PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 7 października 2016

Najdroższa kariera w historii,Zaproszenie,Tygrys udaje kota,Kierownik Główny i fanatycy i Polski rów



Najdroższa kariera w historii

Powierzenie absolutnej władzy nad gospodarką Ma­teuszowi Morawieckiemu jest wyrazem skromno­ści, ale i ambicji prezesa Kaczyńskiego - oto sfera życia, którą prezes chce zmienić totalnie, jednak nie własno­ręcznie. To niezwykły akt powściągliwości. Tym bardziej że Morawiecki ma w odniesieniu do „bazy” tak wielki plan jak Kaczyński w odniesieniu do całej reszty. Morawiecki ma prze­modelować gospodarkę - tak jak Kaczyński chce przemodelo­wać całe państwo, stworzyć nowego Polaka, napisać na nowo historię, a może i pójść dalej, tworząc nowy traktat europejski, w czym, jak przyznał, pomoże mu znajomy prawnik.
   Plan wicepremiera i wielki plan naczelnika mają jedną ce­chę wspólną. Wałęsa, Mazowiecki i Balcerowicz dokonali pierwszego w historii świata przejścia z realnego socjalizmu do demokracji i gospodarki rynkowej. Kaczyński i Morawie­cki chcą tę trasę pokonać w przeciwnym kierunku. Więcej państwa, więcej planu, więcej kontroli, więcej etatyzmu.
   O ile prezydent Duda i premier Szydło są dla Jarosława Ka­czyńskiego narzędziami, o tyle wicepremier Morawicki speł­nia w scenariuszu prezesa rolę wielofunkcyjną. Może być carem gospodarki, ale i delfinem PiS, straszakiem na i tak już wystraszoną i pognębioną panią Szydło, ale także na wystra­szonego i pognębionego prezydenta Dudę.
   Kaczyński niczego tu nie ryzykuje. Zbyt dobrze zna się na psychologii i na ludziach, by nie wiedzieć, że eksperyment ma pod kontrolą. I tak jak mógł spokojnie uczynić Andrzeja Dudę kandydatem na prezydenta, wiedząc, że ten, nawet jeśli wy­gra, to i tak będzie organicznie niezdolny do samodzielności, podobnie szachując wszystkich Morawieckim wie, że dla par­tii prezesa i elektoratu prezesa Morawiecki nigdy nie będzie dość swój.
   Kaczyński traktuje więc Morawieckiego całkowicie instru­mentalnie. Co zresztą zaskoczeniem żadnym nie jest, nie do końca instrumentalnie traktował w polityce wyłącznie swe­go brata. Morawiecki zresztą Kaczyńskiego traktuje równie instrumentalnie - jako promotora i wehikuł własnej kariery.
   Jarosławowi Kaczyńskiemu zaimponowało podobno bar­dzo, że Morawiecki nie wziął od PO ministerialnej teki, co miało być znakiem jego lojalności wobec lidera PiS. Było jed­nak wyłącznie wyrazem ambicji. Morawiecki - w rozmowach nie tylko z najbardziej zaufanymi ludźmi - całkiem otwarcie mówił, że interesują go wyłącznie najwyższe stawki: funkcja premiera albo prezydenta. Premierem właściwie już jest. Be­acie Szydło pozostały wyłącznie broszki, a jej jedynym real­nym zadaniem jest dalsze niepublikowanie najważniejszych wyroków Trybunału Konstytucyjnego, z którego to zadania wywiązuje się znakomicie.
   Wicepremier Morawiecki ma z pewnością pewien dar uwo­dzenia. Ewidentnie oczarował swą wizją prezesa, co było o tyle proste, że ten jest gospodarczym ignorantem w stopniu więk­szym niż wszyscy obywatele RP, którzy mają konto w banku, kartę kredytową, a choćby samodzielnie robią zakupy. Nasz Copperfield będzie jednak miał teraz przed sobą o wiele trud­niejsze wyzwania. Będzie musiał zaczarować obywateli (to jeszcze w części może mu się powieść), ale także gospodar­kę. To drugie zdaje się - niestety - zadaniem ponad jego siły. Rok jego ministrowania zaowocował jedynie slajdami, pre­zentacjami, zamaszystymi projektami z sufitu i niespójnymi wypowiedziami. Minister rozwoju zarządzał wyhamowywa­niem rozwoju - wzrost gospodarczy jest coraz mniejszy, inwe­stycje spadają, giełda się sypie, dług w zastraszającym tempie rośnie, wykorzystanie unijnych funduszy jest na dramatycz­nie niskim poziomie. Teraz będzie jeszcze głównym księgo­wym kraju, czyli będzie pilnował kasy, którą chce miliardami, a może i bilionami wydać. Szykuje się nam największy „wielki skok” od czasów przewodniczącego Mao i największa operacja inwestycyjna od czasów towarzysza Edwarda. W czasach tego ostatniego popularny był dowcip, że w polskim godle orła ma zastąpić kangur, bo kraj robi wielki skok z pustą torbą.
   Wicepremierowi należy życzyć sukcesów, ale trudno się uwolnić od sceptycyzmu. Jego gospodarcze kompeten­cje wydają się mikre zarówno w zestawieniu z Eugeniuszem Kwiatkowskim, którym podobno chce być, jak i z niektórymi poprzednikami: Balcerowiczem, Hausnerem czy Rostowskim.
   Wielu się zastanawia, czy Morawieckiemu się uda. Cóż, wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy owo „uda się”. PiS nie wyłoży się na gospodarce. Można przecież jeszcze ska­sować OFE, złupić prywatne firmy, wydrenować do cna pań­stwowe kolosy czy zapożyczyć się - w Chinach albo gdzie bądź. Do następnych wyborów jakoś da się to wszystko spiąć. A potem? Jakie to ma znaczenie.
   Na gospodarce PiS więc się nie wyłoży, co najwyżej wyło­ży się gospodarka. Plan Morawieckiego wygląda bowiem jak płacenie kolejnymi kartami kredytowymi za długi z innych kart. Tak się da - do czasu, gdy przychodzi rachunek za ostat­nią kartę. Ale ten zapłacimy już my wszyscy.
Tomasz Lis

Zaproszenie

Szanowni Goście! Z całego serca dziękuje­my, że na miejsce wypoczynku wybraliście ojczyznę demokracji, tolerancji i kibiców patriotów, kraj, w którym chrześcijaństwo znaliśmy na długo przed Chrystusem.
   Mimo tak długiej i bogatej tradycji jesteśmy jedno­cześnie najmłodszym niepodległym państwem na kuli ziemskiej; suwerenność odzyskaliśmy dopiero po hi­storycznych wyborach w ubiegłym roku, które odsu­nęły od władzy niemiecko-rosyjskich okupantów.
Tym bardziej jako młoda stażem, lecz gorąca du­chem władza cieszymy się, iż możemy was gościć w kraju Fryderyka Chopina, Jana Pawła II, Jarosława Kaczyńskiego i Mariusza Błaszczaka. Pozwólcie więc ofiarować sobie kilka porad dotyczących naszych re­guł pożycia i zasad gościnności, które sprawią, że wasza podróż będzie naprawdę niezapomnianym przeżyciem.
   Przede wszystkim prosimy o nieposługiwanie się językiem niemieckim w przestrzeni publicznej. Ta­kie zachowanie w naszej kulturze uważamy za wy­jątkowo obraźliwe i prowokacyjne. Oczywiście nie popieramy samosądów, ale nasze służby porządko­we wiedzą doskonale, że nie powinny przesadzać z reakcją, gdy jakiś zatroskany obywatel nie wytrzy­ma i użyje środków przymusu bezpośredniego wobec prowokatora.
   Z tego samego powodu i ze względu na mylące po­dobieństwo dla niektórych uszu odradzamy uży­wanie języków skandynawskich, niderlandzkiego, afrikaans i estońskiego. Rosyjskim i ukraińskim też należy szafować roztropnie. W zasadzie najlepiej mówić po polsku.
   Ze względu na szacunek dla będących dumą nasze­go państwa młodych patriotów, których poznajemy po zielonych bluzach i opaskach z geometryczny­mi wzorkami bądź po barokowych karkach, prosimy o uszanowanie ich wrażliwości i nieprowokowanie eksponowaniem osób o nadmiernej opaleniźnie, nietypowych nakryciach głowy, zwłaszcza takich niewielkich i okrągłych. Młodzi patrioci potrafią też emocjonalnie reagować na agresywną homopropagandę, objawiającą się trzymaniem za rękę osób tej samej płci lub zbyt kolorową odzieżą, zwłaszcza w barwach tęczy. Ostatnio w złym tonie jest rów­nież noszenie koloru czarnego, zwłaszcza przez kobiety. Szacunek napotkanym grupom sportowo- -patriotycznym okazujemy, schodząc na drugą stro­nę ulicy, milknąc i spuszczając wzrok. Szczególnie obraźliwe dla młodych patriotów jest posługiwanie się ironią i sarkazmem, przez co rozumiemy również niestosowną mimikę, podobnie jak ostentacyjny ruch gałek ocznych.
   Jazda na rowerze, bieganie bez palącej potrzeby i jedzenie warzyw co prawda nie są sprzeczne z pra­wem, ale kłócą się z naszymi dobrymi obyczajami, po­dobnie jak kupowanie środków antykoncepcyjnych, odnawialne źródła energii, seks pozamałżeński, in vitro, flaga Unii Europejskiej i badania prenatal­ne. Zaskakująco duża liczba rowerów w stolicy jest postkolonialnym pokłosiem niemiecko-rosyjskiej okupacji, lewackim zamachem na polską tożsamość oraz tradycję i jednym z ważniej szych wyzwań nowej narodowej władzy. Zagraniczni goście powinni uni­kać teatrów, które w naszym kraju pełnią rolę podob­ną do wspierających terroryzm i dżihad radykalnych meczetów. Nasi szczególnie niebezpieczni imamo­wie są kobietami i nazywają się odpowiednio Janda i Wellman.
   Kraj nasz tak bardzo gościnny nie jest niestety wol­ny od zagrożeń. Istnieje ryzyko, że zagraniczny gość może się natknąć na przejawy patologii, jakimi są de­monstracje tak zwanego KOD, skupiającego agre­sywny i dewiacyjny margines społeczny, skłonny do używania przemocy. Uczestnicy tych spędów często cierpią na poważne zaburzenia psychiczne, omamy i przywidzenia.
   Należy również poza absolutnie przymusowymi sy­tuacjami wystrzegać się wyjazdów do Poznania i Słup­ska, które ze względu na rządzących nimi ludzi są enklawami bezprawia i anarchii, równie niebezpiecz­nymi jak brazylijskie fawele czy południowoafrykań­skie townshipy.
   Mamy nadzieję, że te wskazówki sprawią, iż spędzi­cie u nas wyjątkowe chwile. Do zobaczenia!
Marcin Meller

Tygrys udaje kota

Panie Redaktorze! Jako wie­loletni czytelnik POLITYKI, o poglądach raczej kon­serwatywnych, musiałem od czasu do czasu znosić rozmaite wyskoki mojego tygodnika, jak choćby „Tu­sku - musisz!”, które oznaczało rezygnację z resztek bezstronności tego pisma. Tym razem jednak miarka się przebrała. Zamieszczając przed tygodniem paszkwil Ro­berta Krasowskiego („Kot udaje tygrysa”) na Prawo i Spra­wiedliwość, furiacką napaść na Jarosława Kaczyńskiego, POLITYKA popełniła swoiste harakiri. Jeśli chodzi o mnie, to ten list wyjaśnia, dlaczego po latach rozstaję się z Pań­skim tygodnikiem. Teraz dopiero doceniłem słuszność decyzji wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego o skreśleniu POLITYKI z listy czasopism, które mogą być prenumerowane przez sądy. Do niedawna miałem mini­stra za pyszałkowatego młodzieńca z przedziałkiem wy­golonym przez kosiarkę. Teraz muszę przyznać mu rację.
   Zapyta Pan: O co chodzi? Przecież teza Krasowskiego, że osią polskiej polityki nie są spory ideowe, tylko dwie koterie, które walczą o władzę, że prawdziwym wrogiem prawicy nie jest żadna demokracja liberalna, tylko „salon” - nie jest herezją, nadaje się przynajmniej do dyskusji.
   Niestety, to tylko zasłona dymna. Głównym celem Krasowskiego jest dyskredytacja obecnej rewolucji i jej awanturnicze przyspieszenie. „Pisowska rewolucja jest anemiczna i płytka. Zmiany są wyłącznie kadrowe...”, „ta rewolucja potrafi wyłącznie mówić” - uspakaja znie­cierpliwiony jakobin z POLITYKI. Tymczasem gołym okiem widać, że trwająca rewolucja to nie żadna kosme­tyka, uderza ona w same podstawy systemu: w postkomu­nistyczną konstytucję Kwaśniewskiego, w sądownictwo, które jest bastionem postkomunizmu, w prokuraturę, która wracając w gestię ministra, nareszcie staje się nie­zależna, w rząd, który odpowiada za zamach smoleński, w armię, którą w dużym stopniu (choć ciągle niewystar­czającym) oczyszczono już z Platformy w generalskich lampasach, m.in. zlikwidowano niesławną „komorowską” Akademię Obrony Narodowej, przy okazji eliminując z jej składu ponad setkę zardzewiałych nierobów. Na jej miejsce utworzyliśmy Akademię Sztuki Wojennej, mia­nując jej komendanta - pułkownika, który napisał pracę doktorską o żołnierzach wyklętych. Udało się zmienić kierunki polityki zagranicznej, wyzwalając Polskę spod dominacji Brukseli i Berlina, zdobywając pozycję lidera Grupy Wyszehradzkiej i Międzymorza. Nasz kraj budzi szacunek w Brukseli. Przeorano kadry, wysyłając nowych ambasadorów do wielkich mocarstw - są to ludzie bez żadnych korzeni w PRL, niesplamieni pracą w dyploma­cji III RP. Zmieniono priorytety (i kierownictwo) Instytutu Adama Mickiewicza oraz jego placówek za granicą. Adre­satem ich działalności nie jest już snobistyczna śmietan­ka zagranicznych cmokierów, zachwyconych „Idą”, tylko nasi rodacy, złaknieni polskiej kultury, którzy przeżywają projekcje „Smoleńska” czy filmów Ewy Stankiewicz.
   Zdaniem Krasowskiego premier i prezydent „nie robią nic poza wypełnianiem administracyjnej rutyny”. Z wła­ściwym sobie brakiem taktu autor nazywa ich „pionka­mi”. Może warto przypomnieć im­ponujący dorobek tych „pionków” w czasie krótszym niż jeden rok. Ocalenie setek tysięcy sześciolat­ków przed wyrwaniem ich z objęć rodziców i narzuceniem im obowiązku szkolnego. Li­kwidacja gimnazjów, które powstały wbrew interesom najbiedniejszych. Powrót do systemu 8+4. Zmiana treści nauczania - mniej modnych nowinek, jak informatyka, znacznie więcej historii, której znajomość ma decydujące znaczenie w kształtowaniu tożsamości. Reforma edukacji to ogromny wysiłek państwa, opracowanie i wdrożenie „z marszu” nowej podstawy programowej, nowych pod­ręczników zgodnych z prawdą historyczną, nad którą czuwają, zgodnie z zawartym porozumieniem - Instytut Pamięci Narodowej i Ministerstwo Edukacji. Zbliżamy się do religii na maturze i do całkowitego zakazu mor­dowania dzieci.
   Wbrew oczywistym faktom Krasowski twierdzi, że władza „zawsze zatrzymuje się na pierwszym kro­ku. Na słowach i gestach. Nie idzie za ciosem, nie do­konuje zmian w ustawach, bo nie ma takich ambicji”. Co do ambicji, to podczas kampanii wyborczej chyba wszyscy (oprócz Autora) widzieli w rękach pani Szydło niebieską teczkę, pękającą od projektów ustaw, a po wy­borach, słusznie pękającą z dumy panią premier. Wy­starczy wspomnieć 500 plus. Chciałoby się zapytać, w jakim kraju żyje współpracownik POLITYKI, jeśli nie widział pamiętnego audytu ośmioletnich rządów PO-PSL czy przyjętych ustaw: „policyjnej”, „inwigilacyjnej”, o likwidacji służby cywilnej, będącej siedli­skiem układu, o podatku bankowym, żeby odzyskać choć część zagrabionych Polakom pieniędzy, uchwałę o suwerenności Polski, ustawy o Trybunale Konstytu­cyjnym, o radiofonii i telewizji (tzw. ustawa kadrowa), dzięki której prezesem TVP został świetny fachowiec Jacek Kurski - gwarant niezależności i bezstronności telewizji publicznej. Przywrócono na anteny publicz­ne najlepszych dziennikarzy niepokornych, PP. Wildsteina, Ziemkiewicza, Lisickiego i inne ofiary represji Tuska. A ogromny wysiłek socjalny rządu i prezydenta, spełnienie zobowiązań wyborczych: 500 plus, darmo­we leki dla seniorów (co prawda nie wszystkie, ale nie od razu Kraków zbudowano), porządki w służbie zdro­wia, jak choćby powstrzymanie zarazy in vitro.

Nie raz dzień okazywał się za krótki dla prezydenta, któ­ry zmuszony był nocą podpisywać ustawy, odbierać ślubowanie od sędziów, zmieniać rady nadzorcze Tauronu, Enei i Energi. A może nie są wystarczająco głębokie zmiany w rządzie, dzięki którym Polska stała się jedy­nym państwem na świecie, które ma dwóch premierów w jednym rządzie i prezydenta podległych bezpośrednio jednemu posłowi? Jeżeli to wszystko dla pana Krasow­skiego jest mało, to pozostaje chyba tylko broń atomowa, o dostępie do której mówił zresztą wiceminister obrony Tomasz Szatkowski. Prace trwają. Nie pozwolimy, żeby rewolucję zadziobały kanarki.
Daniel Passent

Kierownik Główny i fanatycy

Mówi się - i jest to prawda obiegowa - że projekt zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, przygotowany przez stowarzyszenie Ordo iuris, jest nie na rękę prezesowi Kaczyńskiemu. Co prawda w kampanii wyborczej PiS obiecywało środowiskom religijnych radykałów,
„że zaostrzy", ale w praktyce miał odwlec i zamrozić. Zapewne w obawie, że stanie się, co się stało, czyli swoich nie zadowoli, a przeciwników zmobilizuje. Skala buntu i jego formy muszą się dziś jawić kierownictwu PiS jak czarny sen. Wieloletnie doświadczenie wskazywałoby raczej, że - jak zwykle przy kolejnych próbach za­ostrzania - oburzą się środowiska feministyczne, może odbędzie się jakaś kilkusetosobowa manifa. Tego, że nastąpi ogólnokrajowy pro­test i to w niepraktykowanych dotąd formach, strajku na życzenie i masowej demonstracji czarnych ubrań, nikt przewidzieć nie mógł.

Pisowscy radykałowie sami poniekąd sprowokowali tę eksplo­zję, arogancko odrzucając w Sejmie społeczny (ćwierć miliona podpisów) projekt liberalizacji ustawy, a przyjmując do dalszych prac ten z całkowitym zakazem aborcji. Podobno sam prezes był zaskoczony takim obrotem sprawy i natychmiast zlecił senatorom PiS przygotowanie nowej„kompromisowej" wersji ustawy. W sto­sunku do obecnej, przewidującej trzy aborcyjne wyjątki (zdrowie
życie kobiety, przestępstwo i uszkodzenie płodu), ma być ona zaostrzona o jedną trzecią, a więc bez dopuszczalności tzw. aborcji eugenicznej. To taki specyficzny„kompromis plus", który ma zmusić kobiety i ich rodziny do heroizmu, często całkowitej ruiny życia, związanej z towarzyszeniem w śmierci lub cierpieniu dzieciom, obarczonym ciężkimi wadami rozwojowymi lub wręcz niezdolnym do samodzielnego życia. Kobiety, demonstracyjnie potraktowane jako bezmyślny, pozbawiony uczuć i sumienia„worek na płód", tym razem wykrzyczały swoje„nie" i to także w miejscu, gdzie dotąd nie odbywały się manifestacje (choć powinny), to znaczy przed biurem PiS na Nowogrodzkiej.

Prezes ma więc pewien kłopot, choć oczywiście ruszyła już cała propagandowa maszynka, obrażająca i wyzywająca protestują­ce kobiety. Ale jeśli wydarzenia wymknęły się prezesowi spod kon­troli, to jest, również dla niego, przestroga, do czego może prowa­dzić polityczny flirt z grupami fundamentalistów. Radykalizm jest formą istnienia PiS; w teorii, i w jakimś stopniu w praktyce, ta partia dąży bowiem do„całkowitego przekształcenia stosunków społecz­nych", wymiany elit, zburzenia dotychczasowego porządku konsty­tucyjnego, nawet etycznego. Ale jednocześnie chce być stabilną partią władzy, nowym politycznym centrum, głównym nurtem.
Po to właśnie przywódcy populistyczni, jak Orban na Węgrzech czy Erdogan w Turcji, hodują własnych radykałów, od których w razie potrzeby można się odciąć (bronimy spokoju) lub nimi posłużyć (to nie my). PiS uprawia dwie takie formacje: radykalnych katolików
radykalnych narodowców. Na katolickich fundamentalistach już się parzy, podobnie może być z nacjonalistami.

Popatrzmy bowiem, jaką grę prowadzi teraz PiS z najsilniejszym w tym środowisku Obozem Narodowo-Radykalnym. ONR do­tychczas miał status politycznej grupy rekonstrukcyjnej, oferującej rozproszonym drużynom kibicowskim pewną formę dekoracji historycznej. Ale od paru miesięcy postawa władz (Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, prokuratur, nawet prezydenta) da się odczytać jako otwarta aprobata dla prawdziwie patriotycznych, antyimigranckich, antygejowskich, antyliberalnych formacji no­wych „żołnierzy wyklętych". To dla nich obóz PiS za rezerwował już Dzień Niepodległości 11 listopada. Inicjatywa KOD, aby tego dnia, tak jak to robił poprzednio Bronisław Komorowski, zorganizować pokojową manifestację, łączącą różne tradycje historyczne, już zo­stała przez obóz władzy potraktowana jako zapowiedź prowokacji. Pisowski tygodnik „wSieci" pokazuje na okładce Mateusza Kijow­skiego z zapałkami w zakrwawionych dłoniach i podpisem, że oto KOD chce podpalić Polskę. Przekaz jest jasny; babcie i dziadkowie z KOD (bo tak dotychczas określała ich rządowa propaganda) mają się rzucić na Bogu ducha winnych, choć umięśnionych i zama­skowanych oenerowców. Jeśli poleje się krew, wiadomo, że cała odpowiedzialność spadnie na kodowskich prowokatorów. Otóż, faktycznie, jest to zabawa zapałkami, która może wywołać poli­tyczny i społeczny pożar.

Nie dziwię się, że ONR jest tak politycznie i emocjonalnie bliski Prawu i Sprawiedliwości. Jeśli rzeczywiście sięgnąć do przed­wojennej ideologii radykalnych narodowców, znajdziemy tam wszystko, co dziś drogie rządzącej formacji. Monopol dla Organi­zacji Politycznej Narodu, reprezentowanej jednoosobowo przez Kierownika Głównego (tak to się nazywało w dokumentach Fa­langi), zrośniętej z aparatem państwowym i podporządkowanej bezkompromisowemu, narodowemu katolicyzmowi. Brzmi znajo­mo? Jan Paweł II zdążył jeszcze zostawić ostrzeżenie, adresowane do wszelkich radykałów i fundamentalistów:„Roszczenie sobie prawa do narzucania innym przemocą tego, co uważa się za praw­dę, oznacza pogwałcenie godności człowieka i ostatecznie znie­wagę Boga". Dodawał też, że fanatyzm rodzi się tam, gdzie została zasiana nienawiść. Także, a zwłaszcza wobec tych, którzy chcą za­chować prawo do własnej wolności, odpowiedzialności i sumienia. Ale kimże, wobec dzisiejszych„niezłomnych i niepokornych", jest świątobliwy mąż z innej epoki?
Jerzy Baczyński

Polski rów

Na każdym kroku widać, że tu, w Polsce, żyjemy w dwóch coraz bardziej różnych światach. Na poparcie tej zasmucającej tezy wystarczy kilka przykładów z ostatnich dni.

Obejrzałam w internecie wystąpienie Fransa Timmermansa podczas gali otwierającej ostatnią konferencję Europejskiego Forum Nowych Idei w Gdańsku. Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej z ogromnym zaangażowaniem mówił o wspólnej Europie - od historii z dzieciństwa jego ojca, kiedy to armia gen. Maczka wyzwalała ich holenderskie miasto Breda spod okupacji niemieckiej, po dzisiejsze czasy z Polską potrzebną w samym sercu Unii. Jeden z żołnierzy Maczka okazał się krawcem, więc uszył małemu Timmermansowi polski mundurek wojskowy.„Tata służył im za maskotkę. I bardzo mu się to podobało"- wspominał. Timmermans widzi jedną Europę, przestrzegającą wspólnych praw
zasad, solidarną, przewidywalną, przyjazną, z Polską jako przykładem odwagi, wizji i sukcesu.„Dziś podział w świecie przebiega między tymi, którzy wierzą w świat kompromisu, świat wymiany, otwartości, dialogu. I z drugiej strony - tymi, którzy wierzą w świat pozamykany, wierzą w płoty i granice, wierzą w swoje rozumienie czystości narodowej! Ale granice narodowe nie rozwiązują problemów! Potrzebujemy solidarności europejskiej!"- podkreślał.
   Nawet przez ekran czuje się żywą atmosferę, ciekawość, błysk, dowcip, energię, chęć, aby wspólnie iść dalej.„Liczę na Polskę, która nie stanie plecami do przyszłości, nie stanie plecami do Unii Europejskiej!".

Porównuję to spotkanie z relacjami ze spotkań na Forum Ekono­micznym w Krynicy, z wystąpieniami naszej sztywnoustej pani premier, jej szefa Jarosława Kaczyńskiego oraz Człowieka Roku Viktora Orbana. Ów Człowiek Roku wygłaszał przemówienia zawierające zdania typu:„Tożsamość narodowa to pancerz, który nas ochroni". Przed czym trzeba się chronić, nie powiedział, ale można się łatwo domyślić, ile złego na nas zewsząd czatuje. Więc głosił dalej:„Czasami trzeba walczyć nie tylko z niewiernymi i z osobami, które walczą przeciwko narodowi, ale również czasami musimy to czynić wobec niektórych kręgów kulturowych Europy". Wobec kogo? Gdzie? Kiedy? Dlaczego? Nie wiadomo, ale ewidentnie na zewnątrz diabeł czyha.
   Beata Szydło określiła Orbana mianem „wielkiej postaci wspaniałego przywódcy europejskiego", a prezes Kaczyński mówił o rewolucji kulturowej - cokolwiek by ona miała oznaczać.
Dwa światy.

Uczestniczyłam 27 września w uroczystości wręczenia Europejskiej Nagrody Obywatelskiej Komitetowi Obrony Demokracji. W kinie Luna w Warszawie zebrało się ponad 300 koderów i koderek - taka z nich tryskała energia i radość, że myślałam, że ściany rozsadzi! Zresz­tą zapowiedzieli, że jeżeli przypadkiem miałoby się spełnić to, co za­powiada prof. Rzepliński w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej", a mia­nowicie gdyby mieli go wsadzić do więzienia, to rozwalą mury i druty kolczaste ciężkim sprzętem. Patrząc na tych ludzi, myślałam, że i bez sprzętu sobie poradzą. 12 października kilkoro przedstawicieli KOD pojedzie do Brukseli na spotkanie wszystkich laureatów Europejskiej Nagrody Obywatelskiej z różnych krajów europejskich. Będą media, parlamentarzyści, przewodniczący parlamentu wręczy medale.

Dwa światy w jednej Polsce: uśmiechnięte, barwne marsze KOD z biało-czerwonymi i szafirowo-złotymi flagami, kontrastujące z ryczącym tłumem ze świecami dymnymi, z trupimi czaszkami na piersiach, szubienicami na plakatach i pozasłanianymi twarzami. Nienawistne hasła w stosunku do Unii, do Niemców, do potencjal­nych imigrantów - muzułmanów, Żydów, do kogo popadnie. Już dziś minister Błaszczak boi się, że sobie nie poradzi podczas obchodów 11 listopada. Błaszczak boi się rozróby i kijów bejsbolowych„prawdzi­wych Po laków", „najczystszej rasy", wyznających nasze polskie warto­ści chrześcijańskie, więc na wszelki wypadek alarmuje, że z pewno­ścią szykuje się prowokacja. Jaka?
   KOD i środowiska opozycyjne nie chcą w święta narodowe ukrywać się po domach i zostawiać ulic faszystom, też chcą skorzystać z prawa do marszu. Czy Polska demokratyczna
uśmiechnięta musi uprawiać„lotnik, kryj się!", kiedy na ulicę wychodzą nienawistnicy? Czy prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz ma się w dniu odzyskania niepodległości zachować tak, jak władze uniwersytetu w Białymstoku, tj. ostrzegać mieszkańców, a szczególnie obcokrajowców i tych, którzy na obcokrajowców może wyglądają, żeby zasłaniali firanki i spuszczali żaluzje, bo nadchodzi ONR? Po marszach KOD nawet trawa nie jest zdeptana - taka drobna różnica między tymi dwoma światami.

Kolejny rów, ostatnio bardzo pogłębiony, dzieli Polaków na„obroń- ców życia" i na tych, którzy biorą udział w Czarnych Protestach. Funkcjonuje w Polsce od lat, pewnie nie idealny, z trudem wypraco­wany kompromis, ale skoro rewolucja - to trzeba rozwalić wszystko! Różne rządy już ten rów na nowo rozkopywały. I to zawsze wtedy, kie­dy działo się coś poważnie złego i należało odwrócić uwagę, rozpalić emocje, żeby przykryć problem. Teraz rząd PiS przyjął budżet. Deficyt rekordowy. Minister finansów natychmiast po przyjęciu budżetu podał się do dymisji, pozostawiając nas bez żadnych wyjaśnień. Nikt się specjalnie tym nie interesuje, bo zajęci jesteśmy ustawą o za­ostrzeniu prawa aborcyjnego, która przeszła do dalszego procedowania. Gołym okiem widać, że to kolejne szachrajstwo PiS, bo gdyby naprawdę chodziło o ratowanie życia, to pracowano by nad rozwią­zaniami prowadzącymi do opieki nad kobietami w trudnej sytuacji, nad zmianami w prawie adopcyjnym, nad wychowaniem do odpo­wiedzialności i tysiącem innych spraw o wiele skuteczniejszych niż tępe zakazy, powodujące omijanie restrykcyjnego prawa i prowadzą­ce do dramatów.

Z jednej strony mamy inkwizytorów, którzy chcą karać, więzić doro­słych, winnych lub podejrzanych o zabijanie nienarodzonych (ale póki jesteśmy w UE, kara śmierci nie wchodzi w rachubę), a z drugiej strony tysiące, jeśli nie miliony kobiet i wspierających je mężczyzn, o różnych poglądach, w różnym wieku i z różnych środowisk, krzy­czących: odczepcie się od nas nareszcie! Zrozumcie i wytłumaczcie księżom, że człowiek składa się nie tylko z seksu, ale też z rozumu, własnego sumienia i z duszy!

Róża Thun - absolwentka filologii angielskiej, w PRL zaangażowana w działalność opozycji demokratycznej. W III RP działała w organizacjach pozarządowych - przede wszystkim na rzecz integracji europejskiej. Była związana z Unią Demokratyczną, następnie z Unią Wolności. W latach 2005-09 pełniła funkcję dyrektora Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. Od dwóch kadencji z ramienia PO zasiada w europarlamencie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz