PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 26 lipca 2016

Władzy apetyt dopisuje



Dwa kolejne projekty ustaw, seria mętnych tłumaczeń, w końcu szlaban od prezesa partii. Pomysł ogromnych podwyżek dla rządu i parlamentarzystów spalił na panewce, ale pieniądze dla „krewnych i znajomychPiS i tak płyną z budżetu szeroką rzeką.

Miłosz Węglewski,Dariusz Ćwiklak

Prawie trzy doby trwał żenujący spektakl po­lityków PiS, próbujących przeforsować ra­dykalną podwyżkę wynagrodzeń dla posłów, senatorów, ministrów, prezydenta i premie­ra. Ostatecznie partia Jarosława Kaczyńskie­go zrezygnowała. Robiąc dobrą minę do złej gry, przekonywała, że „wsłuchuje się w głos społeczeństwa”. Została wizerunkowa klęska. I zaoszczędzone ponad 20 min zł rocznie - niemało w czasach, gdy szalejąca „do­bra zmiana” rozdaje pieniądze na prawo i lewo.

KARUZELA PODWYŻEK
Miało być jak zwykle: przygotowany po cichu, bez żadnych konsultacji projekt ustawy został wepchnięty przez PiS we wto­rek wieczorem do porządku obrad Sejmu. Krzyki i protesty opo­zycji - bez znaczenia. Pierwsze czytanie odfajkowane i w końcu
tygodnia nowa ustawa mogłaby już być przyjęta. A w niej już od września między innymi prawie 50-procentowa podwyżka dla szefa rządu, marszałka Sejmu i prezesa NBP, niewiele mniejsza dla prezydenta (plus wynagrodzenie dla pani prezydentowej), ministrów, wiceministrów i wojewodów. No i jeszcze dodatko­we 2,7 tys. zł do kieszeni posłów i senatorów (wszędzie w tekście po daj e my kwoty brutto).
   Zawrzało. Najmocniej uderzył Paweł Kukiz: „Koryto plus”. Na okładkach tabloidów biły w oczy zestawienia 7,5 tys. zł podwyż­ki dla premier Beaty Szydło z 300 zł, jakie wywalczyły po dwu­tygodniowym strajku pielęgniarki z warszawskiego Centrum Zdrowia Dziecka. Albo z ostatnią waloryzacją rent i emerytur - w większości po kilka złotych.
   Negatywnych komentarzy nie brakło nawet na portalach zwią­zanych z PiS. Na nic zdały się oficjalne tłumaczenia, że zmiana zasad wynagradzania w administracji centralnej jest uzależnio­na od tempa wzrostu gospodarki i od zmian w rozwarstwieniu dochodów w społeczeństwie (tzw. wskaźnik Giniego), więc te­oretycznie pensje mogą także maleć. I że zarobki państwowej „wierchuszki” zostały zamrożone osiem lat temu. Odpowiada­no, że od równie dawna nie drgnęła kwota wolna od podatku PIT, a rząd PiS wcale nie pali się do jej radykalnego podniesienia, co przecież obiecywał w wyborach.
   W siedzibie PiS na Nowogrodzkiej zaczęto więc panikować. Do mediów poszedł w środę przekaz, że prezes Jarosław Kaczyń­ski jest wściekły, bo nie skonsultowano z nim szczegółów projek­tu. Ciekawe, biorąc pod uwagę, że poseł Jarosław Kaczyński dzień
wcześniej zagłosował za projektem podwyższającym jego dietę. Czyli co? Nie rzucił na niego wcześniej okiem? Wolne żarty! W każ­dym razie premier Szydło w zaprzyjaźnionym portalu wPolityce.pl na wszelki wypadek zapewniała, że nie chce żadnej podwyżki.
   W środowy wieczór był już nowy projekt ustawy. Bez śladu po podwyżkach dla posłów i senatorów. Ale zniknęły też zapi­sy o powiązaniu wynagrodzeń urzędników państwa ze wzrostem gospodarczym czy wskaźnikiem Giniego. Wszyscy mieli dostać jednakowy „dodatek wyrównawczy”, w wysokości połowy pod­stawowej pensji podsekretarza stanu, czyli prawie 3,9 tys zł. Też nieźle.
   Tym razem media i opozycja nie zdążyły nawet zareagować. Po kilkunastu godzinach projekt został wycofany. - Nie był wy­starczająco przygotowany na sytuację, w której jesteśmy - uciął Ryszard Terlecki, szef klubu PiS.

OBIETNICE POCZEKAJĄ
Podwyżki da się też rozsądnie uzasadnić: w Unii Europej­skiej na palcach jednej ręki policzyć można państwa, w których premier, ministrowie czy prezes banku centralnego zarabiają tyle czy mniej niż u nas. Dodatkowym absurdem naszego syste­mu wynagradzania ministrów i wiceministrów jest też to, że czę­sto więcej od nich dostają ich podwładni. Argumenty posłów PiS - że niełatwo znaleźć kompetentnych i doświadczonych ludzi do pracy na państwowych posadach - nie są z sufitu.
   Tyle że obecni politycy partii rządzącej jeszcze niedawno psy wieszali na ówczesnej wicepremier Elżbiecie Bieńkowskiej, któ­ra w podsłuchanej rozmowie z szefem CBA dziwiła się, że wice­minister może pracować za 6 tys. zł na rękę, bo za tyle pracuje tylko „złodziej albo idiota”. Teraz pośrednio przyznają jej rację. Za to ową arogancję władzy, niegdyś zarzucaną Bieńkowskiej i jej rządowym kolegom, coraz wyraźniej widać w obozie PiS.
   Można było przecież skorzystać z rozwiązań stosowanych w USA, gdzie wszelkie ustawy o podwyżkach dla urzędników państwowych obowiązują dopiero od następnej kadencji Kon­gresu. Ale po ośmiu latach w opozycji partia Kaczyńskiego jest wygłodniała i nie ma ochoty czekać. Niech raczej poczekają wy­borcy - na realizację obietnic.
I nie chodzi tylko o wspomnianą kwotę wolną od podatku. Szczodrości rządu nie widać też wobec sfery budżetowej, w której pracuje około 3 min Polaków - od nauczycieli przez lekarzy po zwykłych urzędników - w większości zarabiających poni­żej średniej krajowej. Z resortu finansów dotarły ostatnio syg­nały o planowanym zmniejszeniu funduszu płac w budżetówce aż o 14 mld zł. Musi się to wiązać ze znaczącymi zwolnieniami, ale też ograniczeniem wzrostu wynagrodzeń. Emeryci i renciści też nie powinni mieć złudzeń. W przyszłym roku waloryzacja ich świadczeń będzie liczona w promilach.

ZA MUNDUREM KASA SZNUREM
Można by to uznać za godną pochwały troskę o stan finan­sów państwa, gdyby nie to, że jednocześnie PiS jest hojny dla tych grup i środowisk zawodowych, w których chce umocnić swe wpływy bądź na których lojalność liczy.
   Już wiosną rząd na wniosek ministra Zbigniewa Ziobry pod­wyższył o 10 proc. (średnio po kilkaset złotych na etat) wynagro­dzenia pracowników sądów. Podobne podwyżki dla pracujących w prokuraturach zapowiedział prokurator krajowy Bogdan Święczkowski. W sumie będzie to kosztować budżet kilkaset mi­lionów złotych rocznie.
   Istotnych podwyżek - i to z wyrównaniem od początku roku - doczekało się też prawie 150 tys. zawodowych żołnierzy i pra­cowników cywilnych wojska. Przeciętne wynagrodzenie tych pierwszych wzrosło do ok. 4500 zł, a tym drugim dodatkowo obiecano coroczną waloryzację pensji (o nie mniej niż 5 proc. po­nad wskaźnik inflacji) do 2019 r. Podwyżki - średnio prawie 600 zł w ciągu trzech lat - obiecano również prawie 200 tys. mundu­rowych i cywilnych pracowników resortu spraw wewnętrznych. Będzie to kosztować kolejne niemal 1,4 mld zł.
   Ale żołnierze i policjanci mogą tylko pozazdrościć funkcjo­nariuszom służb specjalnych. Gotowy jest już projekt, zgodnie z którym przeciętne wynagrodzenie w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) ma wzrosnąć o 1750 zł, do prawie 7 tys. zł, w Służbie Wywiadu Wojskowego do niemal 7,3 tys. zł, a funkcjo­nariusze CBA, z podwyżką o niemal 2,9 tys. zł, mają zarabiać śred­nio ponad 8,2 tys. zł. W środowiskach mundurowych mówi się, że rząd kupuje sobie w ten sposób lojalność służb specjalnych.

RODZINA NA SWOIM
Z pieniędzy podatników finansuje się jednak przede wszyst­kim posady „dla swoich”. Gabinet Beaty Szydło bije wszystkie rekordy, jeśli chodzi o liczbę wiceministrów-jest ich aż 95! Czę­sto o dość nieokreślonych kompetencjach, tak jak w przypadku podsekretarza stanu w resorcie skarbu Pawła Gruzy. A gdy bra­kuje już gabinetów dla podsekretarzy stanu, to mianuje się peł­nomocników. Wystarczy im powierzyć „newralgiczne” sprawy informatyki, logistyki lub promocji...
   Czy podwyżki rzeczywiście są niezbędne, by ściągnąć z ryn­ku fachowców do rządu? Pytanie raczej retoryczne w kontekście nominacji 25-letniego Bartłomieja Misiewicza, z doświadcze­niem pracy w aptece w Łomiankach, na szefa gabinetu politycz­nego ministra obrony Antoniego Macierewicza.
   Gabinety ministrów to zresztą kopalnia posad dla partyjnych funkcjonariuszy. Kukiz’15 już wiosną wyliczył, że rząd Szydło za­trudnił w nich ok. 90 osób: od szefów gabinetów (zarabiających od 8 do 13 tys. zł), przez doradców (5-6 tys. zł), po asystentów politycznych z niewiele mniejszymi pensjami. Warto przy­pomnieć, że w 2009 i w 2012 r. PiS składało w Sejmie projekty ustaw likwidujących gabinety polityczne w ministerstwach.

W NAGRODĘ I ZA ZASŁUGI
Za poprzednich rządów większość wysokich stanowisk w administracji centralnej obsadzano w drodze konkursów. Be­ata Szydło stwierdziła jednak, że konkursy były fikcją. I PiS z tą fikcją skończyło. Nowelizacja ustawy o służbie cywilnej umoż­liwiła obsadzanie ok. 1600 najważniejszych stanowisk w admi­nistracji w drodze nominacji. Większość tych posad już dostali „swoi”.
   Przy okazji zniesiono wymóg udokumentowanej pracy w służ­bie cywilnej, więc każdy partyjny funkcjonariusz może liczyć na rządową posadę. I to na godziwych warunkach, rząd zdecy­dował bowiem o znaczących podwyżkach dla urzędników - tak się składa, że akurat dla tych, którzy nie należą do służby cywil­nej, a więc głównie dla „swoich”. Najwięcej, po kilka tysięcy złotych, dostali wysocy urzędnicy dzięki wprowadzeniu w ustawie pokaźnego dodatku funkcyjnego. Pensje dyrektorów wielu urzę­dów sięgają więc nawet 15-20 tys. zł. I właśnie one posłużyły za argument w próbie podniesienia wynagrodzeń nominalnych szefów owych dyrektorów, czyli ministrów.
   Ale dotychczas istniejących stanowisk jest dla aparatu PiS za mało. Dlatego z końcem 2015 r. powstał nowy resort z setkami nowych etatów - czyli Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Że­glugi Śródlądowej. A teraz mówi się o kolejnych nawet trzech ty­siącach etatów w Państwowym Gospodarstwie Wodnym „Wody Polskie”, które ma odpowiadać za stan polskich rzeki jezior oraz inwestycje przeciwpowodziowe, z czym do tej pory nieźle radzi­ły sobie regionalne zarządy gospodarki wodnej, fundusze ochro­ny środowiska czy po prostu samorządy.
   Pomysłów na kolejne rządowe wehikuły nie brakuje: wicepre­mier Mateusz Morawiecki zapowiada powołanie dwóch agen­cji - wspierania eksportu oraz agencji rozwoju. Nie próżnuje też minister skarbu Dawid Jackiewicz - niedawno powołał Polską Fundację Narodową, która ma dbać o dobre imię Polski za grani­cą za - bagatela! - 100 min zł od państwowych spółek.
   - W pracach nad budżetem na 2016 r. zwróciliśmy uwagę na wzrost zatrudnienia w różnych instytucjach. Na pewno trze­ba się temu przyjrzeć - mówił w zeszłym roku Andrzej Jawor­ski, poseł PiS. Teraz były poseł już się nie przygląda, bo zrzekł się mandatu, gdy dostał posadę w zarządzie PZU. Tysiące jego partyjnych kolegów zasiadło w zarządach i radach nadzorczych większych i mniejszych kontrolowanych przez państwo spółek Jak na przykład nowy członek zarządu PKO BP, 37-letni Maks Kraczkowski, związany z PiS od czasu studiów. Według pre­mier Szydło jest bardzo dobrze przygotowany do pracy w insty­tucjach finansowych. Jednak zdaniem ekspertów jego jedyny związek z tym sektorem to dwa kredyty w PKO BP.

DŁUG WDZIĘCZNOŚCI I DŁUGI PAŃSTWA
Wśród tych, którym obóz pis odwdzięcza się finanso­wo za długoletnią lojalność i poparcie, szczególne miejsce zaj­muje Tadeusz Rydzyk. Redemptorysta z Torunia, który swoim medialnym imperium wspierał PiS zarówno w tłustych latach 2005-2007, jak i w chudych czasach opozycji, jest bodaj najwięk­szym beneficjentem „dobrej zmiany”. Na stronie dlugwdziecznsci.pl posłowie PO podliczyli przepływy między państwowymi instytucjami a podmiotami należącymi do Rydzyka. Wyszło im już ponad 27 min zł.
   Lwia część z tego to odszkodowanie od Narodowego Fundu­szu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) za wycofaną przez władze PO-PSL dotację na odwierty geotermal­ne w Toruniu. Ową dotację zagwarantowano fundacji Lux Veritatis za poprzednich rządów PiS
   Tadeusz Rydzyk planował z rozmachem - dzięki gorącym źródłom miał powstać kompleks Centrum Polonia in Tertio Millennio, z kampusem Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, hotelem spa z setką pokojów i z aquaparkiem. Rząd Donalda Tuska dopatrzył się braków w dokumentacji i dotację anulował. Prawie siedem lat trwał proces wytoczony NFOSiGW przez Lux Veritatis. Po zmianie władzy Fundusz zawarł jednak szybko ugodę z redemptorystą i wypłaci mu 26 min zł odszkodo­wania. Ojciec Rydzyk znów może wiercić za państwowe dotacje.
   Politycy PiS odwdzięczają mu się też za poparcie drobniejszy- mi kwotami przy rozmaitych okazjach. W marcu resort spraw zagranicznych ministra Witolda Waszczykowskiego przyznał Lux Veritatis 200 tys. zł nagrody w konkursie promującym „pol­ski wkład w rozwój cywilizacyjny i kulturowy Europy w aspek­cie 1050. rocznicy Chrztu Polski i w kontekście Światowych Dni Młodzieży 2016”. Miesiąc później Ministerstwo Kultury Piotra Glińskiego dorzuciło 140 tys. zł na kampanię społeczną Telewi­zji Trwam „Czytaj! - to najlepsza inwestycja na jaką zawsze Cię stać”. Resort Waszczykowskiego przebił jednak ofertę Glińskie­go, dając w lipcu uczelni ojca Rydzyka dwie nagrody (w sumie ponad 800 tys. zł) za promocję polskiej dyplomacji.
   W tym samym konkursie MSZ dało 175 tys. zł ruchowi Solidar­ni 2010 Ewy Stankiewicz i blisko 1,5 min zł fundacji Ruch Kon­troli Wyborów prawicowego publicysty Jerzego Targalskiego, za poprzednich rządów PiS członka zarządu Polskiego Radia.
Co ma z tego partia Jarosława Kaczyńskiego? Wiadomo - wdzięczność obdarowanych. Solidarni 2010 na szczycie NATO rozdawali ulotki z sugestią, że prezydent Kaczyński został za­mordowany w Smoleńsku. Sale wykładowe szkoły Rydzyka goszczą liderów PiS, podobnie jak programy jego telewizji i ra­dia. A z kolei kontrolowane przez PiS media publiczne czerpią z toruńskiej uczelni świeże kadry. Stąd gwiazda Wiadomości TVP, Klaudiusz Pobudzin, były reporter TV Trwam. Szkoła Ry­dzyka chwali się na swojej stronie: „WSKSiM w czołówce uczelni w Polsce, których absolwenci najłatwiej znajdują pracę”.
   Pieniądze na to wszystko idą z kasy państwa. Czyli z podatków Polaków i z przyszłych podatków ich dzieci. A dług państwa pol­skiego to już prawie 900 mld zł; to o jedną dziesiątą więcej niż rok temu, za rządów PO-PSL.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz