PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 23 września 2016

Patriota Roku,Polska - państwo prywatne,Kabaretyzacja,Czarne firanki i Paragraf 22



Patriota Roku

Dobry wieczór państwu! Serdecznie witam na gali „Patriota Roku!”. Przypomnę, że w po­szczególnych kategoriach wręczymy nagrodę Podniesionych Kolan oraz miejsce w radzie nadzorczej spółki skarbu państwa z dziesiątki największych. Zgod­nie z regulaminem konkursu zatwierdzonym przez Sejm dzisiaj o czwartej nad ranem laureaci, by zasiąść w wy­branej przez siebie radzie, muszą się wykazać dyplo­mem ukończenia szkoły podstawowej, a w przypadku udowodnionego prześladowania przez reżim Tuska wy­starczy fakultatywne uczestnictwo w zajęciach przed­szkolnych. Zwieńczeniem wieczoru będzie ogłoszenie zwycięzcy Grand Prix, który otrzyma nagrodę Kastet Ojczyzny wraz z obowiązującym do końca tej kadencji Sejmu immunitetem na wszelkie czyny patriotyczne.
   Zaczynamy od kategorii kultura. Podniesione Kolana wędrują do prezesa Polskiej Agencji Prasowej za próbę zlikwidowania konkursu im. Ryszarda Kapuścińskiego! Próbę jak na razie nieudaną z powodu wściekłego wrza­sku określonych kół. Kapituła doceniła próbę odcięcia polskiej młodzieży od złogów spuścizny tego średnio utalentowanego, a bardzo niebezpiecznego komunisty. Kapituła zaznacza heroizm wystawienia się na kryty­kę wiadomych ośrodków w pewnych państwach. Kraje te nie radzą sobie ze swymi problemami, a chcą pouczać Polskę, która miała demokrację kilkaset lat przed Ame­rykanami oraz chrześcijaństwo przed Chrystusem. Ka­pituła sugeruje też wycofanie z bibliotek, zwłaszcza szkolnych, utworów Miłosza Czesława, Konwickiego Tadeusza, Mrożka Sławomira, Gombrowicza Witolda czy Kołakowskiego Leszka na początek.
   Kolejna kategoria: media. Tu, jak wszyscy wiemy, do samego końca trwała szlachetna rywalizacja między re­dakcją „Wiadomości” TVP i tymi sympatykami Legii Warszawa, którzy wywiesili na stadionie patriotyczny transparent postulujący wieszanie dziennikarzy wspie­rających tak zwaną opozycję. Emocje wprost nie do znie­sienia! Cóż mamy w kopercie? I tak! Tak! Głos mi się łamie ze wzruszenia, Podniesione Kolana wędrują do soli tej ziemi, wzoru dla młodych pokoleń Rzeczypospolitej: patriotycznych środowisk kibicowskich. Cóż za radość! Prosiłbym tylko o zgaszenie rac, bo się tu poddusimy nie­co. Klimatyzację zakładali za Tuska, nic dziwnego, że nie wyrabia. W uzasadnieniu kapituła podkreśla trudność w wyborze zwycięzcy w tej kategorii, gdyż ma świado­mość, że redaktorzy oraz prezenterzy „Wiadomości” TVP
dokładali i dokładaj ą wszelkich starań, by wprowadzić zupełnie nowe, a często niesłusznie zapomniane w na­szej stronie świata standardy dziennikarstwa. Jednak, jak podkreśla kapituła, patriotyzm środowisk kibicow­skich to nie tylko najzacniejsze nawet słowa, lecz także chęć narodowotwórczego czynu, i stąd taka decyzja.
   Przechodzimy teraz do ostatniej przed Grand Prix, pozakonkursowej kategorii pedagogika i młodzież. Zwycięzca otrzyma nagrodę o nieco zmienionej na­zwie, a mianowicie Obitych Kolanek, a to ze względu na swe przejmujące przesłanie. Pisze nasz laureat: „Bywa­ją takie sytuacje, gdy użycie fizycznej przemocy wobec dziecka (...) dokonuje się w duchu miłości rodziciel­skiej, jako świadomy wyraz najgłębszej odpowiedzial­ności za dziecko. Przemoc taka nie jest wówczas niczym złym, przeciwnie, jest czymś bezwzględnie dobrym, jest
moralnym obowiązkiem rodziców”. Tak, proszę pań­stwa, za te piękne słowa wydrukowane w „Rzeczpo­spolitej” nasza patriotyczna nagroda Obitych Kolanek wędruje do filozofa polityki na Uniwersytecie Kardyna­ła Stefana Wyszyńskiego, profesora Zbigniewa Stawrowskiego! Filuterny uśmiech pana profesora wskazuje, że już niejeden urwipołeć chowa się po kątach, by nie do­stać po łbie lub pupce naszą figurką, wykonaną oczywi­ście z czystych narodowo stopów. Kapituła zaś zaznacza chęć przyznania w przyszłym roku nagrody Zdrowej Wą­troby za najlepszy tekst uzasadniający aktualność prze­słania, że „Gdy chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije”.
   Tak więc nadszedł czas na Grand Prix gali „Patrio­ta Roku”, czyli nagrodę Kastet Ojczyzny. Wybór kapitu­ły zapewne nie będzie dla nikogo zaskoczeniem. Chwalił ich prezydent, chwalili ministrowie, a dobra zmiana nie byłaby bez nich tak dobra i kompletna duchowo. Są emanacją najpiękniejszych cech naszego narodu, duchowy­mi spadkobiercami bohaterów, wzorem dla przyszłych pokoleń. Czyn, za który ich nagradzamy, zapisze się obok walk warszawskich powstańców, jest ich naturalną kon­tynuacją. Tak, już państwo wiedzą! Za patriotyczną szar­żę na spadkobierców Waffen SS w czasie meczu Legia Warszawa - Borussia Dortmund Kastet Ojczyzny wędru­je do kibiców patriotów! Cześć i chwała bohaterom!
Marcin Meller

Polska - państwo prywatne

Nie odbierając niczego reprywatyzacyjnej aferze w Warszawie, nie można z pola widzenia gubić największej afery reprywatyzacyjnej - reprywaty­zacji całej Polski.
   Stereotyp podpowiada, że PiS nie chce reprywatyzacji. Jest fałszywy bo oto Polska została właśnie sprywatyzowana. I to w wymiarze absolutnym, wykraczającym daleko poza sfe­rę własności. Nie suweren ludowy jest tym właścicielem, ale prezes państwa.
   Prezes państwa decyduje o wszystkich kluczowych stano­wiskach w państwie. Na początek o stanowiskach w rządzie, bo to on jest jego faktycznym szefem. Decyduje o obsadzie funkcji prezesa TVP, o obsadzie stanowisk szefów najwięk­szych spółek, za chwilę zdecyduje też o obsadzie stanowi­ska szefa NIK, bo przecież musi mieć wpływ na to, kto w jego prywatnym państwie jest kontrolerem. Wkrótce nadzorem właścicielskim objęte zostaną także sądy z Trybunałem Kon­stytucyjnym na czele. To demokracja? No, taka ciut prywatna.
   Właściciel państwa ma oczywiście zbyt wielkie ambicje, by ograniczać się do posiadania władzy dotyczącej sfery publicz­nej. Chce być też władcą historii i panem pamięci. To on okre­śla, co w historii Polski zasługuje na upamiętnienie, a co na zapomnienie. On decyduje, kto był bohaterem, a kto zdraj­cą. On wskazuje, kto jest patriotą, a kto nie. On rozstrzyga, co było katastrofą, a co zamachem.
   Latyfundia jego rozpościerają się od instytucji, przez sta­nowiska, po umysły. Zaiste, wielki brat. Jego władza nie dotyczy tylko żywych. Skoro w udowadnianiu teorii zama­chowej mogą się przydać zwłoki zmarłych, doprowadza się do ekshumacji ofiar katastrofy. W ten sposób właściciel pań­stwa uzyskuje władztwo nawet nad trupami. Zwłoki ofiar katastrofy też zostają zaprzęgnięte w rydwan smoleński. Ich krewnym pozostaje rola Antygony. Właściciel państwa jest w tej operacji i Kreonem, i Sofoklesem, wielkim władcą i wielkim scenarzystą.
   Oczywiście nawet najwięksi władcy miewają uczucia ludz­kie. Właściciel państwa gromi prymitywnych karierowiczów, ale czyż można zapomnieć o bliskich? Przyjaciółce, która udzieliła mu pożyczki, spłaca dług państwowymi posadami. Stanowisko dostaje nawet kierowca przyjaciółki. Nie bądź­my małostkowi, to w końcu drobiazgi, kilka spośród tysięcy rozdanych stanowisk.
   Właściciel ma też kuzyna. Kuzyn zaś ma partnerkę. Kuzyn - to tajemnica poliszynela - jest szarą eminencją na Woroni­cza. Ma po temu absolutne kwalifikacje, skoro jest kuzynem właściciela. Był też konsultantem „od spraw obyczajowych” w filmie „Smoleńsk5, choć sam reżyser filmu za diabła nie wie, na czym ta funkcja polegała. W filmie główną rolę gra part­nerka kuzyna. Partnerka, już wcześniej specjalistka w TVP, dostaje fuchę asystentki europosła PiS. Oczywiście wszystko to nie ma nic wspólnego z nepotyzmem. To po prostu redys­trybucja prestiżu i realizacja programu „rodzina na swoim”. Właściciel państwa jest nieskalany, dobra materialne go nie interesują, żyje myślą o przyszłości państwa i poddanych, a że niektórzy z poddanych to jego krewni? Każdy ma krewnych.
   Właściciel państwa skasował właśnie ministra skarbu za to, że ten obsadził państwowe spółki swoimi kolegami. Mi­nister rzeczywiście popełnił błąd, wchodząc w szkodę właś­cicielowi. W sensie technicznym mógł obsadzać stanowiska, ale zapomniał, że są one domeną właściciela. A właścicielem jest skarb państwa. Każde dorosłe dziecko wie, kto jest tego państwa skarbem największym.
   Niektórzy tzw. eksperci zżymają się, że tysiące stanowisk obejmują ludzie całkowicie niekompetentni. To krótko­wzroczne. Niekompetentni dziś, bardziej kompetentni będą jutro. A nawet jeśli nie będą całkowicie kompetentni, to będą całkowicie lojalni.
   Nawet lepiej jak nie będą kompetentni. Dyletanci są za­kładnikami tej władzy i będą jej bronić do krwi ostatniej. Zaś tak zwani fachowcy mają niebezpieczną predylekcję do korzystania z fachowej wiedzy i wykazywania niezależności oraz posiadania własnego zdania. Takie zdanie można mieć, ale nie trzeba go wyrażać. Europoseł Ujazdowski swoje zdanie wyraził i wyleciał z kierowniczego grona kierowniczej partii, będącej własnością właściciela państwa. Właściciel podkre­ślił, że w łonie kierownictwa nie ma miejsca na różnice zdań w najważniejszych kwestiach. Łono niestety ma tendencje do powiększania się. Wkrótce może objąć miliony ludzi. Łono będzie potężne, różnorodność opinii mniejsza. Ale dlaczegóż ta różnorodność miałaby być jakąkolwiek wartością, skoro wiadomo, że tylko jedna opinia jest słuszna?
   Przedstawiciel poprzedniej władzy powiedział, że pań­stwo mamy raczej teoretyczne. Teraz uzyskało wymiar real­ny. Właściciel państwa oficjalnie nie może tego powiedzieć, ale w części zgadza się z liberałami. Najlepsza jest własność prywatna. Poszedł nawet dalej niż oni. Zamiast prywatyzować części państwa, sprywatyzował całość.
Tomasz Lis

Kabaretyzacja

Pewną okolicznością łagodzącą dla niemrawej opozycji jest to, że za władzą nie sposób dziś nadążyć. Każdy dzień, ba, czasem każda godzina dnia przynoszą jakieś zdarzenia, zachowania, wypowiedzi, na które należa­łoby reagować. Jest tak, jakby w rządzącej partii przez długie lata oczekiwania wezbrały i spieniły się tysiące słów, emocji, myśli, pretensji, ambicji i nagle, po przerwaniu tamy, to wszystko runęło na kraj. Kilka dowolnych przykładów z paru dni: minister Zalewska z pełną arogancją wobec pytań i wątpliwości rodziców, nauczy­cieli, ekspertów, samorządowców ogłasza rewolucję w systemie oświaty. Minister Ziobro, a właściwie jego prokuratorzy, przeszu­kują domy lekarzy, którzy wydali opinie o przyczynach śmierci ojca pana ministra. Rusza procedura odwołania prezesa NIK, choć wymaga to precedensowego skrócenia kadencji. Parlament Eu­ropejski podejmuje bardzo krytyczną wobec rządu PiS rezolucję, na co minister Waszczykowski: „Będziemy ignorować uchwałę PE". Do mediów docierają dziesiątki informacji o zajadłej walce różnych frakcji PiS o posady w spółkach Skarbu Państwa, dostęp do publicznych pieniędzy i kontraktów, ltd. Wybierać, przebierać. A tu już trwa kolejny tydzień.

Mój wybór, po pewnych wahaniach, to informacja, że podko­misja smoleńska ministra Macierewicza (no tak, mieliśmy przecież jeszcze konferencję tego zespołu) rozważała wykonanie oryginalnego eksperymentu: zderzenia ciągniętego po pustej płycie lotniska samolotu Tu-154 z brzozą przymocowaną do pę­dzącego samochodu. Eksperci oniemieli. W takich warunkach nie sposób odtworzyć rzeczywistej katastrofy lotniczej. Podzespół „po burzy mózgów" niechętnie wycofał się z pomysłu, ale nie na skutek jego absurdalności, ale„z powodów bezpieczeństwa, bo ktoś by przecież musiał te pojazdy prowadzić". Internet zawył śmiechem - tym razem było dużo dowcipniej niż zazwyczaj. Pominę już żarty na temat burzy mózgów; ton był taki, że jeśli członkowie komisji nie wierzą w„pancerną brzozę", to powinni to zaświadczyć, wsiadając do Tu-154, zaś minister Macierewicz, który tym wszystkim zarządza, mógłby osobiście poprowadzić sa­mochód z brzozą na dachu. Ktoś dodał, żeby PiS w ramach planu Morawieckiego zbudował na stałe Wielki Zderzacz Andronów.

Jeśli już się pośmialiśmy, przypominam, że chodzi o najpraw­dziwszą, tragiczną katastrofę lotniczą. To niebywałe, co robi PiS i osobiście Antoni Macierewicz, żeby obrócić ludzką tragedię w jakiś żałosny, niemoralny kabaret. Już pal sześć tę żenującą podkomisję (choć nie rozumiem, jak i jacy ludzie mogli dać swoje twarze takiemu przedsięwzięciu), ale przecież podobny charakter mają „apele smoleńskie” czytane na siłę przy wszystkich rocznico­wych obchodach, ostatnio - uwaga! - odsieczy wiedeńskiej króla Sobieskiego. W tym tygodniu protestowała grupa kombatantów kampanii wrześniowej zebranych na miejscu walk na Grochówie, prosząc, jak wcześniej władze dzielnicy czy powstańcy warszaw­scy, aby okazać szacunek im oraz osobom zabitym w katastrofie smoleńskiej i nie wtłaczać do uroczystości kuriozalnego pisowskiego apelu„poległych". Są gotowi zrezygnować ze zwyczajowej asysty Wojska Polskiego, skoro minister nie pozwala, aby żołnierze oddawali hołd żołnierzom z pominięciem partyjnej propagandy.

Paweł Deresz, mąż jednej z „niepisowskich” ofiar katastrofy pani Jolanty Szymanek-Deresz, w wywiadach przy okazji premiery filmu „Smoleńsk", na którą zresztą nie został zaproszony, mówił, że jedyne, co psychologicznie może tłumaczyć zajadłość PiS w ma­nipulowaniu tą tragedią, to poczucie winy Jarosława Kaczyńskiego, który brata w ten lot posłał, i Antoniego Macierewicza, który wtedy umknął ze Smoleńska, a dziś brutalnie oskarża wszystkich, którzy z rozpaczą, ale i pełną ofiarnością (jak poniewierana Ewa Kopacz) próbowali być w tamtych dniach z rodzinami zabitych i jakoś ogarnąć skutki tej katastrofy. Tak jak obraża dziesiątki polskich eks­pertów komisji Millera o to, że działali na zlecenie zamachowców. Na tym tle oficjalne oskarżanie przez ministra obrony narodowej RP rosyjskich władz o zabicie prezydenta i elit RP jest już tylko barwnym dodatkiem. Choć zasadne jest pytanie, co minister za­mierza z tym zrobić: wypowie wojnę? Wyśle hybrydowe oddziały nowej obrony terytorialnej, żeby odbiły wrak tu polewa?

To wszystko jakaś tragifarsa. Ale najgorsze, czego dopuszcza się PiS, to zamiar ekshumacji wszystkich szczątków ofiar.
Po co to przedsięwzięcie jak z horroru, nawet jeśli część rodzin je akceptuje? Żeby udowodnić, iż w tej masakrze mogły się po­mieszać fragmenty ludzkich ciał? Tak, mogły; nawet na pewno tak było, zwłaszcza że zwłoki składano w pośpiechu, aby jak naj­szybciej przewieźć je do kraju i godnie pogrzebać. I co, będziemy z tego robić widowisko? Oficjalnie chodzi o ustalenie przyczyn śmierci. A czego tu nie wiadomo? Może (to znów żałosne interne­towe żarty) będą sypali do trumien trotyl? Chciałoby się powie­dzieć i apelować do Kościoła polskiego, aby to powtórzył: dajcie spokój zmarłym! Czy polityka i partyjna mitologia uzasadniają naruszenia grobów? Czy nie ma już żadnych zahamowań w sza­leństwie udowadniania zamachu?
Mam jakiś kuriozalny obrazek przed oczami: oto czołowi działacze PiS i podkomisji smoleńskiej mkną po płycie w wynajętym Tu-154, a z naprzeciwka pędzi na nich minister obrony narodowej z brzozą na dachu. Polska, wrzesień 2016.
Jerzy Baczyński

Czarne firanki

W dołku mnie zagnio­tło i do teraz trzyma. A niby nic takiego. Po dworcowym pe­ronie w Białymstoku przeszły dwie na czarno ubrane postacie z bronią maszy­nową. Policja znaczy. Czyżby było aż tak niebezpiecznie? Widocznie tak, wbrew temu, o czym zapewniają nas mini­ster Błaszczak i premier Szydło. Wyposażając w broń au­tomatyczną policjantów, Komenda Główna „ma na uwa­dze wydarzenia, jakie miały miejsce w ostatnim czasie poza granicami kraju”. Nie wspomina się o ksenofobii w Polsce, bo przecież minister SWiA nie zajmuje się „marginesem margi­nesów” ani sprawami wymyślonymi przez ludzi, którzy „nie godzą się z wy­nikiem wolnych wyborów z paździer­nika ubiegłego roku”.
    Ja właśnie się nie godzę. Dwa dni temu dowiedziałem się, że jakiś posełek z PiS postanowił popisać się przed rodziną i ogłosił, że wyczyści etnicznie Śląsk. Ponaglił więc ministra obrony Macierewicza, by się nie guzdrał, tylko raz-dwa wprowadził Wojska Obrony Terytorialnej do Katowic, Opola i okolic. Jednostki uzbrojone w karabiny, granat­niki i moździerze będą - w narodowo-socjalistycznych fantasmagoriach pana Andzela - umacniać polskość na tym terenie. Na ramię broń, cel - i w łeb pal. Żaden profesor rozmawiający z kolegą po niemiecku się nie uchowa. Posełek, idąc za ciosem, wystąpił też przeciw­ko „bardzo silnie działającej opcji proniemieckiej”, czyli legalnie działającemu Ruchowi Autonomii Śląska. Poma­szerował po prostu za światłymi wskazaniami Jarosława Kaczyńskiego, dla którego „śląskość jest pewnym sposo­bem odcięcia się od polskości”.
    Czytam Jacka Żakowskiego w „Wyborczej” - 19 uzbro­jonych po zęby polskich komandosów z Lublińca wylą­dowało w Donbasie blisko ukraińsko-rosyjskiego frontu. Z dalszej lektury dowiaduję się, że Krzysztof Liedel, były dyrektor Departamentu Prawa i Bezpieczeństwa Poza­ militarnego BBN, uważa, że to pach­nąca prowokacją realizacja sce­nariusza na zamówienie Kremla. Niestety, wszystko wskazuje, że tak właśnie jest. Któż inny jak nie mini­ster Macierewicz wysłał komandosów na ten front? Chy­ba że to jego urzędnik ze złotym medalem za lojalność i posłuszeństwo tuż przed swoją prośbą o zawieszenie go „w funkcjach, które pełni w MON”. Urzędnik ów chwali się pochodzeniem z patriotycznej, katolickiej rodziny, która zaszczepiła mu dewizę: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Jak to się pięknie układa w życiu - Bóg pomoże, honor wzmocni i już można próbować przekupić posłów dla dobra ojczyzny. Z radością popieram pomysł, by odtąd pazerność i nieuctwo były mierzone w „Misiewiczach”.

Kumpel do mnie zadzwonił: - No Stasiu, biorą się za twoją rodzinę. Instytut Pamięci Narodowej będzie was dekomunizował. Na razie two­jego praprapradziadka, ale na pewno na nim się nie skończy.
    Chodziło mu o kolumnę Zygmunta III Wazy, którego posąg jest dziełem ludwisarza królewskiego Daniela Tyma. Co prawda to nie jego mają dekomunizować, tylko chcą zdjąć 67-letnią tablicę staruszkę upamiętnia­jącą renowację pomnika, ale nie lubię, gdy mi pisowiec grzebie w korzeniach.
    Kolumnę, zniszczoną w czasie wojny, odbudowano za prezydenta Bieruta w 1949 r., o czym informuje wspo­mniana tablica. Mimo że Bierut był sowieckim agen­tem, tego faktu nie da się zmienić. Chociaż... minister Zalewska na pewno się nie podda.
    A poza tym wszystko jest w porządku - gospodar­ka wali w górę, reformy idą jak po maśle, PiS wywią­zuje się ze wszystkich obietnic wyborczych. I tylko w oknach niektórych piekarń pojawiają się czarne fi­ranki. Po to aby rosnące na drożdżach baby, patrząc na to, co się dzieje w Polsce, nie zapadły się ze wstydu.
Stanisław Tym

Paragraf22

W Parlamencie Eu­ropejskim prze­graliśmy 160:510, na Łazienkowskiej polegliśmy 0:6.
Szanse Polski i Węgier na kontrrewolucję kulturalną w Eu­ropie nie są dużo większe od szans Legii w Lidze Mistrzów.
    Jeszcze przedstawiciele Komisji Weneckiej nie zdąży­li wyjechać z Warszawy, jeszcze nie minął jeden dzień od przyjęcia przez Parlament Europejski krytycznej wobec polskiego rządu rezolucji, a już piłkarze Borussii Dortmund zdążyli spuścić lanie Legii - tytanom z ulicy Łazienkowskiej. Po 20 latach klęczenia trudno wstaje się z kolan. Po latach złudzeń, politycznych i piłkarskich, trudno pogodzić się z rzeczywistością. Wymarzony po­wrót do europejskiej elity klubowej skończył się pogro­mem. Wiodąca rola Polski w Europie także jest pod zna­kiem zapytania.
    W Strasburgu przegraliśmy, w Warszawie „polegliśmy”, a mogło być jeszcze gorzej, gdyby prawnicy z Wenecji i pił­karze z Dortmundu dali z siebie wszystko. Goście jednak wyraźnie się oszczędzali. Wenecjanie wiedzieli, że Polska ma krótką ławkę, i po poprzednim przegranym meczu w Strasburgu, w którym rozgrywającą była sama pani pre­mier, wystawi skład rezerwowy. Zamiast dowcipnej pani premier („podjęłam decyzję” - zażartowała, zwalniając ministra Jackiewicza) Polska wystawiła debiutanta z Mi­nisterstwa Sprawiedliwości, któremu drużyna z Wenecji w ogóle nie dała pograć. Z kolei napastnicy z Dortmundu ograniczyli się do sześciu goli, ponieważ nie chcieli, żeby się mówiło, że wspólnie z rosyjskimi sędziami uwzięli się na Polskę.
    Jarosław Kaczyński nie zraża się jednak klęską w Stras­burgu. To zawodnik odporny na porażki. Wspólnie z Viktorem Orbanem zamierzają teraz zdobyć puchar Unii Europejskiej na własność. Charakterystyczna jest reakcja polska na obie przegrane. Przede wszystkim złość na zwy­cięzców. Najważniejsze osoby w państwie polskim kpiły z delegacji weneckiej jako „krajoznawczej”. Były to uwa­gi na poziomie poszukiwanego przez policję pasażera tramwaju linii 22. Na Łazienkowskiej pułk ochroniarzy nie przeszkodził naszym kibolom w kominiarkach oka­zać przyjaciołom zza Odry tradycyjnej polskiej gościn­ności. Jeśli polski profesor został pobity w tramwaju za to, że rozmawiał po niemiecku (wszak „Polacy nie gęsi” i „swój język mają”), to możemy sobie wyobrazić, co by spotkało niemieckich kibiców powracających war­szawskim tramwajem z meczu na Legii. Albo prawników weneckich powracających gondolą na Wiśle z owocnego jak zwykle spotkania w Sejmie.
    Grzegorz Wierchołowski, młody człowiek, wycho­wanek UJ, od kilku lat redaktor naczelny ważnego pra­wicowego portalu internetowego, związany z „Gazetą Polską”, napisał na Twitterze: „Po tym, co Niemcy zrobili w Warszawie, fakt, że DOPIERO (podkreślenie autora) teraz ktoś dostał w twarz za mówienie po niemiecku, to bardzo dobrze świadczy o Polakach”. Niemiecki pro­fesor, który jechał tramwajem z pobitym polskim kolegą, po powrocie do Niemiec raczej nie będzie dobrze myślał
o Polakach. Jeżeli swoje wrażenia ogłosi w mediach - będziemy mó­wili o histerycznym wybryku nie­mieckiego profesora. A ponieważ niechętne nam niemieckie media doniosły o zachowaniu kiboli Legii, możemy mówić o antypolskiej kampanii w Niemczech.
    My jednak nie jesteśmy bezbronni. Na straży naszego dobrego imienia stoją teraz paragrafy Źle o nas mówiąc, niemiecki profesor zostanie skazany za kłamstwo histo­ryczne z tak zwanego paragrafu 22. Na przyszłość cu­dzoziemcom radzimy wsiadać tylko do tramwaju „Zjazd do zajezdni”.
    Nie zdziwiłbym się, gdyby rząd polski oczekiwał prze­prosin od Europy za haniebny wynik głosowania w Stras­burgu, a Legia i jej kibice oczekiwali zadośćuczynienia za bezczelne zachowanie piłkarzy niemieckich, którzy nadużyli naszej gościnności i strzelili nam sześć bramek.
    Nic dziwnego, że po meczu nasi kibole śpiewali nie wia­domo co: „Jude, Jude” albo - jak utrzymuje zarząd Legii - coś innego, co podobno jest obraźliwą przyśpiewką kibi­ców niemieckich. Może śpiewali „TantelTante!” (Ciota, cio­ta!)? Ja bym się nie zdziwił, gdyby jednak śpiewano to naj­gorsze. Na wiadomość o śmierci Jana Wejcherta-jednego z dwóch ówczesnych współwłaścicieli klubu - zgromadze­ni na stadionie skandowali: „Jeszcze jeden! Jeszcze jeden!”. Podobnie jak tym razem - nie była to garstka wyrodków. Oczywiście włos im z tego powodu z ogolonej głowy nie spadł, a politycy prawicy widzą w nich bratnie dusze.

Obciążeni takim bagażem, snujemy sny o kontrrewolu­cji kulturalnej w Europie. Tygodnik „wSieci” przyniósł zapis „historycznego wydarzenia”, „jednego z najważniej­szych intelektualnych i politycznych wydarzeń ostatnich miesięcy”, czyli rozmowy (szumnie nazwanej „debatą”) Viktora Orbana z Jarosławem Kaczyńskim w Krynicy. Debatę prowadził dziennikarz Michał Karnowski, który stwierdził, że było to „spotkanie tytanów politycznej sceny europejskiej”. Znane nazwiska, zachęta, że mamy do czy­nienia z wydarzeniem intelektualnym oraz „spotkaniem tytanów politycznej sceny europejskiej” skłoniły mnie do lektury. Analogie do historycznego spotkania tytanów na Łazienkowskiej nasuwają się same. Z przyjemnością stwierdzamy, że w Krynicy poszło nam lepiej. Było 1:1. Nasz tytan nie wypadł gorzej od tytana węgierskiego.
    Obaj stwierdzili, że Europa przeżywa kryzysy - tożsa­mości, kierownictwa, kultury zagrożonej przez USA i róż­ne inne, ale „my, stąd, z Europy Środkowej możemy prze­kształcać Europę” i konie kraść. Potrzeba więcej kapitału narodowego i więcej narodowej świadomości - zgodzili się tytani. „Nie ma czegoś takiego jak naród europejski. Są Polacy, Węgrzy i Niemcy” - mówił Orban, zresztą słusz­nie. Jego zdaniem Brexit to „Fantastyczna okazja. Europa musi się przyjrzeć swoim błędom. Musimy powiedzieć otwarcie, że wartości narodowe, religijne są ważne, trze­ba je pielęgnować, bronić ich, wpisać je do dokumentów europejskich”. Z tym wpisaniem to już przesada, ale jeśli chodzi o kulturę, to już jesteśmy w Lidze Mistrzów.
Daniel Passent

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz