PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 2 sierpnia 2016

Bulterierka Kaczyńskiego




Minister edukacji nie wie, kto spalił Żydów w Jedwabnem. Wie za to, jak powinna wyglądać polska szkoła, którą właśnie wywraca do góry nogami. Niektórzy mówią, że jej największym atutem jest perfekcyjnie opanowany wrzask

Renata Kim, Rafał Gębura

Zażenowanie. Tak duże, że trudno mi było publicznie zareagować - była minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska tłumaczy, co czuła, kiedy słuchała, co minister eduka­cji Anna Zalewska mówi o Jedwabnem i o pogromie kieleckim. W „Kropce nad i” szefowa MEN tłumaczyła, że za te tra­giczne wydarzenia odpowiadają nie Po­lacy, ale antysemici.
   - Czułem wstyd i dyskomfort - mówi Sławomir Broniarz, prezes Związku Na­uczycielstwa Polskiego. Jest przekona­ny, że pani minister doskonale wie, jaka jest prawda historyczna; nie wie tylko, co o tej prawdzie myśli prezes Kaczyński.
   Była pracownica MEN: - Podlizywała się Kaczorowi, to oczywiste. Wahała się, odpowiadając na pytania, bo kalkulowa­ła, co powinna powiedzieć, żeby mu się spodobało.

NIEBYWAŁA ZMIANA POGLĄDÓW
Radny powiatu Ryszard Kuc zna Zalewską od 1998 r., kiedy oboje do­stali się do rady powiatu świdni­ckiego. - Była wtedy członkiem Unii Wolności, popierała premiera Mazo­wieckiego i grubą kreskę. Była liberalną, tolerancyjną i rozsądną kobietą - opo­wiada. Trudno mu uwierzyć, że dziś Za­lewska naprawdę myśli to, co mówi o mordzie w Jedwabnem.
   Już raz go zaskoczyła: kiedy ogłosiła, że będzie likwidować gimnazja. - Pamię­tam, jak łączono u nas dwa licea w jedno, Zalewska zwołała uczniów, nauczycie­li i stanęła na czele protestu. W liście ot­wartym do starosty pisała, że nie można tłumaczyć likwidacji liceum pogłębia­jącym się niżem demograficznym; za­rzucała mu, że próbuje ratować budżet powiatu kosztem oświaty. Minęło kilka miesięcy, a ona likwiduje wszystkie gim­nazja w Polsce. Niebywała zmiana, praw­da? - uśmiecha się Kuc.
   Urszula Kruczek, szefowa Związku Nauczycielstwa Polskiego w Świebodzi­cach, zna Zalewską od ponad 20 lat. Obie uczyły w szkołach, ona w podstawówce, Zalewska w liceum. Razem organizowa­ły imprezy dla uczniów. Ona była związa­na z SLD, Zalewska jeszcze wtedy z UW.
- Politycznie dwa różne światy, ale po­trafiłyśmy się dogadać. Anka nosiła zielone rajstopy, była zwariowana, wyluzowana, otwarta na nowości, taka wol­no myślicielka. Z dzieciakami jeździła do teatru do Wrocławia na różne spektakle, broń Boże nie jakiś tam Fredro, tylko ra­czej awangardowe - wspomina. Mar­twi ją, że dawna koleżanka stała się taka konserwatywna.
   Dawna znajoma ze Świebodzic też się zdziwiła, gdy w 2007 r. Anna Zalew­ska przeszła z UW do PiS. - Bardziej pasowała do PO. Ale zawsze chciała zro­bić karierę, a w tutejszych strukturach Platformy było dużo znanych facetów, którzy nie pozwoliliby jej pójść wyżej. Więc wybrała PiS.

A NUŻ PREZES SPOJRZY?
Nawet dla niektórych polityków PiS nominacja na ministra edu­kacji Anny Zalewskiej, polonist­ki ze Świebodzic, była zaskoczeniem.
- W partii jest bardzo wielu kompeten­tnych ludzi, nie wiem, czemu wybra­li akurat ją - mówi dolnośląski polityk Prawa i Sprawiedliwości.
   - Zalewska jest blisko związana z Be­atą Szydło. To dzięki niej weszła do rzą­du. Ona, rzeczniczka Ela Witek i Ela Rafalska z resortu pracy mają opinię najbliższych współpracownic szefo­wej - tłumaczy kulisy nominacji znany poseł PiS.
   Poseł Prawa i Sprawiedliwości zeszłej kadencji: - Przełomowym momentem w jej karierze była debata nad expose Ewy Kopacz w październiku 2014 roku. Jarosław niespodziewanie wystawił ją do tej debaty w imieniu klubu. Dlaczego akurat ją? Bo wpadła mu w oko wcześ­niej, podczas debaty nad odwołaniem ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza, gdy prezentowała wniosek klubu PiS. Pokazała wtedy, że ma cięty język.
   Inny poseł dodaje, że pozycja szefo­wej MEN w rządzie jest słaba: - Jeśli Jarosław straci cierpliwość do Szyd­ło, to Zalewska pewnie wyleci z rządu razem z nią.
   - Ona desperacko walczy o pozycję w partii. Na ogół ministrowie siadają w ławie rządowej tylko wtedy, gdy roz­patrywany jest ich projekt. A ona jest na prawie każdym posiedzeniu Sejmu. Bo a nuż pojawi się premier Szydło? A nuż Kaczyński spojrzy? W ten sposób próbu­je budować swoją pozycję w partii. Tym bardziej że ma słabe prowincjonalne za­plecze. Część jej gabinetu politycznego to ludzie ściągnięci z Powiatowego Cen­trum Zdrowia w Otwocku - opowiada była pracownica MEN.

TO SĄ STRASZNE RZECZY
Pamięta, że gdy w listopadzie Za­lewska przyszła do MEN, sprawiała wrażenie bardzo niepewnej. - Kiedyś jej się wymsknęło, że szykowała się bardziej na ministra ochrony środowiska - mówi.
   - Od początku kariery politycznej walczyła z energią odnawialną. Jeździ­ła po Polsce i krzyczała, że wiatraki sta­nowią zagrożenie dla zdrowia i życia. Zajmowała się też lecznictwem, była w komisji zdrowia. Nie była kojarzona z oświatą - opowiada znajomy ze sta­rostwa świdnickiego, w którym oboje pracowali.
   Rzeczywiście, w poprzedniej ka­dencji Sejmu Zalewska niespecjal­nie interesowała się edukacją. Spośród 34 interpelacji, jakie złożyła, tylko trzy dotyczyły oświaty. W jednej z nich, na­pisanej w 2013 roku wspólnie z grupą posłów PiS, pytała m.in., dlaczego re­sort edukacji zniósł obowiązek czyta­nia i omawiania w gimnazjum „Pana Tadeusza”. „Czy Polacy mogą liczyć na natychmiastowe anulowanie (...) tych nieodpowiedzialnych i prowokacyjnych oraz skrajnie szkodliwych i niebezpiecz­nych dla polskiej tożsamości narodo­wej i polskiej racji stanu rozporządzeń?” - pytała. W odpowiedzi usłyszała, że dzieło Adama Mickiewicza jest lekturą obowiązkową, tyle że w szkołach ponad- gimnazjalnych.
   W resorcie Anna Zalewska przepro­wadziła gruntowne zwolnienia. - Dyrek­torów i wicedyrektorów poleciało chyba z 16, nawet tacy, którzy pracowali tam po 20 lat. To była masakra. Minister nie zwalniała sama, zleciła to szefowi swo­jego gabinetu politycznego - opowiada była pracownica MEN.
   Zapamiętała taką sytuację: grudzień ubiegłego roku, zbliżał się finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i ktoś zapytał, czy ministerstwo da coś na licy­tację. - Powiedziała, że absolutnie nie. Nie chce mieć z tą fundacją nic do czy­nienia, nie wolno z nią współpracować - opowiada była urzędniczka. Jeszcze w czasie poprzedniej kadencji Sejmu w wywiadzie, jakiego udzieliła uczniom zespołu szkół integracyjnych w Świe­bodzicach, Zalewska krytykowała szefa WOŚP za to, że utrzymuje się z datków na Orkiestrę i publicznie opowiedział się za eutanazją.
   W tym samym wywiadzie tłumaczyła, dlaczego walczy z farmami wiatrowy­mi: „bo energia odnawialna się nie opła­ca na świecie, bo do niej trzeba dołożyć pieniądze, ponieważ nie jest samoistna (...). Przekręt na większą skalę” - wykła­dała uczniom.
   Kiedy pytali o jej stosunek do abor­cji, poradziła im, by obejrzeli film „Nie­my krzyk”. „Jest tam taka scena, jak na USG widać, jak wyrywa się nóżki, rącz­ki i jak miażdży się główkę i jak dziecko krzyczy w brzuchu. To są straszne rze­czy, ale chcę wam uzmysłowić, jak to wy­gląda” - przekonywała.
   Wyznawała też, że zawsze ciągnęło ją do polityki, ale „uczniowie nie głosowa­li na nią z premedytacją, żeby została w szkole”. Do Sejmu dostała się za trze­cim razem, teraz rzadko ma wolny czas, „stąd cienie pod oczami”. Ale jak już znajdzie chwilę, to najchętniej sprząta. A raz w roku ma fantastyczne przeży­cie: z całą rodziną jedzie na Open’era do Gdańska (w rzeczywistości festiwal od­bywa się w Gdyni), Na koncerty nie cho­dzi, dlatego że trwają wiele godzin, a ona nie lubi korzystać z toi-toia. Odpoczywa w tym czasie na piasku.
Na koniec Zalewska wykłada swoje credo: zamierza coś po sobie pozosta­wić. „Oczywiście nie chcę być jak Neron i podpalić Rzym. Raczej chcę zdobywać zaufanie ludzi i z nimi pracować, bo to lubię najbardziej”.

KRZYCZĄCY CHARAKTER
W swoim własnym regionie Zalew­ska nie jest lubiana. Jesienią zeszłego roku działacze PiS z okręgu wałbrzyskie­go napisali do władz partii petycję, by nie wpisywać jej na listy wyborcze. Zarzucali Zalewskiej m.in. nepotyzm, bo w wybo­rach samorządowych umieściła swoje­go męża na pierwszym miejscu listy do rady powiatu w Świebodzicach. Podob­ny donos, adresowany do samego preze­sa Kaczyńskiego, działacze z Wałbrzycha wysłali już w 2011 roku. Skarżyli się, że Zalewska łamie statut partii, uprawia politykę w celu osiągania osobistych ko­rzyści i dopuszcza się nieprawidłowości w partyjnych finansach.
   - Jest bezwzględna, idzie po trupach do celu - mówi samorządowiec, któ­ry był razem z Zalewską w radzie po­wiatu świdnickiego. - Kiedyś uparła się, żeby zmienić dyrektora pogotowia. Ze­brała radę społeczną, ale okazało się, że nie miała kworum, bo jeden z członków rady był chory. Pojechała więc do szpita­la i wzięła od niego brakujący podpis.
   Wieloletnia znajoma szefowej MEN uważa, że Zalewskiej po prostu zależy na karierze. - A w PiS można coś osiąg­nąć tylko arogancją i butą. Gdyby była w partii, gdzie się wymaga kultury i ogła­dy, toby taka była. Teraz jej się wydaje, że w tej sztuce tak trzeba grać. Jak się sztu­ka zmieni, ona też może się zmienić.
   Poseł PO: - Zalewska to bulterierka Kaczyńskiego. Prezes wie, że jeśli wy­puści ją na front, zakrzyczy i zagryzie każdego.
   Sam ma z nią nieprzyjemne doświad­czenia: - Widzimy się na sejmowym korytarzu - milusia. Innym razem spo­tykamy się w telewizyjnym studiu i je­dzie po bandzie: atakuje, oskarża, wali prosto w oczy. Jest bezwzględna. Na­granie się kończy, Zalewska znowu uśmiech od ucha do ucha. Rzuca: sorry, musiałam to powiedzieć. I znika - opo­wiada z irytacją.
   - Największy sukces pani minister? Opanowała wrzask do perfekcji. To nie jest mocny charakter, to jest krzyczą­cy charakter. Mocna jest tylko w gębie - śmieje się były dolnośląski polityk PiS. Opisuje sposób działania Anny Zalew­skiej: chaos totalny, zero planowania. Coś ustala, a nazajutrz zmienia zdanie. A jak już coś wymyśli, to do swoich ra­cji przekonuje krzykiem. - Kiedy ktoś się z nią nie zgadza albo ma inny pomysł, to wpada w histerię i rzuca: po moim tru­pie. Niektórzy ulegają dla świętego spo­koju - opowiada.
   Inny polityk PiS dodaje, że Zalewska najpierw mówi, potem myśli. - Kiedy była wicestarostą, pojawił się problem ze szkołą dla niepełnosprawnych. To była piękna willa z lat 20. ubiegłego wieku, ale zupełnie niedostosowana do potrzeb uczniów. Zalewska zaczę­ła obiecywać rodzicom, że dobuduje do szkoły pawilon, ale nie sprawdziła, że dobudować się nie da, bo obiekt jest za­bytkowy i konserwator nie wyda zgo­dy. Potem zapowiedziała, że przeniesie szkołę w inne miejsce, nie patrząc, że powiat nie ma na to pieniędzy. Mnó­stwo obietnic i planów niemożliwych do wykonania - opowiada.
   - Uwielbia sytuacje konfliktowe. Ścią­ga wtedy prasę i jest gwiazdą. Kiedy wy­powiadała się na temat likwidacji szkół w Wałbrzychu, tak naprawdę nie przej­mowała się, co będzie dalej z placówka­mi, z rodzicami, z nauczycielami. Były flesze, krzyki, potem znikała, a problem pozostawał nierozwiązany - opowiada wieloletnia znajoma szefowej MEN. Na­zwiska nie poda, bo - jak mówi - „Anka jest pamiętliwa, może zaszkodzić”.
   Inna znajoma też prosi o anonimo­wość: - Chce sprawiać wrażenie, że każ­dego wysłucha. Kiedy widzi nauczyciela z gimnazjum, zapewnia go: nie martwcie się, nic wam nie będzie. Potem spotka nauczyciela z liceum i mówi mu: super, będziecie mieć pracę, bo liceum będzie trwało cztery lata. Rasowy polityk.
   Przypomina sobie jedną historię: jak Zalewska uwzięła się na dyrektorkę pod­stawówki, bo jej córka nie dostała nagro­dy na koniec roku. - Była histeria, były pisma do kuratorium, nasyłanie kontro­li. W końcu dopięła swego, tamta pani przestała być dyrektorem szkoły.

DEFORMAALBO DEKOMPOZYCJA
Pod koniec czerwca szefowa MEN ujawniła, jak będzie wyglądała refor­ma szkolnictwa: likwidacja gimnazjów, 8-letnia podstawówka i 4-letnie liceum.
   - Przyszła do MEN z hasłami kam­panii wyborczej PiS i wciela hasła w czyn, nie licząc się ze skutkami, jakie te zmiany generują. To albo brak wy­obraźni i nieodpowiedzialność, albo skrajny cynizm - krytykuje Joanna Kluzik-Rostkowska. Uważa, że te plany są skandaliczne, nieprzemyślane. - Ozna­czają wielki wysiłek, pieniądze, stres i niepewność kilku roczników dzieci, a także totalne lekceważenie nauczycie­li. Minister Zalewska funduje nam sen­tymentalny i bardzo kosztowny powrót do przeszłości.
   - Wielu nauczycieli straci pracę, a masa publicznych pieniędzy zostanie wyrzucona w błoto. Nawet tak banalna rzecz jak zmiana pieczątek to olbrzymi wydatek w skali kraju - zauważa Krysty­na Starczewska, prezeska Krajowego Fo­rum Oświaty Niepublicznej. Najbardziej martwi ją jednak to, że skróci się ogól­ne kształcenie - z dziewięciu lat (sześć klas podstawówki i trzy gimnazjum) do ośmiu. - Młodzież, która nie zdecyduje uczyć się dalej, będzie po prostu słabiej wykształcona - mówi.
   Starczewską niepokoi również to, jak teraz będą wyglądały lekcje histo­rii. - W polskiej szkole znowu zacznie obowiązywać jedyna słuszna ideologia. Będzie nią patriotyzm w PiS-owskim wydaniu - prognozuje.
   Prof. Antoni Jeżowski, twórca Instytu­tu Badań w Oświacie, reformę minister Zalewskiej nazywa wręcz „deformą”.
- Słowniki języka polskiego, na które lubi powoływać się pani minister, mó­wią, że reformowanie polega na poprawianiu czegoś. W tym przypadku mamy do czynienia z destrukcją - przekonuje.
   Szkoda mu, że polski system edukacji znowu będzie inny od pozostałych euro­pejskich. - W zeszłym stuleciu Polacy, wyjeżdżając do Niemiec, mieli problem, żeby zapisać swoje dziecko do tamtej­szej szkoły. Syn skończył osiem klas i nie bardzo było wiadomo, co on właściwie skończył? Podstawówkę czy może szko­łę średnią niższego stopnia? - mówi. Te­raz będzie podobnie. - W całej Europie będą szkoły średnie niższego stopnia, tylko nie w Polsce - wzdycha.
   No i jeszcze te fikcyjne konsultacje społeczne. Na zaproszenie pani mini­ster pojechał na konferencję. Owszem, były wystąpienia, ale nie było dyskusji.
- Działanie pozorowane - ocenia. - Nic z tego nie wynikło, ale narodowi można powiedzieć, że były konsultacje społecz­ne, w których uczestniczyło kilkadzie­siąt tysięcy ludzi.
   Prezes ZNP Sławomir Broniarz jest przekonany, że efektem reformy będą zwolnienia. - Wbrew temu, co mówi pani minister, wiele tysięcy nauczycieli, dyrektorów i pracowników administra­cji straci pracę. Cudownym wkładem do makroekonomii Polski byłoby to, że li­kwidujemy 7,5 tysiąca zakładów i nikt nie traci pracy - ironizuje.
   Czego można się spodziewać we wrześniu 2017 roku, kiedy ma wejść wży­cie reforma? Artur Sierawski, historyk, szef Młodego KOD, nie ma wątpliwości: - Chaosu, dezorganizacji, dezinformacji.

ZALEWSKA MUSI ODEJŚĆ
Sławomir Broniarz też nie ma wąt­pliwości: - Szefowa MEN powinna odejść.
   Jonny Daniels, izraelski społecznik, założyciel fundacji From the Depths, działającej na rzecz poprawy stosun­ków polsko-żydowskich: - Jej wypo­wiedź o Jedwabnem niszczy opinię Polski na świecie. A najgorsze jest to, że nikt z rządu na to szkodliwe głupstwo nie zareagował. Politycy PiS przyczaili się w nadziei, że świat wkrótce zapomni o wpadce pani minister. Problem w tym, że nie zapomni.
   Profesor Wojciech Browarny, historyk literatury z Uniwersytetu Wrocławskie­go, działacz Partii Razem, opublikował na Facebooku apel: „Odebrać tytuł ma­gistra filologii polskiej!!! Pani Anna Za­lewska, minister edukacji narodowej w rządzie PiS, kłamie i oszukuje, a w do­datku jest niekompetentna”.
   - W statucie uczelni nie ma takie­go punktu, który by pozwalał rozpocząć procedurę odebrania tytułu. Ten apel był symboliczny. Skoro nic nie możemy zrobić, to możemy chociaż zaprotesto­wać. Symbolicznie wymierzyć sprawied­liwość - wyjaśnia prof. Browarny. - Na pewno nie mieliśmy wobec pani Zalew­skiej zbyt wielkich oczekiwań. Tylko ta­kie podstawowe: będzie się zachowywać przyzwoicie, dochowywać prawdy hi­storycznej, dobrze pełnić swoją funkcję. Okazało się, że nie sprostała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz