PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Chcą do woli się nachapać



Kaczyński wykorzystuje demokrację do jej wykończenia. I to jest przerażające - mówi prof. Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Czy mamy już IV RP?
ROF. JERZY STĘPIEŃ: Nie. Niedoczekanie pana Kaczyńskiego, To, co obser­wujemy, jest okresem przeciągania liny, rozpychania się łokciami, kopania po kostkach. Rozhuśtanie quasi-rewolucyjnego nastroju ma tak naprawdę tyl­ko jeden cel: obsadzić wszelkie możliwe stanowiska swoimi ludźmi, żeby od­kuli się finansowo. To potrwa jeszcze rok, może trzy, ale nie ma w tym strate­gicznego planu na lata. Jest tylko pro­ste założenie, TKM, a potem niech inni martwią się o Polskę. Jak w starym po­wiedzeniu: „po nas choćby potop”.

Uważa pan, że to tylko kwestia odkucia się, nie rewanżu?
- Absolutnie. Przeczytałem ostatnio najnowszą autobiografię pana Kaczyń­skiego „Porozumienie przeciw mono- władzy. Z dziejów PC” i opierając się na tym, co sam mówi o sobie i swojej dro­dze politycznej oraz życiowej, można wyciągnąć jeden wniosek. Kaczyńskie­mu zawsze i wyłącznie chodziło o do­rwanie się do władzy. Tak było w latach 80., wlatach90. i tak jest teraz. Ta książ­ka jest kuriozalnym przykładem samo- oskarżenia się.

Samooskarżenia?
- W tej biografii jest wyłącznie opis gry politycznej. Nie ma słowa na temat ważnych problemów, którymi żyje pań­stwo: gospodarki, samorządu, systemu emerytalnego, systemu ubezpieczeń społecznych, edukacji. Te problemy po prostu nie istnieją. To jest wyłącznie zapis tego, co Jarosław Kaczyński robił, aby mieć władzę i być w centrum zarzą­dzania. Na tym polega filozofia prezesa PiS. Nie ma w tym żadnej głębszej myśli, żadnego planu. Po prostu nic.

Wie pan jednak, że władzy raz zdobytej...
- Nie oddamy nigdy. Tak mówił to­warzysz Wiesław, jednak i on władzę utracił. I to bezpowrotnie. Oczywiście Kaczyński będzie próbował jak Gomuł­ka przedłużać okres swego panowania wszelkimi możliwymi sposobami, ale to jest bardzo krótkowzroczne myślenie. On w gruncie rzeczy wie, że ma 67 lat i to, co może, to nawtykać swoich wszę­dzie, gdzie się da. W zamian za ich lojal­ność do grobowej deski. Tak naprawdę to jest zapewnianie sobie politycznej emerytury.

Wielki strateg, za jakiego uchodzi Ka­czyński, nie ma pomysłu na państwo?
- Żadnego. Gdyby miał, ten plan dałoby się jakoś zarysować. Prezes PiS powo­łuje się na Ryszarda Reiffa, szefa PAX i jedynego członka Rady Państwa, któ­ry sprzeciwił się zatwierdzeniu uchwa­ły o wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r. W gruncie rzeczy Jarosław Ka­czyński przejmuje myśl Reiffa, który miał mu powiedzieć, że w państwie po­winna istnieć grupa ludzi mających nie­zależnie od zajmowanych stanowisk
kompetencje do podejmowania najważ­niejszych decyzji. Rodzaj nieformalne­go politbiura, którego polecenia będą wykonywać urzędnicy piastujący pań­stwowe funkcje.

Kaczyński sam jest takim politbiurem. Nie pełni żadnych funkcji, nie ponosi żadnej odpowiedzialności, a rządzi wszystkim.
- I mówi przy tym ciągle: „my”. A kto to jest „my”? Wydaje się, że grupa trzy­mająca władzę jest dziś w Polsce jed­noosobowa i pozbawiona jakiejkolwiek kontroli. Chyba że poza Kaczyńskim jest ktoś jeszcze. Chciałbym poznać te nazwiska. A przy okazji warto przypo­mnieć, że tajne struktury są w naszym kraju zabronione, o czym mówi nawet przepis w konstytucji.

Której prezes PiS raczej nie szanuje.
- To prawda. Kaczyński parę razy w życiu składał przysięgę na konsty­tucję, ślubował przestrzegać państwa prawa. Dziś mówi, że w 1989 r. nie było warunków, aby powstało państwo pra­wa. Ani nigdy potem, więc nie ma się czym przejmować. To się nazywa nihi­lizm prawny.

PiS jest partią nihilizmu prawnego?
- To, co robi z Trybunałem Konstytu­cyjnym, jest tego najlepszym dowodem. Wojna o Trybunał jest potrzebna prze­de wszystkim panu Kaczyńskiemu, po­nieważ pozwala traktować konstytucję wybiórczo.

Albo wręcz czynić z niej martwy zapis, jak uważa prof. Marek Safjan.
- To prawda, de facto nie mamy konsty­tucji. Bez sądu konstytucyjnego nie ma konstytucji, tak jak nie ma Kodeksu kar­nego bez sądu karnego. Paraliż Trybuna­łu Konstytucyjnego jest tylko po to, aby PiS bezkarnie dokonało swojej rewolu­cji kadrowej. Wiem, że się powtarzam, ale czynię to świadomie: tej władzy nie cho­dzi o przekształcanie państwa, chodzi wy­łącznie o wymianę kadr.

Czyli o nachapanie się?
- Najpierw dorwać się do władzy, po­tem zapewnić sobie brak kontroli, aby wreszcie do woli się nachapać. W przy­padku Kaczyńskiego dochodzi do tego jeszcze odrobina próżności: podziwiaj­cie mnie, Polacy. Podziwiajcie, jakim jestem wspaniałym graczem, jak sku­tecznie ograłem różnych ludzi. W ta­kich rewirach intelektualnych błąka się myśl pana Kaczyńskiego.

To dość małostkowe.
- Małostkowe, ale Kaczyński na­wet przeciwników politycznych zdo­łał uwieść fałszywym nimbem swojej wielkości. A przecież wszystkie zmia­ny dokonywane przez PiS, te dotyczą­ce prokuratury, sądownictwa, służby cywilnej, spółek skarbu państwa, me­diów publicznych, wszystko zmierzało i zmierza do jednego - stworzenia ta­kiego chaosu, takiego zawirowania, aby można było pozbywać się ludzi pełnią­cych funkcje publiczne i zastępować ich swoimi, niezależnie od tego, czy mają kwalifikacje, czy nie. Cyrk z Radą Me­diów Narodowych jest tego najlepszym przykładem. Urządzono go tylko po to, aby obsadzić media publiczne po swoje­mu. Co gorsza, ci nieudacznicy plączą­cy się o własne nogi robią to bezkarnie, śmiejąc się wszystkim, a zwłaszcza pań­stwu prawa, w nos.

Jeśli nie państwo prawa, to co?
- Odpowiem po szekspirowsku: „Oto jest pytanie!”. Jeśli nie państwo prawa, to droga donikąd. To, co robi PiS, nie jest demokracją. To przechwytywanie wła­dzy za pomocą mechanizmów demokra­tycznych stworzonych w dobrej wierze przez ludzi, którzy uważali, że prawa na­leży przestrzegać. Kaczyński wykorzy­stuje demokrację do jej wykończenia. I to jest przerażające. Trudno wyobra­zić sobie skuteczniejszy akt oskarżenia przeciwko prezesowi PiS niż jego własne poglądy i codzienna praktyka.

Co jest największą siłą Kaczyńskiego?
- Jego wyborcy. Wierzący, że da im wreszcie to, co im się należy. Co sprząt­nęli im sprzed nosa ci, którzy przez 25 lat budowali III RP. Tyle że łaska pań­ska, czyli wyborców, na pstrym koniu jeździ. Wystarczy, że parę rzeczy, które obiecano, okaże się mrzonką.
Siłą Kaczyńskiego jest także brak odpowiedzialności za słowo. On wie, że powiedzieć można wszystko, byle tyl­ko trafić w gusta słuchaczy i stworzyć więź polegającą na zapewnieniu, że ja jestem z tobą, a ty ze mną. Stąd obra­żanie ludzi manifestujących na demon­stracjach KOD. Przecież to ustawianie debaty publicznej w płaszczyźnie my i nasi przeciwnicy. Ba, nasi wrogowie, a wroga można oszukiwać, poniżać, wprowadzać w błąd. Nie trzeba się trzy­mać żadnych reguł. To jest wojna, a na wojnie liczą się tylko te metody, które są skuteczne.

Kaczyński boi się KOD?
- Kaczyński boi się ruchów oddolnych, które potrafią zmobilizować społeczeń­stwo. Opozycja nie jest dla niego żadną przeciwwagą. Może być nią KOD. Mam nadzieję, że wcześniej czy później to właśnie KOD powie rządzącym: siadaj­my do okrągłego stołu i zastanówmy się, jak naprawić państwo.

Wielu jest przekonanych, że po wakacjach PiS zacznie jazdę na ostro. Czego się pan spodziewa?
- Wbrew pozorom najbardziej boję się nie naskórkowych działań PiS. Tych podrygów i straszenia. Kaczyński w gruncie rzeczy jest dość asekuracyj­ny. Najpierw wypuszcza balon, robiąc przy tym dużo szumu, a potem spusz­cza z niego powietrze, jeśli widzi, że ten balon mógłby go sprowadzić na manow­ce, jak w 2007 r. Prawdę powiedziawszy, boję się zupełnie czegoś innego.

Czego?
- Kiedyś znajomy Amerykanin zapy­tał mnie wprost: „Co będzie, jeśli ktoś w Polsce będzie chciał odwojować Lwów?”. Dziś to pytanie wydaje mi się bardzo niebezpieczne. Czeka nas gorą­ca jesień. Na ekrany wejdzie film „Wo­łyń” Wojciecha Smarzowskiego i jestem przekonany, że przy tej dawce napom­powanego sztucznie patriotyzmu i fał­szywie definiowanej dumy narodowej mogą się znaleźć ludzie, którzy uznają, że dla sprawiedliwości dziejowej trze­ba wykorzystać sytuację. Teraz albo ni­gdy. Rosjanie chcą dzielić Ukrainę, więc skorzystajmy z okazji. Odbijmy to, co zawsze należało do Polski. To byłaby największa tragedia.

Uważa pan, że to jest realne niebezpieczeństwo?
- Powoływanie różnego rodzaju for­macji paramilitarnych, do szpiku ko­ści nacjonalistycznych, tworzy żyzne podglebie dla wygenerowania tego typu działań. Przecież ludzie angażują­cy się w takie działania nie mają pojęcia o tym, co dzieje się w Polsce, na świecie, nie znają historii, są podatni na proste hasła, proste obrazki i łatwo nimi ma­nipulować. Gdyby coś takiego się wyda­rzyło, jesteśmy natychmiast wykluczeni ze społeczności międzynarodowej i żeg­naj, Rzeczpospolita, na kolejne sto lat.

Kaczyński byłby do tego zdolny?
- Nie mówię, że on. To jest raczej pyta­nie o to, czy w sytuacji takiego zagroże­nia Kaczyński byłby wstanie dać odpór jakiemuś nowemu wodzowi, który po­stanowi w radykalny sposób ozdrowić sytuację. Gdy wywołuje się chaos, jak czyni to PiS, sytuacja może się łatwo wymknąć spod kontroli. Wszystkie re­wolucje zaczynają się od chaosu, a koń­czą krzykiem o rządy silnej ręki. Te rządy potem rozczarowują i może je uratować tylko atak na zewnątrz mo­bilizujący społeczeństwo poczuciem zagrożenia.

W Polsce może się polać krew?
- Gdy ktoś mnie pyta, czy w Polsce możliwy jest Majdan, odpowiadam: nie. W Polsce możliwe są konfederacje, których ostatnim przykładem była So­lidarność, a dziś KOD, ale nie możemy zapominać, że mamy także silną tra­dycję rokoszy wymykających się spod kontroli. I tego naprawdę się boję. Je­dyna nadzieja w tym, że pan Kaczyń­ski tak bezpardonowo wykłada karty na stół, tak bardzo nie pozostawia złu­dzeń co do swoich intencji, że Pola­cy przejrzą na oczy, zanim dojdzie do dramatu. I zdołają wycofać się ze śle­pego zaułka, w który prowadzi Polskę prezes PiS.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz