PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 25 sierpnia 2016

Równać krok!,Koń a sprawa polska,Piąta siła,Dzień Wielkiego Długopisu i Pół żartem, ale i pół serio



Równać krok!

Politycy PiS, podobnie jak cała nasza tzw. prawi- ca, z całych sił zwalczają polityczną poprawność.
Tylko po to, by forsować jej własną wersję, opartą na hipokryzji i emocjonalnym szantażu.
   Wyniesienie Antoniego Macierewicza na pozycję de facto drugiej osoby w państwie mówi wiele o tym państwie i o jego ideologii. Oto niebotyczny awans zanotował człowiek, który jeszcze jakiś czas temu funkcjonował w PiS trochę na waria­ckich papierach. To on znalazł jednak klucz do serca wodza. Najprostszy z najprostszych. Został papieżem smoleńskie­go kościoła, którego bogiem jest prezes PiS, a świętym jego nieżyjący brat.
   Oczywiście nie tylko Smoleńsk zapewnił Macierewiczo­wi takie fawory. Także psychiczna konstrukcja Macierewi­cza, tak nieoceniona w czasach rewolucyjnego pobudzenia. Zawsze na ostro, żadnych wątpliwości, żadnych kompromi­sów, żadnych ukłonów w stronę oponentów, bez litości dla wrogów, choćby wydumanych. Wróg jest jasno określony, jeńców nie bierzemy, interesuje nas wyłącznie zwycięstwo totalne, przeciwnika degradujemy absolutnie.
   Polityczna poprawność zakłada troskę o szacunek i god­ność wszystkich, którzy złym słowem czy uczynkiem mogli­by się poczuć dotknięci. Dziś prezes Polski, wicenaczelnik państwa Macierewicz i ich akolici serwują Polakom nową polityczną poprawność. Złe słowo jest jej narzędziem, a jej podstawą jest Smoleńsk. Zamach to fakt. I tę wersję należy narzucić wszystkim. Jej przeciwnicy nie są patriotami i trze­ba ich pognębić.
   Zamach był oczywistą oczywistością, ale tym bardziej oznacza to, że ofiary nie są sobie równe. Bo przecież jeśli za­mach był na konkretną osobę, to inni zginęli tylko przy oka­zji. Mamy więc trójstopniowość smoleńskich ofiar. Najpierw były prezydent, sam albo z małżonką, później ci, którzy byli związani z PiS, dopiero potem cała mniej istotna reszta. Lu­dzie forsujący teorię zamachową zdają się szydzić i z pamięci ofiar, i z faktów, ale biada temu, kto z ich operetkowej ope­racji miałby czelność zakpić. Zostanie odsądzony od czci i wiary jako anty-Polak. Taki sam los spotka tych, którzy podważają świętość niektórych żołnierzy wyklętych. Tych, którzy wątpią w czystość intencji wielkiego twórcy obrony terytorialnej. Tych, którym nie podoba się uzurpacja przy­wdziewających powstańcze opaski. Tych, którzy mają czel­ność dostrzegać w naszej historii także momenty wstydliwe, a nawet haniebne. Nawet tych, którzy bezczelnie piętnu­ją zachowanie części turystów w nadbałtyckich kurortach. Bo nawet to w narracji władzy i jej propagandystów stano­wi zamach na wielkość Narodu Polskiego, tym większego, im większymi pisany jest literami, tym dumniejszego, im bar­dziej jest ślepy na swe słabości i wady.
   Historia przedstawiana jest teraz w wersji totalniackiej. Naród zaś w wersji absolutnie bezkrytycznej, bo wszelki krytycyzm nie jest już znakiem dojrzałości, ale złej woli, po­gardy dla ludu, a może i zaprzaństwa.
   W zeszłym tygodniu pisałem tu o podobieństwach między Jarosławem Kaczyńskim a Donaldem Trumpem. Ale ostat­nie dni wniosły do tych rozważań korektę. Oto Trump właś­nie przeprosił za niektóre swe wypowiedzi, szczególnie te, które osobiście mogły kogoś zranić. Czy ktokolwiek wyob­raża sobie Jarosława Kaczyńskiego albo Antoniego Macie­rewicza przepraszających za cokolwiek? Totalniacka władza z założenia jest nieomylna.
   Społeczeństwo tę naturę władzy i ducha czasów wyczuwa nieomylnie. Jego część, nazwijmy ich contrasami, wobec tej natury władzy i jej poczynań wyraża niezmiennie sprzeciw. Ale coraz więcej jest, powiedzmy, neutralsów. Ci, szczegól­nie w sferze publicznej, korzystają z okazji, by dać do zrozu­mienia, że może tej władzy nie popierają, ale jej wrażliwość i potrzeby rozumieją. Neutralsi protestują więc a to przeciw niby kpinom ze Smoleńska, choć w istocie kpi z niego wła­dza, a to przeciw krytyce pseudopatriotycznej tromtadracji i gadżeciarskiej uzurpacji, a to przeciw krytyce plażowych ekscesów. Głosy neutralsów są dla tej władzy, w każdym ra­zie na obecnym etapie, bezcenne, jej propagandyści odno­towują je więc skwapliwie, co neutralsom zapewnia choćby chwilowy immunitet od propagandowego pałowania.
   Strategia przetrwania, jaką obrali neutralsi, jest jakoś tam zrozumiała. Ale na dłuższą metę nie będzie skuteczna. Nie tylko dlatego, że siedzenie okrakiem na barykadzie jest nie­wygodne. Głównie dlatego, że dla totalniackiej władzy każ­dy, kto nie jest z nią, jest jej wrogiem. I będzie coraz bardziej, bo za chwilę jednoznaczność będzie jeszcze bardziej jedno­znaczna.
   Nowa polityczna poprawność i wyniesienie Macierewicza to tylko aspekty tego samego zjawiska - Wielki Naród Pol­ski, jedyna partia, Bóg z nami. Neutralność wobec tej oczy­wistości wkrótce będzie oznaczać wrogość wobec państwa. I Narodu oczywiście też.

Koń a sprawa polska

Kusi, żeby skomentować wyniki dobrej zmiany w Janowie Podlaskim, ale ograniczę się do gratu­lacji. Brawo klacz Emira i kryjące ją ogiery w kraju i za granicą, kiedy nasza repre­zentacyjna klacz przebywała na wypożyczeniu! Brawo rząd, który postawił na nogi stadninę może niewielką, ale symboliczną, jak, powiedzmy, „Dar Pomorza”. Bra­wo minister rolnictwa, brawo Agencja Nieruchomości Rolnych! W ciągu pół roku podważyć legendę, dać pokaz chaosu i kompromitacji - to osiągnięcie godne odnoto­wania. Gonitwę do kryzysu stadniny wygrał bezapela­cyjnie PiS. Autorzy sukcesu, minister Jurgiel i spółka, powinni dostać odznaczenie, podobnie jak rzecznik ministra obrony Bartłomiej Misiewicz: „Za zwycięstwo w wojnie polsko-arabskiej”. Jeżeli cała polska kawaleria zostanie doprowadzona do takiego stanu jak stadnina, to czym my będziemy walczyli z rosyjskimi czołgami?
   Pozostawmy na chwilę sprzątanie stajni PiS służbom asenizacyjnym (i prokuraturze), a sami oddajmy się lek­turze, wcale nie tak odległej, jak by się zdawało. Gorąco polecam list dwóch znanych historyków, profesorów Andrzeja Nowaka i Tymothy’ego Snydera, w obronie innej zagrożonej stajni, a mianowicie powstającego Muzeum Historii II Wojny Światowej. Jak wiadomo, w ramach polityki historycznej, walki o pamięć, do­bre imię, godność etc., władze oraz ich zaplecze me­dialno-naukowe przystąpiły do ataku na powstające w Gdańsku muzeum. Główny zarzut: przygotowywa­na wystawa jest kosmopolityczna, za mało skupia się na losie polskim, w tym na polskim wysiłku zbrojnym, za dużo miejsca poświęca innym krajom i narodom. Poza tym przedstawia wojnę tylko jako zło, nie dostrze­ga jej dobrych stron. Krytycy mówią: każdy naród ma prawo patrzeć na historię swoimi oczami. Ministerstwo Kultury rozkręciło dobrą zmianę, zamawiając m.in. re­cenzje u osób, których poglądy są raczej patriotyczne niż kosmopolityczne, raczej lokalne niż międzynaro­dowe, a także zapowiadając fuzję zaawansowanego już w poważnym stopniu muzeum z planowanym muzeum Westerplatte. (Cała sprawa ma jeszcze drugie dno, być może ważniejsze - pomysłodawcą muzeum był Donald Tusk, a jego siedziba (Gdańsk) jest bastionem Platfor­my Obywatelskiej, czyli nie chodziło o historię, tylko o prywatę, żeby Muzeum II Wojny Światowej było dla Tuska tym, czym Muzeum Powstania Warszawskiego dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I odwrotnie: je­żeli każdy premier lub prezydent będzie pozostawiał po sobie muzeum, to rola świątyni Muzeum Powstania Warszawskiego będzie zagrożona).
   Kiedy już dobra zmiana muzeum wydawała się prze­sądzona, głos zabrali Andrzej Nowak-wybitny historyk, autorytet na ulicy Nowogrodzkiej, ale nie tylko, oraz Tymothy Snyder - wybitny uczony amerykański, specjali­zujący się w historii Europy Środkowo-Wschodniej XX w. („Skrwawione ziemie” i inne książki), autorytet nie tylko na ulicy Czerskiej. Choć każdy z panów trochę inaczej wyobrażał sobie muzeum, obaj wystąpili w jego obronie:
„wystawa oddaje zarówno prawdę historyczną w wymiarze ogólne­go obrazu wojny, jak i szczególne miejsce w niej Polski”. Profesorowie wyrażają wspólną nadzieję, że „Mu­zeum i jego wystawa zostaną ukończone i otwarte zgod­nie z dotychczasowymi planami”.
   Yes!Yes!Yes! Są jeszcze autorytety w Krakowie i w Yale! Mówi się, że jesteśmy świadkami upadku autorytetów, a przecież ludzie tacy jak Nowak i Snyder autorytetami pozostają. Historycy z obu półkul (dosłownie i w prze­nośni), mimo dzielących ich różnic, wspólnie wystąpili w obronie muzeum i zagrożonej przez rząd wystawy. To ewenement, choć nie jest to pierwszy głos w tej spra­wie. Muzeum zapewne ma pełną szufladę wyrazów po­parcia ze strony historyków krajowych i zagranicznych (część publikowały media w Polsce i za granicą). Czy stanowisko autorów listu w sprawie Muzeum prze­waży- trudno przewidzieć, bo na przykład w obronę Trybunału Konstytucyjnego zaangażowały się prawie wszystkie znakomitości prawnicze w Polsce i za grani­cą, a mimo to władza nie ustępuje. Ba, deprecjonuje sta­nowiska krytyczne, określając je jako opinie prywatne, opinię grupy kolesiów czy niedoinformowanych polity­ków zagranicznych. Czy podobna arogancja spotka profesorów Nowaka i Snydera? Wątpię. Snydera by ruszyli, ale Nowaka - nie. Ich pozycja jest też zbyt silna, żeby politycy i media niepokorne ich obrażały. Raczej zo­staną przemilczani. PiS wycofuje się rzadko i z trudem (nic dziwnego, skoro cała racja jest po jego stronie). Jeśli ustąpi w sprawie Muzeum, to panowie Nowak i Snyder będą mieli w tym swój udział. Jeśli nie, to „i ten szczę­śliwy, kto padł wśród zawodu..

Przejąć muzeum, przejąć stadninę, przejąć Instytut Książki - czy nie widzą państwo analogii? Bierze się instytucję już zasłużoną, jak stadnina, dorabia ideolo­gię (źle się dzieje, padła klacz...), usuwa się dyrekcję i mianuje swoją. Nowy dyrektor, co prawda, przyznaje, że nie odróżnia Łyska z pokładu Idy od Pegaza, ale ma dobre referencje polityczne. Z Instytutem Książki - po­dobnie. Najpierw nasyła się kontrolę. Potem kontrola odkrywa poważne błędy - takie jak zbyt wysokie wydat­ki na podróże, w tym na taksówki. Następnie zatrwa­żające wyniki kontroli ujawnia tygodnik niepokornych. I wreszcie dyrektor leci.
   W muzeum, podobnie jak z apelem smoleńskim, ma zwyciężyć nasz punkt widzenia. Wybiera się uzasadnie­nie (ostatecznie ma to być polskie muzeum), a zdrowe siły, gotowe do objęcia stanowiska się znajdą, co widać choćby po kandydatach na prezesa IPN. W Polsce nie bra­kuje dobrych historyków, kiedyś Wydział Historii na UW należał do lepszych w Europie, mieliśmy wielkie nazwi­ska - Gieysztor, Kula, Manteuffel i inni, ufam, że nadal tak jest, a gdy zabraknie znakomitych, to można sięgnąć po panów Musiała, Chodakiewicza czy Korkucia. Zresztą, poprowadzić muzeum czy stadninę - cóż to za sztuka? Trzeba tylko trzymać lejce i wiedzieć, kiedy szarpnąć.
Daniel Passent

Piąta siła

Podwarszawski Milanó­wek słynął dotąd z naj­wyższej jakości tkanego tam jedwabiu. Aż tu na­gle bomba - będzie jesz­cze sławniejszy. W stolicy jedwabnika morwowego i jego kokonów powstaje pierwsza w Polsce, jeśli nie na świecie, klasa licealna o profilu narodowo-matematycznym. Taka jest, przekonuje dyrektor szkoły, po­trzeba chwili. W pobliżu Milanówka powstał ośrodek dla uchodźców, na Ukrainie sytuację mamy niepewną, a we Francji i Belgii zamachy. Wszystko to jest źródłem lęków u młodych ludzi. Pora więc na specjalną tera­pię przez naukę. Na pierwszym miejscu, nie w ciemię bity pedagog, wymienił zajęcia na szkolnej strzelnicy - na początku bez ostrej amunicji (potem pewnie już normalnie). Ważne są także dla niego lekcje najnowszej historii Polski oraz wycieczki szlakiem żołnierzy wy­klętych. No i wreszcie matematyka, bo ona się w wojsku przydaje, zauważa nie bez racji dyrektor. Matematyka? W Janowie Podlaskim araby zlikwidowano, a w polskiej armii będzie się hołubić arabskie cyfry? Żarty żarta­mi, ciekawe jednak, ile roczników młodzieży wycho­wa się w przekonaniu, że na wszelkie zagrożenia tego świata najlepszy jest karabin i znajomość paraboli lotu pocisku.
   Zawsze bałem się wojska jak ognia nieprzyjaciela. Odkąd ministrem obrony narodowej został Antoni Macierewicz, boję się także wody, ziemi i powietrza. Ze wstydem przyznam, że ostatnio mam nawet pro­blemy z wejściem do apteki, bo czort wie, czy wycho­dząc, nie dostanę złotego medalu za zasługi dla obrony ojczyzny i męstwo.

Jedno wydaje się pewne - Macierewicz zabrał sobie wojsko i mianował się zwierzchnikiem sił zbrojnych. Teraz poszerza sferę swoich wpływów, budując obro­nę terytorialną. 17 brygad wojewódzkich plus śpiący rycerze pod Giewontem. Wszyscy Polacy, wszyscy ka­tolicy i wszyscy od ogolonych głów po obcasy głębo­ko narodowi.
   Na festynie z okazji 60-lecia Aeroklubu Podhalańskiego mi­nister tak głośno krzyczał pod Nowym Sączem, że go owce na Kondratowej słyszały. A krzy­czał pięknie. Zaczął rzecz jasna od „poległych” pod Smoleńskiem, którzy dali nam „ofiarę krwi”. Ofiara ta ma „owocować polską siłą, polską determinacją i polską gotowością do obrony ojczyzny”. Dlatego on, Antoni Macierewicz, postanowił włączyć aerokluby do piątego rodzaju sił zbrojnych RP. Jako „komponent lotniczy”. Szczególnie groźne dla wroga będą sekcje balonowe i modelarskie. Wkrótce minister uda się zapewne nad morze i aktywuje komponent bałtycki - nakaże rybakom łowić w sieci rosyjskie podwodne okręty atomowe. Najliczniejsza w armii będzie pie­chota łanowa - w oryginalnych strojach z pierwszego, XVII-wiecznego, zaciągu, zbrojna w topory, którymi obetnie lufy czołgom najeźdźcy. I po co nam właści­wie ta ustalona z NATO rotacyjna obecność amerykań­skich wojsk na wschodniej flance? Terytorialne mięso armatnie piątej siły wystarczy. I hasło na sztandarach „Zasługi Obrona Męstwo Ojczyzna”.

A przy okazji. Nie ma powodu dziwić się jakiemuś biedakowi z Zachodniopomorskiego, produkujące­mu kije bejsbolowe z symbolami powstania warszaw­skiego, skoro senator PiS prof. Jan Żaryn proponuje następującą uroczystość. Oto na 100-lecie Bitwy War­szawskiej (czyli w 2020 r.) Polska zaprosi światowych przywódców do Radzymina. Kolejka elektryczna, która ze stolicy odchodzi o 11.34, zatrzyma się na moście średnicowym, by delegacje wpadły w zachwyt nad gi­gantycznym łukiem triumfalnym, spinającym brzegi rzeki na cześć Cudu nad Wisłą. Następnie w Radzy­minie, na cmentarzu żołnierzy poległych w wojnie polsko-bolszewickiej, wszyscy przybyli uklękną i po­chylą głowy przed Jarosławem Kaczyńskim, dziękując narodowi polskiemu za ocalenie Europy.
Stanisław Tym

Dzień Wielkiego Długopisu
Za kilka dni kolejna rocznica porozumień sierpniowych. Niedługo trzeba będzie tłumaczyć, co to za rocznica, podobnie jak z datą 4 czerwca. Wolna Polska okazała się bardzo niezborna w sferze sym­bolicznej; przez ponad ćwierć wieku nie udało się żadnej założy­cielskiej daty przekształcić w państwowe święto. Jedyne nowe święto Trzeciej Rzeczpospolitej to Trzech Króli. Nie udało się, a teraz już za późno. To, że nowe władze spostponowały, nieśmia­ło lansowany przez poprzedniego prezydenta, czerwcowy Dzień Wolności, nawet niespecjalnie dziwi. Okrągły Stół, Magdalenka, wybory kontraktowe, rząd Mazowieckiego, plan Balcerowicza w obecnej wersji polityki historycznej są traktowane jako począ­tek nowego zniewolenia Polski. Z tradycją Wielkiej Solidarności, a więc i porozumień sierpniowych, PiS musi się dopiero uporać. To będzie bardzo ciekawa gimnastyka.

Formalnie rzecz biorąc, obecne władze uważają się za dziedzi­ców peerelowskiej opozycji demokratycznej i ruchu Solidar­ności. Ale ta historia jest dzisiaj bardzo niewygodna, bo nie ma w niej PiS i prawie nie ma Jarosława Kaczyńskiego. Jest za to Lech Wałęsa. 31 sierpnia to Dzień Wielkiego Długopisu i tego obrazka wrytego w pamięć pokoleń łatwo się wytrzeć nie da. PiS i Jaro­sław Kaczyński osobiście podjęli liczne starania, aby„Lecha za­stąpić Lechem", czyli wmówić, zwłaszcza młodszym pokoleniom, że faktycznym liderem Solidarności był Lech Kaczyński. Nowy Instytut Pamięci Narodowej został tak obsadzony, aby dawał gwarancje uporczywego prowadzenia tej operacji. Jeśli zważyć, że 30 proc. Polaków uwierzyło w zamach smoleński, można się spodziewać, że wymazywanie Wałęsy z historii Solidarności oraz zamiana Lecha w Bolka będą miały podobną skuteczność. Dla własnego elektoratu powinno wystarczyć. Ale„pokolenie Solidar­ności"- ludzi, dla których tamte kilkanaście miesięcy było pewnie najważniejszym politycznym doświadczeniem życia - to wciąż znacznie więcej niż wyborcy PiS. Oni zapewne pamiętają, że nie zapamiętali braci Kaczyńskich jako ważnych figur Solidarności.
Na nich będzie więc zapewne wypróbowana inna metoda prze­jęcia pamięci. Tu, w jakimś stopniu, może się przydać obecny szef związku zawodowego Solidarność Piotr Duda.

Związkowa resztówka pierwszej Solidarności (która skwapliwie zarejestrowała na swoją, niewiele dziś znaczącą, organizację historyczne logo 10-milionowego ruchu), odkąd podporządko­wała się PiS, wspólnie z partią lansuje opowieść o ukradzionym zwycięstwie, o związku zawodowym oszukanym przez różnych Mazowieckich, Michników, Balcerowiczów. Kontynuatorem pro­letariackiej, ludowej i chrześcijańskiej tradycji Solidarności miałby być dzisiaj PiS i stojący przy tej partii NSZZ (tak jak kiedyś, przy innej partii, OPZZ). Niestety, i ta narracja ma swoje limity: w histo­rii powszechnej, a także wciąż jeszcze w podręcznikach historii Polski, Wielka Solidarność jest opisywana jako masowy ruch wolnościowy, „narodowe powstanie", dla politycznej mimikry wystę­pujący wówczas pod postacią związku zawodowego. Nie da się, przynajmniej jeszcze nie teraz, zredukować tamtej Solidarności do związkowego kadłubka, nawet jeśli żądania pracownicze, ma­terialne, stanowiły istotną część sierpniowych postulatów. Mówiąc dzisiejszym językiem: wtedy bardziej chodziło o Trybunał Konsty­tucyjny niż o 500 plus; o zagwarantowanie ludziom jakiejś insty­tucjonalnej ochrony przed samowolą i arogancją władzy ludowej. Do tego miał służyć Niezależny Samorządny Związek Zawodowy.

Dziedzictwo Solidarności jest dziś skrajnie antypisowskie. Chyba głównym postulatem, formułowanym wtedy na różne sposoby, było ograniczenie„kierowniczej roli partii", walka z partyjną nomen­klaturą w zakładach pracy i administracji. Bunt wobec wszechmocy pierwszych sekretarzy, wypowiadających się w imieniu proletariatu. Dzięki doradcom, owym Kuroniom, Michnikom, Geremkom, Mazo­wieckim, robotnicy protestowali przeciwko upaństwowieniu całego życia publicznego, domagając się realnej władzy dla samorządów, autonomii i respektu dla organizacji społecznych (dziś byśmy je na­zwali ngos); zagwarantowania opozycji nie tylko bezpieczeństwa fizycznego, ale także prawa do obecności w uwolnionych od cen­zury mediach rządowych. Żądanie wolności, pluralizmu, było sil­niejsze, głośniejsze, bardziej uparte niż wszystkie postulaty mate­rialne. Solidarność, wtedy zdawało się to dla wszystkich oczywiste, chciała, żeby w Polsce (kiedyś, kiedyś) było raczej tak jak na Zacho­dzie niż na Wschodzie. Oczywiście, inna była epoka, inne kontek­sty, zapewne też sporo iluzji i wyolbrzymionych nadziei. A potem także zmęczenia i rozczarowania praktyką wolnej Polski. Ale nie da się zmienić historii, w której hasła solidarności i wolności od dyk­tatu jednej partii i jednej ideologii były w gruncie rzeczy tożsame. Ta historia musi uwierać dzisiejszą władzę. Dlatego w rocznicę po­rozumień sierpniowych może być pyskówka, ale święta nie będzie.

Pół żartem, ale i pół serio

Czy Mateusz Morawiecki to genialny wizjoner, czy może pomysłowy Dobromir, który
otrzymał szansę poeksperymentowania na całej polskiej gospodarce?

Lato w tym roku kapryśne, ale zdarzają się dni upalne. Jeśli w ta­kim dniu przebywa się na słońcu bez nakrycia głowy, można doznać lekkiego udaru i mówić potem różne dziwne rzeczy. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć niedawne wypowiedzi premier Szy­dło? Najpierw poinformowała papieża, nawołującego do okazania miłosierdzia uchodźcom, że polski rząd sumiennie realizuje papieskie zalecenia, okazując miłosierdzie milionowi uchodźców z Ukrainy, których kraj nasz litościwie przygarnął. Mówiąc to, nie tylko nad wyraz oszczędnie gospodarowała prawdą, ale wykazała także brak szacunku dla swojego (podobno uwielbianego!) rozmówcy, sądząc, że można mu wcisnąć każdą ciemnotę, a on w to uwierzy. Aż się prosiło, aby którykolwiek z liderów opozycji wystąpił z interpelacją, wzywając pa­nią premier do poinformowania rodaków, gdzie konkretnie znajdują się ośrodki dla ukraińskich uchodźców, ilu takich uchodźców w nich przebywa oraz jakie kwoty i z jakich źródeł rząd przeznaczył na ich utrzymanie. Niestety, opozycja myślami była już na wakacjach.

Także w Brukseli słońce nieźle prażyło. Gdy tylko GUS poinformo­wał, że w pierwszym półroczu 2016 r. odnotowano o 10 tys. więcej urodzeń niż w pierwszej połowie 2015 r., europoseł Zbigniew Kuźmiuk na swoim blogu natychmiast przypisał to programowi 500 plus. To prawda, że rządy PiS przyniosły już wiele pozytywnych zmian: ptaki radośniej śpiewają, kury niosą się znacznie lepiej, a i ludzie częściej się śmieją - ale żeby udało się skrócić ciążę do trzech miesięcy?! Tego nawet minister Radziwiłł nie potrafi! Wprawdzie moja teściowa, kobie­ta o dużym życiowym doświadczeniu, zwykła mawiać, że jak rodzice zdrowi, to i po trzech miesiącach od ślubu może być dziecko - ale to chyba nie ten przypadek. Gwoli sprawiedliwości, Zbigniew Kuźmiuk w dalszej części swojego wpisu przyznał, że może to nie do koń­ca prawda, bo program funkcjonuje od niedawna, ale zaraz dodał, że przecież„zapowiadany był już w kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy". A więc wystarczyła sama zapowiedź pana prezyden­ta, aby rodacy (i rodaczki) masowo zajęli się prokreacją! Okazuje się, że w sporze, czy lepsze jest in vitro czy naprotechnologia - zdecydo­wanie wygrywa pan prezydent!

Wiele radości dostarczyła nam także nowo powołana Rada Me­diów Narodowych. Sporo już w tej sprawie napisano, ale i ja mogę dorzucić pikantny szczególik. Oto podczas prac w Senacie nad ustawą o RMN obecny prezes tej Rady, a wówczas wiceminister kultu­ry, Krzysztof Czabański krytykował dotychczasową Krajową Radę Ra­diofonii i Telewizji za jej upolitycznienie. Mówił, że„co roku musiała się meldować w świecie polityki (czytaj: składać sprawozdanie przed Sej­mem - M.B.) i uzyskiwać aprobatę tego świata. Krótszej smyczy i więk­szej zależności ja nie znam, a pracuję w polskich mediach od 50 lat i mogłem obserwować, ja kto działa... Teraz (nasza) rada przez 6 lat będzie miała spokój z politykami". Tak to jest. Człowiek przez 50 lat walczy o dobre (?) imię-a tu masz babo Jacek! Dziś to już nie smycz, to uzda, a do tego jeszcze bacik. Przy okazji dowiedzieliśmy się, gdzie RMN ma siedzibę-na Nowogrodzkiej. Okazję wykorzystał także pre­zes Kurski, informując bez owijania w bawełnę, że to dzięki niemu słup­ki poparcia dla PiS są wysokie, a dla Nowoczesnej i PO niskie. Trudno - bardziej jasne określenie skali upartyjnienia TVP.

Na początku roku Mateusz Morawiecki przedstawił gospodarczy plan nowego rządu. Mieścił się on na 65 slajdach i wywołał krytyczno-ironiczne komentarze. Jednak pod koniec lipca wicepremier „skierowałdo konsultacji społecznych"już nie propagandowe slajdy, ale spisaną na 294 (!) stronach„Strategię na rzecz odpowiedzialnego rozwoju" (SOR). Przeczytałem ją od deski do deski i powiem szczerze, że mam z panem wicepremierem kłopot. Nie wiem jeszcze, czy to ge­nialny wizjoner, który stopniowo odkrywa swoje karty, czy też może pomysłowy Dobromir, który otrzymał szansę poeksperymentowania na całej polskiej gospodarce. Czas pokaże.
   Na razie jednak zastanowiło mnie co innego. Otóż w 2012 r. rząd opracował„Strategię Rozwoju Kraju 2020". Należy zatem przyjąć, że skoro obecna strategia ma zapewnić rozwój„odpowiedzialny", to poprzednia była pod tym względem niezbyt odpowiedzialna.
To oczywiste, bo przecież Polska została doprowadzona do ruiny. Dlatego z najwyższym zdumieniem odnotowałem pojawiające się co - raz w tekście SOR pochwały pod adresem poprzedniej ekipy. Jeden tylko cytat:„Dziś pozycja Polski (...) jest odmienna niż przed kryzysem finansowym 2008 r. Wówczas deficyt na rachunku obrotów bieżących wynosił 6-7 proc. PKB, obecnie został niemal zniwelowany. Polska odnotowuje mniejszy deficyt budżetowy, większe rezerwy walutowe i ich korzystniejszą relację w stosunku do krótkoterminowego zadłużenia zagranicznego. Polska jest dziś o wiele bardziej stabilnym krajem. Potwierdza to pozycja polskiej waluty (...). Stabilne fundamenty polskiej gospodarki stanowią podstawę do umiarkowanie optymistycznych prognoz".
   Ciekawe, czy po„konsultacjach społecznych", zwłaszcza z prezesem PiS, ten fragment się utrzyma. Ja w ramach konsultacji na początek zmieniłbym motto widniejące na okładce„Strategii":„Polska będzie wielka albo nie będzie jej wcale. Józef Piłsudski". Szkopuł w tym, że Piłsudski był wprawdzie ojcem niepodległości, ale wielkiej Polski nie zbudował. Przeciwnie - pod koniec swego życia w jakiejś mierze przyczynił się, on i jego sanacyjni koledzy, do tego, że na długie lata „nie było jej wcale". Szczerze - nie życzę tego„Strategii".

Marek Borowski - polityk, ekonomista, marszałek Sejmu IV kadencji. Od 2011 r. zasiada w Senacie (niezrzeszony), wcześniej był posłem (I-IV i VI kadencji). Pełnił funkcje: wiceministra rynku wewnętrznego w rządach Tadeusza Mazowieckiego oraz Jana Krzysztofa Bieleckiego, wicepremiera i ministra finansów w gabinecie Waldemara Pawlaka, a także ministra-szefa URM w rządzie Józefa Oleksego. Współtworzył SdRR Jako pierwszy zaproponował przekształcenie koalicji SLD w partię, której później był członkiem i wiceprzewodniczącym.
Z Sojuszem rozstał się w 2004 r. Wraz z grupą polityków lewicy założył SDPL - z kierowania partią zrezygnował cztery lata później. W 2005 r. kandydował na prezydenta RP (zajął czwarte miejsce), a rok później - na prezydenta Warszawy (trzecie miejsce).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz