PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 28 grudnia 2017

Kilka pytań na początek



Wiele wskazuje na to, że PiS się dopiero rozkręca. Że przez dwa lata ustawiał grę po to, aby teraz zacząć strzelać gole. 2018 r. powie nam dużo o dalszych zamiarach rządzących i szansach opozycji.

W 2018 r., po długim czasie posuchy, odbędą się pierwsze od 2015 r. wy­bory, prawdziwy sprawdzian siły politycznej skonfliktowanych stron. Ten realny pojedynek może wiele zmienić. PiS wyraźnie się do pró­by szykuje - od zmiany ordynacji po zmianę premiera.
   Ale ta rywalizacja nie jest równa. Rządzący przejęli wszystkie instytucje państwa, łącznie z tymi, które powinny pozostać w roli niezależnych arbitrów, chroniących prawa politycznych mniejszo­ści. Padły złudzenia, jakie niektórzy łączyli z prezydentem Dudą, wyczerpuje się powoli potencjał ulicznych protestów. Wraca czy­sta polityka: partie, kampania, programy, liderzy, koalicje. Wybory są bezlitosne - to już nie debaty, seminaria, ideowe impresje, ale konkrety. Albo jeszcze więcej dla władzy, albo coś dla jej przeciw­ników. Jaki więc będzie ten 2018 r. dla polskiej polityki, jakie kryje zagadki? Kilka z nich poniżej.

1 Kto wygra wybory samorządowe?
   To jedyne wybory, w których często nie ma oczywistego, jed­nego zwycięzcy, i to jest pewna szansa dla opozycji. Gdyby liczyć jako miarodajne poparcie dla partii w wyborach do sejmików wo­jewódzkich, to pierwsze głosowanie, które po paśmie sukcesów Platforma przegrała z PiS, odbyło się już w 2014 r., a nie rok póź­niej. Jednak wówczas powstały koalicje Platformy z PSL i utrzymały władzę w 15 z 16 województw. Jak się przewiduje, po wyborach w 2018 r. PiS odbierze z tej puli przynajmniej kilka województw i to przy dobrym wyniku dawnego koalicjanta Platformy, czy­li PSL. Jednak przy tak marnych dla opozycji sondażach jak do­tychczas i posypaniu się partii ludowców klęska może być dużo większa. Zwłaszcza jeśli w PSL rozpocznie się rozliczanie prezesa Kosiniaka-Kamysza, nastąpi zmiana przywództwa, a nowy szef ludowców spróbuje dogadać się z PiS. Porażkę w sejmikach można częściowo przykryć sukcesami w dużych miastach. Jeżeli kandy­daci na prezydentów forsowani przez PiS nie wygrają w żadnym mieście z wielkiej szóstki - Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Po­znaniu, Gdańsku, Łodzi - to partia Kaczyńskiego nie będzie mogła przedstawiać wyborów jako sukcesu. Z drugiej strony, jeśli Plat­forma utrzyma np. Warszawę, Gdańsk, Łódź, część mniejszych miast i kilka województw, może ogłosić umiarkowane zwycięstwo. I Schetyna utrzyma przywództwo. Niemniej na razie perspekty­wa wyborów samorządowych nie wygląda dla opozycji dobrze. Zwłaszcza że PiS w swoim przekazie wyraźnie stawia na prowincję, małe wspólnoty, regionalną tożsamość, a przeciw „lokalnym eli­tom”. Z drugiej strony kilka wyborów uzupełniających w małych miastach, jakie odbyły się w ostatnich miesiącach, kandydaci PiS przegrali, czasami dotkliwie. Między takimi obawami i nadziejami zatem będzie się opozycja kołatała aż do dnia wyborów.

2 Jak PiS wybrnie ze Smoleńska?
   Na kwiecień 2018 r. prezes Jarosław Kaczyński zapowiedział ostateczny finał kwestii smoleńskiej. Mają powstać dwa pomniki - Lecha Kaczyńskiego i ofiar katastrofy, ale przede wszystkim „ma się wreszcie okazać”, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 r. Budowa pomników zapewne nadal będzie przedmiotem konfliktu między władzą centralną a warszawskim ratuszem, ale to dla PiS kłopot mniejszy, bo jest i większy. Szef MON Antoni Macierewicz zapo­wiedział, że podkomisja ds. badania przyczyn katastrofy jednak doszła do przełomowych wniosków i je przedstawi „na wiosnę”. Wynika z nich, że katastrofa - jak stwierdził Macierewicz - „nie była wypadkiem” i że na pewno były wybuchy. Już sam fakt, że z tymi odkryciami Macierewicz chce czekać do rocznicy katastrofy, nie brzmi dla Jarosława Kaczyńskiego zachęcająco.
   Prezes PiS stanie wtedy przed trudnym wyborem. Czy uznać wnioski podkomisji za w miarę prawdziwe, z pełną świadomo­ścią, że trzeba się ich będzie potem trzymać, a premier Morawiecki będzie za nie świecił oczami za granicą? Czy też zignorować usta­lenia Macierewicza i pozostać przy wariancie, jaki - robiąc sobie bezpieczną furtkę - sam przedstawił podczas jednej z jesiennych miesięcznic, czyli że prawdy o Smoleńsku być może nigdy nie uda się ustalić. Ta druga wersja, choć wygodniejsza, byłaby jed­nak jakąś kapitulacją wobec oczekiwań najtwardszego elektoratu. Może więc będzie tak, jak to często się dzieje w przypadku decyzji Kaczyńskiego, że podejmie ją w bieżącej sytuacji, patrząc, co kon­kretnie w kwietniu bardziej mu się opłaci. Zawsze kiedy politycz­na sytuacja staje się napięta, a sondaże się pogarszają, Kaczyński zwraca się do żelaznych wyborców, bez względu na konsekwencje, bo instynktownie czuje, że to jest kwestia przetrwania. Kiedy jest lepiej, prezes PiS robi gesty w kierunku centrum, jak wtedy, kiedy zastąpił Beatę Szydło Mateuszem Morawieckim na funkcji premie­ra. Zapewne tak samo stanie się w przypadku decyzji o wyborze przyczyn katastrofy smoleńskiej.

3 Co z referendum konstytucyjnym
   Kiedy w maju 2017 r. prezydent Duda ogłosił zamiar zorganizo­wania w 100-lecie niepodległości konstytucyjnego referendum, już wtedy w PiS nie wyczuwało się, łagodnie mówiąc, entuzjazmu. Potem przyszły lipcowe weta w sprawie ustaw sądowych i całe za­mieszanie wokół „zdrady prezydenta”. Atmosfera jeszcze bardziej się popsuła i już chyba nigdy nie powróci do stanu wyjściowego. Poza tym referendum w sprawie nowej konstytucji w istocie nie jest PiS do niczego potrzebne. Po przejęciu i degradacji Trybunału Konstytucyjnego ustawa zasadnicza z 1997 r. przestała być dla par­tii rządzącej jakimkolwiek problemem. Konstytucyjny projekt PiS sprzed kilku lat natomiast (najlepiej oddający myślenie tej partii na temat państwa, prawa i obywateli) co prawda nie ma na razie szans na uchwalenie, ale może kiedyś, np. po wyborach w 2019 r., będzie do tego okazja. Dlatego inicjatywa prezydenta jawi się z perspektywy Kaczyńskiego jako, używając starego powiedzenia, wtrącanie się między wódkę a zakąskę.
   Oficjalnie wyrażona opinia społeczna w najważniejszych kwe­stiach państwa mogłaby PiS związać ręce w momencie, kiedy pojawiłaby się sposobność uchwalenia tego pierwotnego, „toż­samościowego” projektu. Oczywiście PiS może znaleźć potem wiele pretekstów, aby nie uwzględniać referendalnej opinii, gdyż standardy prawne i tak przestały obowiązywać. Niemniej to refe­rendum pozostawałoby w głowach wyborców jak wyrzut sumienia i nieformalnie, podskórnie delegitymizowałoby poczynania wła­dzy. Dlatego Kaczyński ma z tym problem. Znowu wiele będzie zależało od sytuacji w 2018 r. Na referendum musi się zgodzić zdominowany przez PiS Senat. Jeśli Duda da się do tego czasu zupełnie spacyfikować, to Kaczyński może mu narzucić kilka niegroźnych, wypranych z głębszej treści, pytań referendalnych, na które odpowiedzi da się różnie, w zależności od potrzeb, zinter­pretować. Jeśli zaś prezydent będzie się stawiał, można go ogłosić ostatecznie wrogiem (w zapasie jest „nasza” Beata Szydło) i nie zgodzić się na referendum jako bezsensowne w sytuacji, kiedy i tak nie ma politycznego momentu do uchwalenia nowej usta­wy zasadniczej.
   Duda znajduje się na wyraźnie słabszej pozycji negocjacyjnej, bo już kilka razy ogłosił, z charakterystyczną dla siebie emfazą, że re­ferendum się odbędzie. Jeśli tak się nie stanie, wyjdzie po raz kolejny na kompletnie niepoważną figurę. Dlatego PiS ma go w tej sprawie w garści i bardzo prawdopodobne, że już teraz ta karta jest rozgry­wana w pakiecie z sądami, Macierewiczem i ordynacją wyborczą.

4 Opozycja się zjednoczy?
   Intuicyjna odpowiedź na tę zagadkę brzmi: nie. I to mimo dość trafnej opinii, że jeżeli opozycja wciąż głosi tezę o zagrożeniu dla podstaw demokracji w Polsce ze strony PiS, to zjednoczenie, ponad wszelkimi programowymi różnicami, wydaje się dla zwolenników demokracji jedyną logiczną opcją. Zatem jeśli się nie jednoczą, to widocznie zagrożenie nie jest aż takie duże. Zwłaszcza że - jak pokazują niektóre sondaże - twór o nazwie „zjednoczona opozycja” uzyskuje wyraźnie lepsze wyniki niż suma obecnych notowań antypisowskich partii.
   Problemem jest jednak to, że przed wyborami parlamentar­nymi w 2019 r. są jeszcze wybory samorządowe i do Parlamentu Europejskiego. Platforma, Nowoczesna, PSL i szczątkowa lewica traktują te elekcje jako sposobność do wywalczenia lepszej pozycji przetargowej przed próbą główną. Nie chcą już teraz wyprzedawać aktywów w nadziei, że nabiorą one jeszcze wartości. Przypomina to trochę biznesową strategię firm przed spodziewaną fuzją. Poja­wiają się propozycje recept na przełamanie tego klinczu. Grzegorz Schetyna stwierdził, że zgodziłby się na nową nazwę dla „zjedno­czonej opozycji”, chce wspólnego z Nowoczesną parlamentarnego prezydium. Marek Borowski, niezależny senator, zaproponował, aby każda partia składowa opozycyjnej koalicji miała ten sam nu­mer na liście wyborczej. Jest też pomysł na prawybory w opozy­cji, które zdecydują, jak zostaną obsadzone miejsca na listach, ale to bardzo trudne technicznie.
   Prof. Radosław Markowski sugeruje, aby zawrzeć koalicję z jed­nym tylko zadaniem - odsunięcia PiS od władzy, bez potrzeby uzgadniania programowych szczegółów, ale z zaakceptowanym założeniem, że półtora roku po wyborach w 2019 r. odbędą się kolejne, przedterminowe, do których każdy pójdzie już pod wła­snym szyldem, a wcześniej doprowadzi się demokratyczny sys­tem do stanu sprzed dewastacji, jakiej dokonał PiS. Pomysł Markowskiego, choć efektowny, zawiera oczywiste niebezpie­czeństwo: może nie być większości potrzebnej do skrócenia ka­dencji Sejmu, bo PiS wciąż przecież, nawet jeśli trochę słabszy, pozostanie w grze. A jeżeli nie będzie wcześniejszych wyborów, to antypisowi koalicjanci mogą się tak pokłócić o wszystko, że wy­borcy potem dadzą PiS większość konstytucyjną. Niemniej wi­dać dojrzewającą myśl, że bez zjednoczenia nie da się pokonać Kaczyńskiego, przyznają to ostatnio także politycy najsilniejszej Platformy. Liderzy opozycji chyba powoli zauważają, że chociaż odpowiadają przede wszystkim za swoje partie, trochę jak za za­kłady pracy - czyli muszą zapewnić pieniądze, etaty, miejsca na li­stach, sejmowe mandaty przynajmniej dla najbliższych kolegów - to bez pokonania PiS cały ten polityczny interes nie ma przyszłości. 2018 r. pokaże, który trend weźmie górę, i będzie to zapowiedź na decydujący 2019 r.

5 Czy PiS zacznie spadać poparcie?
   Niedawny sondaż POLITYKI pokazał, że wśród polskich wybor­ców ścierają się dwa żywioły, polityczny i socjalny. To, co PiS robi z państwem i jego instytucjami, zniechęca Polaków do tej partii, ale kwestie ekonomiczno-socjalne łagodzą ten krytycyzm. Sięgające ponad 40 proc. poparcie dla ugrupowania Kaczyńskiego świadczy o tym, że lęk przed utratą socjalu i efektów dobrej gospodarczej koniunktury, która kojarzy się z czasami PiS (choć to trend świa­towy), jest nadal większy niż obawy o ustrój państwa i stan oby­watelskich swobód.
   PiS wciąż nie osiąga dawnych pułapów Platformy, które w do­brych czasach dochodziły do niemal 60 proc. poparcia. Ale nawet przy rekordach Platformy PiS nie spadał poniżej 20 proc., miał sta­ły, bardzo wierny elektorat, który od pewnego momentu zaczął rosnąć w kierunku politycznego centrum. Świadczy to, że także i teraz kluczowe są - niezależnie od notowań władzy - samodzielne wzrosty sondażowe opozycji. Nic nie jest w stanie wzruszyć dobre­go samopoczucia rządzących, żadne demonstracje i najostrzejsze sejmowe wystąpienia, tak jak zmniejszanie się dystansu w son­dażach. Tak się stało wiosną 2017 r., kiedy kilka razy Platforma zrównała się z PiS. Wciąż najlepszym sposobem na walkę z obozem władzy są nie marsze i protesty, ale deklarowanie poparcia dla któ­rejkolwiek partii opozycyjnej.
   W 2018 r. PiS chce wreszcie odpalić program Mieszkanie plus, jednak nie będzie on tak powszechny jak 500 plus, sprawa jest o wiele trudniejsza, świadczy o tym także zwłoka w jego realizacji; będą wymogi, kryteria, to nie to samo. Dotychczasowe programy socjalne trochę spowszedniały. Być może wyborcy zaspokoją już swoje najpilniejsze potrzeby, nie będą się spodziewać nowych świadczeń (w polityce nie ma wdzięczności, są tylko oczekiwania) i zwrócą większą uwagę na potrzeby „luksusowe”, czyli reguły de­mokratycznego państwa prawa. Warunek jest jeden: opozycja musi wiarygodnie przekonać ludzi, że to, co już mają, jest pewne, a doda do tego standardy normalnego europejskiego kraju. Naturalnie zawsze może stać się „coś”, co nagle wywróci władzę, ale liczenie tylko na to byłoby dla opozycji zgubne. Jeśli wierzy ona w sukces w wyborach w 2019 r., to musi się on solidnie zacząć w 2018 r.

6 Jak przebiegną obchody 100-lecia niepodległości?
   To ma być wielkie święto PiS, podparte 200 mln zł przeznaczo­nych na obchody z budżetu państwa, a ta kwota prawdopodobnie się powiększy; zresztą miliard dla mediów rządowych też zapewne obejmie ten fragment polityki historycznej rządu. Już teraz trwa opowieść prowadząca od Piłsudskiego i Dmowskiego wprost do pisowskiej prawicy, jako naturalnej spadkobierczyni niepod­ległościowej tradycji. 100-lecie jest planowane jako swego rodzaju „odnowienie ślubowania”; w tej opowieści historia zatoczyła koło i Rzeczpospolita, po wielu okresach przejściowych (PRL, III RP w tym rządy Platformy), na nowo się odradza.
   Ale PiS ma z tą rocznicą swoje problemy. Pierwszy, co zrobić z corocznym Marszem Niepodległości, który swoim rozmachem, a na 100-lecie może to być grubo ponad 100 tys. uczestników, może przykryć oficjalne państwowe obchody. Rasistowskie hasła i banery byłyby w tej sytuacji skandalem, bo uwaga zagranicz­nych mediów będzie w 2018 r. na pewno znacznie większa niż ostatniego 11 listopada, a już wtedy była stanowcza reakcja. Za­kazać marszu się nie da, skoro wcześniej się go chwaliło. Przejąć też będzie trudno, bo organizujący od lat marsz narodowcy już są mocno poirytowani „napaściami” polityków PiS, które polegały na niewyraźnych sugestiach, że niektóre hasła na ostatnim mar­szu były nieco kontrowersyjne. Niewykluczone więc, że PiS będzie się musiał z narodowcami dogadać na zasadzie, że włączą marsz do oficjalnego grafika obchodów, może wesprą go organizacyjnie i finansowo, ale pod warunkiem, że MSW przejrzy wcześniej treść haseł, a może i listę narodowych aktywistów.
   I drugi problem. Kancelaria Prezydenta już zapowiedziała, że za­proszenia na główne obchody zostaną wystosowane, jak to się działo dotychczas, do wszystkich byłych prezydentów i premie­rów. Może więc pojawić się Donald Tusk, Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i inni, których - łagodnie mówiąc - do patriotycznej rodziny PiS nie zalicza. Sprawi to zasadniczy kłopot Jarosławowi Kaczyńskiemu, który może nie chcieć występować na trybunie honorowej z tymi postaciami. Wyjazd do Krakowa, co do tej pory stosował, w tak okrągłą rocznicę wyglądałby dziwnie i nie broniłby się w opinii publicznej.
   Może więc ostatnie ruchy rządu wokół objęcia „opieką” placu Defilad to zapowiedź planów PiS, aby przejąć obchody albo przy­najmniej ich znaczącą część z rąk prezydenta Dudy. Wiele wskazu­je, że Kaczyński, zwłaszcza jeśli będzie wtedy premierem - a można brać to pod uwagę, bo nie wiadomo, na jak długo jest Morawiecki - zechce mieć własną imprezę, na której niechcianych gości nie będzie. Możemy więc oglądać rozgrywki, których celem będzie zrobienie z Kaczyńskiego nowego Piłsudskiego, zmarginalizowanie prezydenta Dudy i tuszowanie faktu istnienia innych zasłużonych historycznie osób. I to wszystko na żywo pokaże telewizja rządo­wa, z odpowiednimi paskami u dołu ekranu. Opozycja już dzisiaj zatem powinna pomyśleć o zorganizowaniu efektownych alterna­tywnych obchodów. Ale zarazem nie rezygnować z uczestnictwa przy państwowym stole, bo państwo to również opozycja, a taka rocznica pozostaje w annałach na dekady.

7 Czy Unia Europejska nałoży sankcje?
   Do tej pory w kwestii Unii Europejskiej partia Kaczyńskiego stosowała zasadę zwaną „win-win” - że zawsze się wygrywa. Kie­dy Unia daje pieniądze, to po prostu wywiązuje się z obowiązku rekompensaty za polskie moralno-historyczne straty, a ponadto świadczy to o skuteczności patriotycznego rządu. A jeśli nie daje, to znaczy, że podpuszczone przez krajową opozycję europejskie, lewackie elity, realizujące program kulturowej rewolucji, atakują zdrową, pielęgnującą tradycyjne wartości Polskę. To prosty i sku­teczny marketingowo skrypt. Świadczą o tym niewyraźne reakcje opozycji, która nie bardzo wie, co z tym zrobić - podobnie jak w kwestii uchodźców.
   Jednak uruchomienie przez Komisję Europejską artykułu 7 Traktatu europejskiego zmienia sytuację. Bo o ile PiS nie przej­muje się słownymi upomnieniami ze strony Unii czy Komisji We­neckiej, wręcz przeciwnie - używa ich jako instrumentu w poli­tyce wewnętrznej, o tyle jednak obawia się sankcji finansowych, czyli wyraźnego zmniejszenia kwot w następnym unijnym bud­żecie. A rozpoczęcie procedury wobec Polski może prowadzić do sankcji. I chociaż wciąż argumentem jest, że Węgry nie po­zwolą na ich wprowadzenie, to absolutnej pewności, po głosowa­niu w sprawie Tuska na wiosnę, nie ma: wystarczy, że Orban się wstrzyma. A redukcja np. dopłat do rolnictwa czy choćby tylko taka groźba byłaby dla obozu władzy, zwłaszcza w roku wyborów samorządowych, katastrofą. Wpływowy polityk PiS Jarosław Sellin, zaraz po decyzji o wymianie Szydło na Morawieckiego, po­wiedział w wywiadzie, że właśnie fundusze europejskie i dopłaty do rolnictwa były jedną z przesłanek zmiany na stanowisku szefa rządu. Na razie skutek okazał się przeciwny, a w ciągu trzech mie­sięcy, bo tyle dała KE Polsce na zmianę ustaw dotyczących sądów, może się rozstrzygnąć, czy PiS chce pójść na jakiś kompromis, czy zdecyduje się iść w zaparte bez względu na konsekwencje.
   PiS wyznaczył sobie grupy społeczne, których nie zamierza pozyskiwać do swoich politycznych planów, jako „nieprzekonywalne”: wielkomiejską klasę średnią, zawodowe elity itp. Dlatego postanowił te grupy eksploatować finansowo, czego przykładem ostatnie zwiększenie dla nich obciążeń emerytal­nych. Ale rolnicy to dla obecnej władzy tlen, bez którego sobie nie poradzi, bo świadomie postawiła na prowincję, wspólnotowość i lokalność. Eksperci mówią o niezadowoleniu na wsi z powodu epidemii afrykańskiego pomoru świń czy nieregu­larnego wypłacania dopłat. Nastroje się pogarszają. Politycy opozycji mawiają, że najbardziej obawiają się, że chłopi obwi­niliby o sankcje właśnie opozycyjnych europosłów. Jednak PiS obawia się bardziej. Przez całe lata od 2004 r., czyli od czasu akcesu Polski do Unii, nie było zagrożenia sankcjami, pojawiło się dopiero za rządów ekipy Kaczyńskiego. Rolnicy nie widzą żadnych wymiernych korzyści z polityki „wstawania z ko­lan”, za to mogą dostrzec, a może już dostrzegają, zagrożenia. Ostatnie sondaże pokazywały pewną zwyżkę notowań PSL. To wzbudziło na Nowogrodzkiej duży niepokój. W teren ma ruszyć znowu Kaczyński, zapewne także Szydło. Ale pytanie, kto pojedzie przekonywać Unię?

8 Czy PiS zacznie aresztowania swoich politycznych przeciwników i wytoczy im procesy?
   Do tej pory władza nęka, wzywa na przesłuchania, zakłada spra­wy, ostrzega, nachodzi w domach, krytykuje (łagodnie mówiąc) w rządowych mediach. Nie wiadomo, jak będzie dalej. Wydaje się, że strzelba zawieszona na ścianie w końcu musi wystrzelić. Prze­jęcie Trybunału Konstytucyjnego i prokuratury, zmiana regulacji dotyczących służb specjalnych i ich dofinansowanie, atak na rzecz­nika praw obywatelskich i niezależne organizacje pozarządowe, kontrola nad sądownictwem wszystkich szczebli i procedurami wyborczymi, wskazywałyby na przygotowania do jakieś wielkiej operacji. Możliwości są dwie. Albo Kaczyński postanowił rzeczy­wiście rozprawić się z opozycją i za pomocą Kodeksu karnego oraz całego aparatu władzy „szukać dojścia” do Platformy, Nowoczesnej czy PSL, albo też karabiny są ustawione, ale wciąż nieuzbrojone i funkcjonują jako nieustająca groźba (jeśli wystarczy zastraszenie). Ostateczna decyzja może zapaść pod wpływem bieżącej sytuacji, sondaży, relacji w obozie władzy, potrzeby zadowolenia twardego elektoratu. Może właśnie w 2018 r.?
   W tym nadchodzącym roku jeszcze jedna strzelba może wypa­lić. Narastająca brutalizacja życia politycznego, arogancja i osten­tacja władzy wzmacnia frustracje społeczne, pogłębia poczucie bezsilności i beznadziei. A z takiego stanu łatwo przechodzi się do jakiegoś wybuchu, do straceńczych czynów i gestów, na które druga strona jak gdyby czeka, sama pozostając w stanie wrzenia. Czy ktokolwiek, choćby ludzie Kościoła, będzie gotowy tym zagro­żeniom się przeciwstawić, przeciwdziałać scenariuszowi jakiejś tragedii? To może najbardziej dramatyczna zagadka 2018 r.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz