PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 4 lutego 2018

Czyn pomówienia,Awaria,Pudrowanie nihilizmu,Wafelek,Wszystko przez wafelki,Wiara w pieniądz i 27:1 bis



Czyn pomówienia

Trzeba mieć jakiś niebywały talent do nakręcania awantur, żeby ni stąd, ni zowąd wywołać między­narodowy skandal, bardzo dla reputacji Polski kosz­towny. Chodzi o tę nieszczęsną nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej wprowadzającą karę do trzech lat więzienia dla każdego, „kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpo­wiedzialność lub współudział” w zbrodniach nazistowskich „lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywi­stych sprawców”. Trudno powiedzieć, czy termin uchwalenia tej ustawy był przypadkowy czy świadomie wybrany, ale ogło­szono ją w przeddzień międzynarodowych obchodów rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, wywołując od razu gorące protesty przedstawicieli Izraela, którzy w ustawie odczy­tali groźbę represji wobec świadków, a także zapewne badaczy Holocaustu, jeśli ośmielą się zarzucać Polakom (Narodowi Pol­skiemu?) jakikolwiek współudział w zagładzie Żydów.
   Niby, jak potem zaczęli tłumaczyć rzecznicy polskich władz, nowe prawo miało przede wszystkim zapobiec używaniu określenia „polskie obozy koncentracyjne”, ale w ustawie nie ma do tego bezpośredniego odniesienia. Pojawiły się za to różne nieostre pojęcia, pozwalające na bardzo szeroką interpretację „czynu pomówienia Narodu Polskiego”. Zresztą, nawet ten najwęziej deklarowany cel nowelizacji wydaje się naciągany, bo poza jakimiś sporadycznymi i niesłychanie rzadkimi dziś przypadkami (raczej niechlujstwa niż intencji) nikt na świecie nie mówi i nie pisze, że to Polacy zakładali nazistowskie obozy koncentracyjne, a państwo polskie organizowało Zagładę.
Akurat Holocaust jest tak silnie obecny w światowej historii, kulturze i popkulturze, że naprawdę nie ma tu czego prostować. W ogóle walka z „polskimi obozami” jest jedną z obsesji założycielskich polskiej prawicy. Psychoanalityk nie miałby pewnie problemu, żeby doszukać się tu pod spodem jakiegoś dyskomfortu sumienia, nieprzepracowanego wstydu.

Niemal natychmiast pojawiło się więc pytanie, w kogo i w co wymierzone są owe przepisy? Pół żartem, pół serio (choć sprawa w ogóle nie jest śmieszna) niektórzy wskazywali europosła PiS Ryszarda Czarneckiego, który atakując Różę Thun, wprowadził do europejskiego obiegu pojęcie „szmalcownika”. W miarę sprawny prokurator mógłby, posługując się znowelizo­waną ustawą o IPN, ukręcić wobec Czarneckiego akt oskarżenia za publiczne, przed całym Parlamentem Europejskim, poma­wianie Polaków o to, że za pieniądze wydawali Żydów w ręce hitlerowców. Wiadomo jednak, że domyślnym adresatem usta­wy był raczej prof. Jan T. Gross, autor głośniej książki o zbrodni w Jedwabnem, oraz autorzy innych publikacji dotyczących udziału Polaków w mordowaniu Żydów podczas okupacji i tuż po wyzwoleniu.
   Zresztą już za pierwszego rządu PiS uchwalono podobne zapisy, zwane „lex Gross”, które w 2008 r. zakwestionował Trybunał Konstytucyjny. Obecna wersja „lex Gross”, choć wyłącza penalizację dzieł artystycznych i naukowych, znów zostawia tak duże pole do interpretacji, że nietrudno byłoby na jej podstawie określić twórczość Grossa („i jemu podobnych”) jako np. publicystyczne pamflety i oskarżyć autorów o dyfamację. To samo mogłoby spotkać np. dziennikarzy czy nauczycieli wypowiadających się na temat faktów niezatwierdzonych przez IPN. Polska Fundacja Narodowa, powołana do obrony dobrego imienia Polski i hojnie wyposażona w pieniądze spółek Skarbu Państwa, znalazłaby pewnie biegłych gotowych przyrządzić stosowne ekspertyzy. Nieliczne placówki naukowe badające relacje polsko-żydowskie musiałyby pewnie zatrudnić prawników analizujących - przepraszam za określenie - „legalną koszerność” konkluzji swych prac i samego języka opisu.

Ale nawet jeśli zamiary autorów ustawy nie wykraczały poza „ochronę wizerunku Polski” przed niesprawiedliwymi oskar­żeniami (których, powtarzam, nikt poważny nie wysuwa), to efekt okazał się dokładnie odwrotny. Oficjalna opinia władz Izraela była taka, że oto rząd polski próbuje penalizować i wyprzeć z publicznego obiegu relacje o udziale Polaków w prześladowa­niach Żydów podczas okupacji. Państwo Izrael, od dziesięcioleci uprawiające aktywną politykę historyczną, ma bez porównania silniejszą (cytując prof. Zybertowicza) Maszynę Bezpieczeństwa Narracyjnego niż amatorzy z PiS i raczej nie ma wątpliwości, jaka interpretacja zajścia będzie dominować i jak to ożywi negatywne (i często krzywdzące) stereotypy na temat Polaków.
   Wobec ewidentnego i rozszerzającego się skandalu niektórzy oficjele PiS próbowali początkowo coś wyjaśniać i rozwadniać, ale zaraz zwyciężyła tradycyjna „formuła Kaczyńskiego”: jeśli nas krytykują, nie ustępować; odpowiedzieć atakiem na krytyków. Oficjalnie pod adresem Izraela padły więc zarzuty o antypolską histerię, ingerencję w wewnętrzne sprawy suwerennego kraju oraz sugestia, że owa „przesadna reakcja” wiąże się z roszczeniami majątkowymi Żydów wobec Polski. Poniżej poziomu oficjalnego, na prawicowych portalach, Twitterze, w mediach społecznościowych te same myśli były już formułowane bez zahamowań. Wylała się fala zarówno jawnego, najbardziej prostackiego, antysemityzmu, jak i tzw. antysyjonizmu, w wersji dobrze znanej z marca 1968 r. (którego półwiecze powinniśmy za moment obchodzić - ciekawe jak?).

Wciągu kilku dni PiS zdołał poważnie uszkodzić budowane przez lata (także przez Lecha Kaczyńskiego) dobre stosun­ki z władzami Izraela i społecznością żydowską, tak jak wcześniej zdewastował relacje polsko-niemieckie czy polsko-ukraińskie. Przy okazji sporu o „ustawę antypomówieniową” prawica pisowska odreagowuje jednak nieprzyjemne oskarżenia o flirty ze środowiskami i organizacjami nazistowskimi, łącząc wszystko w „jeden wielki spisek” przeciwko Polsce. Widać przecież, że ata­kują nas Żydzi, Niemcy, Komisja Europejska, liberalne media, wielki biznes i inni. A dlaczego tak się na nas nagle rzucili? Dla­tego, że stajemy się suwerenną potęgą, a o naszej sile świadczy moc i liczebność naszych wrogów. Proszę poczytać prawicową, pisowską prasę i jej portale: naprawdę tak piszą, i pewnie nawet w to wierzą. Megalomania narodowa, podsycana poczuciem krzywdy i zagrożenia, jest jedną z najsilniejszych emocji, jakimi PiS spaja swój elektorat.
   Tą metodą posługują się zresztą wszyscy populiści świata: trzeba wskazać, wykreować wroga i przed nim zajadle się bronić. W tym sensie dawno już w Polsce nieobecny propagandowy Żyd-syjonista wsparł słabnącego Araba-terrorystę. „Nasz rząd nie pozwoli bezkarnie obrażać ojczyzny” - zadeklarował pate­tycznie wobec Izraela Joachim Brudziński. A Patryk Jaki wezwał patriotów do skupienia się wokół rządu i polskiej racji stanu. I za­pewne PiS znowu sondażowo na tym zyska. Tylko że teraz nie wydarzyło się nic „antypolskiego”, poza uchwaleniem przez Sejm źle sformułowanej ustawy. Trzeba powiedzieć, że jedyne realne szkody dla reputacji Polski, jej międzynarodowego wi­zerunku i pozycji przynosi - niestety - rząd PiS. I nie ma jeszcze żadnej ustawy, która by nas mogła przed tym ochronić.
Jerzy Baczyński

Awaria

W sobotę 27 stycznia w Karakorum trwał wyścig czterech hi­malaistów z tym, co zwykle określamy jako nieubłagane. Tego samego dnia tysiące kilometrów na zachód, czyli w Polsce, miały miejsce obchody 73. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz. A do mnie wciąż natrętnie wracały obrazy z lasów pod Wodzisławiem Śląskim. Radośni młodzi Polacy w mundu­rach SS, którzy wznosili tam toasty urodzinowe za Hitlera i krzyczeli, że bardzo kochają swoją ojczyznę.
   Tymczasem, również 27 stycznia, państwowa tele­wizja wypełniała ustawowo nakazaną misję publiczną. W trakcie audycji „Studio Polska”, w dzień pamięci ofiar Holocaustu, z czerwonych pasków TVP Info lał się anty­semityzm. To wierni widzowie przysyłali swoje komen­tarze. Zacytuję jeden, bo reszta była podobną demonstracją nienawiści:
„Dlaczego napływu Żydów nikt nie chce kontrolować? To gorsza plaga niż islamiści i komuchy w jednym”.
Jak można coś takiego w ogóle puścić na antenę? Jacek Kurski łgał potem, że wydarzyła się awaria systemu.
Ta... W państwowej telewizji awa­ria trwa nieprzerwanie od dwóch lat. Haniebna, ale najważniejsze, że lud ciemnieje.
   Nad tymi wszystkimi polskimi wy­darzeniami wisiała właśnie uchwalona przez Sejm nowelizacja ustawy o IPN. Mówiąc najogól­niej, wynika z niej, że w czasie drugiej wojny i po wojnie Polacy i Polska byli zawsze niewinni, a jeśli ktoś ma inne zdanie, choćby w sprawie Jedwabnego lub pogromu w Kielcach - można go będzie wsadzić do więzienia. Niedawna „reforma” sądownictwa daje nawet pewność, że taki ktoś pójdzie siedzieć. Oczywiście w imię poprawy wizerunku biało-czerwonej.
   A propos. Na rzecz ocieplania naszego wizerunku pracuje bez wytchnienia pan Andrzej Duda z Krakowa. W dniu uroczystości w Auschwitz nie pojawił się na sali, bo musiał jeździć na nartach w Za­kopanem. Cel był dobroczynny, więc nie mógł odmówić. Skąd miał wiedzieć, że terminy tak niefortun­nie się zbiegną? O 73. rocznicy po­informowano go pewnie w ostatniej chwili. Przedtem Andrzej Duda był na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, gdzie błyszczał niczym gwiazda pierwszej wielkości. Przy jakiejś windzie uścisnął sobie na­wet dłonie z przechodzącym tamtędy prezydentem Trumpem. To strona amerykańska zabiegała o ten uścisk i nie był on przelotny - poinformował sekretarz stanu Krzysztof Szczerski. Przyciśnięty do szwajcarskiej ściany pytaniem, jak długo trwało spotkanie, odparł bardzo konkretnie: W Davos nikt czasu nie liczy. Potem popłynął już równo. Wymienił tematy tej „komfortowej rozmowy”: współpraca gospodarcza, w szczególności dotycząca energetyki i in­westycji amerykańskich w Polsce, oraz potwierdzenie „bardzo dobrego stanu relacji politycznych obu krajów i swo­jej osobistej wzajemnej sympatii”.

Andrzej Duda był szczęśliwy, gdy się dowiedział, o czym rozmawiał z Trumpem. Przedtem głowa nasze­go państwa miała parę rozgrzewają­cych wpadek. Puszył się na przykład, że siłą kilkudziesięciu komandosów w Jordanii, Iraku i Kuwejcie pomagamy pokonać terrorystów i zapewnić pokój na Bliskim Wschodzie. Gdyby­śmy mieli ich 300, zrobilibyśmy to sami do końca lutego. Nie, tego akurat nie powiedział, ale powinien. Zrugał też Komisję Europejską - może uważa ją za ślepą i głuchą?
że dała się nabrać na fake newsy o łamaniu praworząd­ności w Polsce, które rozpuszcza nasza opozycja w Bruk­seli. Zapomniał chyba, że nie występuje w TV Kurskiego, więc dodał jeszcze: Od kiedy jestem prezydentem, a moja dawna partia rządzi, robimy to, co obiecaliśmy przed wy­borami. Czy to dziwne w demokracji? I nos mu się wydłu­żył o ćwierć metra.
Stanisław Tym
Pudrowanie nihilizmu

Miniony tydzień pokazał, jak trudna jest misja Mateusza Morawieckiego, któremu prezes Ka­czyński formalnie powierzył funkcję premie­ra RP, ale w praktyce uczynił go na swym dworze głównym specjalistą od PR.
   Ponieważ w państwie PiS obowiązuje znana z PRL formu­ła „partia kieruje, rząd rządzi”, premier rządu PiS-owskiego, który się nie nazywa Kaczyński, może być co najwyżej administratorem. Premier Morawiecki jest i administrato­rem, i specem od charakteryzacji. Rola to przez prezesa do­ceniana. Wystarczy przypomnieć, że ze swojej wieloletniej makijażystki zrobił posła. Wskazuje to na wysoką samoświa­domość lidera PiS, który wizerunek ma wprawdzie fatalny, ale kwestii wizerunkowych nie bagatelizuje i nie zaniedbuje.
   Oczywiście na salonach wizerunek jest ważniejszy niż na peryferiach. Premier Morawiecki na salonach nie spra­wia wrażenia takiego dziwoląga jak jego poprzedniczka, ale w czasie pobytu w Davos kłamał na temat imigrantów z Ukrainy czy zmian w sądownictwie podobnie jak ona w Warszawie.
   O wiele ważniejsze od tego, co Morawiecki mówił w Da­vos, było to, co w Warszawie mówił jego podwładny, mini­ster Brudziński. Pierwszy puder nakładał, drugi go zmywał. Morawiecki, jako spec od makijażu i komiwojażer wize­runku, sprzedawał światu wizję, którą ten miałby kupić. Brudziński zaś niczego nie pudrował i po rytualnym zapew­nieniu, że z naziolstwem władza będzie walczyć, stanął na głowie, by zagrożenie zbagatelizować. Na Twitterze, w te­lewizyjnych studiach i w sejmowych wystąpieniach władza deklaruje walkę z rasizmem i ksenofobią. Pilnuje się jednak, by zbędną gorliwością nie stracić przez przypadek poparcia rasistów i ksenofobów.
   Każda część elektoratu może wybrać przesłanie, które jej odpowiada. Jedni słyszą Morawieckiego i potępienie eksce­sów nazioli czy pobicia dziewczynki tureckiego pochodze­nia oraz gratulacje dla dziennikarzy TVN. Inni słyszą filipiki Brudzińskiego o złej opozycji, złych komuchach i złych bia­łych różach. PiS podjęło się bowiem zadania niezwykle am­bitnego. Chce jednocześnie obsłużyć i Unię Europejską, i ONR, i Brukselę, i Orle Gniazdo. W ramach - jak to się mówi w marketingu - szerokiej oferty, jedno oko puszcza do Euro­pejczyków, drugie do nacjonalistów, a nawet rasistów.
   To zadanie naprawdę ambitne. Nie zmienić nic, udając jed­nocześnie nową jakość. Produkt pozostawić niezmieniony i zająć się tylko opakowaniem, a i to jedynie w przypadku pew­nej partii towaru. Zadanie jest jeszcze bardziej wymagające niż przed wyborami. Wtedy PiS udawało, że będzie inne, niż ludzie się obawiali. Teraz udaje, że jest inne, niż jest. Wcześ­niej opierano się na założeniu, że „ciemny lud to kupi”. Teraz na założeniu, że ciemna i niezdolna do interpretacji rzeczy­wistości jest ogromna większość ludu. Tępa jednoznaczność poprzedniego etapu zastąpiona została pozorną dwuznacz­nością obecnego, która miałaby przemawiać do wątpiących po drugiej strony barykady. Ale po stronie władzy nikt żad­nych wątpliwości nie ma. Z ręki mógł zostać zdjęty kastet, ale zaciśnięta, gotowa do uderzenia pięść została.
   Kastetu jednak chwilowo nie widać i wielu może ulec złu­dzeniu, że go nie ma. Kto wie, skoro pozornie sztywny Mo­rawiecki potrafił zamaszystymi wizjami uwieść prezesa Kaczyńskiego, to może uwiedzie i część publiki. Szczegól­nie tę, która nie ma apetytu na kontestowanie rzeczywisto­ści i potrzebuje jakiegokolwiek alibi, by się z nią pogodzić.
   Przedstawiony przez TVN leśny nazizm ma w istocie tak­że wymiar kabaretowy. Ale flirt obecnej władzy z ksenofo­bicznym radykalizmem jest śmiertelnie groźny. Warto tu zwrócić uwagę, że nawet premier Morawiecki nie udaje, że jest Justinem Trudeau. Rytualne potępienie zwyrodnialców, owszem, ale rzeczywiście serdeczny gest wobec ofiar przemocy, choćby słownej (Róża Thun) - co to, to nie. Dla suwerena to byłby już o jeden most za daleko.
   Leśny nazizm jest zły, ale w Polsce o wiele gorsze są dziś naszyzm i nasizm. Pierwszy jest po prostu prymitywnym nacjonalizmem, przez władzę wspieranym. Drugi jest formą wykluczenia ze wspólnoty wszystkich, którzy władzy nie po­pierają. Nazizm władza potępia, naszyzm i nasizm namięt­nie praktykuje.
   Władza zmienia maski i żongluje słowami, ale jej postawa jest o niebo groźniejsza niż wybryki rekonstrukcyjnej grupy nazistowskiej. Puder ma właściwości maskujące, ale nie po­winien przesłaniać tego, co jest tej władzy istotą - jej nihili­zmu i pełnej moralnej abdykacji, całkowicie niezależnej i od jej skłonności moralizatorskich, i od jej sprawności w dzie­dzinie makijażu.
   Puder nie likwiduje nihilizmu. Czyni go jedynie groź­niejszym, bo bardziej perfidnym. Władza gra teraz na róż­nych instrumentach, ale orkiestra jest ta sama, dyrygent ten sam, partytura ta sama i ta sama filharmonia - oczywi­ście narodowa.
Tomasz Lis

Wafelek

Są ludzie, dla których zajmowanie się polską po­lityką to zajęcie równie pasjonujące jak kibi­cowanie polskiej piłce nożnej kilkanaście lat temu, kiedy wszystkie mecze były skorumpowane. Żyją tym jak tlenem, pocą się, przeżywają, choć wiedzą, że jest to jedno wielkie megaoszustwo.
   Wystarczy metr dystansu, chwila odejścia od telewizora czy internetu, a wszystko widać jak na dłoni. I wtedy włą­czyć rozum, a zakładam, że każdy go ma.
Wydarzenie w wodzisławskim lesie z - jak to ktoś ładnie napisał - „trzcicielami Hitlera” zostało zwleczone przez sejmową dyskusję do poziomu komórki, gdzie spokojnie można bić pianę, pijąc piwo i rzucając dowcipy, także o Hit­lerze. Nikt nie powiedział prawdy, nie wyjaśnił, nie docie­kał. Wrzucono do kotła wszystko, co kto miał w głowie i pod fularem. Głupkowate przemówienie Brudzińskiego od razu ustawiło debatę sejmową pod trzepakiem i wyka­zało jedno: facet nie ma pojęcia o społeczeństwie. O tym, co się może dziać z młodymi ludźmi, gdy szukają tożsamo­ści. W ilu różnych grupach i jakimi ideologiami mogą się zafascynować. Ogarnął jedynie, że ma walnąć w lewaków. Proste jak przecinak do kłódki. Podpowiem mu w ramach edukacji: gdyby w Polsce byli prawdziwi lewacy, Brudziń­ski chodziłby ze strachu ze stuosobową ochroną. Niech rzuci okiem na hasło „Czerwone Brygady” albo „Frakcja Czerwonej Armii”. To byli lewacy. Dalej nic nie ma. Koń­czysz w bagażniku samochodu z kilkoma kulkami w głowie.
   Nazwanie lewakami ludzi z PO czy Obywateli RP to tak, jakby nazwać najbliższych współpracowników Kaczyń­skiego „rodziną Mansona”. Nawet fajnie brzmi, ale nie odważyłbym się, bo znam wagę słów.
   Więc do meritum. Kolesie z lasu posłużyli się Hitle­rem, widać mają w swoim składzie kogoś, kto sprzedaje im taką wizję świata, gdy inni prowadzą np. niewinny fan club Messiego. Robi to pociągająco, więc poszli za nim. Jak ja za Józkiem Prorokiem w 1967 roku, gdy zostałem członkiem wyalienowanej społecznie grupy hipisów war­szawskich - to po prostu było fascynujące i dawało nam poczucie odrębności. Wreszcie do czegoś nieoficjalne­go należałem. Dla nas ważny był Allen Ginsberg, pieśni antywojenne, długie kudły i kolorowe spodnie z kora­likami, wolność osobista, przez co nasza postawa kłuła w oczy ówczesne władze. Policja nas pałowała jak dzisiaj Obywateli RP, gitowcy tłukli.
   A ci z lasu powiesili swastykę, na szubienicach portrety parlamentarzystów i hajlują (dość nieporadnie, od gesta­powców dostaliby ochrzan) - taką sobie znaleźli niszę dla własnej niepokory. Za przyzwoleniem władz. Groźną, bo skierowaną przeciw innym ludziom. Czy rozmawiał ktoś z nimi? No właśnie.
   Po innej stronie są chłopaki i dziewczyny z Antify, apacze-antyfaszyści, mają swoje symbole, flagi, sprejują ściany, przeszkadzają faszystom w ich manifestacjach, są waleczni. Świetni, twórczy ludzie, ale tak - potrafią w wal­ce być agresywni. Mojemu kumplowi zniszczyli witry­nę sklepu z gitarami. Znam ich ponad 30 lat, od tylu lat walczą z polskimi faszystami. W wolnych chwilach budu­ją w pustostanach świetne domy niezależnej kultury. Są dziewczyny i chłopcy z grupy 15W08, którzy z kolei nisz­czą wszelkie komercyjne dobro, witryny sklepów zna­nych marek, oblewają je farbami milion razy obszerniej, niż ktoś oblał okna PiS na Nowogrodzkiej. Hegemonia wielkiego pieniądza im nie odpowiada. Chcą powrotu do źródeł. Rozmawiał ktoś z nimi? Nie. Są wreszcie radykal­ni wyznawcy księdza Natanka, który otoczył swój kośció­łek w Grzechyni palisadą i był moment, że zanosiło się na polskie Waco. Watykan wymiękł, umył ręce, zwiał.
   Ruch gitowców, gangrena, która terroryzowała polskie szkoły i podwórka w latach 60.-70. ubiegłego wieku, to był - oceniając koncept moralny zjawiska - czysty faszyzm, choć bez mundurów i swastyk. Jedni byli „ludźmi” i mie­li wszelkie prawa, łącznie z biciem, rabowaniem, wymu­szeniami i gwałtami. Inni „frajerami”, czyli „podludźmi” - ci nie mieli szans. „Ludzie” mieli własny kod kulturo­wy, język, za podanie ręki „frajerowi” groziła kosa w plecy. Nosili spodnie w kant, buty ze szpicem, bluzki polo, mieli wytatuowaną kropkę pod lewym okiem (cynkwajs).
   Skąd się wzięli?
   Ludzie szukają, lgną, wypatrują dla siebie miejsca. Chcą należeć. Polityka nie ma w sobie magnesu i budzi obrzydzenie. Wafelek na torcie, jak kiedyś cynkwajs, ro­dzi się, kiedy politycy nie mają żadnej twórczej oferty dla młodego pokolenia. Rozprzestrzenia się w podziemiu (ostatnio na UW). Siana z mównic agresja spływa w dół. Kiedy pan mówi, panie Brudziński, ktoś zaczyna rysować swastykę.
Zbigniew Hołdys

Wszystko przez wafelki

Szanowni neonaziści! Drodzy faszyści!
Przy całej dla Was sympatii, doceniając Wa­szą pasję, ogień ideowy i marzenia o wiel­kiej wspaniałej Polsce, muszę z przykrością stwierdzić, że zachowaliście się jak ostatnie głąby. Po jaką cholerę były Wam te wafelki ułożone w kształt starohinduskiego symbolu szczęścia? Te przebieranki we wdzianka od Hugo Bossa?
   I patrzcie, co się dzieje. Lewactwo wpadło w amok i drze ryja na pół świata, nawet porządni politycy i dzien­nikarze, którym bliska jest wielka idea narodowa, muszą się wobec Was nieco zdystansować. Oczywiście przypo­minają, że prawdziwym złem jest TVN, czas emisji pro­gramu, szkody wizerunkowe wśród degeneratów na Zachodzie, podkreślają, że pochwała wymordowania mi­lionów elementów szkodliwych, chorych i zbędnych to w sumie to samo co oblanie farbą biura poselskiego, że to wszystko wina Platformy, że po co w ogóle o tym gadać, przecież nazistów i faszystów jest w Polsce ledwie pięt­nastu i trzy czwarte, że to ustawka i przebieranka, ale ze względu na hałas, jaki wywołaliście, muszą się trochę po- oburzać, bo chcieliby jeszcze trochę pociągnąć kaski od tych ciot z brukselskiej unii dewiantów.
   I na co to nam, bracia, było? A bo to źle się nam żyło za dobrej zmiany? Na dzień dobry zlikwidowali ten durny zespół w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych od praw człowieka, co to nas prześladował, wyłapując rzekome przestępstwa z nienawiści, i tę jeszcze durniejszą radę przy premierze do spraw przeciwdziałania dyskrymi­nacji rasowej. Dwa ruchy i lewactwo zaorane.
   Jak żeśmy oklepali KOD-erastę, co chciał pajacować antypolsko na ulicy, to minister Błaszczak słusznie po­wiedział, że to wina opozycji, a rzeczniczka Mazurek, że nas co prawda nie pochwala, ale rozumie. No, i czy to nie było piękne? Pokażcie mi drugi kraj w Europie, gdzie można w biały dzień spuścić wpie... lewactwu, a władza jeszcze pochwali! A jakżeśmy robili szubienice dla tej szóstki PO-jechanych zdrajców, co pluli na Polskę, to władza i jej media niby nas krytykowały, ale nienachalnie, delikatnie i dawały do zrozumienia, że jak jest akcja, to jest i reakcja, może przesadna, ale szlachetna.
   Pewnych rzeczy nie trzeba robić tak wprost i na cha­ma. Przecież jak idziemy na Marsz Niepodległości i nie­siemy krzyże celtyckie, pokrzykujemy o czystej krwi, białej Europie, życząc śmierci wrogom ojczyzny, to i my wiemy, o co chodzi, i władza wie, lewactwo zresz­tą też wie, ale może się cmoknąć, bo władza nas popiera jako wspaniałych polskich patriotów i bat na zdrajców z opozycji. I dlatego prokuratura pięknie interwenio­wała w sprawach niezłomnego księdza Jacka Międlara naszego brata Piotra Rybaka, który spalił kukłę żydka we Wrocławiu i który tak ładnie się prezentował na wie­cach partii ministra Ziobry.
   Wszystko można - byle z głową. Po co afiszować się z tym starohinduskim symbolem szczęścia, kiedy moż­na zrobić jakiś fajny transparent o treści „krew naszej rasy”, wywiesić go na stadionie i wszyscy wiedzą, że ko­jarzy się z pewnym zespołem wielbiącym narodowy so­cjalizm, ale jak jakiś lewak nazwie nas faszystami czy nazistami, to się oburzymy, a władze klubu zapewnią, że na sercu leży nam tylko dobro naszego narodu, edu­kacja młodzieży, los staruszków, i pogrożą sprawą są­dową. Możemy manifestować do woli, krzycząc, kto ma wypierdalać z Polski, i nikt nas paluszkiem nie tknie, bo to jest wreszcie nasza Polska, a nie jakaś ciapata, pedalska czy gudłajska.
   Naprawdę wszystko można. Spójrzcie na ONR. Prze­cież nawet jak się ma minus 50 dioptrii, to wiadomo, o co chodzi w tym obrazku, a jakby ktoś jeszcze nie jarzył, to się chłopcy i dziewczyny pochwalą miłością do Leona Degrelle’a, wspaniałego nazisty, wybitnego SS-mana, o którym sam Adolf, wręczając mu order, powiedział, że gdyby miał syna, to chciałby, żeby był jak Degrelle. I ONR jak gdyby nigdy nic maszeruje przez Warsza­wę w rocznicę Powstania Warszawskiego, siejąc panikę wśród zestrachanych dziadków myślących, że właśnie Hitlerjugend albo SS weszło do miasta.
   Można? Można. A władza nie kryje, że ONR to bli­ska im ideowa, słuszna, choć może troszkę w gorą­cej wodzie kąpana młodzież. I jeżeli rządzący kogoś krytykują i wskazują jako zagrożenie dla Polski, to lewaczki z pożarem macic, które próbują blokować nasze marsze, i w ogóle jakąkolwiek opozycję, któ­rej nie podoba się nowy ustrój polityczny w Polsce. Tak to się, kochani, robi, a nie durne wafelki. Pozdro!
Marcin Meller

Wiara w pieniądz

Mimo palącego problemu i dyskusji na temat obchodów urodzin Adolfa Hitlera, tematu, który rozgrzał atmosferę sejmową i po raz kolejny przekonał nas, że marszałek, a obecnie mini­ster Brudziński ma co najmniej dziwną wrażliwość, media sporo czasu poświęciły niezwykłemu szczęś­ciarzowi, ojcu Rydzykowi. O ile zastanawianie się nad wrażliwością ministra Brudzińskiego specjal­nie nie ma sensu, o tyle pytanie być może wynikają­ce z zazdrości: „Skąd o. Rydzyk ma tyle szczęścia?” jest pytaniem co najmniej zasadnym. Dość długo żyję na świecie, obserwuję też wielu ludzi w moim wieku, a nawet młodszych i nie spotkałem jeszcze ta­kiego szczęściarza. Nie tylko bezdomny, ale nawet bogaty nie dał mi żadnego samochodu, nie mówiąc już o dwóch. Poznałem też milionera, który wygrał w Lotto, ale z tego, co pamiętam, to ja zapłaciłem za nasz wspólny obiad, a on nie kwapił się do żadnej da­rowizny. Gdyby Jurek Owsiak miał tyle szczęścia co o. Rydzyk od początku swojej działalności, to je­stem pewien, że służba zdrowia nie miałaby żad­nych budżetowych kłopotów, a lekarze dopłacaliby każdemu, kto się do nich zgłosi.
   Przecież tu nie chodzi wyłącznie o te dwa samo­chody i bezdomnego, który mieszka raz w jednym samochodzie, raz w drugim, a zatrzymuje się tyl­ko przed punktami totalizatora. Dom takiemu bez­domnemu nie jest potrzebny, bo generalnie nie śpi z nerwów, czy wygra. Oprócz historii z samochodami do o. Rydzyka ciągle przychodzą ludzie, którzy bez­interesownie dają mu nasze pieniądze. Ktoś pró­bował wyliczyć, ile ojciec Rydzyk otrzymał dotacji, ale nikomu chyba się do końca nie udało. Dołóżmy do tego pieniądze na ratowanie stoczni (one pewnie do dzisiaj procentują). Dołóżmy gorejące szczęście w postaci źródeł, które trysnęły właśnie koło o. Ry­dzyka, a nie koło mieszkania księdza Bonieckiego. Dołóżmy kolejki tych, którzy są przy władzy i któ­rzy za wszelką cenę chcą coś ojcu ofiarować, a obraz pełni szczęścia tego zacnego ojca będzie pełny. My­ślę, że jest to nagroda za głęboką wiarę. Wiarę w to, że pieniądz jest najważniejszy.
Krzysztof Materna jest satyrykiem, aktorem, reżyserem i producentem telewizyjnym

27:1 bis

Kilka miesięcy temu brałem udział w niecodziennym zgromadzeniu. Dwie naj­większe aule na Wydziale Prawa i Administracji UW wypełnione były po brzegi. Wśród obecnych - najwybitniejsi polscy prawnicy, kwiat profe­sury: Zoll, Łętowska, Płatek, Rzepliński, Suchocka, Lewaszkiewicz-Petrykowska, Zieliński, Hauser, Mączyński.
   Okazja była niecodzienna. Otóż jeden z najwybitniej­szych polskich prawników Mirosław Wyrzykowski, doktor habilitowany, profesor UW, postanowił w młodzieńczym jak na profesora prawa wieku 66 lat przejść z Uniwersytetu na emeryturę! Podczas kiedy wielu profesorów w tym wie­ku dopiero rozkwita, M.W postanowił powiedzieć adieu, czyli au revoir, w rozkwicie sił i na pożegnanie wygłosił wykład będący podziękowaniem dla współpracowni­ków, jakich spotkał na swojej drodze życia prawniczego. Kilka przystanków: kierownik Zakładu Praw Człowieka, UW, przez 5 lat profesor w szwajcarskim Instytucie Prawa Porównawczego w Lozannie, dyrektor „konstytucjonali­zmu” w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich za czasów prof. Ewy Łętowskiej, a potem w Instytucie Spraw Publicz­nych, dziekan Wydziału Prawa, przewodniczący Komite­tu Nauk Prawnych PAN, do tego Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski i bogata kariera międzynarodowa. Nie będę już dalej nudził, tylko przejdę do „ad remu”, czyli do wyjaśnienia tytułu niniejszego felietonu, „27:1 bis”.
   Otóż od kilku już lat profesor jest członkiem tzw. Panelu 255 Unii Europejskiej, którego zadaniem jest opiniowanie kandydatów na sędziów Court of Justice i General Court przedstawionych przez rządy państw Unii. Areopag ten, nazywany „siedmiu wspaniałych”, składa się z siedmiu prawników, byłych sędziów tych sądów, a także sądów najwyższych w swoich krajach, prawników o „uznanej kom­petencji”. Panel 255 to nie żadna synekura, każdy kandydat wygłasza prezentację, przedstawia na piśmie kilka trud­nych spraw, w jakich orzekał, podsumowuje swój dorobek naukowy itd. W ciągu dwóch lat wydał 36 opinii (w tym sześć negatywnych). Bliższe szczegóły znajdą państwo w inter­necie (wstukać „Fourth activity report of the panel...”).
   Jednym z „siedmiu wspaniałych” jest prof. Mirosław Wy­rzykowski (Polska!). Jest to dla Polski i dla polskiego prawni­ka wyraz uznania, drobny przykład, iż nie byliśmy na kola­nach, mamy z czego i z kogo być dumni. Członków panelu wybierają (na jedną kadencję z możliwością przedłużenia na drugą) ambasadorowie wszystkich państw Unii Europejskiej. Jakież musiało być ich zdumienie, kiedy Polska - jako jedyny kraj - przeciwstawiła się wyborowi na II kadencję polskiego sędziego. 30 listopada 2017 r. przedstawicielstwo polskie przy UE nadesłało następujące oświadczenie: „Rzeczpospolita Polska pragnie złożyć następującą deklarację: Rzeczpospolita Polska przeciwstawia się po­nownemu mianowaniu prof. Mirosława Wyrzykowskie­go jako członka panelu z artykułu 255 Traktatu o funk­cjonowaniu Unii Europejskiej z powodu jego wystąpień publicznych, które sytuują go jako stronę w wewnętrznej debacie politycznej. Zdaniem rządu polskiego wystąpienia polityczne prof. Wyrzykowskiego mogą rodzić wątpliwości co do jego pełnego obiektywizmu w ocenie kandydatów nominowanych na sędziów Trybu­nału Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz General Court”. Tylko Polska odcięła się od swojego czło­wieka w Panelu 255, prof. Wyrzykow­ski pozostał na drugą kadencję przy jednym (polskim!) sprzeciwie. Znów 1:27! Czyż postawa i porażka rządu polskiego w tej sprawie to nie jest kolejny smutny przykład świadomej izolacji naszego kraju na are­nie międzynarodowej?
   Nie wierząc własnym oczom, 8 stycznia wysłałem za­pytanie do rzecznika prasowego MSZ, czy to jawa, czy sen, prosząc jednocześnie o uzasadnienie stanowiska polskiego i informację o dalszych losach kandydatury profesora. Po dwóch tygodniach otrzymałem uprzejmą, acz anonimową odpowiedź, iż „Polska nie popierała” (fak­tycznie w oświadczeniu napisano „sprzeciwia się” - D.P) ponownego mianowania profesora „z powodu jego udziału w krajowym sporze politycznym. Mogło to bu­dzić wątpliwości co do jego pełnego obiektywizmu przy ocenie kandydatów...”.
   Voila! Oto moje uwagi. Dlaczego polski rząd publicznie dyskredytuje zasłużonego na arenie międzynarodowej pol­skiego prawnika, przedstawiciela w elitarnym Panelu Unii Europejskiej? Dlaczego podstawia nogę Wyrzykowskiemu, tak jak podstawiał Tuskowi i Polsce z podobnym, kompro­mitującym nasz kraj rezultatem? Co sobie myślą przed­stawiciele 27 państw o Polsce, która - jako jedyna - mówi „nie” przedstawicielowi własnego kraju, i co sobie myślą o samym Wyrzykowskim, który „bierze udział w krajowym sporze politycznym”? Czy Polska to jest taki kraj, w którym profesorowie nie mogą brać udziału w sporze politycznym, czy też chodzi o to, że opowiedział się po złej stronie sporu?

Zapytałem profesora, co o tym myśli. „Rzeczpospolita Polska, dyplomatycznym językiem Ministra Spraw Zagranicznych, oskarża mnie na arenie międzynarodo­wej o brak obiektywizmu w realizacji funkcji członka Pa­nelu 255 - odpowiedział. - Powodem miałyby być moje publicznie wyrażane poglądy, które sytuować mnie mają jako stronę w krajowym sporze politycznym. Mam z tym problem, i pewnie podobny problem będzie miał Minister Spraw Zagranicznych, bowiem zawsze moje wypowiedzi dotyczyły wyłącznie obrony i powagi Konstytucji RP oraz respektowania praw i wolności. Czy wypowiedź w tych sprawach może być kwalifikowana jako czynnik sytuujący uczestnika debaty prawniczej w charakterze »strony spo­ru politycznego«? Dzisiaj, w sytuacji wielokrotnego naru­szania konstytucji, problemem jest zdefiniowanie pojęć »uczestnik« i »spór polityczny«. Będę oczekiwał od Mini­stra Spraw Zagranicznych podania użytych przez niego definicji, a w konsekwencji udokumentowania oskarżenia zawartego w oficjalnym dokumencie rządowym. To jest kwestia podstawowej odpowiedzialności za słowo i mi­nimalnej przyzwoitości. I wtedy zastanowię się, czy od­powiedź ministra rozesłać do ambasadorów 27 państw członkowskich UE”.
   Zwycięstwo ma wielu ojców, a przegrana jest sierotą - dlatego wątpię, czy odpowiedź nadejdzie.
Daniel Passent

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz