariusze pracowniczy, czyli zało­ga Herbapolu. I dzisiaj odwracanie tej historii, opisywanie w sensacyjnym tonie, czynienie ze sprawców ofiar i odwrotnie pokazuje, jak się w tym materiale rzeźbi.

Zamierzony efekt chyba nie został osiągnięty.
- Po zamknięciu Mateusza Piskorskiego mam wrażenie, że są siły, które są zaanga­żowane medialne czy polityczne, które robią wystawkę, i inne, które się sprawą zajmują i działają na zasadzie: strzelmy i zobaczmy, co spadnie.

Jakie siły?
- Może to być sprzeczka w kuchni między dwiema sprzątaczkami. Można zakładać, że minister Kamiński byłby pewnie zachwyco­ny, gdyby osłabł jego konkurent do schedy po Jarosławie Kaczyńskim. Niemniej jednak nawet ministra Kamińskiego nie posądzam o taką głupotę i nieudolność, żeby tak marną intrygę uszył przeciwko Macierewiczowi. Być może to seria niefortunnych zdarzeń. Coś musieli znaleźć. Sprawa Roberta Luśni jest dosyć stara i znana. Uznanie go za kłamcę lustracyjnego na podstawie mikrofilmów przy braku dowodów materialnych było kompro­mitacją Sądu Lustracyjnego, ale się zdarzyło. Sprawę wykorzystano przeciw Macierewi­czowi, ukazując, że bliski przyjaciel i współ­pracownik tak oto się ugotował. Gdyby Ro­bert Luśnia nie był przyjacielem Antoniego Macierewicza, tak ochoczo by go nie skazy­wano. Nie takich jak on uniewinniano w dużo bardziej dyskusyjnych sprawach.

W jednym z akapitów oświadczenia umieszczonego na stronie interneto­wej Ministerstwa Obrony Narodowej pojawia się informacja, że Antoni Ma­cierewicz spotkał Pana raz na koryta­rzu sejmowym. Pan odnosił się do tego stwierdzenia i pisał, że spotkań było kilka. Podejmowaliście też działania przy projektach politycznych. Ale nie była to jakaś bliska znajomość?
- Tak jak Antoniego Macierewicza, znam znaczną część obecnego Sejmu i posłów poprzednich kadencji i jako dziennikarz, i jako osoba czynna na scenie politycznej, zwłaszcza lokalnej, lubelskiej. W zasadzie większość sceny politycznej lat dziewięć­dziesiątych i dwutysięcznych poznałem - choćby dlatego, że studiując, organizo­wałem spotkania z politykami na lubelskich uczelniach. Trudno byłoby spotkać kogoś, kogo ja nie znam lub ewentualnie ten ktoś mnie nie zna. Skąd się Antoniemu Maciere­wiczowi wziął rok 2000 i spotkanie na kory­tarzu sejmowym - nie wiem. Kiedyś współ­pracowaliśmy w sposób ścisły i wyraźny. To był rok 2005 i kampania wyborcza Ruchu Patriotycznego. Można ustalić dokładną dzienną datę naszego spotkania w roku 2012 podczas kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości. Wtedy byłem dyrektorem jednego z biur parlamentarnych PiS. Nie są to rzeczy nieznane.

W oświadczeniu MON czytamy o jednym spotkaniu...
- Nie zakładam, że minister Macierewicz pisał to sam. Robił to któryś z gigantów my­śli, których tam zatrudnia. Wysmażyli to na podstawie tajemniczych spojrzeń i znaczą­cych chrząknięć ministra. Efekt jest taki, że oświadczenie nie trzyma się kupy. Jeśli cho­dzi o mnie, jest niezgodne z prawdą. Powtó­rzę: od polityka wymagamy nie tego, żeby nie kłamał, tylko żeby się nie dał na kłam­stwie złapać. W tym przypadku to dziecinny błąd. Co by było, gdyby doszło do konfron­tacji i sprawdzenia. Mam komórkę do mini­stra Macierewicza, można sprawdzić, czy były z niej połączenia i czy ze mną rozma­wiał. Gdyby oparło się to o jakąś komisję, okazałoby się, że minister kłamał w sprawie, która kłamstwa nie była warta. Minister Macierewicz to ciekawa postać. Każdy, kto ob­serwuje scenę polityczną, wie o tym. Jest do rozwikłania zagadka, czy on tak napraw­dę, czy udaje. Tego nikt nie wie. Nie wiemy, czy to, co komunikuje, jest szczere, czy za­grane. Ja też nie wiem.

Czy Antoni Macierewicz zmienił się przez lata? Czy jego obecna pozycja jest efektem długiej, konsekwentnej drogi do celu?
- Antoni Macierewicz wcześniej niż Jaro­sław Kaczyński wpadł na pomysł bycia Jaro­sławem Kaczyńskim. Zorientował się, że dro­ga dla pewnej formuły prawicowej w Polsce prowadzi przez opcję narodowo-katolicką. Nurty czy ruchy, które Antoni Macierewicz zakładał, nawiązywały do nazwy „katolicko-narodowy”. W jakimś tam sensie Antoni Ma­cierewicz patrzy na Jarosława Kaczyńskiego jako na osobę, która skutecznie zrealizowała jego własny pomysł polityczny. Zapewne go przeczekuje. Jest jednym z głównych kandy­datów do schedy po Jarosławie Kaczyńskim, kiedy prezesa doścignie wiek i osamotnienie. Czy sobie z tym poradzi? Takie wojny o sche­dę są krwawe, pewnie kamień na kamieniu po PiS-ie nie zostanie, kiedy prezesa Kaczyń­skiego zabraknie. Mam takie wrażenie, że Antoni Macierewicz pragnie powagą swojego urzędu, sukcesów na szczycie NATO, rozpo­cząć marsz po władzę. Pewnie taki jest jego cel. W tym sensie to, co się teraz dzieje, ma mu tę drogę utrudnić czy wydłużyć.

Jak Pan chce zakończyć tę dyskusję po artykule w „Gazecie Wyborczej”?
- Dowcip polega na tym, że „Wyborcza”, publikując ten tekst, nie zadała sobie nawet trudu, aby zapytać mnie o cokolwiek. To, co pisałem na Facebooku, nazywano komenta­rzami i korespondencją z mediami. Ale ja nic nie wysyłałem do mediów. Przeanalizuję na spokojnie, co tam się dzieje, zwłaszcza to, co opowiadał poseł Halicki. Bardzo bym chciał, żeby mi wyjaśnił, co oznacza zestawienie Rękas i GRU. Rozumiem, że będzie debata sejmowa. Minister zapowiedział, że będzie składał wyjaśnienia w Sejmie. Mam nadzie­ję, że do tego czasu nie pozwoli się już ła­pać na kłamstwie, bo byłoby to ze szkodą dla powagi urzędu. Szkoda by było. Będę nadal obserwował, co będzie pisane i mówione, bo żarty żartami, ale zwłaszcza w Polsce w ze­stawianiu nazwiska z takim skrótem jak GRU nic zabawnego nie ma. Za sugestie tego typu pozywałem do sądu poprzedniego szefa służb. I za podobne sugestie spotkałem się w sądzie z liderem Ruchu Narodowego, Artu­rem Zawiszą. Jeśli kolejni politycy będą rzu­cać chociaż cień sugestii dotyczących dzia­łalności agenturalnej, będziemy się spotykać w sądzie i zobaczymy, jak to Najjaśniejsza Rzeczpospolita i jej sądy będą traktować. Po­mówienie kogokolwiek o związki z agenturą jest naruszeniem dóbr osobistych.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Rafał Pazio



Koniec lustracji

PIS PO CICHU ZABLOKOWAŁO LUSTRACJĘ. PRZYWRÓCONO ZBIÓR ZASTRZEŻONY, W KTÓRYM CHOWA SIĘ SZCZEGÓL­NIE ZASŁUŻONYCH AGENTÓW

Pod koniec kwietnia parlament znowelizował ustawę o IPN, a pre­zydent tę nowelizację podpisał. Nie wzbudzała wielkich emocji. A niesłusznie. Artykuł 19 owej nowelizacji zakłada, że szefowie służb (ABW, MON, Straży Granicznej) wspólnie z prezesem Insty­tutu Pamięci Narodowej dokonają przeglądu dokumentów z obec­nego zbioru zastrzeżonego i niektórym z nich „może zostać nadana klauzula tajności”. Mamy więc absurdalny sąd kapturowy, który będzie arbitralnie uznawał, czego ludzie mogą się dowie­dzieć o znanych i wpływowych osobach, a czego nie.

Jan Piński

Absurdalność tej sytuacji wynika z faktu, że od lat wiadomo, iż kopie rejestrów polskiej agentury woj­skowej i cywilnej zostały wywiezione do Moskwy. Politycy i publicyści PiS, tak chętnie szermujący hasłami lustra­cyjnymi i wyzywający przeciwników politycznych od rosyjskiej agentury, nabrali przysłowiowej wody w usta. No bo czy prawdziwą rosyjską agenturą nie są ci, którzy pozwalają, aby Rosja­nie (i inne służby) mieli wciąż działają­ce materiały kompromitujące naszych polityków?

Kara za nielojalność
   Do tej pory wszystkie próby przepro­wadzenia w Polsce lustracji obarczone były grzechem ochrony części komuni­stycznej agentury. Przyjęto zasadę, że praca na rzecz służb III RP - Urzędu Ochrony Państwa i Wojskowych Służb Informacyjnych - pozwala kłamać w oświadczeniu lustracyjnym i bez­karnie zaprzeczać współpracy. Przy tworzeniu IPN w 1999 roku utworzono specjalny zbiór zastrzeżony, w którym pod pozorem ochrony bezpieczeństwa państwa ukrywano także teczki świad­czące o pracy agenturalnej znanych osób. Zbiór ów, z uwagi na swoją za­wartość, nazywany był złośliwie „zbio­rem autorytetów”. Jak bardzo dowolne było kwalifikowanie osób, które tam trafiały, pokazuje przykład ujawnionej ostatnio współpracy aktora Jerzego Zelnika. Z jakiego powodu epizod do­noszenia przez niego jako nastolatka uznano za sprawę bezpieczeństwa państwa i schowano do zbioru zastrze­żonego?
   Takich przypadków jest więcej. W zbiorze zastrzeżonym są znani dziennikarze, księża, politycy, artyści. Wszyscy ci, na których warto było mieć „haka”. Oto kilka przykładów: przynaj­mniej dwóch byłych ministrów spraw zagranicznych po 1989 roku, jeden z byłych prezydentów RP była sędzia Trybunału Konstytucyjnego, znana i szanowana socjolog, wysocy rangą duchowni Kościoła katolickiego pro­mowani przez „Gazetę Wyborczą”, zna­ny dziennikarz śledczy tego dziennika, powszechnie szanowany opozycjonista stawiany za wzór ludzkiej przyzwoito­ści, czołowy opozycyjny dziennikarz w PRL, dziennikarka radiowa i tele­wizyjna, która na szczyt popularności wspięła się już w III RP (pseudonim „Stokrotka”) - to osoby, których teczki ukryto w zbiorze zastrzeżonym Insty­tutu Pamięci Narodowej.
   I nie zawsze jest to tajna współpraca. Z ujawnionych ostatnio w intemecie, do niedawna tajnych materiałów dotyczą­cych I zastępcy redaktora naczelnego „Do Rzeczy”, Piotra Gabryela, wynika, że był on szkolony jako oficer politycz­ny pracował w propagandzie PZPR, a 30 lat temu wygrał konkurs „PZPR przewodnią siłą narodu”. Inny prawi­cowy publicysta, Stanisław Janecki („WSieci”), był zaś działaczem Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej.
   Kategoria bezpieczeństwa państwa okazywała się bardzo pojemna. Na zakończenie kadencji pierwszego pre­zesa IPN Leona Kieresa w 2005 roku zbiór zastrzeżony w IPN - zdaniem naszych informatorów - liczył 8 kilo­metrów akt archiwalnych. Za preze­sury Janusza Kurtyki (objął funkcję 29 grudnia 2005 r. i sprawował ją do swo­jej śmierci, tj. do 10 kwietnia 2010 r.) znacznie zmniejszono wielkość zbioru zastrzeżonego i dużą część akt włączo­no do zbioru ogólnego. Nadal jednak nie wprowadzono kryteriów, na pod­stawie których prezes IPN kwalifikuje akta do zbioru zastrzeżonego.
   Polska jest dziś jedynym państwem z naszego regionu, które nie dokonało faktycznej lustracji i nawet symbolicz­nego rozliczenia z epoką komunistycz­ną. Pierwsza próba dokonania w Polsce lustracji na podstawie uchwały Sejmu z 28 maja 1992 roku zakończona zo­stała wraz z obaleniem rządu Jana Ol­szewskiego, a definitywnie pogrzebana decyzją Trybunału Konstytucyjnego z 19 czerwca tegoż roku. Orzeczenie było o tyle kuriozalne, że TK nie mógł rozstrzygać o konstytucyjności uchwa­ły, która nie była przecież aktem norma­tywnym. Przyznali to sami sędziowie TK podczas obecnie trwającego sporu z rządem i większością parlamentarną PiS. Następną próbę przeprowadzenia lustracji podjął parlament zdominowa­ny przez SLD i PSL, a także Unię Wol­ności. Ustawa uchwalona przez Sejm 11 kwietnia 1997 roku wprowadzała instytucję Sądu Lustracyjnego i zamiast rozwiązać problem, tylko go kompliko­wała. Gdy jesienią 1997 roku wybory wygrała szafująca prawicowymi hasła­mi Akcja Wyborcza „Solidarność”, wia­domo było, że sprawa lustracji powróci. 18 grudnia 1998 roku Sejm uchwalił ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Ta ustawa, po­dobnie jak późniejsze, zawierała grzech pierworodny. Nie wszystkie osoby, które pracowały lub współpracowały z tajnymi służbami PRL w latach 1944- 1990, zostały poddane lustracji. Aby uniknąć ujawnienia, wystarczyło na­wiązać współpracę z tajnymi służbami III RP Jak łatwo zauważyć, do nowych służb przeprowadzono najcenniejszą i najbardziej wartością agenturę. W tym kontekście na lustrację przeprowadzo­ną według ustawy z 1997 roku można patrzeć jak na karę nałożoną na nielo­jalnych współpracowników służb, czyli takich, którzy przerwali współpracę, lub bezużytecznych - takich, z którymi ze­rwano kontakt.

Haki, haki, haki
   Niestety, podobnie jak wcześniejsze akty prawne, które miały dokonać roz­rachunku z czasami komunistycznymi, także ustawa o powołaniu IPN zawie­rała zapis blokujący dekonspirowanie najbardziej wpływowej agentury służb PRL. Na mocy artykułu 39 ustawy szef Urzędu Ochrony Państwa (dla służb cy­wilnych) i minister obrony narodowej (dla służb wojskowych) mogli zastrzec, że do przekazywanych przez nich do IPN dokumentów nikt poza wskazany­mi przez nich osobami nie będzie miał dostępu. W 2002 roku IPN zawarł na podstawi tego przepisu specjalne poro­zumienie z ABW, AW i WSI. Na mocy tych umów także obecnie tajne służby mają prawo w uzgodnieniu z prezesem IPN zastrzegać dokumenty istotne dla bezpieczeństwa państwa. Owo bezpie­czeństwo państwa nie zostało w żaden sposób zdefiniowane.
   Powstanie zbioru zastrzeżonego IPN było doskonale zaplanowanym wpro­wadzeniem kontroli tajnych służb nad działalnością IPN. Jak wynika z tego zapisu, bez zgody szefów służb pra­cownicy IPN nie mieli dostępu do doku­mentów. Szefowie tajnych służb mogli i mogą dowolnie zastrzegać przekazy­wane do IPN materiały. Jak nietrudno się domyślić, chodziło przede wszyst­kim o ochronę danych agentury, głów­nie osób publicznych.
   Istnienie zbioru zastrzeżonego miało również wpływ na wyniki procesów lustracyjnych. Gdy Rzecznik Intere­su Publicznego Bogusław Nizieński zwracał się do IPN o poszukiwanie akt w związku z procesem lustracyjnym, to otrzymywał informację tylko i wyłącz­nie ze zbioru ogólnego. Skutek był taki, że wiele osób publicznych przeszło po­zytywnie lustrację. Zbioru zastrzeżo­nego nie uwzględniono także w trakcie śledztw - tak kryminalnych, jak i histo­rycznych - prowadzonych przez IPN. W jednym z najważniejszych śledztw
prowadzonych przez IPN, dotyczących istnienia w MSW spisku, w wyniku którego zamordowano księdza Jerzego Popiełuszkę, prokuratorowi nie zezwo­lono na przeszukanie zbioru zastrze­żonego. Nie mógł on więc sprawdzić faktycznych związków z MSW osób występujących w śledztwie.
   Wszystkie te patologie PiS zachowało w obecnej nowelizacji ustawy. Arbitral­ność decyzji ujawnienia dokumentów wręcz poraża.
   W Polsce znakomita większość taj­nych współpracowników służb PRL zajmująca obecnie stanowiska w biz­nesie, mediach czy polityce pozosta­ła niezdemaskowana. Szacuje się, że w 1989 roku tylko ze Służbą Bezpie­czeństwa współpracowało około 90 tys. tajnych współpracowników. Podobną ^ liczbę współpracowników miały wojskowe służby PRL, które w znacznym stopniu zdążyły zniszczyć swoje archiwa. Dziś już wiadomo, że kopie niszczonych akt trafiały do ZSRS. Wiele wskazuje na to, że Rosjanie mają także 5 kopie kompletu akt SB. W nadzorującym SB MSW rezydentura KGB miała łączników dla każdego pionu - tylko dla wywiadu (departamentu I SB) było ich przynajmniej trzech. Gdy SB zaczę­ła niszczyć w 1989 roku swoje archiwa (przede wszystkim zaczynając od tych dotyczących najbardziej wpływowych osób), kopie trafiały do ZSRS. Oczy­wiste jest, że tajne rosyjskie służby używały i używają zawartości tych akt do działań werbunkowych w Polsce. Dziś aby dokonać pełnej lustracji, nie można dokonywać organizacyjnych manipulacji i wyłączać części zbiorów archiwalnych z poszukiwań. Prawda o „autorytetach” może być szokująca, ale powinna być Polakom znana. Bez tego przebywać będziemy w zakłama­nej rzeczywistości, w której „pilota” do znanych i wpływowych osób mają za­graniczne służby.
   Według obiegowej opinii, PiS, tworząc parasol ochronny dla pracowników
współpracowników komuny, kieruje się kilkoma celami. Po pierwsze - cho­dzi o ochronę własnych kadr i autoryte­tów, które na faktycznej lustracji mogą ucierpieć. Po drugie - chodzi o możli­wość wywierania nacisku na wpływo­we osoby. Wszak od dawna wiadomo, że groźba jest silniejsza niż jej wyko­nanie. Co ciekawe, likwidację zbioru zastrzeżonego, zatrzymaną przez PiS, rozpoczęła Platforma Obywatelska pod koniec swojej kadencji. Odchodzący szefowie służb zdjęli klauzule z ogrom­nej liczby dokumentów. Dziś IPN został praktycznie sparaliżowany (jest czynna tylko jedna czytelnia), a nasi informato­rzy mówią, jak w popłochu są ściągane i utajniane dokumenty już przekazane do jawnych zbiorów.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz