PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 13 listopada 2016

Znachorzy prezesa,Kawa po turecku i Obłęd



Znachorzy prezesa

Tym razem skupię się na - jak mawiano za czasów PRL -„przekaziorach" czyli publicznym/narodowym radiu i telewizji. Na terenie tych instytucji „dobra zmiana" przekroczyła kolejną czerwoną linię.

W żaden sposób nie idealizuję poprzedników agentów „dobrej zmiany" w mediach publicznych. Byli stronniczy? Byli. Ale jednocześnie trzymali, na ogół, pewne standardy. Dało się odróżnić informację od komentarza. Czuło się, że ekipy dziennikarskie w radiu i telewizji nie tyle wysługują się PO i PSL, co szczerze nie lubią, a przy tym obawiają się PiS. Ponadto aż do samego końca utrzymywano w mediach publicznych szczątkowy pluralizm. Przyszła „dobra zmiana" i wycięto wszystko, co nie z niej. Nowa ekipa uznała też, że subtelność jest najgorszym wrogiem komunikatywności, więc zabiegi perswazyjne zastąpiła łopata do załadowywania głów widzów. Informacja o faktach zniknęła, zastąpiły ją czasami niepowiązane z faktami komentarze. Opozycja jest wyłącznie dezawuowana, natomiast kierownictwo partii i rządu nie może na ekranie telewizyjnym wyślizgnąć się z wazeliny.
   Tak było dotąd, ale teraz jest jeszcze bardziej. Przedmiotem brutalnego ataku propagandowego w „przekaziorach" stały się w ostatnich dniach ludzie i środowiska niezaangażowane w bezpośredni konflikt z obozem władzy, takie jak Rada ds. Uchodźców w Gdańsku, Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej i Stowarzyszenie 61 (MamPrawoWiedzieć.pl). Atak na instytucje spoza polityki to pewne novum.
   Towarzyszą temu dalsze zmiany kadrowe. Jak odnotował prawicowy publicysta Piotr Skwieciński, w radiu i telewizji skończył się etap wyrzucania tych, którzy są „nam" wrodzy, a zaczął pozbywania tych, którzy nie są wystarczająco „nasi". Jego zdaniem proces ten ma charakter masowy.

W ostatnich 10 dniach doszło także w mediach publicznych do zdarzeń, które same w sobie z polityką się bezpośrednio nie wiążą, ale, moim zdaniem, mają polityczny koloryt. Mam na myśli promowanie przez media „narodowe" wszelkiej maści znachorów i antyszczepionkowców. W Olsztynie tamtejsza posłanka PiS Iwona Arent zorganizowała spotkanie „Szczepionki dobrodziejstwo czy problem i zagrożenie?" z udziałem emerytowanego lekarza chirurga dr. Jerzego Jaśkowskiego, od lat znanego z niekonwencjonalnych opinii, m.in. o szkodliwości dla zdrowia picia mleka o temperaturze powyżej 41 stopni i konwencjonalnej w pewnych kręgach opinii, że „Gazeta Wyborcza" to gazeta żydowska dla Polaków. Medioznawca i specjalista od ciepłoty mleka stwierdził, że przez 300 lat szczepionkowcy nie udowodnili, że szczepionki na cokolwiek działają. Dłuższą relację ze spotkania wyemitowało regionalne publiczne Radio Olsztyn - i nic dziwnego, posłanka Arent nie tylko jest posłem z obozu władzy, ale też wiceprezesem partii władzy w regionie i lepiej kierownictwu regionalnego radia żyć z nią dobrze. Jednak, nie wiedzieć czemu, krótką relację ze spotkania nadał też ogólnopolski Program III, cytując wyżej przytoczony pogląd dr. Jaśkowskiego oraz głos zaniepokojonej matki małego dziecka, pani Urszuli, która nie wie, jak to ze szczepionkami jest i przepełniają ją obawy.
   Podobny w wymowie, ale dużo dłuższy program „Szeptem", poświęcony szkodliwości szczepionek, wyemitowała też telewizyjna Dwójka. Jedynym „ekspertem" był w nim pan przedstawiony jako doktor medycyny naturalnej, czyli raczej nie lekarz, bo żadna uczelnia medyczna nie wydaje dyplomów „medycyny naturalnej". Jakby tego było mało, w publicznym i regionalnym Radiu Katowice cyklicznym programem został przez „dobrą zmianę" uszczęśliwiony inżynier pan Zięba, naczelny znachor (naturoterapeuta) Rzeczpospolitej, który na antenie oznajmił, że schizofrenię należy leczyć zwiększonymi dawkami witaminy B3, a skutki leczenia przepisywanymi przez psychiatrów środkami farmakologicznymi są fatalne.
   Przypomnijmy, że radio i telewizja publiczna mają w ustawę wpisaną misję publiczną, do której należy „kształtowanie postaw prozdrowotnych”, co powinno wykluczać propagowanie znachorstwa.

Inwazja znachorów w mediach publicznych ma, moim zdaniem, polityczne przyczyny, ale nie jest elementem jakiejś przemyślanej koncepcji. Odpowiada za nią strukturalne podobieństwo mentalności i sposobu postrzegania rzeczywistości przez rzeczników „dobrej zmiany” oraz ruchy antyszczepionkowe i niszowe środowiska odrzucające medycynę na rzecz medycyny niekonwencjonalnej. W przekazie is podstawowy konflikt rozgrywa się w Polsce między opozycją, czyli narzędziem „elit III RP”, a „zwykłymi ludźmi”, którzy chcą Polskę urządzić dobrze, po swojemu, a reprezentuje ich obóz władzy, który wsłuchał się w głos zwykłego człowieka i dzięki temu wie, co i jak zrobić. A elity, jak to elity, mają za nic zwykłego człowieka, chcą Polskę urządzać po swojemu i dla siebie, a ponadto zadzierają nosa i się wymądrzają. Otóż dla znachorów od medycyny naturalnej i leczenia schizofrenii witaminami lekarze to też wynoszący się mądrale w białych kitlach, którzy ograniczają wolność chorego, nakazują mu szczepić dzieci i zażywać to lekarstwo, a nie inne. A przecież w isrnecie zwykły pacjent może przeczytać, że ziółko i niekonwencjonalna dieta wystarczy, a środki farmakologiczne szkodzą. Dla is „zwykły człowiek”, a dla znachorów „zwykły pacjent” znajdują się w sytuacji opresyjnej.

Drugie strukturalne podobieństwo dotyczy rekomendacji politycznych i leczniczych. Znachor obwieścił, że schizofrenię leczymy witaminami. Prezes Kaczyński obwieścił, że aby było lepiej, wystarczy, żeby do władzy i stanowisk w administracji publicznej i spółkach Skarbu Pastwa doszli ludzie uczciwi i lojalni wobec „dobrej zmiany”; kompetencje nie są najważniejsze. Podobne przyciąga podobne i obawiam się, że siła przyciągania będzie wzrastać, bo czujnym uchem można usłyszeć, że wózek „dobrej zmiany” zaczyna turkotać po wybojach. Najprostszą, znachorską receptą na przejściowe trudności było, jest i będzie
więcej tego samego. Więcej opakowań witaminy B3.

Ludwik Dorn – polityk, publicysta, socjolog. Były marszałek Sejmu (2007 r.) i były poseł (III-VII kadencji). W latach 2005-07 wicepremier i szef MSWiA. W PRL opozycjonista, w III RP współtwórca Porozumienia Centrum i PiS. Od 2008 r. formalnie poza PiS, choć w wyborach w 2011 r. startował do Sejmu z list tej partii. W 2015 r. próbował wrócić do Sejmu z list PO. Poza polityką zajmuje się tłumaczeniem wierszy, powieści szpiegowskich i pisaniem bajek.

Kawa po turecku

Jak informuje Anna Dąbrow­ska w POLITYCE, Kancela­ria Prezesa Rady Ministrów (czyli minister Kempa) skorygowała prenumeratę gazet i czasopism. Abonament „Gazety Wyborczej” zmniejszono na przykład z 59 do 2 (!) egzemplarzy Ktoś może zapytać, dlaczego pozostawiono akurat dwa eg­zemplarze? To proste: jeden jest potrzebny w toalecie damskiej, a drugi w toalecie męskiej. Do niczego inne­go „Gazeta” się nie nadaje. Wynika to z opinii prawicy „gazecie koszernej Sorosa i Michnika” i jej czytelni­ków. Człowiek, którego jedyną lekturą jest „Wyborcza” POLITYKA, to „byle głupek” - pisze „wSieci” Bronisław Wildstein, w końcu nie byle kto - odznaczony przez pre­zydenta Dudę Orderem Orła Białego i niezwykle cie­płą laudacją.
   Nie chcąc uchodzić za byle głupka, a także w trosce innych głupków, którzy ograniczają swoje lektury do „GW” i „P”, sięgnąłem po „Do Rzeczy” i „wSieci” pisma cenione w obu pałacach. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to prawdziwa choroba na punkcie „Gazety Sorosa i Michnika”. Etiologię tej choroby wyłożył nie­dawno w POLITYCE prof. Władyka, więc ja, jak na głup­ka przystało, ograniczę się do rejestracji objawów. Otóż w wydaniu z 17 października każde z tych czasopism powoływało się na Michnika i jego gazetę przeciętnie około 20 (słownie: dwudziestu) razy, za każdym razem inaczej, co świadczy o dużej inwencji. Tamtego tygo­dnia czytelnicy dowiedzieli się (jeśli ktoś jeszcze nie wiedział), że „Gazeta” to „główny ośrodek ideologicz­ny płynnej rewolucji”, która - o zgrozo! - nawiązuje do marksizmu. „Od dawna już pełni funkcję biuletynu lewicowo-liberalnej części opozycji”, jest to gazeta „roz­szlochana”, ponieważ nie udało jej się wcisnąć Polsce caracaliza 13,5mldzł, „z nadania Adama Michnika za­czął się kult wielkiego Pana Andrzeja” (Wajdy) itd., itp.
   Mistrzem ceremonii 70-lecia Michnika był Waldemar Łysiak, który sprezentował całą kolekcję komplemen­tów ze strony wielbicieli jubilata: pupil PZPR-owskiej nomenklatury, manipulator, człowiek złej woli, kłam­ca, oszust intelektualny, współpracownik Służby Bez­pieczeństwa od 1968 r., paranoik, fanatyk nienawiści agresji, winien iść do psychiatry, wielokrotnie brał udział w popijawach starej nomenklatury...
Na koniec felietonista „Do Rzeczy” subtelnie pointuje: „Drogi Jubilacie, błyszcz nam dalej niczym Gwiazda Przewodnia sześciokątna i wyznaczaj standardy (...)”.

Na tle tych uroczystych obchodów wyróżnia się ar­tykuł Piotra Skwiecińskiego („wSieci”) pt. „Polska bez Wyborczej?”. W sieci publicystów swojego obozu Skwieciński należy do liberałów zdolnych do pewnego dystansu i samodzielności. Lubi się wychylić. Z jednej strony to zdeklarowany - jak wszyscy oni - przeciwnik „Gazety”. Z drugiej zaś, coś mu podpowiada, że „Wybor­cza” to jednak jest jakaś wartość. „Trudno mi pisać ten tekst” - zwierza się publicysta - ponieważ „Gazeta” stała się czymś w rodzaju obsesji polskiej prawicy, niezdro­wej fascynacji, a on, Skwieciński, zmuszony jest przyznać, że z dru­giej („jednak ważniejszej”) strony, rola odgrywana w życiu kraju w la­tach 90. przez dziennik Michnika była „absolutnie bezprecedensowa w krajach zachod­niej demokracji”. Gazeta pełniła rolę dyktatora polityczno-ideologicznego, była „wyznaniem wiary” większości inteligencji. Skwieciński wspomina o „fenomenie Adama Michnika”, a nawet o jego „legendzie”. Autor snuje reflek­sje na temat ewentualnego zniknięcia „Gazety”, po czym pisze: „Wbrew własnym emocjom powiem: ewentualne zniknięcie »Wyborczej« z rynku nie przyniosłoby samych dobrych skutków” (!!! - D.P.). Jego zdaniem to jedyne pol­skie medium posiadające taki potencjał intelektualny, świetnie osadzone wśród inteligencji, najważniejsze wmediach narzędzie pozwalające na penetrowanie rze­czywistości. „Niewesoła perspektywa” - kończy Skwie­ciński swoje podsumowanie „Gazety”.

Wynika z tego, że z rządowej kancelarii wycięto ga­zetę co prawda opozycyjną, ale mimo wszystko godną lektury przy kawie po turecku. To ważny sygnał dla administracji w całym kraju.
   Na tym jednak nie koniec, czujność obowiązuje, bo zaraza wkrada się we własne szeregi. Oto kilka cy­tatów z tegoż wydania „Do Rzeczy”: „Już bezceremo­nialny, suchy ton pierwszych komunikatów prokura­tury wojskowej o decyzji ekshumacji wszystkich ofiar katastrofy nie zapowiadał niczego dobrego (...). Taki sposób załatwienia sprawy można nazwać proszeniem się o awanturę”.
    „Nie wiem, czy awanturka ministra Macierewicza z mistralami to świadome naśladownictwo czy spon­tanicznie objawiło się tu podobieństwo charakterów” (z Korwin-Mikkem).
    „Konflikty w rządzie wybuchają nie tylko o kwestie planów politycznych”. Dowiadujemy się, że Morawiecki „się nosi”, prawie nikt go nie lubi, Ziobro jest traktowany jako obce ciało, Waszczykowski nie przepada za Macie­rewiczem - słowem, kłębowisko żmij.
Szwankuje komunikacja. Choćby CETA. „Pytamy Morawieckiego i mówi »Zdecydowanie popieramy«, kil­ka dni później rozmawiamy z Jurgielem, a ten: »Nigdy w życiu, zdecydowanie przeciw!« I bądź tu człowieku mądry - opowiada jeden z rozmówców”.
   50 tys. zł dla fundacji, w której działa żona ministra Glińskiego. Przypadek? „Po roku »dobrej zmiany« w TVP nie zaprzątam sobie już głowy tym, dlaczego Jacek Kurski nie ma ambicji wykraczających poza robienie tępej partyjnej propagandy, za którą jego dziennika­rze i doradcy w prywatnych rozmowach przepraszają”. Za trzy lata - martwi się autor - „może być trudno, jak po ledwie jednej czwartej kadencji ma się już prawie wszystkich poobrażanych i nadgryza się już nawet wła­sny elektorat”.
   Jak tak dalej pójdzie, to i „Do Rzeczy” zostanie po­traktowane po turecku.
Daniel Passent

Obłęd

Zbudził mnie „Mazurek Dą­browskiego” grany w te­lewizorze. Stan wojenny, pomyślałem półprzytom­ny. Wyskoczyłem z łóżka, na wszelki wypadek prawą nogą. Spojrzałem na ekran -wojsko. A więc jednak. Nigdzie nie zauważyłem Antonie­go Macierewicza... Czyżby Rosjanie go porwali? Niemożli­we, uciekłby im przecież. Szybko się wyjaśniło, że to tylko przysięga przyszłych oficerów Wojsk Obrony Terytorialnej, nowej formacji Wojska Polskiego. W 2019 r. ma ona liczyć 53 tys. żołnierzy, czyli więcej niż wojska lądowe i więcej niż połowa całej naszej armii. Będą szkoleni, zakłada ustawa, przez 16 dni, więc w 17. dobie nikt im już nie podskoczy. Co najważniejsze, formacja zostanie wyłączona z woj­skowego systemu dowodzenia, a więc rozkazy będzie im wydawać wyłącznie prywatna trąbka ministra obrony.
   WOT mają bronić Polaków przed zielonymi ludzika­mi ze Wschodu. Przed durniami znad Wisły nie obroni nas nikt. Oto dosłownie za chwilę, bo 1 stycznia, rusza jeszcze jedna formacja mundurowa - uzbrojona w broń palną długą i krótką, pałki, ręczne miotacze substancji obezwładniających oraz paralizatory elektryczne. Armia ministra środowiska Szyszki, czyli Polska Służba Geolo­giczna, ma strzec narodowych kopalin przed nielegalnym wydobyciem. Do tej pory zajmowały się tym starostwa czy marszałkowie województw we współpracy z policją. Szyszko jednak odkrył zdumiewającą prawidłowość: zło­dzieje kradną nocą, to znaczy wtedy, kiedy samorządowcy śpią, zaś policja, która śpi różnie, nie została przez mini­stra Błaszczaka odpowiednio przeszkolona.
   Najważniejsze, że pieniądze dla PSG już są. Zostaną zabrane dziewięciu gminom z kopalniami odkrywkowy­mi. Tak powoli, powoli, ale konsekwentnie PiS degraduje samorządy. Dalszy ciąg z pewnością nastąpi. Może jakieś uzbrojone służby mundurowe Kato­lickich Strażników Rewolucji zorga­nizuje minister zdrowia Radziwiłł?
   Na posiedzeniu Sejmu 4 listo­pada rząd ustalił cenę za urodze­nie nieuleczalnie chorego dziecka 4 tys. zł. Pod warunkiem że przyjdzie na świat żywe. Taką uwłacza­jącą godności ruletkę ma czelność proponować kobietom pani premier. W przygotowanej na kolanie ustawie prawdziwą pomoc zastąpiono ochła­pem. W imię dobrych stosunków z Kościołem, który znów będzie nam wmawiał, że ważniejsze od cierpienia rodzi­cowi dziecka jest to, żeby można było maleństwo ochrzcić pochować. Przecież księża jakoś to zniosą.
   Piotr Uściński z PiS, przepojony zapewne miłością bliź­niego, zaproponował, by ustawa objęła również kobie­ty, których ciąża jest wynikiem gwałtu lub kazirodztwa. Zabrakło mi wsparcia dla tych rodzin - stwierdził poseł z gładzią cylindryczną zamiast kory mózgowej.
Przy okazji dostaliśmy pokaz bezdusznej selekcji ludzi. PiS uznał żyjące już niepełnosprawne dzieci i ich opieku­nów za niewartych wsparcia, zwłaszcza jeśli chorzy ukoń­czyli już 18 lat. A co z tymi nowo narodzonymi, które okażą się upośledzone dopiero rok czy nawet dwa lata później? Rząd i prezes takich przypadków też nie przewidują.

Tymczasem w szpitalu w Starachowicach pacjentka uro­dziła martwe dziecko na podłodze, między łóżkami, w zwykłej sali oddziału położniczego. Mimo wielokrot­nych próśb męża, by przyszedł lekarz, przez kilka godzin nikt się nie zjawił i nie pomógł kobiecie. Dyrektor szpitala Marcin Biesiada zapowiedział, że porozmawia z persone­lem. „Bardzo poważnie podchodzimy do tego kłopotu, który zaistniał na oddziale” - dodał.
Trzeba mieć skórę grubą aż do kości, by okrucieństwo nazwać kłopotem. Na naszym oddziale zwanym Polską taka skóra powoli staje się normą.
Stanisław Tym

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz