PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 23 lutego 2018

Dobry fachowiec, bo partyjny



W państwowych instytucjach obowiązuje zasada drzwi obrotowych - jedni wchodzą, drudzy wychodzą. Kiedy po wyborach rządy przejmuje nowa władza, drzwi szybko się kręcą. Tym razem jednak od dwóch lat nie przestają się obracać, a ostatnio nabrały wyjątkowego tempa.

Gdański koncern Energa od jesieni 2015 r. ma już siódmego prezesa. Niektórzy byli tak krót­ko, że nie zdążyli się czymkolwiek wykazać. Przychodzili i odchodzili, nie wiadomo dlacze­go. Państwowy właściciel, nawet w spółkach publicznych, nie czuje się w obowiązku, by cokolwiek tłumaczyć, choć wpływa to na kurs ak­cji. Na razie Alicja Klimiuk ma status pełniącej obowiązki prezesa Energi, ale też poważne szanse na pełnoprawną nominację. Nie dlatego, że przemawiają za tym jakieś jej wyjątkowe kwalifikacje i osiągnięcia zawodo­we, bo te dziś w państwowej gospodarce są raczej obciążeniem niż atutem. Ważniejsze są afiliacje polityczne, czyli który polityk wspiera tego czy innego menedżera. W biznesowej gwarze używa się określeń „od kogo on jest” albo „do kogo raportuje”.
   Prezes Klimiuk na przykład kojarzona jest z Jarosławem Zieliń­skim, wiceministrem spraw wewnętrznych, tym, którego policjanci posypywali z helikoptera własnoręcznie zrobionym konfetti i no­sili za nim parasol. Zieliński jest liczącym się politykiem PiS, więc to dość mocna afiliacja. Pani prezes ma szanse przynajmniej na kil­kumiesięczne rządy w Enerdze. Potem zapewne straci stanowisko, a może, jak jej poprzednik Daniel Obajtek, awansuje do jakiejś bar­dziej prestiżowej i jeszcze lepiej płacącej spółki w rodzaju Orlenu.
   Ale by to osiągnąć, trzeba być „od nie byle kogo”, a najlepiej od samego prezesa. Tak jak Obajtek, który jest kadrowym odkry­ciem PiS na miarę Mateusza Morawieckiego. Na Nowogrodzkiej mówią, że Kaczyński jest nim zauroczony tak jak premierem. Obajtek to dla niego ucieleśnienie ideału menedżera nowego typu: młody, nieprzesadnie wykształcony (świeżo zdobyty dyplom prywatnej uczelni radomskiej), więc nieskażony menedżerskimi mądrościami, za to nadrabiający siłą woli. Twardy, ideowy, gotowy realizować linię partii bez względu na koszty i konsekwencje.
   To ważne, bo PiS unika zawodowych menedżerów. Taki jest efekt lekcji wyciągniętej z kłopotów premiera Donalda Tuska z prezesem Polskiej Grupy Energetycznej Krzysztofem Kilianem. Kilian, jako wieloletni przyjaciel Tuska i jego nieformalny doradca gospodar­czy, został mianowany prezesem PGE z zadaniem doprowadzenia do budowy wielkiej elektrowni węglowej w Opolu. Odmówił jednak wykonania polecenia, tłumacząc, że z przygotowanych analiz wy­nika, że taka decyzja będzie niekorzystana, a jemu prawo zabrania działania na szkodę spółki. Mimo upomnień ze strony Tuska, żeby nie filozofował, bo elektrownia jest potrzebna krajowi, zdania nie zmienił i w efekcie stanowisko stracił. Następca już nie grymasił.

Odważny jak polityk
Zawodowi menedżerowie boją się wprowadzonego niedawno do Kodeksu karnego artykułu 296, który ma być batem na pre­zesów spółek, jeśli swymi nieodpowiedzialnymi decyzjami do­prowadzą do znacznej szkody majątkowej. Grozi za to nawet 5 lat więzienia. I nie można się usprawiedliwić, że wykonywało się polityczne zadania. Tymczasem politycy coraz częściej doma­gają się od szefów państwowych spółek podejmowania decyzji o poważnym wymiarze finansowym, których racjonalność jest wątpliwa lub trudna do oszacowania.
   Do gospodarki PiS bierze dziś ludzi, którzy nie mogą się długo zastanawiać, czy to dobre dla spółki czy nie. Mają nie dyskuto­wać. Partia chce być postrzegana jako sprawna i błyskawicznie realizująca nawet najbardziej fantastyczne projekty. Niezależnie, czy to będzie budowa elektrowni atomowej, nowej kopalni węgla kamiennego, fabryki samochodów elektrycznych, gigantycznego lotniska czy podmorskiego gazociągu.
   I taki jest Daniel Obajtek, który w Enerdze bez wahania podpi­sał się pod decyzją o budowie elektrowni węglowej w Ostrołęce (inna sprawa, że szanse na realizację są nikłe), a teraz zapewne podpisze się pod decyzją o budowie elektrowni atomowej przez Orlen. Jest więc przeciwieństwem swego poprzednika Wojciecha Jasińskiego. Ten bronił się przed angażowaniem Orlenu w wątpli­we ekonomicznie przedsięwzięcia i miał nadzieję, że dobre wyni­ki finansowe koncernu go osłonią. Tak kalkuluje wielu prezesów, ale zwykle się mylą, bo wyniki finansowe w decyzjach kadrowych specjalnie nie znaczą. Zresztą wiele państwowych spółek ma pozycję monopolistyczną i jest chroniona przez państwo, więc zyski przychodzą niejako mechanicznie.
   Jasiński jest o pokolenie starszy i politycznie mocniejszy od swe­go następcy. To wierny druh i przyjaciel Jarosława Kaczyńskiego, członek kierownictwa partii. Jak przyznają w centrali PiS, Jasiń­ski „raportował do Kaczyńskiego” i nikogo poniżej nie uznawał za godnego partnera. Także ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, któremu formalnie podlegał. Według naszych informacji szef PiS był po prostu rozczarowany zbyt miękką ręką Jasińskiego. Zamiast ciąć równo do poziomu sprzątaczek, jak Obajtek w Ener­dze, pozostawił spore grono menedżerów, których tam zastał.
   Drugim niewybaczalnym błędem było zdanie się w bieżącym zarządzaniu na wiceprezesa Mirosława Kochalskiego. Kochalski w przeszłości pracował w Orlenie na kierowniczych stanowiskach, pełnił też obowiązki prezydenta Warszawy, był także prezesem Ciechu, w czasach gdy spółka ta jeszcze należała do państwa. Popadł więc w zgubny menedżeryzm, a na dodatek ciągnęły się za nim stare sprawy. Zasadził się na niego Patryk Jaki i jego sejmowa ko­misja reprywatyzacyjna. Już w zeszłym roku politycy PiS zaczęli się domagać, by go wylać z zarządu Orlenu. Jasiński się na to nie godził, więc ostatecznie i on stracił stanowisko.
   Jest i taka hipoteza, że byłemu prezesowi i jego ludziom miały zaszkodzić zapowiedzi rozbudowy stacji benzynowych Orlenu o placówki handlowe, tak by obejść ustawę o zakazie handlu w niedzielę. Na pocieszenie dostał ofertę pracy jako doradca zarządu Orlenu. Obowiązki żadne, a zawsze tych kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.
   Obajtek zaczął już czyszczenie Orlenu, zaczynając od ludzi Kochalskiego. Na tym się jednak nie skończy, bo nowy szef koncernu naftowego wie, czego od niego oczekuje prezes PiS. Orlen to jedna z najbogatszych spółek, płaci ogromne pieniądze, więc chętnych nie brakuje. Trzeba jednak umiejętnie godzić oczekiwania wielu wpływowych polityków Zjednoczonej Prawicy, którzy będą forso­wali swoich kandydatów. Obajtek przećwiczył to w Enerdze, która była zasiedlona przez armię politycznych nominatów kierowanych przez wpływowych pomorskich polityków: Andrzeja Jaworskiego, Jolanty Szczypińskiej, Jacka Kurskiego, Janusza Śniadka, Grzego­rza Biereckiego. Trzeba było wszystkich umiejętnie obdarować wysokopłatnymi, a mało wymagającymi stanowiskami, bo prze­cież politycznych nominatów na stanowiska ściśle energetyczne kierować trudno. Jeszcze kogoś porazi prąd.

Przyzwoite pieniądze
Tak się złożyło, że PiS najchętniej i najszybciej zdobywał te przyczółki, na których swoi mogli poczuć, że wreszcie pracu­ją za przyzwoite pieniądze. Antoni Macierewicz po objęciu teki ministra obrony narodowej zadbał, żeby podporządkować sobie przemysł zbrojeniowy, dotychczas będący domeną ministra skar­bu. Jego pierwszą decyzją było odwołanie zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, w której skonsolidowano cały przemysł zbrojenio­wy. Trudno traktować tę decyzję inaczej niż jako polityczną, bo Macierewicz nie tylko nie miał czasu zapoznać się z do­kumentacją PGZ, ale nawet nie spotkał się z władzami grupy. Odwołanie było tak szybkie, że jednego z członków zarządu cofać trzeba było z delegacji.
   Jednak nowi nie zdążyli się jeszcze czegokolwiek nauczyć, a już byli wymieniani. W zeszłym tygodniu rozpoczęły się już pierwsze zwolnienia w centrali. Przez ostatnie dwa lata w centrali PGZ zmieniono prawie 80 proc. personelu. Teraz, krótko po odwo­łaniu ministra Macierewicza, stanowiska stracił cały wybrany przez niego zarząd PGZ. Im również nie dano szansy spotkać się z nowym ministrem. Na drugi ogień mają iść zarządy spółek zbrojeniowych, w których wstępny audyt wykazał katastrofalne wyniki i straty liczone w dziesiątkach milionów. Odchodzący zarząd wśród swoich sukcesów wymieniał wzrost eksportu. - Statystykę napompowa­li m.in. sprzedażą żaglowca szkoleniowego do Algierii. Tylko że kosztujący 40 mln euro żaglowiec wybudowała prywatna stocznia, a PGZ jedynie pośredniczył w jego sprzedaży - tłumaczy jeden z ekspertów branży zbro­jeniowej. W branży pojawiły się komenta­rze, że rewolucja weszła w drugą fazę, w której pożera już własne dzieci.
   Wymienia się też kadry w leśnictwie. Gdy odchodzącego ministra Jana Szyszkę zastąpił Henryk Kowalczyk, miejsce szefa Lasów Pań­stwowych - szybko i nieoczekiwanie - zajął podsekretarz stanu w Ministerstwie Środo­wiska Andrzej Konieczny. Zastąpił na etacie Konrada Tomaszewskiego, kuzyna Jarosława Kaczyńskiego, który długo był nie do ruszenia. Żadna z jego barw­nych i skandalicznych wypowiedzi, np. o „zielonych nazistach” (czyli ekologach), „z których mózgów wymyto te podstawowe wartości, że kobieta to kobieta, mężczyzna to mężczyzna, że nie warto kochać się z kozą, dlatego że z tego dzieci nie będzie”, czy też o walce z szatanem, która jest „rolą Lasów Państwowych”, nie spotkała się z krytyką przełożonych.
   Być może Tomaszewski się zmęczył, może trzeba było zrobić miejsce dla młodych, ale kuzyna prezesa zastąpił były nadleśniczy, który przez dwa lata był wiernym przybocznym ministra Szyszki. Sprawdził się na pierwszej linii frontu, głośno popierając wycinkę, teraz słucha nowego szefa, którego pierwszą decyzją jest zastoso­wanie się do unijnego zakazu i zaprzestanie wycinki.
   Minister Kowalczyk mianował też nowego dyrektora Białowie­skiego Parku Narodowego. Został nim Michał Krzysiak, lekarz weterynarii, od niemal 10 lat pracownik parku, zwany przez ko­legów z pracy „Morbitalem” (to środek do eutanazji zwierząt, a doktor wybrał sobie kiedyś taki prywatny adres mailowy). Wcze­śniej aspirował do stanowiska kierownika Ośrodka Hodowli Żu­brów, ale żaden z czterech dyrektorów, którzy zarządzali BPN, nie powierzył mu tej funkcji. Więc z szeregowego pracownika wskoczył od razu na fotel dyrektorski. I w tym wypadku nie ma mowy o konflikcie z poprzednikiem, Krzysiaka namaścił bowiem jeszcze Jan Szyszko: w październiku osobiście wręczył weteryna­rzowi medal za zasługi dla ochrony przyrody na święcie hubertusa w Węgrowie.
   Co ciekawe, dyrekcja Parku nic nie wiedziała o tym, że mi­nister nagrodzi jednego z pracowników, za to potem Krzysiak z medalem zważniał tak, że nikt w Parku nie miał wątpliwości, że czeka go awans. Gdy kilka tygodni później minister Szyszko odwołał dyrektor Olimpię Pabian za obronę żubrów przed od­strzałem i sprzeciw wobec wycinki - choć oficjalnie żadnych powodów decyzji nie podano - mniej więcej było już wiadomo. Konkursu na nowego dyrektora Szyszko nie zdążył już ogłosić. Zrobił to jego następca. Jak podało ministerstwo, Michał Krzysiak uzyskał najwyższą liczbę punktów od komisji konkursowej, cho­ciaż nie spełnia nawet wymogów formalnych: nie pracował 3 lata na stanowisku kierowniczym, w Parku był kierownikiem gabinetu weterynaryjnego, ale poza nim gabinet nie miał innych pracow­ników, więc doktor kierował sam sobą.

Próba sił
3 stycznia 2018 r. minister Henryk Kowalczyk, wówczas jesz­cze przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów, skierował do Jolanty Rusiniak, sekretarza Rady Ministrów, pismo informu­jące, że „wycofuje projekt ustawy o zmianie ustawy o zasadach zarządzania mieniem państwowym oraz niektórych innych ustaw (UD 305) z rozpatrzenia przez Radę Ministrów”. To był formalny akt kapitulacji w wojnie, jaką kilka miesięcy wcześniej rozpoczęła premier Beata Szy­dło o kontrolę nad państwową gospodar­ką. Ta wojna stała się jedną z przyczyn jej upadku. Szydło chciała bowiem władzy, jakiej nie miał dotychczas żaden premier. Pod pozorem uporządkowania kompeten­cji i zadań organów administracji rządowej w zarządzaniu majątkiem państwowym projekt dawał szefowi rządu niemal pełnię władzy nad 432 firmami, w których Skarb Państwa jest jedynym właścicielem, i tych, w których dysponuje kontrolnym pakie­tem akcji. W tym nad najbogatszymi, dys­ponującymi miliardowymi budżetami, jak np. Orlen, PKO BP, PZU czy KGHM. Choć formalnie premier miał po staremu dele­gować swoje uprawnienia na konkretnych ministrów, to jednak w wielu sprawach mógłby sam podejmować decyzje. I oczywiście miałby wpływ na obsadę najważniejszych stanowisk.
   To oznaczałoby dramatyczne zaburzenie w układzie sił rzą­dzących dziś Polską. Bo wbrew pozorom PiS nie jest monolitem, w którym o wszystkim decyduje Jarosław Kaczyński. Raczej zgod­nie z zasadą check and balance musi on równoważyć wpływy, by nikt nie wyrósł ponad miarę, ale też by nie został odcięty od ży­ciodajnego tlenu, czyli pieniędzy i stanowisk.

Frakcje
W polskiej polityce funkcjonuje system przypominający układ państwa średniowiecznego: na szczycie jest król, który opiera się na grupie (partyjnych) baronów, a każdy z nich ma własny poczet wasali, ci zaś swoich. Z liczebności i oddania wasa­li rodzi się siła i znaczenie barona, warunkiem jest jednak, by ten dbał o swój poczet i właściwie go wynagradzał. Do tego służą odpowiednio hojne nadania w państwowych spółkach. Dlatego nawet Jarosław Kaczyński nie zdołał wymusić posłuchu w dzie­dzinie polityki wynagrodzeń, choć na początku sporo mówił o reżimie kominówek i samoograniczaniu się płacowym kadry kierowniczej. Ostatnio ponoć zbiera informacje o najwięcej zara­biających menedżerach w państwowych spółkach. Nie po to jed­nak armia PiS czekała przez osiem lat, by teraz zaciskać pasa. Okazało się, że są nawet sposoby, np. poprzez pseudonagrody, by także ministrom płacić jak menedżerom. Nic więc dziwnego, że prawo dostępu do stanowisk w państwowej gospodarce jest kluczem do stabilności politycznej Zjednoczonej Prawicy.
   Pisolodzy zidentyfikowali kilkanaście grup interesów, z któ­rych każda ma swoich ludzi do wykarmienia. Są więc zakonnicy, czyli ludzie najdłużej stojący przy Jarosławie Kaczyńskim zwani zakonem PC, są ziobryści, czyli ludzie Zbigniewa Ziobry z Soli­darnej Polski, są gowinowcy z Porozumienia, są szydłowcy, którzy wspierali byłą premier, są macierewiczowcy, czyli związani z religią smoleńską i Klubami Gazety Polskiej, są też bliscy im rydzykowcy.
Własną wpływową grupę ma też Piotr Naimski, apostoł polity­ki energetycznej PiS, za którym wędruje grono oddanych mu uczniów. Odrębną grupę stanowią wreszcie ludzie służb specjal­nych związani z Mariuszem Kamińskim. Jest nawet w gospodarce niewielka frakcja związana z prezydentem Dudą.
   Nie ma za to grupy Morawieckiego. Jako człowiek, który do poli­tyki wszedł niedawno, premier nie stworzył jeszcze klasycznej gru­py interesu, choć w słynnym tajnym raporcie, który krążył wśród posłów PiS (mającym charakter donosu), zidentyfikowano wokół niego kilka grupek, w tym byłych harcerzy z ZHR, bankowców, głównie z BZ WBK, a także menedżerów z gospodarki.
   A przecież do wykarmienia, prócz frakcji, są jeszcze rodziny. Od posad i lukratywnych zleceń dla żon, mężów, córek, synów i pociotków PiS (oraz córki leśniczego) aż gęsto. Na przykład: syn ministra ener­gii Krzysztofa Tchórzewskiego, Karol Tchórzewski, został prezesem Przedsię­biorstwa Energetycznego w Siedlcach.
Drugi, Mateusz, zdobył lukratywne zlece­nie z Ministerstwa Infrastruktury dla kan­celarii, w której pracuje. Trzeci, Konrad, został dyrektorem w PZU, w czasach gdy w zarządzie PZU był faworyt ojca Rydzyka, działacz PiS Andrzej Jaworski (dziś realizu­je się w zarządzie Krajowej Spółki Cukro­wej, kontrolowanej przez Skarb Państwa).
Żona europosła PiS Ryszarda Czarneckie­go Emilia Hermaszewska zasiada w radzie nadzorczej jednej ze spółek należących do PZU. Syn europosła Bartosz Czarnec­ki (drugi jest posłem) pracuje w Polskiej Grupie Zbrojeniowej.
   Karierę robi brat ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Głównie z pomocą Michała Krupińskiego, zaufanego przyjaciela Zbigniewa Ziobry, który już za „pierwszego PiS” był wiceministrem skarbu. Krupiński najpierw przygarnął Witolda Ziobrę do PZU (gdy był prezesem, brat Ziobry pełnił funkcję doradcy zarządu w spółce-córce PZU Życie). Potem gdy Michał Krupiński został prezesem Banku Pekao, Witold Ziobro poszedł za nim, znów na bezpiecz­ne stanowisko doradcy zarządu. Z kolei siostra minister bez teki Elżbiety Witek została inspektorem w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Dorota Pietrzak wcześniej była salową w Placówce Opiekuńczo-Wychowawczej Jaworowy Start w Jawo­rze, próbowała swoich sił w polityce, w ostatnich wyborach sa­morządowych była kandydatką PiS do rady powiatu jaworskiego, ale nie udało się. Lepiej poszło mężowi pani minister - Stanisław Witek, startując z „jedynki”, z dobrym nazwiskiem, został radnym. Wsparciem cieszy się rodzina prezesa. Choć jeden z kuzynów Ja­rosława Kaczyńskiego stracił posadę w Lasach, drugi, Jan Maria Tomaszewski, w TVP trzyma się dobrze. Jest doradcą zarządu Te­lewizji Polskiej. Długo by wymieniać.

Ciąg dalszy nastąpi
Przy tak skomplikowanej strukturze obozu władzy oraz rozbu­dowanych relacjach wewnątrz niego zrozumiała jest nieustająca rotacja na stanowiskach w gospodarce i administracji. Niedawna rekonstrukcja rządu wprowadziła dramatyczną destabilizację. Upadek szefa MON skomplikował sytuację macierewiczowców, zwłaszcza w sektorze zbrojeniowym. Dymisja Jana Szyszki uderzy­ła w rydzykowców. Dymisja Beaty Szydło osłabiła nie tylko grupę Szydłowców, ale także pozostających z nimi w sojuszu ziobrystów.
   Był to sojusz zaczepno-obronny, skierowany przeciw Mate­uszowi Morawieckiemu. Sojusz ostatecznie przegrał, choć miał na koncie liczne sukcesy, w tym najsłynniejszy, kiedy udało mu się zablokować próbę wrogiego przejęcia pozostającego pod kon­trolą ziobrystów PZU przez wicepremiera. By nie próbował tego ponownie, nadzór nad PZU przejęła premier Beata Szydło. Nie po - wiodła się też wicepremierowi próba przejęcia kontroli nad Giełdą Papierów Wartościowych. Po długich bojach musiał skapitulować. GPW dostała się Markowi Dietlowi, człowiekowi prezydenta Dudy.
   Teraz sytuacja się zmienia, bo siła Morawieckiego rośnie. Pre­mier ma wsparcie Jarosława Kaczyńskiego, ale przeciwko sobie zjednoczone siły grup interesów, które tak łatwo nie oddadzą sta­nowisk. Chętnie podstawią mu nogę, bo rzadko się zdarza taki kontrast między popularnością szefa rządu w opinii publicznej i niskimi notowaniami w politycznym zapleczu.
   Szczególnie ciekawie wygląda to na odcinku ziobrystów, czyli w sektorze finansowym. Minister sprawiedliwości rozlokował swoich ludzi nie tylko w PZU, ale też w kontrolowanych przez ubez­pieczyciela dwóch bankach - Pekao oraz Alior. „Newsweek” opisywał niedawno, jak przebiegały negocjacje pomiędzy ministrem sprawiedliwości a premierem. Obaj za sobą nie przepadają, ale ponoć zawarli pakt o nieagresji. Ziobro miał zgiąć kark przed Morawieckim i obiecać, że nie będzie już spiskować, a premier miał pozostawić w rę­kach ziobrystów cenne łupy. Tygodnik pisze, że członkowie Solidarnej Polski, a także trzej prezesi instytucji finansowych mają od swe­go szefa przykazane, by nie działać przeciw premierowi, bo inaczej minister „zetnie im głowy”. Czy nie brzmi to średniowiecznie?
   Trudno jednak ocenić, na ile szczery jest ten pakt, szczególnie po akcji prokuratury w sprawie prywatyzacji Ciechu. Wśród współpracowników premiera panuje przekonanie, że Zio­bro chce się dodatkowo zabezpieczyć, zbierając haki na szefa rzą­du. W procesie prywatyzacji firmę Kulczyk Investment (podejrze­waną przez prokuraturę, że kupiła Ciech za tanio, wspierał bank BZ WBK kierowany wówczas przez Mateusza Morawieckiego). Premier może znaleźć się wśród podejrzanych.
   Na razie sytuacja jest dynamiczna. Premier zdaje sobie sprawę, że bez wsparcia spółek Skarbu Państwa realizacja jego polityki może się nie udać. Formalnie sam sprawuje nadzór nad ARP, Bond Spot, GPW, Grupą Azoty, PKO BP PKP PLK, PKP SA, Pocz­tą Polską, Polskim Funduszem Rozwoju, Polskim Holdingiem Nieruchomości, PLL Lot, PZU, ale nie wszędzie ma wolną rękę. Pozostałe spółki są pod kontrolą ministrów i partyjnych grup. Premier wie jednak, że nie może zbyt gwałtownie wyrywać łupów, bo rywale rzucą mu się do gardła. Musi z nimi delikatnie pakto­wać. Na razie nie ma na to czasu, bo musi gasić pożar w stosun­kach zagranicznych wywołany przez ustawę o IPN. To obciąża konto ziobrystów (głównie Patryka Jakiego), a w kontekście paktu z premierem rodzi pytanie - głupota czy sabotaż?
   Przez wiele lat stale powracało hasło odpolitycznienia instytu­cji państwowych, zdania się na kompetentnych profesjonalistów, wyłanianych w przejrzystych konkursach. Choć brzmiało to idea­listycznie, miało poparcie nawet wśród części politycznych elit. Dziś to wołanie na puszczy. Skrajne upolitycznienie gospodarki uznawane jest za stan idealny, do którego trzeba dążyć. Bo tylko osoba polityczna może odpowiedzialnie decydować o losach państwowego majątku. Dlatego ze strony części posłów PiS sły­chać głosy oburzenia, że w administracji i spółkach wciąż jeszcze można odnaleźć osoby, które pracowały tam za czasów rządu PO-PSL. Czas je wyrzucić i przyjąć swoich.
   Tak się dzieje. W spółkach Skarbu Państwa, ale też sądach, prokuraturze, KRS, w oświacie, na uczelniach wyższych. A więc: ciąg dalszy nastąpi.
Adam Grzeszak
Współpraca Agnieszka Sowa, Juliusz Ćwieluch
ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz