PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 19 listopada 2016

Kit tanio sprzedam,Dopiero cztery,Komitet centralny marszu,Związani łańcuszkiem i Ich Trump i nasz Trump



Kit tanio sprzedam

Co innego mówi się w kampanii wyborczej, a co innego robi po wyborze” - stwierdza z niewinnym uśmiechem pan Magierowski. Moja żona wybucha śmiechem prawdziwym, a jej śmiech zaraża mnie i śmiejemy się teraz we dwójkę, czyli z Magierowskim we trójkę. Wcześniej parokrotnie tymi słowami wyjaśniał zachowanie pana Dudy. Ale nie będę z niego kpił. Coś mi bowiem nie dało spokoju. Tak jaw­ne przyznanie się do oszustwa wyborczego - owszem, nieformalnego, bo nikt przecież głosów nie sfałszował ani ich krzywo nie policzył, ale przyjęcie za oczywistą oczywistość, że obietnice wyborcze są kłamstwem, ki­tem wyssanym z palca, wywiedzeniem „ciemnego ludu” w szczere pole - zmusiło mnie do zastanowienia. Jeszcze niedawno politycy obiecywali rzeczy, które wyglądały realnie i wydaje się, że robili to szczerze, bo tak im wycho­dziło z prognoz i analiz, wyliczeń i dostępnych danych, i jeśli ich potem nie realizowali, to dlatego, że dopiero po wyborze zderzali się z nowymi danymi, zawartymi umo­wami i sojuszami, które krępowały ręce. Ale kiedy Wałę­sa obiecywał każdemu po 100 milionów starych złotych, czuć było na kilometr, że to humbug; także Kwaśniewski każdemu młodemu małżeństwu nowe mieszkanie rzu­cił, jakby to był papierek od cukierka - obaj wiedzieli, że to kit, bo przecież nie mieli takich uprawnień jako pre­zydenci, by obiecywać tego typu rzeczy. Prezydent nie ma w katalogu uprawnień takich możliwości - ani nie zawiaduje państwową kasą, ani nie buduje mieszkań.
   Jednak tym razem chodzi o co innego. Weszliśmy w nową epokę, w której demokracja przeżywa wiel­ki „fuck up”. Co i rusz dostaje ścierką w twarz, staje się kpiną samą z siebie, jest reality show z wybieraniem Gulczasa w miejsce Mazowieckiego, jeden do jedne­go kalką internetu w realu. Człowiek mówi: „Nigdy na oczy nie widziałem Putina, nigdy z nim nie rozma­wiałem”, a potem mówi: „Oczywiście, znam Putina doskonale, świetnie nam się rozmawiało” - i ludzie nie reagują, bawi ich to i lubią gościa jeszcze bardziej. Krzyk: „Wybieramy go!” i pędzą do urn. Pięć lat temu ów kan­dydat napisał w internecie: „Większość Amerykanów to banda jebanych idiotów” i wiedząc o tym, Amerykanie zechcieli go na prezydenta.
   Demokracja zakładała zbiorową mądrość ludu przy podejmowaniu decyzji. Wspólną, rozważnie podjętą de­cyzję. Rozumną. W praktyce oznaczała, że ktoś, kto nie ma pojęcia o finansach, ma tak samo ważny głos jak ten, co jest w tej dziedzinie laureatem Nobla. Dwóch anal­fabetów przegłosuje noblistę, choćby wrzeszczał wnie­bogłosy, że to zrujnuje państwo. Tak zbiorowa mądrość staje się zbiorową głupotą narodu.
   Kiedyś społeczeństwa były rolowane skrycie, kłamstwa były tuszowane, ciemne sprawki czyniono niewidzialny­mi. Dziś narody są w kampaniach jawnie robione w ko­nia i mało tego: są o tym uprzedzane. Wykłada się foldery z mętnymi dokonaniami kandydatów, które niedawno dyskwalifikowały ludzi idących do polityki, a teraz dają im dodatkowe punkty. Ten kradł, bankrutował, tamten gwałcił własną żonę, ten nie płacił podatków, znieważał kobiety, pokazywał fiutka na Instagramie, tamta zatrud­niała ludzi na czarno, a ta nie miała żadnych e-maili na lewym serwerze, no, może trochę, no jakieś pół miliona, nie, nie były tajne, to znaczy może były, ale potem. Skończyła się szarmancja i w miejsce „nie zgadzam się” leci „jesteście idiotami”, „wypadek” staje się „zamachem”, „500 zł dla każdego” staje się „dla co drugiego”, a „obni­żymy podatki” staje się „podnosimy je”, bo przecież kam­pania to co innego niż real. Dziś narody dokonują wyboru w oparciu o pewność, że wybierają lepszego kłamcę i kiciarza, większego chama (chamstwo jest widowiskowe i imponuje) i pełną świadomość, że wiedza z internetu jest równie kłamliwa, poprzekręcana, celowo oszczer­cza. Bo przecież to tylko zabawa w wybory - wybieramy Gulczasa albo Brexit (ale jaja), albo mordercę Duterte (ten dotrzymał słowa, morduje niewinnych ludzi tak, jak obiecał). I o tym mówi Magierowski, który legalizuje ów trend, czyni go jawnym i oczywistym standardem. Idą nowe czasy, polityka to teraz coś innego, niż było kiedyś, to już nie jest misja ze śladami pozorów, to teraz jawny przewal, mistyfikacja rodem z Pudelka. Wybieramy miss, która jest na kilogramach botoksu i ma zasłoniętą twarz, bo może nie jest kobietą. I żeby się potem nikt nie zdziwił, że jak polityk obieca Wam milion samochodów na prąd w 10 lat, choć cała światowa produkcja Tesli to 200 tys. rocznie, to przecież jasne było, że to tylko trik wyborczy, teraz odwalcie się, kupcie sobie matchboxa.
Zbigniew Hołdys

Dopiero cztery

Drodzy i umiłowani liberalni bracia w klęsce! Nie pękajcie i nie upadajcie na duchu! Zwy­cięstwo Trumpa to dopiero czwarty z rzędu cios w czaszkę, jaki przyszło nam zainkasować, licząc polskie wybory prezydenckie i parlamentarne 2015 oraz Brexit. Cóż to jest, pytam się ja Was? Nasi ukochani bra­cia z PiS tylko na domowym gruncie musieli odcierpieć siedem paskudnych nokautów, o emocjonalnych przy­krościach zagranicznych nie wspominając. Przypomnij­cie sobie, jak cierpieli, że kończy się cywilizacja białego człowieka, kiedy Amerykanie wybrali czarnego. Więc my musimy dać sobie radę z pomarańczowym.
   A pomyśleliście, jak nasi ukochani bracia z PiS cier­pieli, kiedy Kanada wybierała Justina Trudeau? Po­wiecie: a co im przeszkadzał Obama czy Trudeau? No przeszkadzał jeden z drugim, emocjonalnie przeszka­dzał, jak kamyk w bucie uwierał, szkodził arcypolskiej duszy, psuł narodowy dobrostan, w dodatku jeden z nich kolorystycznie nie wpisywał się w tradycyjne pojmowanie porządku świata.
    Teraz więc cierpimy my. I to subiektywne poczucie cierpienia jest bardzo istotne. Zwycięstwo Trumpa moż­na przyjmować z bólem i niepokojem z wielu powodów. Dla mnie akurat najbardziej złowieszcze są jego wypo­wiedzi podważające sens istnienia NATO, zobowiązań sojuszniczych, nieskrywana fascynacja Putinem, gło­sy z jego najbliższego otoczenia - i to wygłaszane pub­licznie i pod nazwiskiem - że kraje bałtyckie to de facto przedmieścia Petersburga, więc nie należy zbyt nachal­nie myśleć o ich obronie. Myśl o tym, że na czele su­permocarstwa staje osobnik infantylny i emocjonalnie niezrównoważony, również nie poprawia samopoczucia. Podobnie jak świadomość, że oto świat powinien się mod­lić za sprawność mechanizmów zabezpieczających ame­rykański system polityczny przed nieprzewidywalnym.
   Ale są jeszcze uczucia bardziej abstrakcyjne. Nasi ukochani bracia z PiS ubolewali po wyborze Baracka Obamy, że oto kończy się cywilizacja białego człowieka, a ten nowy wyłaniający się świat wydawał im się groź­ny i niepewny. No i teraz, umiłowani liberalni bracia, przyszło na nas.
   Świat z pomarańczowym prezydentem wydaje mi się dużo mniej bezpiecznym miejscem do życia i planowa­nia przyszłości, niż był jeszcze kilka dni temu. Mogę się mylić? Mogę. Okaże się niegroźny? Republikańskie wygi z otoczenia elekta schłodzą trumpowe putinofilskie
emocje? Nie pozwolą na pogrążenie się Stanów w nie­bezpiecznym, choćby dla nas, Polaków, izolacjonizmie? Być może i oby. Być może się mylę, ale moje poczucie jest właśnie takie. A subiektywne uczucia to podsta­wa percepcji rzeczywistości. Mój ulubiony mesjasz wy­kluczonych, skrzywdzonych i poniżonych, czyli Paweł Kukiz, sam nigdy wykluczony, skrzywdzony ani poni­żony nie był, co więcej, nawet gdybyście zajęli się taki­mi przyziemnościami jak stan materialnego posiadania, który osiągnął w III RP, to daj Boże, sam bym się z nim chętnie zamienił na ułamek tego, co ma. A jednak nie dość, że krucjatę subiektywnie wykluczonych, skrzyw­dzonych i poniżonych skutecznie poprowadził, to, zda­je się, na serio uważa, że każde z tych kryteriów do niego pasuje. Nic nowego pod słońcem. Feliks Dzierżyński z biedoty uciśnionej nie pochodził.
   Co gorsza, dobra zmiana dotknęła USA, które w moim subiektywnym rozumieniu świata były potencjalnie ostatnią instancją liberalno-demokratycznego porząd­ku na szeroko rozumianym Zachodzie. Do którego od zawsze chciałem przynależeć i wydawało mi się, że stało się tak po upadku komunizmu w 1989 roku. Czyli: jakiekolwiek by szaleństwa zaczynały trawić odległe części globu czy mojego kraju, to zawsze pozostaje twierdza Ameryka, obietnica minimum racjonalizmu i przewidy­walności. Wraz z wyborem Trumpa wszystko staje się w zły sposób możliwe.
   Drodzy i umiłowani liberalni bracia! Jeżeli w ogólnym poczuciu wściekłości i irytacji odczuwacie coś na kształt złośliwej satysfakcji, że oto nie tylko Wy, nad Wisłą, mu­sicie cierpieć za sprawą barokowo rozbuchanej psychiki paru gości, bo i Amerykanie będą mieli swój ubaw, to nie cieszcie się zbyt szybko. Większość wyborców poniżej 40. roku życia, a zwłaszcza poniżej trzydziestki, głosowa­ła na Clinton, a w zasadzie przeciw Trumpowi. Podobnie było w Wielkiej Brytanii: młodzi byli przeciw Brexitowi, za Unią. Czyli nasi ukochani bracia Amerykanie mogą pomarańczowego prezydenta przecierpieć, są przesłan­ki, że w przyszłości będzie lepiej. A u nas na odwrót. Naj­bardziej narodowo-dobro-zmianowo wzdęci są młodzi. Więc jeszcze pocierpimy, drodzy i umiłowani.
Marcin Meller

Komitet centralny marszu

Nie przypuszczałem, że taki jestem uczuciowy, ale żal mi się Anglików zrobiło. Kilka chwil oglądałem w telewizji uroczystości Dnia Pamięci w Londynie, podczas których uczczono żoł­nierzy poległych w obu wojnach światowych. Była rodzina królewska, rząd z panią premier, politycy opozycji, prymas Kościoła anglikańskiego i mnóstwo innych ludzi - zapewne różnych przekonań. Uroczystość okazała się zupełnie nie­udana. W ogóle nie odpalano rac w kolorach narodowych ani w żadnych innych. Nikt nie podeptał i nie spalił flagi zaprzyjaźnionego kraju. Nie było chlania piwa, kominiarek ani bluz z napisem „Śmierć zdrajcom narodu”. Nie zna­lazł się odważny, który uznałby się za nowego Churchilla. Arcybiskup nie trąbił o cywilizacji śmierci i nie tylko nie porównywał aborcji do nazizmu, ale nawet o niej nie wspo­mniał. Było za to dużo pięknych kwiatów, wiadomo jed­nak, że nie o to chodzi w patriotycznych uroczystościach.
   Jak bogato i bez kompleksów przy tych niemrawych angielskich obchodach wypadło nasze Święto Niepodle­głości. W samej tylko Warszawie przeszły trzy marsze. A ile w całej Polsce! Było spokojnie, co oznacza, że za rządów PiS demokracja ma się dobrze - ocenił minister Błaszczak. A ja dodam: bardzo dobrze. Nie to co za Platformy, gdy minister Sienkiewicz osobiście podpalał ambasadę rosyjską.
   Wodospad przemówień puścił w ruch Andrzej Duda. Zaproponował nam pojednanie ponad podziałami, czy­ sielankę pod szyldem PiS. Uzasadnienie miał proste: „Polacy mają taką specyfikę, że gdy ktoś nas zaatakuje z zewnątrz, to wszelkie podziały schodzą na drugi plan i wszyscy się rzucają do obrony ojczyzny”. A jak nikt na nas nie napadnie? To wtedy będziemy mieli ustawę, w której zadekretuje się jedność narodu. Prezydent zgłosi ją do la­ski. Powstanie centralny komitet obchodów 100-lecia nie­podległości Polski, a Sejm uchwali, że wszyscy rodacy przez pięć lat będą maszerować we wspólnym pochodzie. Poprowadzi go Jarosław Kaczyński. A jeśli ktoś będzie wo­lał iść we własnym gronie? To zło­ży podanie o pozwolenie i go nie dostanie, bo ustawa zabroni. Pro­gram partii - programem narodu, jak za czasów PRL wisiało na każdym płocie.
    „Panie naczelniku, prezes Stronnictwa Narodowego Ludwik Wasiak melduje Rozdroże na uroczyste przyjęcie pana naczelnika państwa polskiego” - usłyszał Jarosław Kaczyński pod pomnikiem Romana Dmowskiego przy placu Na Rozdrożu w Warszawie. Prezes hołd przyjął, a ty­tuł, który przez cztery lata nosił Józef Piłsudski, życzliwie zaakceptował. Potem, już jako marszałek, udał się pod Wierzchosławice, gdzie urodził się Wincenty Witos. Tam rolnicy dowiedzieli się, że PiS w XIX w., jeszcze pod zabo­rami, zainicjowało powstanie polskiego ruchu ludowego i do dziś kontynuuje jego tradycje. Oczywiście kontynuuje nowocześnie. Rząd prawie całkowicie zablokował obrót ziemią, by-jak mówi - nie dostała się ona w ręce obcych ani spekulantów. A poza tym „dobry gospodarz chce po­większać swoją ojcowiznę, dba o nią, a nie myśli o tym, że będzie ją sprzedawał”. Trzeba więc poczekać, aż polscy rolnicy się wzbogacą. Na zmywaku czy na platformach wiertniczych? Świetny pomysł, towarzyszu rządzie.

Po wyborach w USA polska polityka zagraniczna bu­zuje. Andrzej Duda miał tyle do powiedzenia, że nie może się doczekać rozmowy z Trumpem. Paweł Kukiz napisał do prezydenta elekta list, że są do siebie podob­ni. Europoseł PiS Czarnecki ogłosił: Trump doskonale rozumie problemy naszego regionu, bo obejmuje urząd razem ze swoją żoną Słowenką, a jedna z poprzednich jest Czeszką. I weź tu maszeruj z takimi politykami w Świę­to Niepodległości.
Stanisław Tym

Związani łańcuszkiem

Żyjemy w czasach, w których każdego można połączyć z każdym. Specjalizuje się w tym obecna władza. PiS i usłużne mu media zweryfikowały słynną hipotezę„sześciu stopni oddalenia". I zawęziły ją do góra trzech!

Teoria „sześciu kroków" mówi o tym, że łańcuszkiem, od zna­jomego do znajomego, każdy z nas w sześciu ruchach może dotrzeć do każdej osoby na świecie. I tak od koleżanki z pod­stawówki do jej kuzynki w Ameryce i jeszcze kogoś tam po drodze uda mi się dotrzeć do Michelle Obamy i przekonać ją, żeby kandy­dowała na następnego prezydenta USA! A jaki uroczy będzie wtedy pierwszy gentleman! Rozmarzyłam się... Tymczasem przez najbliż­sze cztery lata przyjdzie nam żyć z kimś zupełnie innym.
   Także w Polsce obok różnej maści „specjalistów" od genealogii i czystości narodowej pojawili się badacze prawdziwości tezy o powiązaniach, które tworzy każde kilka osób w normalnym społeczeństwie. I tak „Gazeta Polska" (której nie abonuję, a mimo to regularnie znajduję w mojej skrzynce w Parlamencie Europejskim) z zapałem pisze np. na pierwszej stronie, że ojciec przyjaciela Bronisława Komorowskiego jest odpowiedzialny za zbezczeszczenie zwłok żołnierza wyklętego. Ojciec przyjaciela to nawet nie sześć kroków - a więc mamy już znaczny stopień odpowiedzialności prezydenta Komorowskiego za czyny owego ojca przyjaciela! Nie znalazłam co prawda w „GP" informacji stopniu przyjaźni, a to też przecież może mieć zasadnicze znaczenie w śledztwie, które zapewne wkrótce się rozpocznie.

Podobno jeszcze mniej kroków łączy rzecznika praw obywa­telskich Adama Bodnara i członków Komitetu Praw Człowieka ONZ, którzy wystosowali list do rządu RP. Mówi się, że Bodnar i nadawcy listu kiedyś byli autorami prawniczej publikacji. Z tego można wyciągnąć dwa wnioski: albo mamy w Polsce światowego specjalistę od praw człowieka, albo ONZ jest w sitwie podejrzanych powiązań (teraz zgaduj, kochaneczku?).
   Róża Rzeplińska (z nią łączy mnie co najmniej imię - i nie wiem, którą z nas to bardziej obciąża) ma tylko jeden krok do swojego ojca i jeden do organizacji pozarządowej sprawdzającej wiarygodność polityków. Jak większość organizacji społecznych, również jej Stowarzyszenie 61 (MamPrawoWiedzieć.pl) dostawało granty od Fundacji Batorego. Wystarczy jeszcze jeden krok i oto można ogłosić, że prof. Andrzej Rzepliński jest w ramionach słynnego żydowskiego spekulanta z Węgier, który w USA wspiera demokratów: lewaka Sorosa!
   W podobny sposób można też „prześwietlić" poprzedniego prezesa Trybunału Konstytucyjnego Jerzego Stępnia. I oczywiście Hannę Gronkiewicz-Waltz, bo to teraz na czasie, a miasto wspiera przecież różne inicjatywy społeczne. A to dopiero początek. Wszystkich można powiązać ze wszystkimi, narysować śliczne schemaciki, jeżeli w sześciu krokach na całym świecie, to w Warszawie wystarczą trzy.

PiS korzysta z tego pełnymi garściami i za pomocą „mediów narodowych" dezawuuje lub zwyczajnie oczernia z trudem rodzące się po latach komunizmu organizacje pozarządowe oraz ludzi angażujących się w budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Z działaczy społecznych robić niejasną sitwę, z polityków opozycji - donosicieli i agentów, ze wszystkich, którzy nie są w PiS - zdrajców, to wdzięczne zadanie dla mojego ekskolegi z PE, który dziś jest prezesem TVP i z pasją oddaje się misji kłamstwa. Konkrety? Proszę bardzo. „Suddeutsche Zeitung" cytowała ostatnio moją wypowiedź Jarosławie Kaczyńskim - że „czyta Carla Schmitta, który doradzał Hitlerowi". Wersja w telewizji Jacka Kurskiego była prostsza: „czyta propagandę nazistowską".
   To mogłoby być nawet śmieszne, gdyby nie fakt, że zniszczenia w głowach przeciętnych obywateli, które ta nienawistna propaganda wyrządza, będą trudniejsze do wyleczenia niż katastrofa ekonomiczna, która się do nas coraz szybciej zbliża. Ze szkód poczynionych przez kłamstwo i populizm bardzo trudno będzie się wygramolić. Zrozumiałam to ostatnio po mojej wizycie w Dreźnie i po krótkim pobycie na wielkiej konferencji w Lipsku. Oba miasta są we wschodnich Niemczech, oba z przeszłością enerdowską. A jednak atmosfera w nich jest kompletnie różna. Inne problemy społeczne, ludzie inni. Pięknie odbudowane Drezno nie tylko nie może uporać się z kibolami - tymi samymi, którzy podczas meczu Pucharu Niemiec rzucili w kierunku bramki zakrwawioną głowę wołu - ale przede wszystkim z licznymi i agresywnymi demonstrantami atakującymi obcokrajowców: z antyislamską, rasistowską Pegidą, która narodziła się w 2014 r. właśnie w Dreźnie, i z ogolonymi na łyso narodowcami, którzy terroryzują ulice.
   Lipsk natomiast - znany jako miasto kultury i sztuki - dumny jest ze swojej znakomitej i nowoczesnej Wyższej Szkoły Grafiki i Fotografii. W teatrze widziałam śmiałe i przejmujące połączenie Ajschylosa z Elfriede Jelinek - o szukaniu schronienia w obcym kraju, o poniżeniu, odwadze, prawie i moralności. Sala była nabita i podobno tak jest zawsze. „Jak to możliwe, że na przestrzeni 100 km, z autostradą i szybkim pociągiem, macie dwa miasta tak bardzo różne?" - pytałam zdumiona. „Nie wiesz? Przecież to sławetna Dolina Nieświadomych, Tal der Ahnungslosen". Przez lata komunizmu i żelaznej kurtyny wszyscy wieczorami oglądali telewizję RFN, ale do Drezna położonego w dolinie Łaby przy zboczu Zachodnich Sudetów sygnał nie docierał. Byli więc karmieni tym, na co zezwalała partia komunistyczna. Minęło 27 lat, a różnice nadal są bardzo wyraźne.

Czy tak będzie i u nas? Są tacy, którzy żyją w zasięgu wyłącznie mediów narodowych albo tylko po takowe sięgają. My czytamy i oglądamy coś całkiem innego. W mediach społecznościowych trudno o poważną rozmowę z osobami o odmiennych poglądach, bo zaraz wcinają się jakieś trolle, hejtują, a my ich blokujemy. Cho­dzimy na inne demonstracje i nawet do innych kościołów. Płasz­czyzn, gdzie można się spotkać, jest coraz mniej i nawet nie mamy już na te spotkania ochoty. Polaka-Europejczyka od Polaka-narodowca dzieli więcej niż sześć kroków.

Róża Thun - absolwentka filologii angielskiej, w PRL zaangażowana w działalność opozycji demokratycznej. W III RP działała w organizacjach pozarządowych - przede wszystkim na rzecz integracji europejskiej. Była związana z Unią Demokratyczną, następnie z Unią Wolności. W latach 2005-09 pełniła funkcję dyrektora Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. Od dwóch kadencji z ramienia PO zasiada w europarlamencie.

Ich Trump i nasz Trump

Mówcie, co chcecie, ale nasz Trump lepszy jest od ich Trumpa. Porównanie Donalda Trumpa i Jarosława Kaczyńskiego wypada zdecydowanie na korzyść nasze­go Trumpa. Ktoś może zapytać, dlaczego nie porównuję państwa T. z państwem D., tylko z Jarosławem Kaczyń­skim? Na głupie pytania nie odpowiadam. Najwyższą władzę w USA przejmuje Donald Trump, z Melanią. Jak zauważył satyryk amerykański Garry Trudeau: Duży często zaprasza Melanię, żeby usiadła mu na kolanach, zwłaszcza gdy droga jest wyboista. U nas najwyższą wła­dzę sprawuje prezes Kaczyński. Gdyby państwo mieli do wyboru być przy rozmowie prezydent-prezydent albo prezydent-prezes, to którą by wybrali?
   Żadne medium, nawet tak Polsce niechętne jak „Eco­nomist” czy „Washington Post”, nie ma wątpliwości, że faktycznym odpowiednikiem Trumpa w Polsce jest Kaczyński. Amerykański Biały Dom mieści się na Penn­sylvania Avenue, głowa państwa, w tym mózg, są w tym samym domu. Natomiast w Polsce, zgodnie z montesłdu- szowskim podziałem władz, głowa reprezentuje państwo w pałacu, a myśli na ulicy Nowogrodzkiej. Nawet wrogie Polsce gremia, jak Komisja Wenecka czy Komisja Praw Człowieka ONZ, nie mają wątpliwości, kto sprawuje wła­dzę nad Wisłą. Nawet Jerzy Urban, wyrwany ciemną nocą ze snu, na pytanie „Kto rządzi w Polsce - Jaruzelski czy Duda?” - odpowie bez wahania: Kaczyński.
   Nie ma co owijać w bawełnę: nasz Trump jest o klasę lepszy od ich Trumpa. Raczej warto się zastanowić, jak to się dzieje, że na czele największego mocarstwa, które ma więcej nagród Nobla niż reszta świata razem wzięta, staje ktoś taki jak Donald Trump, który musi uznać wyż­szość Jarosława Trumpa z dalekiej Polski?

Jak wszyscy wielcy politycy, panowie mają dużo wspól­nego. Na przykład podzielają (zresztą z wzajemno­ścią) niechęć do mediów. W jednym numerze tygodnika „The New Yorker” sprzed kilku tygodni czytelnicy doliczy­li się 17 karykatur i rysunków niechętnych Donaldowi T. Numer wyborczy miał na okładce rysunki dwóch ceremo­nii zaprzysiężenia. Na jednej Hillary przysięga na Biblię, którą trzyma w rękach jej mąż Bill, a na drugim Donald Trump przysięga na Biblię, którą trzyma... Putin.
   Donald Trump zwany jest czasami „Dużym Trumpem”, ponieważ mierzy 190 cm wzrostu, ale to jest jego jedyna przewaga. Nasz Trump jest wielki inaczej - góruje rozu­mem, doświadczeniem, kulturą. Co jeszcze łączy obu Trumpów, to niechęć do imigrantów i uchodźców. Ich Trump uznaje tylko nieliczne wyjątki, do których zali­czamy Ivanę (182 cm) i Melanię (180 cm). Nasz Trump jest bardziej konsekwentny i nie uznaje wyjątków, nawet gdyby miały dwa metry. Duży Trump przewiduje depor­tację milionów nielegalnych imigrantów (z wyjątkiem modelek) oraz budowę muru wzdłuż granicy z Meksy­kiem i to za ich pieniądze (opodatkowanie przelewów pieniężnych z USA do Meksyku). Mały Trump nikogo nie wysiedla i nie buduje żadnych murów. Chyba że między Polakami. Żadnych uchodźców nie wpuści. Tylko Donalda T., żeby go postawić przed sądem.
   Duży Trump nie zbuduje muru wzdłuż Europy Środkowo-Wschodniej, bo skąd czerpałby żony? Ich Trumpa łączy z naszym Trumpem i to, że obaj doszli do władzy w krajach zrujno­wanych przez poprzedników. Stan, w jakim pozostawia Amerykę Obama, jest pożałowania godny, zresztą nie ma się czemu dziwić. Duży Trump mówi bez ogródek, że nie podoba mu się „zbrązowienie Ameryki”. Jego ha­sło brzmi: „Make America great again”. Słowo „again” („znów, ponownie”) wyraźnie wskazuje, że Ameryka była „great”, ale na razie „great” nie jest.
   Nasz Trump po rzuceniu hasła „Poland in shambles” („Polska w ruinie”) odbudował ją wiście amerykańskim tempie, w ciągu zaledwie kilku miesięcy kraj powstał z kolan, objął przywództwo narodów od Stambułu do Rygi, gospodarka pędzi w zawrotnym tempie, a na­sze państwo budzi podziw od Waszyngtonu po Moskwę, ze szczególnym udziałem Rosji, Francji i Niemiec.
   Kolejne podobieństwo: jeden i drugi Trump nie cierpią elity, zresztą z wzajemnością, a także dużych miast. Obaj są ulubieńcami białych robotników i ich rodzin, a także byłych robotników z małych miast, gdzie upadł wszelki przemysł, a wraz z nim i nadzieje. Obaj mają oddanych, fanatycznych zwolenników, wręcz zaślepionych, którzy będą na nich głosować, choćby się paliło i waliło. Nasz Trump jest wielki - mówią. Inaczej widzą ich przeciwnicy: dla nich trumpizm to głęboka wrogość do polityki profe­sjonalnej, antypatia do elit merytokratycznych, dystans wobec wartości liberalnych. Wedle Hillary Clinton amery­kańscy „trumpiści” nie mają wspólnej ideologii, to luźna, wirtualna koalicja białych nacjonalistów, neomonarchi- stów, męskich szowinistów, nihilistów, konspiratorów i trolli na portalach społecznych. Duży Trump jest humorzasty, zarozumiały, okrutny, mściwy, nietolerancyjny, to krętacz podatkowy, nieuk, nie zna się na niczym poza deweloperką, kręci jak najęty - raz był za aborcją, teraz jest przeciw, kiedyś mówił, że Reagan jest jak krowa - dużo ryczy, ale mało mleka daje, dziś to jego idol. Bill Clinton kiedyś był dla niego wielki, dzisiaj to „kryminalista”.

Duży Trump ma skórę słonia, jest teflonowy, nic się do niego nie przykleja, nic mu nie szkodzi, nawet ostrzeżenia ze strony 350 ekonomistów, w tym 8 laure­atów Nobla, a także 50 byłych generałów i republikań­skich specjalistów do spraw bezpieczeństwa. Wszystko to po nim spływa jak Niagara.
Mały Trump wielu tych cech nie posiada, kaczyzm to jednak niezupełnie trumpizm. Nasz Trump ma świet­ną pamięć i jest pamiętliwy, mściwy, ale bywa łaskawy (vide Jacek Kurski), podziela niechęć Dużego do mediów i do sądów, także jego aprobatę dla kary śmierci, cieszy się uznaniem radykałów i też ma twardą skórę, odporny nawet na insynuacje, że jest psychiczny. Najważniejsze, że jeden i drugi jest patriotą. Duży mówi: „Put America first!”, dla Małego najważniejsza jest Polska.
Daniel Passent

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz