PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 21 lipca 2016

PiS jak komuniści



Cele Kaczyńskiego nie są odległe od celów, jakie stawiali sobie komuniści w 1946 r. Jemu też chodzi o budowę własnych elit, ale wcześniej musi usunąć te stare - z administracji, szkolnictwa, sądownictwa - mówi historyk propagandy, dr hab. Piotr Osęka

Rozmawia Rafał Kalukin

NEWSWEEK: Oglądał pan relacje ze szczytu NATO w „Wiadomościach” TVP?
PIOTR OSĘKA: Przyznam, że wstrząs­nął mną materiał Klaudiusza Pobudzina o tym, jak Wałęsa i politycy Unii Demo­kratycznej bronili sowieckich interesów. Okazuje się, że Olszewski z Kaczyńskim i  Macierewiczem dzielnie stawili im czo­ła i do tego stopnia udało im się zapędzić w kozi róg Geremka, że musiał podpisać akcesję Polski do NATO. Upadek rządu Olszewskiego po nocy teczek miał być desperacką próbą zablokowania naszej drogi do Paktu Północnoatlantyckiego.

Na początku lat 90. ówczesne elity faktycznie nie spieszyły się do NATO. Bały się reakcji Moskwy.
- Nikt wtedy nie wiedział, w którą stro­nę będzie szła Rosja. Zresztą nie od nas zależało, czy Polska wejdzie do NATO. Chodziło o to, czy nas przyjmą; to był ogromny i wieloletni wysiłek polskiej dyplomacji. Nie rozumiem, po co ro­bić materiały kwestionujące oczywiste sprawy?

Po co? Aby stworzyć nową hierarchię zasłużonych!
- Zdaję sobie sprawę, że nie ma cze­goś takiego jak absolutnie obiektywny serwis informacyjny Przydają się jed­nak obiektywizujące formuły. Uderzy­ła mnie również ocena warszawskiego szczytu NATO w „Wiadomościach”. Po prostu powtórzono za przedstawiciela­mi władzy, że szczyt był historycznym sukcesem. Nie pojawiła się nawet próba analizy politycznej, choć ciemne chmury wiszą na horyzoncie. Jeśli Trump wygra wybory prezydenckie i spełni obietni­ce z kampanii, to NATO ulegnie daleko idącym i niekorzystnym dla Polski zmia­nom. O tym jednak „Wiadomości” już nie powiedziały. O sukcesie szczytu NATO mówiono tak, jak kiedyś o otwar­ciu Huty Katowice.

Dopiero co słyszeliśmy, że Polska jest bezbronna i zdana na łaskę Rosji. Teraz dowiadujemy się, że dzięki PiS nikt już nam nie zagrozi.
- No właśnie. Nowej władzy udało się za­blokować dążenia Rosji oraz Platformy Obywatelskiej, która zdradziecko nas wpychała w rosyjskie łapy. Choć przecież to politycy PO przygotowali ten szczyt, a PiS tylko przyszło na gotowe. Serwis agencyjny w publicznej telewizji wystę­puje w charakterze rządowej agencji PR.

W atmosferze propagandowo wykreo­wanego sukcesu wręcz niestosowne stało się wspominanie słów prezydenta Obamy o Trybunale Konstytucyjnym.
- „Osiągnęliśmy sukces, którego nie kwestionuje nikt. Nawet nasi wrogo­wie!” - ryczał Edward Gierek w 1976 r. na stadionie w Katowicach. Ten sam ton propagandy sukcesu. Zwłaszcza że zaraz po ogłoszeniu sukcesu szczytu dosta­jemy materiał o wojskowej grochówce i o tym, że w wojsku fajnie jest.

Po co rządzącym sławienie uroków armii?
- Kult żołnierskiej krzepy i męskiej dosadności, przeważnie skonfrontowany ze zgubnymi inteligenckimi miazmatami, wywodzi się wprost z II Rzeczypospoli­tej. W latach 60. to napięcie raz jeszcze powróciło. Pułkownik Załuski w „Sied­miu polskich grzechach głównych” pole­mizował z szydercami polskiej historii, sławiąc wojskowy patriotyzm i ofia­rę poniesioną na polu bitwy. Ta narra­cja osiągnęła apogeum w 1968 roku. Dziś znów święci triumfy. Tyle że teraz przy­wołuje się szturm husarii na Turków pod Wiedniem albo „żołnierzy wyklętych”. Dotykamy tu ideologii rządów PiS, któ­ra zawiera pochwałę cnót wojskowych oraz militarystycznego patriotyzmu. To kluczowy element polityki historycznej, której celem jest - jak powiada Kaczyń­ski - „powstanie Polski z kolan”. Jego projekt przewiduje podkreślanie naszej wyjątkowości na tle wrogich sił czyha­jących na wschodzie i zachodzie. Widać tu trwanie tych starych narracji. Czasem żartuję, że z licznych inscenizacji histo­rycznych PiS najlepiej wychodzi ta pod tytułem „Moczar w Marcu”.

Nikt przecież nie tropi syjonistów.
- Akurat nie chodzi o antysemityzm, lecz o antyinteligenckość. Na posiedzeniu komisji sejmowej poświęconym spra­wie Muzeum II Wojny Światowej jego dyrektor Paweł Machcewicz oskarżany był przez polityków PiS i nie wiadomo w jakim charakterze tam występującego Jana Pospieszalskiego o kosmopolityzm, brak patriotyzmu, nieuwzględnienie polskiej martyrologii. Trudno mi przy­puszczać, aby politycy PiS inspirowali się tekstami z Marca '68. Tak się jednak składa, że w skali niemal jeden do jedne­go powielili zarzuty, jakie w 1968 r. komi­sja partyjna w PWN postawiła redakcji encyklopedii powszechnej.
A teraz w jednej z ujawnionych recenzji ekspozycji Muzeum II Wojny Światowej czytamy, że ukazano tylko negatywny aspekt wojny, pomijając ten pozytyw­ny - że wojna kształtuje charaktery. Stąd już blisko do hasła Hitlerjugend, że „wojna to szlachetna gra”.

Czego to dowodzi?
- Że skłonność do historycznej celebry te akademie patriotyczne, śpiewanie pieśni patriotycznych, marsze „żoł­nierzy wyklętych”, inscenizacja ślubu rotmistrza Pileckiego - to papierek lak­musowy tej władzy. Historia uczy nas, że istnieje bardzo mocny związek mię­dzy kształtem publicznych rytuałów a mechanizmami polityki wewnętrz­nej. Rządy, które wyżywają się w histo­rycznych inscenizacjach, prawie zawsze wykazują zarazem inną skłonność - do wsadzania opozycji do więzień.

Nie za mocna teza?
- Należy oczywiście uwzględnić pod­stawową różnicę. PRL nie miał demo­kratycznej legitymacji i próbował ten deficyt zniwelować odwołaniem do tra­dycji patriotycznej - fundamentem rzą­dów komunistów była jednak przemoc.
Natomiast PiS zdobyło władzę w wyniku wyborów. Mimo to cele Kaczyńskiego nie są odległe od celów, jakie stawiali sobie komuniści w 1946 roku. Jemu też chodzi o budowę własnych elit, wcześniej musi jednak usunąć te stare - z administra­cji, szkolnictwa, sądownictwa. Dotych­czasowe elity próbuje się więc na różne sposoby zdeprecjonować. Za pierwszych rządów PiS służyła temu lustracja. Teraz mamy „resortowe dzieci”, czyli strasz­ną koncepcję dziedziczenia podłości po rodzicach.

To też konstrukcja zapożyczona z Marca '68.
- O „bananowych jabłkach” - banano­wej młodzieży i jabłkach spadających niedaleko od jabłoni - pisali klasy­cy marcowej propagandy Alina Reutt i Zdzisław Andruszkiewicz. Ówczes­ne opowieści o synalkach z dygni­tarskich limuzyn świetnie grały na ludzkich emocjach. Ale - jak mówi­łem - komuniści mieli w ręku ostatecz­ny argument, jakim była przemoc. PiS na szczęście nie jest w stanie wymienić przemocą elit. Nie żyjemy w dyktaturze.

„Idziemy do przodu, zmieniamy Pol­skę, dobra zmiana jest coraz bliżej, [...] będą potrzebne lata, żeby przyszły te ostateczne konsekwencje, ale kierunek jest właściwy” - mówił ostatnio Kaczyński. Tu znów przypomina się PRL, gdzie do samego końca budowano socjalizm.
- Cel jest coraz bliżej, choć nigdy nie zostanie osiągnięty. Takie rozumienie czasu charakterystyczne jest dla dyk­tatur. Zburzona zostaje jego linearność, życie polityczne już nie toczy się od wyborów do wyborów. Zamiast tego przebiega w rytm państwowych świąt i patriotycznych celebracji. W takiej spirali czasu cyklicznego władza staje się bezalternatywna; dobra zmiana jest zmianą ostateczną.
Takiego planu nie sposób zrealizować, jeśli istnieją konkurencyjne ośrodki przekazu. PiS sugerowało różne kroki prowadzące do podporządkowania sobie prywatnych mediów, ale możliwości ma ograniczone. I przede wszystkim jest in­ternet. We współczesnym świecie trud­no o monopol informacyjny.

Ale nawet bez monopolu opozycja zdołała sobie narzucić pogląd, że powrót „do tego, co było” nie jest możliwy. „Za Platformy” brzmi niemal jak w PRL - „za sanacji”.
- Każda władza stara się w dziarski sposób przedstawiać swoje dokonania i przeciwstawiać je porażkom poprzed­ników. Problem z PiS polega na tym, że robi się to samo co do tej pory, tylko bar­dziej. Naprawdę nowy jest jedynie wątek celebracyjno-godnościowy. Poprzednie rządy też świętowały rocznice, ale żaden nie uczynił z historycznej celebry funda­mentu państwowej strategii.

Polacy to przyjmą?
- Trudno powiedzieć. W PRL wszystko było patriotyczne, a już najbardziej wia­tach ’80. - by przypomnieć Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego jako in­strument mobilizacji społecznej po sta­nie wojennym. To już nie trafiało do ludzi, bo było zużyte. Przy Okrągłym Stole do­szło do kłótni między Leszkiem Millerem a Andrzejem Celińskim o zapis dotyczący wychowania polskiej młodzieży w duchu patriotycznym. Celiński twierdził, że to słowo zostało zohydzone przez ówczesną władzę. Ale dziś patriotyzm ma już inny posmak. Funkcjonuje w przygodowej, wręcz bajkowej otoczce. To przemawia do młodych - zwłaszcza wykluczonych i noszących poczucie krzywdy. „Żołnierze wyklęci” świetnie nadają się do roli mści­cieli. Są romantycznymi buntownikami przeciw złemu systemowi.

Jeszcze kilka lat temu wojna była abstrakcją. Dziś to jeden z wariantów przyszłości.
- Przez całe lata 30. mówiono, że wła­dza fałszuje wybory, organizuje proce­sy polityczne, wsadza opozycję do obozu w Berezie, ale pocieszano się, że widocz­nie tak trzeba, bo „mocny rząd na trud­ne czasy”. Aż przyszedł rok 1939. Jedyną rzeczą, na której mocni ludzie z obozu władzy mieli się naprawdę znać, była wo­jaczka. I okazało się, że na wojaczce zna­li się nieszczególnie, a do tego w obliczu klęski dali z Polski drapaka. To był praw­dziwy szok, który w pewnej mierze uto­rował drogę komunistom. Warto o tej lekcji pamiętać.

Na razie jednak, zwłaszcza po sukcesie szczytu NATO, „wyklęci” i inne historyczne fantomy będą użyteczne przede wszystkim w symbolicznej walce z wrogiem wewnętrznym.
- Propagandowy mit „żołnierzy wyklę­tych” ma na celu delegitymizację trady­cji KOR i całej opozycji demokratycznej, która zasiadła do rozmów z komunistami przy Okrągłym Stole. W zamian dostaje­my opowieść o ludziach, którzy strzelali do komunistów i ginęli. A PiS ogłasza się spadkobiercą „wyklętych”, choć nie ma do tego żadnych podstaw. Każdy jednak może ogłosić się spadkobiercą kogokol­wiek i nie ma na to rady.
Z moich doświadczeń historyka propa­gandy wynika, że najskuteczniejsza za­wsze jest mobilizacja przeciw wrogowi wewnętrznemu. Dopóki nie ma woj­ny ani nie trzeba strzelać do przeciwni­ka, najlepiej sprawdzają się opowieści o tym, że są jacyś „oni”, ukryci w elitach, którzy odpowiadają za wszystkie niedo­godności i upokorzenia. To niemal za­wsze trafia na żyzną glebę i wywołuje pożądane przez władzę reakcje. Taka jest lekcja Marca ’68.
Piotr Osęka jest historykiem w Instytucie Studiów Politycznych PAN, specjalizuje się w historii propagandy. Ostatnio wydał „My, ludzie s z Marca. Autoportret pokolenia ’68”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz