PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 15 kwietnia 2018

Pozycje opozycji



Coś się przełamało. Notowania PiS spadły. Nawet jeżeli jeszcze wzrosną, dostrzeżono obłudę władzy, która wiele mówiła o pokorze i umiarze, a po cichu czerpała wiadrami z państwowej kasy. Opozycja chwyciła wiatr w żagle. Dokąd jednak płynie?

Premierem wcale nie jest Mateusz Morawiecki, ale Robert Feluś, na­czelny „Faktu”, bo to pod tabloidy prowadzona jest nasza polityka - zżyma się polityk obozu rządzą­cego , wyraźnie rozgoryczony pomysłem obniżenia wynagrodzeń parlamentarzy­stów i samorządowców o 20 proc. W ten sposób prezes PiS próbuje przykryć trwa­jącą od kilku tygodni aferę z kilkudziesięciotysięcznymi nagrodami, które przyzna­wali sobie ministrowie i wiceministrowie w rządzie Beaty Szydło.
   Sprawę ujawnił poseł PO Krzysztof Brejza, a prasa bulwarowa, która żywi się opowieściami o niebotycznych zarobkach innych, ochoczo ją podchwyciła. I PiS ma problem, bo „elektorat przecież tabloidy czyta”. - Ludzie ślą do nas teraz wiado­mości, że te 20 proc. to za mało, że trzeba o 50 proc. obniżyć nam pensje! – dodaje poseł PiS. Z przekonania - jak mówi - nie popiera pomysłu obniżek. Bo zarobki powinny być godne, bo strach przed tabloidami jest zgubny, czego najlepszym przykładem Smoleńsk - według naszego rozmówcy może do katastrofy w ogóle by nie doszło, gdyby za pierwszych rzą­dów PiS Ministerstwo Obrony ośmieliło się kupić nowe samoloty dla vipów. Ale wówczas też górę wziął strach przed bul­warową narracją. - Z satysfakcją będę jed­nak patrzył, jak opozycja będzie musiała głosować za tymi obniżkami - podkreśla poseł, bo jest pewny, że teraz to politycy opozycji staną się zakładnikami tabloidów. A jak ma się to do jego przekonań? - Dla dobra sprawy, czyli utrzymania jedności obozu, zapomnę o nich. Taki zawód: przyciskacz, guzikowy - ironizuje.
   W PiS długo lekceważono „aferę na­grodową”. Spodziewano się, że sprawa rozejdzie się po kościach, dlatego nikt na początku nie potraktował tego jako klasycznego kryzysu wizerunkowego - nie opracowano spójnej strategii komuni­kacyjnej, a tłumaczenia polityków PiS, w tym byłej premier, brzmiały cokolwiek arogancko. Rządzący przyzwyczaili się, że wyborcy na wiele się godzą. Wcześniej przecież jakoś nie bulwersowały - i nie odbijały się na sondażach - horrendalnie wysokie wynagrodzenia dla ludzi „dobrej zmiany”, których wstawiano do spółek Skarbu Państwa, czy pieniądze ładowane w rządową telewizję oraz fundacje powią­zane z obecną władzą. Bo miliony trudno sobie wyobrazić. Ale już 65 tys. zł, które Beata Szydło przyznała w 2017 r. Beacie Szydło, albo 82 tys. zł dla Mariusza Błaszczaka można podzielić przez własną pen­sję, przeliczyć na samochód czy domowe sprzęty. Doskonale zdają sobie z tego spra­wę politycy PO, którzy ruszyli z „Konwojem wstydu”. 50 samochodów z podczepiony­mi czarnymi billboardami przedstawiają­cymi poszczególnych polityków PiS oraz wysokość pobranych przez nich nagród rozjechało się po kraju. Jeżdżą po miastach i miasteczkach, stają w pobliżu biur posłów PiS, krążą wokół Nowogrodzkiej. Nazwę wymyślił Grzegorz Schetyna - to nawią­zanie do filmu „Konwój” (1978 r.) o skon­fliktowanym z szeryfem kierowcy trucka (tu akurat zwanym Gumowym Kaczo­rem), który roznieca bunt wśród innych kierowców. Szefowi PO zależało, aby akcja była dopracowana w szczegółach - pilno­wał, aby wypisane na billboardach hasło „Wstyd” w stylistyce przypominało logo PiS, aby przekaz był zwięzły, konkretny. Wyszło trochę na tabloidową modłę, ale w końcu tego boi się PiS.

Na misia
- Nowoczesna patrzy na to trochę z za­zdrością - partii nie stać na taki rozmach: ma mniej ludzi, a przede wszystkim brak jej pieniędzy, bo straciła większość bud­żetowych dotacji. Sondaże N też nie są dobre, oscylują wokół progu wybor­czego i na razie nie widać, aby miało się to zmienić. Z jednej strony Nowoczesną pokiereszowało słynne styczniowe gło­sowanie w sprawie projektu Ratujmy Kobiety, z drugiej - sprawę komplikuje wewnętrzna sytuacja, a głównie nieumie­jętność pogodzenia się byłego przewod­niczącego z tym, że Katarzyna Lubnauer odebrała mu partię. Ryszard Petru wy­stępuje teraz w roli krytyka - zarówno doraźnej taktyki nowej szefowej, jak i całej strategii opartej na porozumieniu z Platformą i rozpisanej na kolejne tury wyborów. Najwyraźniej coś mu się od­mieniło, bo raptem kilka miesięcy temu, kiedy żegnał się z fotelem przewodniczą­cego, szczycił się tym, że to on ma lepszy kontakt z Grzegorzem Schetyną, on jest w stanie doprowadzić do porozumienia obu partii i współpracy na partnerskich zasadach. Teraz zaś zapowiada, że bę­dzie oceniał i rozliczał. A szefostwo Lub­nauer w mało elegancki sposób określa „eksperymentem”.
   Tymczasem stosunki na linii Lubnauer-Schetyna wyraźnie się poprawiły. Początkowo między obojgiem polityków dało się wyczuć sporą nieufność, ostroż­ność, takie polityczne obwąchiwanie się. Trochę to trwało, zanim się poznali, dotarli. Ale spotykali się, esemesowali, rozmawiali; w końcu zauważyli, że mogą coś między sobą ustalić i żadne z nich nie musi się obawiać, że drugie „poleci z tym do mediów”. Współpraca z Ryszar­dem Petru pod tym względem wyglądała ponoć zupełnie inaczej, a dziennikarze szybko poznawali tajniki politycznej kuchni, co rozmywało efekt niektó­rych działań.
   Wielu jednak w tym zbliżeniu Nowo­czesnej i Platformy widzi koniec partii Lubnauer: bo odbicia w sondażach nie ma, więc to kwestia czasu, aż PO wchło­nie N. Katarzyna Lubnauer twierdzi, że ten spadek poparcia miała wkalkulo­wany w cenę porozumienia. Jak tłuma­czy: - Zawsze mniejszy podmiot trochę traci sondażowo na koalicji. Ale trzeba zestawiać koszty i zyski. A tych ostatnich jest więcej, dla całej opozycji.
   Wbrew medialnym sugestiom, Schetyna uprzedzał ją też o tym, że chce wysta­wić w wyborach na prezydenta Wrocła­wia Kazimierza Michała Ujazdowskiego: - Niezaskoczył mnie tym, przegadaliśmy to wcześniej. Nowoczesna ma we Wro­cławiu swojego kandydata, ze względu na różnice poglądów trudno byłoby nam poprzeć Ujazdowskiego, ale zapewne będziemy się wspierać w drugiej turze we wszystkich miastach.

Na barana
Ta rekomendacja wywołała na po­czątku ubiegłego tygodnia sporo zamie­szania. Z Gabinetu Cieni PO na znak protestu przeciwko „religijnemu funda­mentaliście” wystąpił Tomasz Cimosze­wicz. Także inni politycy PO reagowali w pierwszej chwili sceptycznie: przewra­cali oczami, mówili o reaktywacji PO-PiS, bo w końcu Ujazdowski to nie byle pisowiec, ale były wiceprezes tej partii. Wy­daje się jednak, że szefowi PO udało się wytłumaczyć im swój ruch, czego najlep­szym przykładem Bartosz Arłukowicz. Mocno konserwatywny światopoglądo­wo Ujazdowski zdecydowanie nie jest człowiekiem z jego lewicowej bajki. Prze­konuje go jednak zobowiązanie Ujaz­dowskiego, że jako prezydent Wrocławia będzie realizował uchwałę rady miasta o finansowaniu in vitro i nie będzie wy­stępował przeciwko tzw. kompromisowi aborcyjnemu - co było warunkiem poro­zumienia z PO. Arłukowicz ufa także, że w przypadku Wrocławia to pochodzący stamtąd przewodniczący najlepiej się orientuje, na kogo należy postawić. Sam Schetyna przyznaje zresztą, że Wrocław to dla niego zbyt ważna sprawa, aby mógł tam ryzykować. Przegrana jego kandy­data wywołałaby zapewne falę ostrej krytyki i oczekiwanie, że podda swoje przywództwo wewnątrzpartyjnej wery­fikacji - bo skoro pomylił się w sprawie Wrocławia, to może też przegrać bitwę o Polskę w 2019 r.
   O sięgnięciu po Ujazdowskiego zdecy­dowały sondaże, które dają mu wyraźną przewagę w drugiej turze nad kandydat­ką PiS Mirosławą Stachowiak-Różecką (56 do 28 proc., IBRiS). Władze Platfor­my uważają, że aby wygrać, muszą sięgać po elektorat centroprawicowy - tam jest większy potencjał, a i mniejsza konku­rencja niż po rozdrobnionej lewej stro­nie. Ujazdowskiemu zaś - jak tłumaczy Ludwik Dorn - ciężką pozytywistycz­ną pracą udało się zbudować poparcie w środowisku lokalnej konserwatywnej inteligencji (m.in. związanej z Osso­lineum). W PO obawiano się również, że rekomendowana wcześniej prof. Alicja Chybicka (również o konserwatywnych poglądach) mogłaby nie poradzić sobie z brutalną kampanią wyborczą. Jak twier­dzi jeden z dolnośląskich polityków PO, kandydowanie proponowano również Bogdanowi Zdrojewskiemu, ale były pre­zydent Wrocławia, a obecnie europoseł, nie był zainteresowany.

Na żabę
Dla Schetyny w nadchodzących wybo­rach samorządowych trzy miasta będą mia­ły kluczowe znaczenie: Warszawa (wymiar ogólnopolski), Wrocław (wymiar prestiżo­wy) oraz Gdańsk (wymiar symboliczny). W trójmiejskim mateczniku PO sprawa też nie jest prosta. Platforma nie poprze Pawła Adamowicza, ponieważ - jak tłumaczy je­den z członków władz tej partii: - PiS tylko na to czeka! Przecież na drugi dzień po na­szej rekomendacji aresztowaliby go. W ubie­głym tygodniu urzędujący prezydent Gdań­ska usłyszał kolejny zarzut - tym razem, że nie wpisał 180 tys. zł w oświadczeniu majątkowym za 2012 r. W  PO wciąż sondują, na kogo postawić. W grze są dwa nazwiska: Agnieszki Pomaski i Jarosława Wałęsy.
   Mimo porozumienia z N także w Gdań­sku partia Lubnauer zaproponowała wła­sną kandydatkę Ewę Lieder. Jak jednak zaznacza szefowa N, uprzedzała o tym Schetynę: - Nasza współpraca dobrze się układa, sejmiki są już dograne, negocju­jemy teraz miasta. Widzę jednak, że i PO, i my potrafimy nawet się cofnąć dla dobra wspólnej sprawy. Tak do tego podchodzimy. Z Gdańskiem natomiast czekam, co tam się poukłada, bo najpierw Platforma musi upo­rządkować swoje sprawy.
   Ale nawet jeśli PO i N porozumiałyby się w sprawie wspólnego kandydata, to i tak nie będzie miał on łatwo. Bo oprócz ubiegają­cego się o reelekcję Adamowicza po stronie antyPiSu pojawią się również lewicowi kan­dydaci. A takie rozproszenie i podbieranie sobie głosów przysłuży się kandydatowi PiS - w przypadku Gdańska prawdopodobnie Kacprowi Płażyńskiemu (synowi jednego z „trzech tenorów” PO). O szerokim opo­zycyjnym porozumieniu i wspólnej liście na wybory samorządowe można więc już śmiało zapomnieć. I PSL chce iść osobno, i lewica, w tym przede wszystkim umoc­nione ostatnimi sondażami SLD (12 proc., IBRiS dla „Rz”). - Wybory samorządowe są wyborami o wszystko. Bo chodzi o to, żeby dać ludziom nadzieję, że można z PiS wy­grać - podkreśla Sławomir Neumann. - Sa­modzielny start innych ugrupowań będzie dla nich próbą, a słabe wyniki sygnałem, że wyborów parlamentarnych mogą nie przeżyć- dodaje szef klubu PO.
   Jak mówi jeden z polityków z władz Sojuszu: - Jeśli w wyborach do sejmików zgarniemy wynik powyżej 10 proc., do wy­borów parlamentarnych pójdziemy sami. Jeśli jednak będzie gorzej, na poziomie 5-6 proc., to pewnie Włodek nie będzie ry­zykował i będzie chciał się dogadać ze Sche­tyną i Lubnauer. Nasz rozmówca przyznaje, że dla Czarzastego najważniejsze jest to, aby wprowadzić SLD znów do Sejmu. I wolał­by to zrobić samodzielnie, bo jeśli udało­by mu się to niejako na plecach Schetyny, jego sukces byłby umniejszany Dlatego rozpoczął ofensywę: ruszył z konwencja­mi wojewódzkimi, których zwieńczeniem będzie Rada Krajowa SLD (12 maja w Warszawie), szykuje się do obchodów 1 maja, zlecił badania fokusowe, na podstawie których chce opracować kilkupunktowy strategiczny plan dla lewicy. Zamierza też wystawić w wyborach na prezydenta Warszawy „jakąś gwiazdę”. Według plotek krążących po Złotej (siedziba SLD) może chodzić o Marka Borowskiego - ale były marszałek to dementuje.

Na mrówkę
Również Barbara Nowacka i jej Inicjaty­wa Polska raczej będą się dobierać lokalnie - startować z ruchami miejskimi i inicja­tywami feministycznymi (np. Dziewucha­mi), gdzieniegdzie może z razemowcami. A potem? - Chciałabym, aby w wyborach parlamentarnych nie było tylko dwóch blo­ków, ale żeby był blok pisowski oraz dwa bloki prodemokratyczne: liberalno-konser­watywny i liberalno-lewicowy. Tyle że jak na razie powstanie jednego bloku łączą­cego lewicowe byty to mrzonka, z czego zresztą Nowacka zdaje sobie sprawę. Po le­wej stronie za dużo jest animozji i nie ma co liczyć, że SLD pójdzie wspólnie z Razem.
   Nowacka śmieje się, że Schetyna powta­rza jej, żeby „policzyła to sobie D’Hondtem”. Sama też ma świadomość, że aby myśleć o postępowym państwie, trzeba najpierw wrócić na demokratyczną ścież­kę, czyli odsunąć PiS od władzy. A ordyna­cja i arytmetyka są tu bezwzględne.

Na wilka
Ubiegłotygodniowy sondaż dla „Rz” oraz wcześniejszy dla „Faktów” pokazują, że coś się przełamało i jest szansa, aby PiS nie rzą­dziło w kolejnej kadencji, nawet w koalicji z Kukiz’15. Oczywiście partia rządząca bę­dzie próbowała odbić się od tego kryzysu, przykryć go innymi tematami - powstają­cą komisją ds. VAT, sobotnią konwencją, na której mają paść kolejne socjalne obiet­nice (500+ na pierwsze dziecko, dodatek dla emerytów), dyskusją o obniżce parla­mentarnych i samorządowych pensji. W PO spodziewają się, że Kaczyński może chcieć też zaatakować Donalda Tuska i w związ­ku ze Smoleńskiem oskarżyć go o „zdradę dyplomatyczną”, a także aresztować ich sekretarza generalnego Stanisława Gaw­łowskiego („ale najpierw muszą zamknąć Stanisława Koguta - tak dla symetrii”).
   Sondażowe spadki PiS (o 12 proc. w ba­daniu dla TVN i o 7 proc. w sondażu „Rz”) to nie tylko sprawa nagród, ale i nowej awantury o zaostrzenie ustawy anty­aborcyjnej i kolejnego Czarnego Prote­stu, może już także wypadkowa zużywa­nia się władzy. Tak tłumaczą to specjaliści od wizerunku politycznego, tak wygląda to z perspektywy Warszawy i innych dużych miast. Ale kiedy pojedzie się w teren, wy­raźniej czuć, gdzie jest prawdziwa emocja, jak bardzo na wyobraźnię działają cicha­czem dodawane sobie przez rządzących do pensji ekstrawynagrodzenia. Widać było to w ubiegłym tygodniu podczas Spo­tkań Obywatelskich w Kujawsko-Pomorskiem. To taka akcja prowadzona już dru­gi rok przez Platformę. W skrócie wygląda to jak nalot polityków na dane wojewódz­two. Najpierw jest spotkanie w większym mieście (w tym wypadku w Grudziądzu), czasem Gabinet Cieni, później wspólny obiad, z którego podzieleni na kilkuosobo­we grupy parlamentarzyści PO rozjeżdżają się po powiatach. Spotykają się z miesz­kańcami, sympatykami, partyjnymi dzia­łaczami i lokalnymi politykami (frekwencja z reguły na poziomie kilkudziesięciu osób, średnia wieku: 50+). Są wcześniej dobrze „zbriefowani”, dostają specjalne opraco­wanie z charakterystyką poszczególnych powiatów (opisem najważniejszych pro­blemów, rynku pracy, sytuacji politycznej, demograficznej itp.).
     - Lubię takie spotkania, nawet w trudnym terenie, bo to sól polityki - mówi Grzegorz Schetyna, który w ubiegłym tygodniu go­ścił w 15-tysięcznej Chełmży. A łatwo tam nie miał, bo oprócz zwolenników antyPiSu na dyskusji zorganizowanej w miejsco­wym hotelu pojawiło się też paru krzykaczy - na oko i ucho dawnych wyborców Samo­obrony. Omal nie doszło do przepychanek, jednak szefowi PO udało się uspokoić to­warzystwo, przekonać, aby go posłuchali. Ale od sympatyków też mu się dostało: były pytania o to, czy w partii nie ma już nikogo wartościowego, skoro we Wrocławiu musi stawiać na byłego pisowca, i zarzuty, że jest niemedialny. Pierwsze pytanie z sali doty­czyło jednak nie wyborów, nie demontażu państwa prawa i psucia wizerunku Polski, ale sprawy miejscowej gorzelni (za czasów rządów PO cofnięto jej skład podatkowy i prawo do prowadzenia działalności go­spodarczej). Podczas spotkania dużo też było o nagrodach dla ministrów, o ma­nipulacjach TVP i o tym, czy PO rozliczy obecną władzę - Schetyna zdecydowanie to potwierdził, bo „to nie kwestia vendetty, ale ostrzeżenia dla demokracji”.

Na zmianę
Kujawsko-pomorskie to jedno z - jak to określa szef PO - „swingujących woje­wództw”. To na nich chce się teraz szcze­gólnie skupić, gdyż to one zaważą na wyni­ku wyborów (dla Platformy ważne jest, aby wygrać w co najmniej połowie sejmików, a w pozostałych móc stworzyć koalicję). Następne Spotkanie Obywatelskie planuje więc w Świętokrzyskiem.
   Ale w teren rusza też PiS. Politycy z obozu rządzącego nie unikną pytań o nagrody. Jed­nak pułapka, którą prezes Kaczyński próbu­je zastawić na opozycję, może zatrzasnąć się pusta, jeżeli PO i N zgłoszą do zapowia­danej ustawy obniżającej wynagrodzenia polityków szereg poprawek wykluczających patologie, na których przez ostatnie dwa lata dorabiali się ludzie „dobrej zmiany”. Jest to w pewnym stopniu licytacja na po­pulizm, ale skoro zdzieranie gardeł w obro­nie Trybunału, niezależnego sądownictwa i państwa prawa nie przynosiło efektów, to może taka polityka ma teraz sens.
Malwina Dziedzic

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz