PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Mały Zelman i jego sąsiedzi



Wybuchła wojna, a mały Zelman Birenfeld ma tylko sześć lat. Za chwilę zostanie sierotą, a dorośli podzielą się na dwie grupy: jedni będą chcieli Zelmana uratować, zaś inni zabić

Paweł Reszka

Chłopiec jest bystry i zaradny. Szybko na­uczył się paść krowy. Potrafi się przeżegnać. I kłamać, że ma na imię Władek.
   Wszystko to daje stabilizację, ale kru­chą, bez immunitetu od śmierci. Zresztą Zelman może to opowiedzieć sam: „Przy­szła jakaś kobieta do mojego gospodarza i mówi: »Co wy, Żyda trzymacie?«. Mój gospodarz dał jej pro­wiantów trochę i prosił, by go nie zdradziła, bo przecież za to go śmierć czeka. Nie wygonił mnie, bo była zima i żal mu było. Taki sam dobry był, jak i przedtem”.
   Dobry gospodarz (znamy jego nazwisko - to Stefan Michałek ze wsi Łąka) i zła kobieta. Oboje są Polakami.
   I co o tym myśleć?
   Powinniśmy być dumni z postawy gospodarza Michałka? Czy raczej wstydzić się z powodu zachowania złej kobiety? Czy dumę albo wstyd da się ubrać w paragrafy? Zapisać ustawowo?

I
Muzeum Polaków Ratujących Żydów im. rodziny Ulmów w Markowej. Wieś Markowa leży na Podkarpaciu - dwa­dzieścia kilka kilometrów od Medyni Gło­gowskiej, rodzinnej wsi małego Zelmana.
   O Medyni mało kto słyszał, zaś Markowa jest słynna. To za sprawą muzeum i losów polskiej rodziny Ulmów, która ukrywała Żydów. Los Ulmów (małżeństwo z sześ­ciorgiem dzieci) i ich podopiecznych był tragiczny. Wszyscy zostali zamordowani.
To dowód, że Polacy w trudnym czasie po­trafili zachować się bohatersko.
   Gdy Izrael i USA zaprotestowały prze­ciw nowelizacji ustawy o IPN, Mateusz Morawiecki przywiózł do Markowej za­granicznych dziennikarzy, by pokazać, że mamy prawo być dumni z naszej historii.
   Przeglądam księgę pamiątkową. Pod datą 02.02.2018 premier napisał: „Pamięć o Polakach ratujących Żydów pozostanie - musi pozostać - zawsze żywa”.
   Premier ma rację. Ale co zrobić z ciem­ną stroną naszej pamięci?

II
Ekspozycja w muzeum w Markowej zaczyna się podobnie jak opowieść małe­go Zelmana: „Było nam przed wojną dobrze”.
   Tata Zelmana Mozes prowadzi sklep spożywczy. Mama Gizela nosi kury i gęsi na targ w Rzeszowie. Mają krowę, trochę pola. Chłopak bawi się ze swoimi czterema braćmi.
   W Markowej podobnie. Można obejrzeć fragmenty przed­wojennych amatorskich filmów, które opowiadają o życiu ży­dowskiej społeczności. Kamera prowadzona niewprawną ręką
pokazuje żydowskich chłopców (pewnie w wieku naszego bo­hatera) przed wejściem do chederu. Cięcie. Nobliwi obywate­le patrzą w obiektyw. Cięcie. Młodzieńcy z pejsami wymałpiają się do kamery. Cięcie.
   A teraz dziewczyny: usta wściekle wymalowane, fryzury naj­modniejsze na chłopczycę, letnie sukienki (krój też jak z filmu), korale. Jednym słowem, zaszalały. W Warszawie albo w Kra­kowie - OK. Ale tutaj? Na podkarpackiej prowincji? Aż trudno uwierzyć.
   Jeszcze trudniej uwierzyć, że już za chwilę zostaną zgwałcone i zamordowane. A cały świat z czarno-białej taśmy i z przedwo­jennych wspomnień Zelmana przestanie istnieć.

III
Świat zniknął szybko. Zelman zapamiętał, że na początku był rabunek: „Niemcy przychodzili do domu ciągle. Zabierali nam siano i co było drogie i dobre w domu zabierali”. Ojciec musiał oddać sklep. Sprzedał krowę. W styczniu 1942 roku Żydzi dostali rozkaz wyprowadzki do getta w Rzeszowie.
   Tu historia Zelmana i całej rodziny robi się nietypowa. Bo w odróżnieniu od więk­szości Żydów Birenfeldowie nie posłucha­li rozkazu.
   Gdyby poszli do Rzeszowa, dostaliby się w tryby operacji „Reinhardt”: najpierw koncentracja w gettach lub obozach przej­ściowych, potem transport do niemieckie­go obozu śmierci.
   Podkarpackich Żydów wożono do Bełżca. 275 na 263 metry. Rampa na 20 wagonów, rozbieralnia, magazyny na rzeczy, trzy wie­że strażnicze, kilka baraków obsługi.
Najważniejszymi budynkami były „ni­by-łaźnie”, czyli komory gazowe. Sufit na wysokości ledwie dwóch metrów - dawało to znaczne oszczędności w zużytym gazie i przyspieszało proces. Jedno gazowanie? 15-20 minut. Przepustowość (śmierć plus kremacja) - 4-5 tys. osób dziennie.
   Wszystko polegało na oszustwie i szyb­kości. Ludzie z transportu nie widzą do­łów, zwłok, żadnej śmierci. Idą tylko do łaźni. Jeśli działać sprawnie, do końca nie zorientują się, dokąd trafili.
   W Bełżcu mordy trwały ledwie kil­ka miesięcy - od marca 1942 r. do końca roku. Zginęło około 600 tysięcy Żydów, 1500 Polaków, którzy zostali złapani na ukrywaniu współbra­ci, i liczona w tysiącach, ale nieokreślona ściśle liczba Romów.

IV
W muzeum w Markowej są plakaty z niemieckimi zarządzenia­mi, które regulowały życie okupowanej Polski. W tym ten najważniejszy: „Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczą wyznaczoną im dzielnicę, podlegają karze śmierci. Takiej samej karze podle­gają osoby, które takim Żydom świadomie dają kryjówkę”.
   Ma to przypominać, kto był sprawcą Holokaustu. Przywracać proporcje pamięci.
   Czy te są zachwiane? Tak. I łatwo to wytłumaczyć. Niemcy zadawali śmierć na przemysłową skalę. Obozy zagłady były budowane na odludziu. Dobrze zamaskowane. Relacji świadków prawie nie ma.
   Mówią tylko tacy jak Zelman: nie posłuchali rozkazu i jakoś udało im się przeżyć. Przymierali głodem. Bali się. Często patrzyli na śmierć bliskich. Dobrzy ludzie mieli imiona i nazwiska.
Tak samo było z oprawcami.
   Śmierć i cierpienie w obozie były zadawane metodą fabryczną. Na wsi albo w miasteczku były metody chałupnicze.

V
Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego. Przeglądam teczki ze wspomnieniami ocalonych.
   Sygnatura 301/2742. Józek Lichter, sąsiad i rówieśnik Zelmana: „W styczniu bał się gospodarz mnie dłużej trzymać i wygonił w świat. W ostatniej chwili dał mi adres jakiejś kobiety i kazał mi tam u niej próbować szczęścia. Poszedłem do drugiej wsi i błaga­łem o nocleg i o pracę. Było mi zimno i byłem głodny (...)”.
   Sygnatura 301/1348. Fryda Einsiedler, lat 12, dziewczynka, za­mieszkała w Grodzisku (25 km od Markowej): „Jakieśmy były głodne! I opuszczone, brudne; że się tak wyrażę, wszy nas gry­zły, było okropnie! Tam na polu były takie kupy gałęzi, myśmy sobie zrobiły taką dziurę i tam siedziały. (...) Jedna kobieta zoba­czyła dym, podeszła do nas i powiedziała, żebyśmy się nie bały. Umówiła się z babcią, że przyniesie chleb za spódnicę. (...) Zo­baczył nas i czekał, aż wyjdziemy. (...) Myśmy strasznie płakali. Babcia do niego mówiła po imieniu, bo go znała; prosiła, że my takie młode, że chcemy żyć. Ale on nie miał litości. (...) Było już ciemno. Słyszałam z daleka krzyk babci i siostry. Potem ich nigdy więcej nie widziałam”.
   Sygnatura 301/1501. Diana Grinbaum z Łańcuta (10 km od Markowej), wykształcenie wyższe, referentka naukowa: „Przed samym domem doszła do mnie sąsiadka Polka i powiedziała, że ktoś doniósł na gestapo i wszystkich 9-10 [Żydów] razem z mat­ką rozstrzelano. Do domu nie poszłam, bo nie miałam po co.
Kręciłam się bez celu i wtedy zupełnie obca osoba, wiejska na­uczycielka, zabrała mnie do siebie”.
   Sygnatura 301/2990. Miriam Merkrabs urodzona 11 lipca 1936 r. w Pantalowicach (15 kilometrów od Markowej): „[Polska gospo­dyni] wiedziała, kto ja jestem, ale jej mąż i pięciu synów nie wie­działo. To byli bardzo biedni ludzie. Czasem całymi dniami nie było co jeść. (...) Raz zobaczyłam w kościele w Trembowli jedną kobietę, która uczyła się u mamusi szyć. Ona śmiała się do mnie, ale ja udałam, że jej nie znam, bo się bałam, że powie Niemcom. Przed kościołem czekała na mnie i opowiedziała mi, że mój ta­tuś i mamusia ukrywali się przez trzy tygodnie w życie, a potem Niemcy ich złapali i zabili. Ta kobieta pytała, gdzie ja mieszkam, ale ja nie chciałam jej powiedzieć. (...) Gdy przyszli Rosjanie, bardzo się ucieszyłam. Gdy [gospodyni] powiedziała synom o mnie, żałowali, że nie wiedzieli, bo by mnie wydali Niemcom”.

VI
Zaglądam do teczki o sygnaturze 301/2745. Tu jest relacja małego Zelma­na Birenfelda. Zauważam, że z jego dzie­cięcych wspomnień w pewnym momencie znikają Niemcy, gestapowcy, żandarmi.
Oni są gdzieś daleko w getcie, w Rzeszowie.
   Zelman z rodziną są tułaczami. Mają tyl­ko siebie i otaczających ich polskich są­siadów. A ci są jak linia funkcji sinus - raz szlachetni, raz podli, raz serdeczni, raz interesowni.
    „Rodzice chowali się w lesie. Bez dzień w lesie, a w nocy u gospodarza w szopie nocowali. Jednemu zaufanemu daliśmy wszystko, co mieli[śmy]: ubranie, meble, rzeczy za to, że nas skrywał w nocy u sie­bie w szopie”.
    „Ojciec mi kazał pójść do jednego gospo­darza na robotę za pastucha, bo nie byłem podobny na Żyda. Tam byłem 3-4 dni, a potem powiedział go­spodarz, że mnie prowadzi do ojca i zamiast tego poprowadził na posterunek, by mnie na śmierć wydać”.
    „Policja była polska. I dobry posterunkowy pytał mnie, czy chcę zginąć. Chciałem zginąć, bo myślałem, że rodzice nie żyją i było mi już wszystko jedno. Na posterunku poradzili mi, bym poszedł na drugą wioskę, bo nie jestem podobny na Żyda. Po­uczyli, jak się przeżegnać, jak się do roboty zabrać i wyprawili mnie w drogę, życie mi uratowali”.
    „Dowiedzieli my się, że jakaś dziewczyna podpatrzyła w lesie kryjówkę i wydała rodziców i ich zastrzelono, a wujek przestrze­lony gdzieś uciekał”.

VII
Muzeum w Markowej opowiada tę historię nieco inaczej. Żydzi i Polacy są ofiarami. Niemcy są źli. Polacy są dobrzy, a Ży­dzi są im wdzięczni za okazaną pomoc.
   W centralnym miejscu jest historia Ulmów. Józef i Wikto­ria, choć mają aż szóstkę dzieci, przyjmują na przechowanie tu­łaczy: Saula Goldmana z Łańcuta i jego czterech synów. Gołdę Grunfeld i Leę Didner z córką.
   Doniósł na nich Włodzimierz Leś, granatowy policjant z Łań­cuta. Zrobił to z rozmysłem, bo chciał przejąć majątek Goldma­na, który miał w czasowej opiece. Leś został zabity z wyroku AK.
   Spędzam w muzeum w Markowej blisko trzy godziny. Oglą­dam filmy. Słucham relacji świadków. Największe wrażenie robi opowieść Heleny Kielar z domu Szylar.
   Mówi, jak usłyszała strzały. Jak dowiedziała się o śmierci Ul­mów. Pobiegła na strych swojego domu. Tam Szylarowie ukry­wali „swoich” Żydów. Nie wiedziała, co im powiedzieć. „Żeby sobie poszli? Żeby lepiej się ukryli? Gdzie oni mogą lepiej się ukryć?”.
   Zapadła cisza. Trwała aż pół godziny. Siedmioosobowa rodzina żydowska wie­działa, że ważą się jej losy. W końcu na strych wszedł gospodarz Antoni Szylar. Powiedział, że jest wstrząśnięty tym, co spotkało Ulmów. I dodał, że nie wie, jak będą sobie tu dalej razem żyli.
   Żydzi zrozumieli, że nikt ich nie wyrzu­ci. „Zaczęli ojca całować po rękach: »Panie Antoni, jakoś nam Bóg pomoże«”.

VIII
Bartosz Bolesławski, pracownik muze­um w Markowej, przyjmuje mnie w sali, gdzie prezentowana jest wystawa na temat Żegoty, czyli polskiej organizacji podziem­nej, która w czasie wojny pomagała Żydom.
   Muzeum ma w planie rozszerzyć eks­pozycję: - Teraz opowiada o Polakach z Podkarpacia ratujących Żydów. Jednak w całej Polsce byli tacy ludzie. Chcemy i to pokazać.
   - A trudne tematy? Polacy, którzy zachowali się niegodnie?
   - Nie unikamy trudnych tematów. Na wystawie pokazujemy np. donosy pisane przez Polaków. Ale my jesteśmy Muzeum Po­laków Ratujących Żydów, więc siłą rzeczy na tym aspekcie sku­piona jest nasza wystawa.

IX
Łańcut. Mirosław Kędzior. Mówią o nim „ostatni Żyd w mie­ście”. Ale to nieprawda. Jest Polakiem, społecznikiem, organi­zatorem Marszu Żywych, a mówią „ostatni Żyd”, bo opiekuje się synagogą.
   Spacerujemy po nieistniejącym mieście.
   W delikatesach „Asia” mieścił się dom nauki - Bejt midrasz. Dalej synagoga chasydów z Bełza, a vis-a-vis - tam, gdzie PZU - synagoga chasydów z Dzikowa. W mykwie jest dziś siedziba towarzystwa Brata Alberta. Tam, gdzie szkoła jazdy i sklep z na­rzędziami, był żydowski dom kultury - orkiestra dęta, teatr.
   - W wielu miejscach można znaleźć ślady po mezuzach. To ślad, że tu mieszkali kiedyś Żydzi. Po likwidacji getta domy szybko zasiedlili Polacy.
   - Jest obawa, że Żydzi wrócą?
   - Kiedyś wszedłem z dwiema młodymi Żydówkami z Antwer­pii do mieszkania opodal rynku. Chciały zobaczyć, jak mieszka­ła babcia. Obecny gospodarz był przemiły, ale pierwsza rzecz, jaką nam pokazał, to zafoliowany akt własności.
   - A łańcuccy Żydzi?
   - Dziś nikt już nie został. Dokonała się totalna zagłada gmi­ny żydowskiej. W małym miasteczku wszyscy wiedzieli, kto jest kim. Żydzi bardziej bali się Polaków. Niemiec po akcencie mógł rozpoznać Żyda? Nie. To Polacy mogli wydać, zdradzić.
   Mirosław Kędzior synagogą opiekuje się od sześciu lat. - Cza­sem ktoś nasika na drzwi, czasem wybije szy­bę. Czasem nocą ktoś wali w drzwi i krzyczy:
„Jude! Jude! Jude!”. Czuję się wtedy jak rybka w akwarium otoczonym przez głodne koty. My­ślę w takich chwilach, jak się musieli czuć Żydzi w czasie Szoah?

X
Pytam Mirosława Kędziora o Ulmów.
   - Docenia pan to bohaterstwo?
   - Ależ oczywiście! Ja tylko zastanawiam się, czy my nie kryjemy się za ich plecami. Nie po­wiedzieliśmy sobie prawdy o nas i o Żydach w czasie wojny. Historia bohaterstwa rodziny Ulmów tego nie przykryje.
   Ostatnio Kędzior spotkał się w telewizyj­nym studiu z panią dyrektor muzeum Ulmów.
- Zapytałem ją po programie, czy obok mode­lu chaty Ulmów zechce postawić model domu Trynczerów.
   To było trudne pytanie. Dom Trynczerów stał w Gniewczynie, 23 kilometry od Markowej. Miejscowi strażacy zamknęli w nim 18 miejscowych Żydów. Torturowali mężczyzn (by wyznali, gdzie jest złoto), gwałcili ich żony.
   Wspominał to po latach miejscowy Polak Tadeusz Markiel, który chciał, żeby świat dowiedział się o zbrodni: „Szangli udało się wyrwać z rąk miejscowych w chwili przeprowadzania jej do komory na seans gwałtu. (...) Biegła jak oszalała, mając nadzieję, że zdoła się oderwać od goniącego ją prześladowcy. Ale prześla­dowca nie zgubił ofiary, wyciągnął ją za włosy”.
   Mirosław Kędzior: - Jest tam też takie kluczowe zdanie: „Ani w domu, ani w szkole, ani w kościele nie uczono nas, że trzeba szanować także Żydów”.

XI
Nowelizacja ustawy o IPN ma nieoczekiwany skutek. Poot­wierała ludzkie głowy.
Dociera do mnie pani A. Ma 85 lat. Chce opowiedzieć histo­rię z dzieciństwa. Przygotowała wszystko na kartkach, żeby nie zapomnieć.
   - Ale nie zdradzi mnie pan? Ani nazwy wsi? - pyta.
   - Nie zdradzę.
   - To było tak, że w czasie wojny Żydzi ukrywali się w wąwozie koło wsi. To byli nasi sąsiedzi! Moi koledzy ze szkoły! Ale pro­szę pana - jak oni żyli! To były dziury w ziemi. Bez drzwi, trze­ba to koniecznie zapisać. Tylko ściany wyłożyli sobie mchem.
   - Widziała pani?
   - Tak. Nosiłam tam z mamą jedzenie. I nagle, w niedzielę! Wracamy z mszy. Nad wąwozem dym. Idziemy. Nie ma Żydów. Tylko cisza! O tym się nie mówiło głośno, ale ktoś ich wydał! Za­pisał pan wszystko?
   - Tak.
   - To dobrze. Dobrze, że to opowiedziałam.
Jadę do znajomej. Kilka kilometrów od Markowej.
   - Tułali się Żydzi od domu do domu. A my dzieliliśmy się kromką. Bali się, nie wszędzie chodzili. Tułali się od domu do domu. Ale jak przyszli, to się im pomagało. My tutaj ryzyko­waliśmy życie.
   - Wiem.
   - Tak? Tu działy się różne rzeczy. Mój dzia­dek też ukrywał Żyda. Nie wiedzieli nawet najbliżsi. Wtedy trzeba było się bać.
   - Z dokumentów archiwalnych wynika, że tutaj na wsi po wojnie doszło też do mordu. Że kilku Żydów zostało...
   Moja znajoma kiwa głową: - Działy się tu różne rzeczy.

XII
Wracam. Drobny, marznący śnieg. Wycie­raczki nie nadążają. W kilkanaście minut ciąg­nące się po bokach jezdni pola zmieniły się w białą pustynię. Gdzieniegdzie tylko, bliżej horyzontu, widać kępki drzew.
   Pewnie w takim miejscu ukrywała się Fryda Einsiedler: „Chłopi mogli nadejść, ale babcia mówiła, że jej już wszyst­ko jedno. Taka już była słaba, przecież to była staruszka; miała może 70 lat. A i nam już na niczem nie zależało. Gdyby nas zna­leźli, to byśmy jeszcze poprosili, żeby nas prędzej zastrzelili”.
   Pewnie do takiej jamy trafiłby nasz mały Zelman Birenfeld, gdyby polski chłop Stefan Michałek wyrzucił go z domu. Był środek zimy. Więc pewnie samotny chłopiec zamarzłby.
   Ale udało mu się doczekać końca wojny i jeszcze odnalazł starszego brata. Zostali tylko oni dwaj.
   A inni Żydzi?
    „Znikli bez śladu. [I ja] nie chciałem więc nikomu się przy­znać, że jestem Żydem, bo się bałem, że mnie w nocy zabiją. Brat mnie oddał do Domu Dziecka w Chorzowie. Jest mi dobrze, ale tęsknię czasem za łąką, spokojem i kolegami. Czytaliśmy książki na łące, opowiadali sobie, a tu jeszczem kolegów sobie nie podebrał”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz