PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 30 października 2016

Widelec godności,PiS kontra Polska,Festiwal nonsensów,Normalnie żyjemy,Szczepionka jesienna I Trans Macierewicza i pułapka PiS



Widelec godności

Dobrze, że Bartosz Kownacki, wiceminister rozrywki narodowej, przypomniał Francuzikom, dzięki komu nauczyli się jeść w spo­sób cywilizowany. Szkoda, że poprzestał na widelcach, przecież należałoby też podkreślić, że gdyby nie przod­kowie ministra Kownackiego, to żabojady nadal piłyby sok z winogron, nie wiedząc, że można z nich robić wino, o serach nie miałyby bladego pojęcia, o kulturze już w ogóle nie wspominając. Mały prymitywny narodzik, który mamy tam, gdzie Moliery, Balzald i inne Stendhale mogą nas pocałować w dupę. Może przy najbliższym kontakcie dyplomatycznym ktoś im przypomni, co po polsku znaczy „francuska choroba”.
   Jankesy nie lepsze. Już przełożony Kownackiego, sam minister rozrywki narodowej Antoni Macierewicz, zwrócił uwagę, by amerykańskie imperialisty nie szcze­kały, bo po drzewach latały, gdy nasi przodkowie krzewili w średniowieczu demokrację i zarażali nią całą Europę.
   Myślę, że Francuziki i amerykańskie przygłupy skuli­ły się ze strachu i wstydu na te pełne godności i dyplo­matycznego kunsztu słowa. Niemiaszki też niech siedzą cicho, bo przypomnimy, j ak ich uczyliśmy porządku i dy­scypliny pracy. I ten Holender unijny, co pyszczy na nas, niech się ogarnie, koleś jeden. Znalazł się mądrala z kra­iku, co tylko tulipany wynalazł, ale one przecież w ziemi rosną, więc wystarczy zrywać, co tu wynajdywać.
   I Hiszpanie niech nie plują na naszych kibiców wy­klętych, którzy pojechali do Madrytu nauczać, czym jest honor, a którego, sądząc po żałosnych komentarzach, go­spodarze wyzbyli się do cna.
   Bo prawda, niestety, jest taka, że za sprawą wiadomych sił i określonych kół cały świat sprzysiągł się, by szkalo­wać Polskę. Trochę wynika to z kompleksów rzeczonego świata, niekiedy z ignorancji, a często ze złej woli inspi­rowanej przez bankrutów politycznych. W porządku są tylko Węgrzy. Choć być może, na razie wstępnie, tak w imię rewolucyjnej czujności, należałoby się zastano­wić, dlaczego nasi przyjaciele są tacy przymilni wobec Niemców. No i Turcy. Turcy nie są źli, ich władza podob­nie jak nasza rozumie zasady prawdziwej demokracji, a nawet, co wstyd przyznać, w swojej dobrej zmianie po­szła już parę kroczków dalej. Ale spokojnie, nadgonimy.
    Co zaznaczywszy, przyznać muszę, że zdarzyły się mo­menty w moim życiu, kiedy doświadczyłem czegoś tak jakby - aż boję się użyć tego przymiotnika - pozytywne­go ze strony pośledniejszych państw i narodów.
   No na przykład czeskie poczucie humoru i stosunek ich twórców do dziejowych kataklizmów, dyktatur i in­nych politycznych dopustów bożych. Tak, wiem, Czesi generalnie są żałośni, ślepi na piękno wpływów Kościo­ła katolickiego na politykę i życie prywatne ludzi. Tak, wiem, źle to świadczy o mej sile duchowej, że podoba mi się ich akceptacja dla ludzkich słabości, niechęć do uży­wania wzniosłych pojęć i podkreślanie absurdu ludzkich relacji i zdarzeń, który przepełnia nawet tragedie.
   Wspominam też mój pierwszy egzamin na amerykań­skiej uczelni. Mimo że byłem wolnym słuchaczem, czy­li do egzaminu nie musiałem przystępować, a nawet po jego zdaniu żadnego papierka bym nie uświadczył, to dla własnej ciekawości podszedłem do próby z historii Ame­ryki Łacińskiej. Uczyłem się w miarę pilnie, ale gdy przy­szło co do czego, rankiem krytycznego dnia wpadłem w otchłań paniki. Wypakowałem więc plecak książkami, by wspomagać się solidną techniką ściągania wyniesio­ną z polskiego systemu edukacji. Jakaż była moja radość, gdy pani profesor napisała tematy na tablicy, oświadczy­ła, o której i gdzie mamy zdać prace, po czym sobie po­szła. Jupi! Już w ekstazie zmieszanej z niedowierzaniem chciałem sięgać po doping, kiedy zauważyłem, że tak jak każdy siedzący w sali ma wypełnioną książkami torbę, tak nikt do niej nie zagląda. Niektórzy rwali sobie włosy z głowy, inni ciężko wzdychali, jakaś dziewczyna się po­płakała, ale nikt nie ściągał. No cóż, i ja dostosowałem się do grupy i pisałem tylko to, co siedziało w głowie. Później mój przyjaciel Hindus próbował mi tłumaczyć: „Apo co mielibyśmy ściągać? Moi rodzice płacą ciężkie pieniądze za moją edukację. Kogo bym oszukał? No przecież nie uczelnię ani wykładowcę, tylko samego siebie”.
   Przez lata uznawałem ten egzamin i słowa przyjacie­la za pożyteczne życiowo doświadczenie. I dopiero te­raz, dźgnięty widelcem godności, zaczynam pojmować, jakim byłem niewolnikiem, jak skomlałem na kolanach przed amerykańskim panem i jego prostacko-materialistycznym systemem wartości. I jest mi wstyd jeszcze bardziej niż Amerykanom i Francuzom, kiedy za sprawą naszych ministrów uzmysłowili sobie, ile zawdzięczają tej tak opluwanej przez siebie Polsce.
Marcin Meller

PiS kontra Polska

Rok temu Jarosław Kaczyński wypowiedział wojnę najlepszemu państwu, jakie Polacy mieli od 300 lat. Dziś już nie ma wątpliwości - albo będzie władza PiS, albo normalna, europejska, otwarta, obywatelska Polska. Albo-albo

Rok, jaki minął od wyborów parlamentarnych, które niemal absolutną władzę dały jednemu człowiekowi, był dla Polski bardzo zły. Bezdy­skusyjnie najgorszy po 1989 r. Ocena tego, co się stało, ocena tej władzy, wymaga specjalnych kryteriów. Bo też jest to ekipa całkowicie odmienna od wszystkich, które wcześniej mieliśmy. To nie jest po prostu kolejna władza, kolejny rząd, choć ma taki sam, bezdyskusyjnie demokra­tyczny mandat, jak ekipy poprzednie. Poprzedników nie uznaje, ich osiągnięciami gardzi, a wszystko to, co się Po­lakom przez ponad ćwierć wieku udało w wielkich bólach zbudować, dewaluuje i niszczy, łamiąc prawo i dobre oby­czaje. Mamy więc demokratycznie wybraną władzę uzur­patorów, którzy dokonują zamachu. Nie na III RP, ale po prostu - na Polskę i demokrację. Bez zrozumienia tej wy­jątkowej natury obecnej władzy nie sposób zrozumieć ani jej samej, ani jej poczynań, ani dramatyzmu tego, co się dzisiaj w Polsce dzieje.

Co jest głównym rysem obecnej władzy i jej poczynań? Tu muszę zaserwować dłuższą wyliczankę. Niszczenie konstytucji i demolowanie państwa prawa, negatywna se­lekcja przy wyborach personalnych - masowy awans ludzi miernych, których jedynym wyróżnikiem jest całkowita lojalność wobec partii. Nienawiść do elit. Populizm i pa­ternalizm. Konflikty ze wszystkimi prawdziwymi sojuszni­kami Polski i przesunięcie jej na Wschód. Zdemolowanie
reputacji kraju. Reanimacja najbardziej antypolskich ste­reotypów. Uczynienie z prezydenta i premiera figurantów i skupienie całej władzy w rękach nowego pierwszego sekretarza, nowej kierowniczej partii. Ordynarna, agre­sywna propaganda. Inwazja kłamstwa i chamstwa. Prymi­tywny nacjonalizm. Obłaskawianie ksenofobów, rasistów i kiboli. Dążenie do totalnej centralizacji państwa. Two­rzenie państwowego kultu smoleńskiego. Instytucjonali­zacja polskiego piekła - szczucie na siebie Polaków stało się narzędziem sprawowania władzy. Swoista ekshumacja wszystkiego, co w polskiej duszy mroczne i zawstydzające. Lista na pewno nie jest pełna.
   To wszystko zdarzyło się w rok. Dlaczego? Z pewne­go punktu widzenia nie stało się nic nadzwyczajnego. Po ośmiu latach ludzie pożegnali zmęczoną, wypraną z po­mysłów, energii i pasji partię rządzącą i powierzyli wła­dzę największej partii opozycyjnej. Tak się dzieje w każdej demokracji.
   37 procent wyborców zagłosowało na partię, którą mimo jej przedwyborczej mimikry można było podejrzewać o chęć zdemolowania państwa, jakie mamy reform, które przeprowadziliśmy, i elit, które się narodziły. A może owe 37 procent głosowało na PiS, dobrze przeczuwając właśnie takie skutki. W imię rewanżu i zemsty na elitach. Ten re- sentyment nie był jednak wyłącznie polskim fenomenem. Jego efekty widzimy dziś w Ameryce - największa demo­kratyczna potęga na świecie wstrząsana jest przez niekom­petentnego błazna, który - co pewnie zabrzmi znajomo - mówi, że Ameryka jest w ruinie, elity są skorumpowane, a wynik wyborów zaakceptuje albo i nie. Amerykańska de­mokracja poradzi sobie pewnie z kandydatem Trumpem (z trumpizmem już będzie trudniej). Poradziłaby sobie za­pewne także z prezydentem Trumpem, bo ma naprawdę silne instytucje, naprawdę potężne i silne elity, prawdziwy Sąd Najwyższy i najlepsze na świecie uniwersytety.
   Polska demokracja okazała się, niestety, zbyt młoda, by zamortyzować kaczyzm. Konstytucja okazała się kiepskim bezpiecznikiem, gdy nowa władza postanowiła ją po prostu wyrzucić do śmietnika. Poważne, niezależne media oka­zały się zbyt rachityczne. A polskie mieszczaństwo, klasa średnia są wciąż na dorobku i nie stanowią siły, która paroksyzmom populizmu mogła natychmiast zapobiec. Pań­stwo i społeczeństwo były więc za słabe, by przeciwstawić się brutalnej sile uzurpatora, demagoga i populisty.

Wyliczyłem wcześniej wiele cech obecnej władzy, ale być może ważniejsze od tego, co się na tej liście zna­lazło, jest coś, czego na niej nie ma. Bowiem sens zmiany, jaką obserwujemy, polega w dużym stopniu na radykalnej redefinicji relacji między władzą a społeczeństwem, pań­stwem a obywatelem.
   Poprzednie rządy starały się - raz lepiej, raz gorzej, a cza­sem po prostu źle - rozwiązywać problemy ludzi. Władza pełniła funkcję służebną. Teraz ma być dokładnie odwrot­nie. Władza pragnie absolutnego prymatu państwa. Nie państwo ma służyć obywatelowi, ale obywatel państwu. Dokładnie tak jak w reżimach autorytarnych. W PRL pro­ponowano Polakom swoisty kontrakt: zostawimy was w spokoju, jeśli nie będziecie kwestionować naszego man­datu. Obecna władza aż tak szczodra nie jest. Nie zostawi w spokoju nikogo, a tych, którzy są wobec władzy krytycz­ni, będzie karać w dwójnasób - degradacją, wykluczeniem, insynuacją. Mamy więc totalną zmianę filozofii państwa i sprawowania władzy.
   Przesunięcie Polski przez ten rok na Wschód jest oczywi­ste. Ale cel tej władzy, nawet jeśli niezwerbalizowany, jest o wiele bardziej ambitny. Chce ona uformować nowego, wschodniego Polaka, swoistego homo soviePiSusa. Wła­dza nienawidząca społeczeństwa obywatelskiego i nieza­leżnych instytucji oraz ludzi niezależnych nie chce mieć obywateli świadomych swych praw i gotowych ich bronić. Chce poddanych, petentów, zakładników. To ma być Polska klientów władzy, nagradzanych przez nią za poparcie i gło­sy. Nowy Polak ma tej władzy czapkować, ma nienawidzić jej przeciwników, ma się odwdzięczać władzy za prezenty oraz akty łaski.
   Ta rewolucja ma się odbyć za pomocą wielkiej redystry­bucji prestiżu i pieniędzy. Klasa średnia albo jest przeciw PiS, albo ze względu na ekscesy PiS może przeciw niemu wystąpić, więc jedynowładca Kaczyński chce stworzyć
nową klasę panującą. W normalnym kraju elity tworzą się powoli, w sposób naturalny. Państwo jest w tych kra­jach wystarczająco mądre, by pozostawiać otwarte ścieżki - zdolni i pracowici zawsze mogą do elity dołączyć. W pań­stwie PiS zamiast rozszerzania elity mamy mieć jej eli­minację. Na margines mają wylecieć nie skorumpowani, przestępcy, korzystający z nieformalnych wpływów, ale wszyscy, którym się udało. To społeczna inżynieria, któ­ra wydaje się też częścią jakiejś koszmarnej psychotera­pii. Tak ambitny zamysł rozbicia całej społecznej struktury wcześniej mieli tylko komuniści. Jest to bowiem zamysł, w swej istocie, czysto bolszewicki.
  Lider PiS chce powtórki z 1946 r., chce gwałtownego przyśpieszenia i nowej elity, którą nominuje sam. Degradu­jąc jednych, awansując innych, uderzając podatkami w nie swoich i obdarowując swoich. Już nie praca i nie sukces mają być środkami do awansu, lecz decyzja władzy. Ude­rzenie w elity nie wynika tylko z pragnienia zemsty i z chęci wzmocnienia własnego zaplecza. Ma być w gruncie rzeczy śmiertelnym ciosem w demokrację liberalną, o niebo po­tężniejszym niż rozwalenie Trybunału Konstytucyjnego. Gdy władza rzuci na kolana jej obrońców, demokracja w li­beralnym kształcie po prostu padnie. Tak jak padnie spo­łeczeństwo obywatelskie, gdy tylko zmasakruje się pozycję obywatela. Już 10 lat temu Jarosław Kaczyński z właściwą sobie szczerością powiedział, że społeczeństwo obywatel­skie jest zagrożeniem dla państwa. Oczywiście, dla normal­nego, demokratycznego państwa żadnym zagrożeniem nie jest, przeciwnie - jest jego wsparciem. Ale dla państwa au­torytarnego, jakie buduje Kaczyński, rzeczywiście jest za­grożeniem śmiertelnym.

Operacja niszczenia reform, instytucji i wszelkich opo­nentów władzy jest skrajnie cyniczna i śmiertelnie nie­bezpieczna dla Polski, jest przemyślana i konsekwentna, ale też całkowicie irracjonalna. Władca i właściciel państwa niszczy nie tylko po to, by osiągnąć swe cele. On chce napa­wać się samym zniszczeniem.
   Nie mogąc pojąć owej irracjonalności i nie chcąc się z nią pogodzić, na siłę staramy się nadać pozory logiczności temu, co nielogiczne. Dlaczego na przykład Kaczyński z taką lu­bością obraża swych przeciwników, w czym pomagają mu poręczne zabawki w postaci mediów narodowych? Otóż czyni tak wcale nie po to, by skonsolidować swój elektorat. Obraża, bo kocha obrażać, depcze, bo uwielbia deptać, oplu­wa, bo się w tym pławi, poniża, bo wszystkich, którzy go nie lubią, nie podziwiają, chce widzieć poniżonych. Tak po pro­stu. Z sadystyczną satysfakcją. Dlaczego twarzą walki z Try­bunałem Konstytucyjnym jest prokurator stanu wojennego Piotrowicz? Bo celem jest nie tylko pognębienie Trybuna­łu, ale jednocześnie upokorzenie jego sędziów i obrońców.
  Mamy więc Kaczyńskiego w wersji o wiele groźniejszej niż ta, którą poznaliśmy w latach 2005-2006. Teraz nie ma pęt w postaci koalicjantów, ale przede wszystkim nie ma już ab­solutnie żadnych hamulców moralnych. Nie miał ich i wte­dy, ale wówczas hamulcowym był prezydent Kaczyński. Lech Kaczyński uważał po prostu, że pewnych rzeczy robić nie można i mówić nie można, czym mitygował brata, bę­dąc jedyną osobą w sferze publicznej, z której zdaniem ten się jakoś liczył. Dziś żadnych bezpieczników nie ma. Stąd ra­dykalizm rewolucji, której prawdziwego zasięgu jeszcze nie znamy. Stąd bezceremonialna brutalność, której skalę do­piero poznamy.
   Władza czerpie też garściami z modelu państwa, które szczęśliwie pożegnaliśmy w 1989 r. Jej nacjonalizm łącznie z tzw. polityką kulturalną jest niemal kalką moczaryzmu, jej polityka gospodarcza sięga do wzorców gierkowszczyzny, jej brutalna propaganda, łącznie z językiem, wskazy­waniem i potępianiem wrogów ustroju - przypomina epokę Jaruzelskiego.
   Pod względem ostentacji i bezceremonialności obecna władza czasem nawet komunistów przebija. Działalność i występy ministra Macierewicza są tego doskonałą ilustra­cją. Nawiasem mówiąc, nie sposób zrozumieć tak wielkiego poparcia dla władzy, której dwoma najważniejszymi przed­stawicielami są panowie Kaczyński i Macierewicz, od da­wien dawna najbardziej niepopularni politycy w kraju.

Rozpoczęte niemal rok temu dzieło destrukcji trwa w najlepsze. Niszczone jest niemal wszystko, czego ta władza się tknie, w sumie mamy niesamowity festiwal dy­letanctwa. Ta ekipa specjalistów od demolki serwuje nam niezmiennie fantasmagorie o gospodarczym cudzie, któ­rego dokona. Mówiąc krótko: 500 + zemsta i mrzonki.
   Ponieważ nie ma ani bezpieczników instytucjonalnych, ani hamulców moralnych, tym bardziej estetycznych, na­leży się zastanowić, czy jest cokolwiek, co tę władzę może zatrzymać. Linia demarkacyjna wskazująca na ogranicze­nia władzy, którą narysowano w konstytucji, już została wymazana. Trzeba więc ją namalować od nowa. Może to zrobić tylko społeczeństwo stawiające opór władzy.
  Toczy się wielka batalia, która zdecyduje nie tylko - najbliższych latach, ale może nawet o dekadach. To ba­talia między autorytarną władzą a społeczeństwem oby­wateli. Stawka jest w niej większa niż dorobek III RP - dorobek ludzi, niż konstytucja i Trybunał Konstytucyj­ny, prawa obywateli i prawa kobiet. Stawką jest przetrwa­nie Polski wolnych obywateli, zachowanie państwa, które nie będzie wrogiem dla większości społeczeństwa, i prze­trwanie Polski jako członka demokratycznej, zachodniej wspólnoty narodów. Batalia ma więc charakter egzysten­cjalny. To bój o wszystko.

Jeśli społeczeństwo tę batalię przegra, kraj, być może na całe pokolenie, osunie się w mroki nieposkromionego autorytaryzmu i brutalnego zamordyzmu. Jeśli społeczeń­stwo zwycięży, poniekąd wywalczy demokrację ponownie. Nie, jak 27 lat temu, wskutek kontraktu garstki opozycjo­nistów z upadającą władzą, ale wskutek wielkiego oży­wienia obywatelskiego, które będzie znakiem dla tej i dla każdej innej władzy, że są rzeczy, na które wolni obywate­le Polski nie zgodzą się nigdy. Dokładniej rzecz ujmując, że nie będziemy tolerować władzy naruszającej obywatelskie prawa, niszczącej pozycję Polski i uderzającej w interesy przyszłych pokoleń.
   To może być jednocześnie wielki akt założycielski pol­skiej demokracji, na którego brak narzekało tak wielu, tak­że tych, którzy uznają historyczną wagę Okrągłego Stołu i wyborów z czerwca 1989 r.
   Gdzieś na końcu, gdy krajobraz po bitwie się oczyści, a kurz opadnie, potrzebna będzie być może nowa, wiel­ka umowa społeczna, która nie będzie wykluczała ni­kogo, żadnej grupy społecznej, także wielomilionowej rzeszy Polaków, którzy obecną władzę popierają. Pol­ska nie może być za ciasna dla nikogo. Każdy powinien czuć się tu u siebie, żyjąc w przekonaniu, że jego prawa są gwarantowane.
   W najbliższym czasie to sami Polacy odpowiedzą na py­tanie, ile są w stanie znieść, na ile pozwolą, czego nie będą tolerować. Sami Polacy zdecydują, jakiego kraju pragną
jaką twarz chcą pokazywać światu. W gruncie rzeczy jest to więc batalia o polskiego ducha. To z niej narodzi się, na dobre lub na złe, nowy Polaków portret własny.
Tomasz Lis

Festiwal nonsensów

Zapamiętajcie to nazwi­sko: Tulicki. Marcin TU-LI-CKI. Redaktor Tulicki z „Wiadomości”
TVP jest autorem obrzy­dliwego paszkwilu na Adama Michnika z okazji jego 70-lecia. Sprawa stała się głośna, dlaczegóż więc jeszcze - tym wspominam, przecież tematów nie brak - bajdy Macierewicza, wynurzenie się Misiewicza, komentarze dyrektora Magierowskiego, bzdury ministra Błaszczaka - dużo innych?
   Odpowiadam: na wszystko przyjdzie czas, ale obowiąz­kiem dziennikarza jest dawać świadectwo temu, co się dzieje. Dlatego najpierw zwracam uwagę na to draństwo. Po obejrzeniu paszkwilu Tulickiego w internecie w pełni zgadzam się z opinią Adama Leszczyńskiego (OKO.press), który dał zdanie po zdaniu opis tej parodii dziennikar­stwa, jaką wykonał p. Tulicki: zestaw kłamstw, niedomó­wień, insynuacji i przemilczeń. Nie jest to obiektywny portret człowieka, jego osiągnięć i porażek, blaskowi cie­ni. To zwyczajna łobuzeria medialna w aureoli telewizji publicznej. „Kimże ja jestem, żeby oceniać Michnika?” - mógłby, wzorem papieża Franciszka, zastanowić się redaktor „Wiadomości” TVP. Ale jemu ręka nie drgnęła, sumienie go nie ruszyło.
    „Wiadomości” nie wspominają, że Michnik był jednym z głównych opozycjonistów w PRL, ze stażem od lat 60., od wczesnej młodości, był wielokrotnie aresztowany, sie­dział 7 lat w więzieniach. Gdyby nie tacy ludzie jak Kuroń, Michnik, Modzelewski, Wałęsa czy Havel i inni, komunizm trwałby dłużej. Jego znane od Chile do Moskwy nazwisko - obok kilku innych - jest symbolem sprzeciwu wobec komunistycznej dyktatury. Jego zasługi dla demokracji są doceniane nie tylko u nas, ale i za granicą. Tymczasem „Wiadomości” pp. Kurskiego, Paczuskiej, Marcina Tulic­kiego robią z Michnika kolaboranta. Z wyjątkiem jednej pochlebnej (acz anonimowej) opinii, cytują wyłącznie kry­tyków i wrogów Michnika i „michnikowszczyzny”.
   Oczywiście Michnik nie jest święty i podlega ocenie, jak każdy, jego linia po 1989 r. miała i ma przeciwników (vide afera Rywina), jego wrogowie mają prawo głosu, ale świństwo, jakie popełnił pan Tulicki, polega na zde­cydowanie jednostronnym i kłamliwym pokazaniu tej postaci, zgodnie z obowiązującą linią partii. Zamiast niezłomnego opozycjonisty otrzymujemy obraz obroń­cy komunistów i wspólnika morderców żołnierzy wyklę­tych. Tulicki kiedyś pożałuje tego, co zrobił. Pasztet, jaki upichcił na Michnika, będzie mu się długo odbijał i leżał na żołądku. Zgłaszam go do nagrody „hiena roku”.
   Teraz kolej na Antoniego Macierewicza. Jego wywiad „wSieci” nosi tytuł „Chcemy zbudować polski śmigło­wiec” (bo widelec już mamy). Broniąc się przed zarzutem, jakoby strona polska negocjowała z Francuzami w złej wierze (o czym miałyby świadczyć jego rozmowy z Miel­cem i Świdnikiem), minister obrony mówi: „Ale przecież te rozmowy zaczęły się dopiero kilka dni po zakończeniu rozmów z Francuzami. MON nie mogło dłużej czekać...”. Załóżmy, że tak było - o czym to świadczy, jak nie o tym, że ministerstwo nie miało „planu B” na wypadek niepo­wodzenia negocjacji z Francuzami? Gdy mleko się rozlało - rząd wpadł w panikę, stąd „last minute” podróże premier i ministra do Łodzi, Mielca i Świdnika, a także feeria pomysłów: tu kupimy kilka śmigłowców amerykańskich bez przetargu, w ramach „nagłej potrzeby operacyjnej”, tam dogadamy się z Ukrainą w celu stworzenia „środ­kowoeuropejskiej współpracy zbrojeniowej”, pogada się z Mielcem, Świdnikiem i Airbusem (o naiwności!) o no­wych dostawach, bo wojsko „nie może czekać w nieskoń­czoność”. W sumie chaos i improwizacja. Nie chciałbym lecieć helikopterem, którego pilotem byłby Macierewicz.
   Muszę uważać, co piszę, gdyż minister ostrzega, że z autorami kłamliwych i agresywnych wypowiedzi (polityków i mediów), mającymi charakter świadomego szkodzenia polskiemu bezpieczeństwu, „spotkamy się w sądzie”. Jeżeli to nie jest karalne sądowo, to pozwalam sobie zwrócić uwagę na język i argumenty niektórych przedstawicieli strony rządowej. Macierewicz uznaje swoich krytyków za wrogów Polski, a ich wypowiedzi uznaje za „gardłowanie”: „Żaden z polityków gardłują­cych dziś przeciwko Polsce...” - mówi. „Gardłowanie, że chce się mieć na terenie Polski wojska sojusznicze...” ten ton świadczy, jak bardzo rozdrażniony jest minister. Jego krytycy to dla niego „ludzie, którzy są zapiekli w nie­nawiści i których ogarnęło szaleństwo...”.
   Przeciwieństwem szaleńca zapiekłego w nienawiści jest zawsze opanowany rzecznik prezydenta, dyrektor Marek Magierowski, którego pamiętam jako wyróżniającego się publicystę „Rzeczpospolitej” i gościa mojego programu w TOK FM (za co dziękuję i zapraszam ponownie!). Tro­chę szkoda Marka Magierowskiego na rzecznika, ale sam chciał. Tylko dlaczego w programie Moniki Olejnik rzecz­nik mówi, że prezydent nie będzie się kierował „widzimi­się” liderów Platformy i Niezależnej. Czy ponadpartyjny rzecznik mówiłby również o „widzimisię” prezesa Kaczyń­skiego? Czy wypowiedziałby się lekceważąco o kwalifika­cjach wojskowych prezesa PiS, podobnie jak to uczynił wobec innych członków Rady Bezpieczeństwa Narodowe­go, liderów PO i Niezależnej? Czy wreszcie zwierzchnik sił zbrojnych góruje nad nimi znajomością sztuki wojennej?

Na koniec zostawiłem pełną wdzięku wypowiedź mini­stra Błaszczaka, że nie brał udziału w „gali” Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ Trybunał był założony przez dyktatora Jaruzelskiego w ramach kosmetyki reżimu. Je­żeli Błaszczak bojkotuje instytucje powstałe w niewoli, to powinien zwrócić dyplom Uniwersytetu Warszaw­skiego, powołanego (1816 r.) przez cara Aleksandra I. To także tłumaczy, dlaczego minister omija Filharmonię Narodową (1901 r., odbudowaną w PRL), Teatr Polski (1913 r.) i Teatr Wielki, odbudowany pod komunistycz­nym protektoratem. No, i na pewno nie spotkamy mi­nistra na Zamku Królewskim odbudowanym przebiegle z inicjatywy Edwarda Gierka, by zapisać się w pamięci rodaków jako patriota. Wszystko to są terytoria wolne od ministra Błaszczaka. Oby coraz większe!
Daniel Passent

Normalnie żyjemy

Wynajęty przez PiS na posadę prezyden­ta RP Andrzej Duda z Krakowa poinfor­mował, że nie da sobie obciąć rąk z powodu jakiejś grupy ludzi związanej z po­przednią władzą. Bardzo słusznie, przecież utrzymuje się on z tego, że podpisuje. A i za głowę czasem musi się złapać, słuchając wiadomości z Brukseli. Zza żelaznej kurtyny znaczy. Bo ta Europa za bardzo nas nie rozumie skarżył się pan Duda w Budapeszcie. Tymczasem my tu żyjemy po prostu normalnie i jest na to wiele przykładów.
   Oto do „Gazety Wyborczej” we Wrocławiu została wysłana przesyłka. I dotarła, tyle że kurier zażądał ode­brania jej na ulicy. Klauzula sumienia nie pozwoliła mu wejść do środka - do tego kłębowiska antychrystów, kryptokomunistów i niewolników francuskich widel­ców Inny przykład: w Poznaniu odbywa się seminarium lekarzy specjalistów. Zabiera głos sława, wielki przyjaciel wszystkich kobiet w ciąży prof. Bogdan Chazan. Wyjaśnia, że przyczyną niepłodności są poglądy polityczne - lewi­cowe oczywiście. Lewaczki przesadnie zabiegają o szczu­płą sylwetkę, chodzą głodne, więc są wściekłe i walczą o in vitro, tymczasem lekko otłuszczeni prawicowcy (oraz PSL i kilku od Kukiza) zachodzą w ciążę bez wysiłku. I bar­dzo proszę, normalność znów zwycięża.
   Budżet też nareszcie mamy normalny. Wicepremier Mateusz Morawiecki stanął na głowie i zakochał się w nim po uszy. Mało tego. Budżet te uczucia odwzajem­nił. Co tu dużo gadać, namiętność pokona każdą prze­szkodę w finansach publicznych. Podobno Łukaszenka, którego wicepremier ostatnio odwiedził, był tym nowoczesnym podejściem do ekonomii zachwycony. przyznał, że też układa budżety z miłości do ludzi, a nie dla wskaźników.
   W Krakowie nagrodą Patrioty Roku 2016 uhonorował się Antoni Macierewicz. Laudację wygłosił prof. Andrzej Nowak z UJ. Nie wahał się użyć wielkich słów: laureat od­ważył się wziąć na swoje barki do­chodzenie prawdy w sprawie, w której przeciwnikiem jest najsilniejszy i najniebezpieczniejszy człowiek na świecie, Władimir Putin - ma on na sobie krew setek tysięcy ludzi, w tym 200 tys. Czecze­nów. Tu przerywam na chwilę opis uroczystości, by przy­pomnieć, że niedawno nie wpuszczono do Polski kilku­dziesięciu uchodźców z Czeczenii - kobiet, dzieci, rodzin po prostu - bo wśród nich mogli być terroryści. Przemo­czonych i głodnych zabrała dokądś białoruska milicja...
   Wracam do święta Macierewicza w Krakowie. Jako im­prezę uzupełniającą zorganizowano tam panel kulturalny, jakiego nie było od zakończenia PRL. Pisowscy komisa­rze ludowi i ich akolici wystąpili oficjalnie o przywróce­nie cenzury - na razie dla teatrów Przedstawiono listę największych szkodników „kalających wszystko, co dla prawdziwego Polaka najświętsze: rodzinę, Kościół, Jezusa historię”. Na czele Monika Strzępka i Paweł Demirski, a dalej Michał Zadara, Krzysztof Mieszkowski, Piotr Rataj­czak i Litwin Eimuntas Nekrosius, który zadrwił, i to w Te­atrze Narodowym, z naszego wielkiego dramatu „Dziady”. Podobno poszło mu tak łatwo, bo kończył studia w Mo­skwie. Czarę goryczy przelały zaś łachmany. Jeden z dys­kutantów zauważył, że wymienieni tu reżyserzy specjalnie ubierają aktorów w szmaty deformujące postaci, by nie można było odróżnić, kto jest kobietą, a kto mężczyzną.

Uczestnicy kulturalnego pandemonium zgłosili na ko­niec swoje postulaty: teatrom odebrać dotacje, a twór­com zabronić dowolnego interpretowania literatury. Oczywiście Europa znowu nie zrozumie, że to wszystko w ramach przywracania normalności oraz ukochania wol­ności i suwerenności przez Polaków.
Stanisław Tym

Szczepionka jesienna

Na pytanie, dlaczego Antoni Macierewicz może bezkar­nie robić i opowiadać, co zechce, jedyna poprawna odpowiedź brzmi: bo może. Wiadomo, że obecny mi­nister obrony narodowej jest faktycznie numerem 2 w partii i chyba jedynym, któremu prezes zapewnia pełny immuni­tet. Natura tego szczególnego związku nie jest jasna, a powierzenie Macierewiczowi „smoleńskiego odwetu" było raczej dowodem jego wyjątkowej pozycji niż jej przyczyną. Jedna z hipotez, przywołanych ostatnio z okazji 40-lecia KOR, mówi, że w czasach opozycji PRL Jarosław Kaczyński należał do kręgu, i to nie pierwszego, współ­pracowników Macierewicza; trochę publikował w„Głosie", organie tego środowiska, ale to Macierewicz był wtedy guru. Zapewne coś z tej relacji mistrz-uczeń przetrwało, zwłaszcza że kiedy w kolejnych dekadach Kaczyński wchodził coraz głębiej w polityczne rozgrywki, układy i sojusze, Macierewicz pozostawał bezkompromisowy, świe­cił swoją niezłomnością i radykalizmem. W końcu zyskał przy Ka­czyńskim rolę egzekutora, w myśl anegdotycznego powiedzonka: „Mam Macierewicza i nie zawaham się go użyć".

Do ważnych politycznych wynalazków Jarosława Kaczyńskiego należało nadanie partii charakteru rewolucyjnego; to już było trochę widoczne przy pierwszych rządach PiS, ale dojrzało dopie­ro w czasie 8-letniej opozycji. Partia rewolucyjna ma sporo zalet jako instrument zdobywania władzy. Z definicji nie musi liczyć się z ustrojem państwa, bo przecież chce go zburzyć; nie musi, a nawet nie powinna wchodzić w żadne relacje z„uzurpatorską" władzą; „wielka idea", której służy, daje jej wyższość moralną nad demo­kratycznymi politykami. Rewolucyjność dostarcza też przewagi retorycznej: każdy radykalny sąd brzmi atrakcyjniej od mętnego re­alizmu; gruntowna zmiana to program propagandowo bez porów­nania lepszy niż żmudne doskonalenie (np. oświaty, służby zdrowia, armii, sądownictwa). Rewolucja komfortowo zwalnia z obowiązku debaty i przyjmowania jakichkolwiek racji od wrogów, którymi są wszyscy spoza naszego obozu. Ją się robi, a nie o niej dyskutuje. Ten koncept zawsze przyznaje rację rewolucjonistom: bo jeśli nasze cele są atrakcyjne i słuszne (np. plan Morawieckiego, repolonizacja Polski, Międzymorze, suwerenność), to słuszne są też nasze działania, a jeśli nie są (Misiewicze, aborcja), to mamy rewolucyjną odwagę, aby się przyznać, i tym silniejszy mandat, aby iść dalej. W re­wolucji nie ma też żadnych cząstkowych kryteriów oceny; jest dą­żenie i jego wrogowie. (Wydaliśmy właśnie„Niezbędnik Inteligenta" pt.„Utopie", odsyłam do obfitych opisów, jak w historii rewolucyjne utopie zawsze kończyły się zamordyzmem).

Otóż w pisowskiej rewolucji, która jest zresztą jakąś historyczną parodią czy cytatem, Antoni Macierewicz odgrywa rolę„pierwszego niezłomnego"; jest przy Kaczyńskim kimś takim jak Che Gu­evara przy Fidelu Castro lub młody Lew Trocki przy Leninie. Skojarze­nia z Guevarą i Trockim, dziś zapewne obraźliwe, są o tyle zasadne, że sam Macierewicz uchodził w młodości za trockistę i miłośnika Che. Radykalizm, ideowość, także rewolucyjna czujność, brutalność wobec wrogów, radość ze sprawowanej władzy są chyba po prostu osobowymi cechami Ministra, raczej niezwiązanymi z wyznawaną akurat ideą. Każda rewolucja przyciąga charakterologicznych re­wolucjonistów, a najostrzejszy z nich jest zwykle kierowany na naj­ważniejszy odcinek (tu już oszczędzę historycznych analogii). W ten sposób zapewne Antoni Macierewicz stał się - to już popularne określenie-głównym kapłanem religii smoleńskiej. Trudno znaleźć w historii, także w historii rewolucji, równie absurdalny zwornik dla społecznego ruchu sprzeciwu, jednak aby zostać członkiem PiS, peł­noprawnym uczestnikiem i beneficjentem rewolucji, trzeba przejść kryterium smoleńskie. I wbrew pozorom nie jest to takie głupie.

Uznanie, że w Smoleńsku, wbrew wszystkim zebranym przez specjalistów dowodom, nie doszło do katastrofy lotniczej, lecz do zamachu, jest testem partyjnej lojalności o najwyższej wadze.
Jeśli jesteś zdolny zawierzyć swoim przywódcom do tego stopnia, aby kilkudziesięciu fachowców od wypadków lotniczych uznać za ludzi Putina, premiera rządu za zdrajcę i spiskowca, zanegować widzianą na własne oczy (choć w TV) mgłę, zaprzeczyć odsłucha­nym rozmowom pilotów itd., to znaczy, że jesteś człowiekiem wiary. Uwierzysz w Polskę w ruinie, ubeka Wałęsę, Michnika kolaboranta, Mistrale sprzedane za dolara, islamistów gwałcących Polki, kobiety czyhające, aby zabić swoje dziecko. Nie sprzeciwisz się nawet ekshu­macjom smoleńskim, bo dowody prawdy mogą być przecież ukryte w grobach.
   Przy okazji fenomenu Trumpa politolodzy zwracają uwagę, że jego zwolennicy nie wierzą w żadne podawane przez przeciwników czy tzw. ekspertów liczby, fakty, analizy, świadectwa. Są rewolucyjnymi oddziałami Zmiany. Można by to skwitować smętną uwagą, że oto, nie tylko w Polsce, dożyliśmy takich czasów, że dużą grupę obywateli frustracja, lęk, potrzeba odwetu i sprawiedliwości prowadzą w stronę zawierzenia rewolucjonistom, w tym maniakom i hochsztaplerom. Nie po raz pierwszy w dziejach. Wydawało się, że po ustrojowych eksperymentach XX w. jakoś tam jesteśmy na to odporni. Ale każda szczepionka działa tylko jakiś czas. Przyjmijmy zatem, że właśnie dostajemy serię bolesnych zastrzyków od dr. Macierewicza.
Jerzy Baczyński

Trans Macierewicza i pułapka PiS

Obwieszczony z udziałem prezesa Kaczyńskiego zamiar powołania komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji uważam za najistotniejsze obok programu 500+ przedsięwzięcie polityczne Prawa i Sprawiedliwości.

Powołanie komisji weryfikacyjnej ma wywołać nową dyna­mikę polityczną, która zapewni PiS zwycięstwo w wyborach samorządowych, a zwłaszcza w metropoliach - ze szczególnym uwzględnieniem Warszawy. Nie wiadomo, jak ostatecznie ma ona wyglądać, ale z komunikatu Ministerstwa Sprawiedliwości można wyczytać trzy zamiary. Zamiar pierwszy to naprawienie oczywi­stych krzywd i zdelegalizowanie oczywistych nieprawości. Afery były - nie ma tu dwóch zdań.
   Zamiar drugi to - w związku z zapowiedzianym jawnym trybem pracy komisji - rozpoczęcie wieloaktowego spektaklu politycznego, polegającego na przypiekaniu prezydentów metropolii, ze szczególnym uwzględnieniem Hanny Gronkiewicz-Waltz. Zamiar trzeci przepełnia specyficzna pisowska finezja. Polega on na tym, by komisję powołać i skonstruować w sposób możliwie najbardziej sprzeczny z porządkiem konstytucyjnym i ładem prawnym III RP. Jest to działanie celowe.

Zamiar pierwszy można tylko poprzeć. Jeśli chodzi o zamiar drugi, to kłopot polityczno-personalny ma Platforma Obywatelska. Pani prezydent Warszawy nie jest Donaldem Tuskiem i wielce prawdopo­dobne, że postawiona przed komisją mocno się pogubi z wiadomy­mi konsekwencjami dla wizerunku swojej partii, której jest twarzą w Warszawie. Nowe kierownictwo PO stoi przed odpowiedzią na py­tanie: czy ta placówka w ogóle jest do obrony?
   Zamiar trzeci jest kłopotem dla wszystkich, którzy przeciw­stawiają się demontażowi przez PiS państwa prawa. Na razie ci, którzy mówią, śpiewają do melodii wygrywanej przez prezesa Kaczyńskiego. PiS rozprawia więc o krzywdzie ludzkiej, zmowie, przestępczości białych kołnierzyków, o tym, że trzeba to naprawić i wymierzyć sprawiedliwość, a przeciwnicy - o„stalinowskich trojkach", prawie i konstytucji.
Odpowiedź PiS jest prosta: ci, którzy są przeciw komisji, chcą bronić złodziei, aferzystów i korupcjonistów. Chcą, żeby było, jak było, a cała gadanina o konstytucji i państwie prawa służy temu, by oczywistym złodziejom włos z głowy nie spadł, a pokrzywdzeni zostali sami ze swoją krzywdą. To jest właśnie ta wasza III RP i państwo prawa. I PiS odwołuje się nie do mitycznego„układu", ale do konkretnej afery, gdzie aferzystów można wskazać palcem. Dlatego ta odpowiedź ma wielką siłę perswazyjną.

Nie ma prostego wyjścia z tej pułapki, ale jest wyjście nieproste. To nie PiS wykrył aferę reprywatyzacyjną, tylko środowiska od PiS dalekie: „Gazeta Wyborcza" i stowarzyszenie Miasto Jest Nasze. Potrzebny jak powietrze jest alternatywny wobec pisowskiego projekt przywrócenia sprawiedliwości, naprawienia krzywd i pozbawienia krzywdzicieli nienależnych profitów. O tym, że jest to możliwe, przekonująco mówi prof. Ewa Łętowska. Tylko stwo­rzenie takiego projektu przez środowiska prawnicze dostrzegające patologie administracji i wymiaru sprawiedliwości oraz podjęcie go przez opozycję uprawomocni opór wobec działań PiS z ewen­tualnym bojkotem prac komisji włącznie, przez co należy rozumieć odmowę udziału w niej oraz odmowę stawiennictwa przed nią.
   Obok komisji ds. reprywatyzacji uwagę obserwatorów przyciągał minister Antoni Macierewicz w związku ze śmigłowcami i nie tylko. Kwestii śmigłowców nie sposób omawiać w trybie felietonowym. Ograniczę się do konkluzji, że 10 śmigłowców, które mamy zakupić w ramach pilnej potrzeby operacyjnej, może się okazać najdroższymi śmigłowcami świata, jeśli po paru latach kolejny już rząd będzie płacił unijne kary za naruszenie zasad uczciwej konkurencji. W trybie felietonowym, choć sprawy są poważne, można jednak zająć się innymi wypowiedziami ministra Macierewicza.

Wypłynął on na szerokie wody polityki regionalnej i światowej. Najpierw oznajmił z trybuny sejmowej, że okręty desantowe Mistral, pierwotnie wyprodukowane przez Francuzów dla Rosji, a następnie pod naciskiem sojuszników z NATO sprzedane przez Francję Egiptowi, zostały przez Egipt odsprzedane Rosji za sym­bolicznego jednego dolara. Świat i Europa, nie mówiąc o Polsce, wstrzymały oddech, ale Egipt i Rosja zaprzeczyły, a komentatorzy zwrócili uwagę, że pan minister posiłkuje się informacjami z niszo­wych portali internetowych.
   W tej sytuacji minister uciekł do przodu. Rzeczniczka MON stwierdziła:„Oczekujemy jasnego stanowiska od Federacji Rosyjskiej, czy zrezygnowała z tego zakupu"(tzn. Mistrali). Tu już zastosowanie mają kategorie polityki właściwej dla ustroju feudalnego. Pan senioralny (w tym przypadku Rzeczpospolita Polska) ma oczywiście prawo wezwać wasala (w tym przypadku Federację Rosyjską), którego podejrzewa o to, że chce mu jakowąś nieszczerość wyrządzić, do wytłumaczenia się. Jest tylko wątpliwe, czy Władimir Putin postrzega Federację Rosyjską jako lenno Rzeczpospolitej Polskiej.

Ale to są drobne sprawy regionalne. Na inauguracji roku akade­mickiego w toruńskiej uczelni o. Rydzyka pan minister oświad­czył, że wielki sukces Polski „w ogóle byłby niemożliwy, gdyby nie myśl polityczna, gdyby nie plany przygotowane i sukces ostateczny koalicji, którą kieruje Jarosław Kaczyński. Tu leży źródło tej wielkiej geopolitycznej zmiany, której beneficjentem przede wszystkim jest naród i państwo polskie, ale które promieniuje na zmianę geo­polityczną całego świata". Nie sądzę, by panu ministrowi chodziło o znane z marksizmu dialektycznego prawo wszechzwiązku zja­wisk, raczej miał na myśli związek przyczynowo-skutkowy między objęciem rządów przez PiS a zmianą geopolityczną na świecie.
   Słusznie zatem „środowisko Białego Kruka" przyznało Antoniemu Macierewiczowi tytuł „Patrioty Roku 2016". Przyznanie tytułu na patriotycznej gali poprzedził wykład prof. Andrzeja Nowaka „Tysiącletni duch patriotyzmu". Obserwatorowi spoza środowiska Białego Kruka nasuwa się wniosek, że przez tysiąc lat duch patriotyzmu kondensowałsię, a w 2016 r. skroplił się - i to właśnie jest minister Macierewicz lub też wydzielana przez niego podczas transu mediumicznego ektoplazma.

Ludwik Dorn - polityk, publicysta, socjolog. Były marszałek Sejmu (2007 r.) i były poseł (III-VII kadencji). W latach 2005-07 wicepremier i szef MSWiA. W PRL opozycjonista, w III RP współtwórca Porozumienia Centrum i PiS. Od 2008 r. formalnie poza PiS, choc w wyborach w 2011 r. startował do Sejmu z list tej partii. Zakładał Polskę Plus, był też członkiem klubu Solidarnej Polski. W 2015 r. próbował wrócić do Sejmu z list PO. Poza polityką zajmuje się tłumaczeniem wierszy, powieści szpiegowskich i pisaniem bajek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz