PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 28 października 2014

Drugie życie Leppera



Ostatni raz widziałem ojca trzy dni przed śmiercią, nie wyglądał jak człowiek złamany. Obeszliśmy gospodarstwo, jak zawsze, kiedy wracał z Warszawy. Był ze mną na łąkach, u bydła - o szefie Samoobrony Andrzeju Lepperze opowiada jego syn Tomasz.

MAŁGORZATA SWIĘCHOWICZ

Zielnowo, niedaleko Darłowa, zaledwie 72 mieszkańców. Do Lepperów skręca się przy krzyżu. Dwa domy obok siebie - stary, postawiony przez ojca, i nowszy, należą­cy do syna. Duża obora, woliery z pawiami, bażantami, drzewa ozdobne, starannie przystrzyżone. Do ogrodu Lepperów zjeżdżały kiedyś wycieczki, żeby robić sobie zdjęcia, tak tu ładnie. A później chowali się tam paparazzi, którzy chcieli mieć gorący materiał. To­masz Lepper, w czarnej sportowej bluzie, prowadzi na górę domu, w małym pokoju dużo drobnych przedmiotów, które Andrzej Lep­per przywoził z podróży i spotkań: statuetki, kalendarze, pamiąt­kowe tabliczki z wygrawerowanymi podziękowaniami.

NEWSWEEK: Mama nie mówi: po co ci ta polityka, daj spokój? TOMASZ LEPPER: Powiedziała, że jak chcę, to mam spróbować w wyborach samorządowych. Nie ma nic przeciwko temu, żona też nie. Bez ich zgody raczej bym nie startował.

Już się słyszy: Lepper, czarny koń tych wyborów!
- Nie jestem żadnym „czarnym koniem”, Tylko normalnym człowiekiem.

Który nazywa się Lepper.
- Chciałbym, żeby ludzie nie patrzyli na mnie wyłącznie jak na syna Andrzeja Leppera. Tato to tato, ja to ja. Nie jestem jego kopią. On wiedział, jak poruszać się w polityce, jak się wypowiedzieć.          

Wyszczekany byt.
- Bardziej niż ja.

Wybrał pan tę samą drogę, którą ojciec szedł 16 lat temu. On też zaczynał od wyborów do sejmiku zachodniopomorskiego.
- Jednak nie ma porównania. Tato miał swoją partię, ja nie mam i nie zamierzam zakładać. On tworzył struktury partyjne, przewodził im, robił strajki. Za­czynał w innych czasach. Teraz nie da się podejść do wagonu i wysypać zboża na tory. Trzeba by było mieć zgodę.

Było dużo procesów za wysypy­wanie zboża. Przejmował się?
- Nie obarczał nas swoimi spra­wami. Przychodziły wezwania, tato zabierał je do Warszawy, tam wszystko załatwiał. W ogó­le w domu bardzo rzadko rozma­wialiśmy o polityce.

Oglądał pan „Służby specjalne” Patryka Vegi?
- Nie.

Jest tam scena morderstwa Andrzeja Leppera.
- To niepotrzebne zadawanie nam bólu. Od ustalenia tego, jak było naprawdę, jest prokuratura.

Wykluczyła udział osób trzecich w śmierci pana ojca. Czytał pan uzasadnienie prokuratury o umo­rzeniu śledztwa?
- Nie.

Obraz pana ojca z ostatnich dni życia jest przygnębiający: człowiek przybity utratą pozycji politycznej, w depresji, z długami, opuszczony przez wszystkich.
- Nie przez rodzinę.

Czy kiedy widział go pan ostatni raz, trzy dni przed śmiercią, wyglądał jak człowiek złamany?
- Nic na to nie wskazywało. Obeszliśmy gospodarstwo, jak zawsze. Był ze mną na łąkach, u bydła.

Nie przyszło panu do głowy, że przyjechał się z wami pożegnać?
- Był jak zawsze. Gdy przyjeżdżał, ściągał garnitur, przebierał się w zwykłe ciuchy i szedł zobaczyć gospodarstwo.

Potrafił już jako polityk zakasać rękawy, wziąć się do roboty?
- Gdy trafił do polityki, byłem w podsta­wówce. Pamiętam, że wszystko spadło na mamę. Na początku jeszcze przyjeżdżał z Warszawy często, a później, wiadomo, już mniej. I nawet nie wypadało, żeby ro­bił. Nie musiał, wszystko było zrobione.

Bał się podsłuchów? Był czas, że miał aż pięć telefonów.
- My do taty mieliśmy jeden numer, pod który zawsze dzwoniliśmy. Gdy nie mógł
odebrać, bo był na spotkaniu albo miał akurat wywiad, od­dzwaniał.

Był pan w domu, gdy z Warszawy przyszła wiadomość, że nie żyje?
- Tak. Szok. Niedowierzanie.

Pierwsza myśl?
- O mamie.

Jak to zniosła?
- Jest bardzo dzielna.
-                       
Policjanci przyjechali do domu, piekło?
- Przyjechali miejscowi, ze Sław­na. Byli taktowni.

Zabrali panu broń.
- Ja tylko zadzwoniłem do Samo­obrony, że nikogo z nich nie ży­czę sobie na pogrzebie taty, ale zaczęło się opowiadać, że straszy­łem, była nawet sprawa o groźby karalne. Po niemal dwóch latach sprawa została umorzona, broń mi oddano.

Po co ona panu?
- Poluję, Poza tym do obrony osobistej.

Boi się pan czegoś?
- Kiedyś, gdy tato jeszcze był w polityce, odbieraliśmy telefony z pogróżkami, żebyśmy uważa­li, bo on może zginąć jak Papała. Wystąpiłem o pozwolenie, zda­łem egzaminy i od tamtej pory mam berettę.

Dlaczego nie życzył pan sobie, żeby ludzie z Samoobrony przyje­chali na pogrzeb?
- Nie chciałem ich widzieć. Nie trawiłem ich. Ale później stwierdziłem, że jak chcą, mogą przyjechać. Nie będę wszystkich krytykować, bo zapewne nie każdy na to zasłużył. Jednak Samoobrona już dla mnie nie istnieje. Nie chcę ich znać.

Był jakiś zły duch w tej partii?
- Tam większość to były złe duchy. 90 procent.

Po śmierci pana taty ktoś z Samoobrony wam pomógł?
- Niech wystąpi choć jeden, który przyje­chał zapytać: w czym pomóc? Mijały mie­siące od pogrzebu, a oni nie przyjechali nawet, żeby mu znicz zapalić. Już szybciej zapalą zwykli ludzie, przyjeżdża na grób wielu wczasowiczów znad morza. A ci z Samoobrony dopiero teraz, gdy wybory idą, przywieźli jakiś wieniec z czerwonych kwiatów, zdjęcia przy grobie sobie robili.

Ma pan żal?
- Do Samoobrony przede wszystkim.

Mówił pan ostatnio, że do Jarosława Kaczyńskiego.
- Nie umiem się wypowiedzieć na ten te­mat, jeszcze... Nie wierzę w te wszystkie afery.

Ktoś Andrzeja Leppera wkręcił? Z jakiego powodu?
- Nie wiem. Może komuś przeszkadzał? W domu o polityce nie rozmawialiśmy. Stara! się nas nie obciążać swoimi poli­tycznymi problemami.

Trudno było o tym nie rozmawiać, przecież jak się włączyło telewizor, to albo seksafera, albo afera gruntowa.
- Starałem się mało oglądać, nie przejmo­wać się tym za bardzo. Była wiara, że tato jest... No nie wiem, że to wszystko jest wy­mysłem po prostu. Ludzie tu, we wsi, też byli przekonani, że to nieprawda, wierzy­li tacie. To znaczy, wiadomo, że nie wszy­scy. To byłoby nierealne, żeby 100 procent myślało tak samo. Jakiś odsetek zawsze ma inne zdanie.

Ojciec nigdy nie skarżył się, że ma dość polityki?
- To było jego drugie życie, czuł się w nim dobrze, cieszył się, gdy odnosił sukce­sy, piął się. Nie bywałem w Warszawie, ale gdy jechałem z tatą do Darłowa czy Sławna i ludzie na ulicy go poznawali, by­łem dumny. Podchodzili do nas, życzyli wszystkiego dobrego.

Wierzył we wróżby. Miał w biurku wylicze­nia co do faz Księżyca i zaklęcie na przy­pływ gotówki. Wiedział pan?
- Kiedyś wspominał, że był u jakiegoś jas­nowidza. Ale nie wiem, co mu ten jasno­widz przepowiedział. Nie wierzę w takie rzeczy.

O tym, że ojciec miał długi, dowiedzieliście się już po jego śmierci?
- Jakie długi? Gdzie?

Prokuratura ustaliła, że komornik wszedł na jego partyjną pensję, a nawet na zasiłek chorobowy. Były zaległości za czynsz, nie­opłacone rachunki telefoniczne. Nie miał na wpisy sądowe, grzywny. Jednej firmie za maszynę rolniczą byt winien 40 tys. zł, trzem firmom za nawozy i pasze ponad 20 tys. zł... Ojciec nie powiedział panu, że z powodu długów obciążył hipotekę domu?
- Nie wiedzieliśmy, że są jakieś długi za pasze, pierwsze słyszę. Wiem tylko o na­leżnościach za paliwo - chodziło o 24 tys. W żadnej innej kwestii nikt po śmierci taty nie zgłosił się w sprawie spłaty, nie przy­szły żadne pisma.

Śledczy w jego biurku znaleźli wezwania do zapłaty.
- Nie pamiętam

W zastaw za jedną z niespłaconych poży­czek oddał złoty zegarek. Mówił w domu, co się z nim stało?
- Nie pamiętam. Może to były długi Samoobrony, nie wiem. Gdyby dotyczyły gospodarstwa, to bym nie startował w wyborach, boby się zaraz pojawiły komentarze, że robię to dla pieniędzy. Mam oczywiście kredyty, bo za gotówkę w gospodarstwie wszystkiego się nie zrobi. Ale nie ma żadnych zaległości ze spłatami. Hipoteka była i jest czysta.

Ojciec zostawił list?
- Nie.

A ta ostatnia wasza rozmowa...
- Nie było ostatniej rozmowy, bo kto by się spodziewał, że stanie się to, co się sta­ło. Rozmowa jak zawsze. Ilekroć przyjeż­dżał, zdejmował garnitur, przebierał się, szedł obejrzeć gospodarstwo. Zwracał uwagę na porządki, czy bydło nakarmio­ne. Nie robił uwag, to był tato przyjaciel, ciepły, nie taki, który stale karci, pokazu­je palcem, co zrobić.

Mógł doprowadzić do sytuacji, że w końcu stracilibyście dom, gospodarstwo.
- Budował z nami wszystko, starał się to zachować. To bajki, że zostawi ł nas z ko­losalnymi długami.

Ogłaszano zbiórki, mówiono, że trzeba was ratować.
- Ciekawe przed czym? Gospodarstwo funkcjonowało i funkcjonuje. Nie było żadnych problemów.

A pożary? ile ich było?
- Pierwszy wybuchł, gdy tato był jesz­cze w rządzie, drugi, gdy już był po dy­misji, trzeci - jakiś czas po pogrzebie. Jak człowieka w nocy wyrywa telefon, że jest ogień, to wskakuje się w ubranie, leci... Dwa razy spaliła się słoma, raz cała obora wypełniona sianem. Dobrze, że zwierzę­ta nie ucierpiały.
Prawdopodobnie wszystkie pożary to wy­bryki gówniarzerii.

Był pan oczkiem w głowie taty? Tym, któ­ry przejmie schedę?
- Oczkiem w głowie? Nie. Wszystkie dzieci traktował równo. Jedna siostra skończyła prawo, druga psychologię, ja zostałem na gospodarstwie.

Bał się o pana. Kiedyś ponoć dostał wia­domość, że pan już nie żyje.
- Przyjechał do szpitala w momencie, gdy zapadałem w śpiączkę. To było trzy lata temu, w lutym. Jeszcze go słyszałem, po­cieszał mnie. Zawsze mówił, że będzie dobrze, trzeba być twardym. Też tak uwa­żam. Trzeba mieć silną psychikę i rodzinę przy sobie, to najważniejsze.

Płakał?
- Nigdy. Może jak nie widziałem. Przy mnie starał się być twardy, nie pokazy­wać, że jest załamany.

Długo byt pan w śpiączce?
- W szpitalu w Sławnie 10 dni, w Gdań­sku 5.

Nazwisko Lepper na coś się przydało? Był pan specjalnym pacjentem?
- Nie miałem żadnych przywilejów. Leża­łem na ogólnej sali. Nazwisko właściwie tylko przeszkadzało. Dziennikarze ubra­ni w fartuchy? próbowali zakradać się na oddział, żeby uzyskać jakieś informacje o mnie, zrobić zdjęcie.

Chodziły słuchy, że gdy pana stan był ciężki, w pomoc zaangażowali się Donald Tusk, Ewa Kopacz.
- Bajki. Nic nie było załatwiane przez rząd. To, że żyję, zawdzięczam wyłącz­nie lekarzom, żadnym politykom. Byłem leczony w Sławnie, Gdańsku, Szczecinie. Konieczny był przeszczep całej wątroby, więc nie można było zrobić przeszczepu rodzinnego. Na liście oczekujących byłem ponad rok. Dwa razy w stanie śpiączki. Gdy dostałem wiadomość, że jest dawca, różne myśli przychodziły do głowy. Była radość i strach równocześnie. Ale stara­łem się być dobrej myśli, nie zakładać, że coś może pójść nie tak. Operacja trwała kilkanaście godzin, udało się, jest dobrze.

Teraz, żeby nie było odrzutu, trzeba brać leki immunosupresyjne?
- Trudno, coś za coś. Ważne, że mam drugie życie.

Czuje się pan na sitach wejść w politykę?
- Prowadzę duże gospodarstwo: 350 hek­tarów, 420 sztuk bydła plus konie, owce. Spełniłem się, teraz chciałbym spróbo­wać czegoś innego, pomóc ludziom tu w regionie.

Mając 350 hektarów, można dobrze żyć?
- W rolnictwie nic nie jest pewne, ceny niestabilne. Kiedyś litr mleka koszto­wał 1,70 zł, teraz 1,10. Z trzodą to samo. Kiedyś było ponad 5 zł za kilogram, teraz 4 złote.

To pana pomysł czy taty, żeby mieć jesz­cze bizony, gołębie, bażanty, pawie, stru­sie emu? Dużo przy tym zachodu, a pieniędzy żadnych.
- Takie hobby. Ja je zacząłem hodować, ale tacie też się to podobało.

Sprawa jego śmierci jest już wyjaśniona raz na zawsze?
- Zakończyła się, jak się zakończyła, nie chciałbym do tego wracać. Niech tato spoczywa w pokoju.

Mimo że tyle zapłacił za bycie w polityce, ma pan odwagę w to wejść?
-Tak.

Dostał pan piąte miejsce na liście lewicy.
- Można przejść i z piątego, i z dziesiąte­go. Wielu mi tu, w regionie, mówi, że bę­dzie na mnie głosować.

A później z sejmiku do Sejmu, tak jak tata?
- Zobaczymy. Czas pokaże.

Jeszcze tylko zdjęcie. Włoży pan marynarkę?
- Nie ma potrzeby. To nic, że w marynarce wyglądałby bardziej jak polityk. Nie włoży, mowy nie ma. Może najwyżej zdjąć sportową bluzę i włożyć koszulę w kratkę. Do zdjęć pozu­je niechętnie.
- No już, wystarczy? - dopytuje co chwila.
Tomasz Lepper marynarki i garnitury wkłada tylko na szczególne okazje. I nie ma takich drogich, szytych na miarę, jak ojciec. W ogóle nie wyobraża sobie, żeby chciał kiedykolwiek kupować ubrania po 10 tysięcy złotych, - Po co? - pyta.
Ledwie wytrzymuje to, że mu się robi zdjęcia. - Już, wystarczy, koniec - zarządza. Gdy dziwimy się, że niedłu­go wybory, a w okolicy nie widać żad­nych plakatów z jego podobizną, jest zdziwiony naszym zdziwieniem. Prze­cież ludzie wiedzą, jak wygląda. Jeszcze nie miał spotkań z wyborcami, te dopiero przed nim. Obawia się, że zamiast pytań: „Co pan chce osiągnąć, panie Toma­szu?”, na tych spotkaniach będzie drąże­nie: „Jak to było z pana tatą?”. To może być jak wkładanie noża w serce, ale twier­dzi, że wytrzyma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz