PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 8 kwietnia 2018

Mit wyciszony będzie trwał



Rozmowa z prof. Wojciechem Bursztą, antropologiem i kulturoznawcą, o religii smoleńskiej jako politycznym narzędziu.

Joanna Podgórska: - Lech Kaczyński, święty męczennik religii smoleńskiej, uhonorowany na wszelkie możliwe sposoby. Zdrajca Tusk daleko, w Brukseli. Dowodów na zamach brak. A ostatnio jeszcze główny kapłan smoleńskiego kultu odsunięty na margines. Mit się wypala?
Wojciech Burszta: - Nie. W sposób naturalny przygasa ten odłam, który na­zywany jest religią polityczną. Ale tylko przygasa. Niby niewiele się w tej sferze dzieje, smoleńska opowieść została wyci­szona, nie pojawiają się w niej nowe wąt­ki, ale prawdziwym sprawdzianem będzie 10 kwietnia i odsłonięcie pomnika. Pyta­nie, na ile dziś, po 8 latach, uda się odtwo­rzyć ryt założycielski religii smoleńskiej. Na ile da się reaktywować ten mityczny moment - atmosferę Krakowskiego

Kwietniowa „procesja" miesięcznicowa ma być ostatnia.
Zobaczymy, co będzie w zamian. Re­ligia smoleńska ma charakter czysto rytualny, doprowadzony do krańco­wej postaci - skonwencjonalizowania od strony języka, gestów, zachowań, organizowania przestrzeni. Wydawa­łoby się, że pod tym względem już nic nowego nie da się wymyślić, skoro nie ma nowych podniet do tego, by trans­formować pierwotny mit. Ale smoleńscy kapłani na pewno będą próbowali coś nowego zaproponować.

Można było odnieść wrażenie, że taką próbą była atmosfera histerycznej niemal religijności, która towarzyszyła zaprzysiężeniu Andrzeja Dudy na pre­zydenta. To się rozmyło.
Bo ta semantyka jest pusta. Podobnie było w przypadku pochówku Lecha Ka­czyńskiego na Wawelu, który miał nawią­zywać do najsłynniejszych pogrzebów narodowych bohaterów. To się nie udało. Grób Lecha Kaczyńskiego nie stał się miejscem masowych pielgrzymek patriotycz­nych. Głównie ze względu na dość ogra­niczony potencjał uświęconej postaci. Nie da się jej przypisać walorów heroicznych. Lech Kaczyński nie zasłynął z wielkich mów czy pism, nie wsławił się czynami bo­haterskimi, znaczącymi dla historii Polski.
Dla mitu smoleńskiego najważniejsze było to, co działo się w 2010 r. do września, czyli do momentu usunięcia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego. To było apogeum. Wtedy się wszystko wydarzyło. Stała się nowa Polska. Niebawem ukaże się bardzo ważna książka „Od rytuału do konfliktu. Mediatyzacja żałoby smoleńskiej” dr. Jac­ka Dziekana. Opisuje, jak krótki moment prawdziwej żałoby ponad podziałami przekształcił się w spektakl medialno-polityczny i wreszcie konflikt, powodujący bardzo głęboką polaryzację społeczną.
Tego, co się potem stało, nie da się zrozumieć bez odwołania do tamtych momentów. Wtedy wybuchła symbolika martyrologiczno-narodowa, która obec­na jest do dziś w działaniach partii rzą­dzącej. Ta symbolika ma dotyczyć jednak tylko części narodu; tych, którzy wpisują się w opowieść uzupełnianą sukcesywnie i na wiele sposobów. Weźmy to, co dzie­je się w kształtowaniu nowych podstaw programowych historii i języka polskiego, nazewnictwie ulic, „wymazywaniu” Wa­łęsy, Michnika i Kuronia jako postaci klu­czowych dla współczesności, odbieraniu stopni wojskowych, długo by wymieniać. Religia smoleńska jest fragmentem szer­szej inżynierii społecznej, próbą cofnię­cia nas do wyobrażonej wspólnoty, która w istocie jest wspólnotą uświęconą naro­dowo i religijnie. Te dwa pierwiastki mają się do końca zlać w jedno wyobrażenie.

Czy tu spod spodu nie prześwitu­je kompleks polski? Nie zabija się prezydentów nieważnych państw. My jesteśmy ważni, a zatem to musiał być zamach.
Oczywiście, że tak. Nie bez kozery uży­wam pojęcia mitu, bo od początku to wy­darzenie i późniejsze próby jego wyjaśnia­nia przez podkomisję smoleńską mają charakter mityczny. Katastrofę przedsta­wiano jako drugi Katyń, mord smoleński. To kolejny element polskości, jako kultury bezustannie atakowanej, która cudem tyl­ko istnieje. My, Polacy, istniejemy cudem. Smoleńsk opowiada nam o szerszej ca­łości; o naszych dziejach, pamięci, war­tościach, nieskażonym charakterze pol­skości. Elementy tej całości wyobrażonej nazywa się narodowymi exempla virtutis, cegiełkami wartości. To dziś widać bardzo dobrze, gdy próbuje się budować nową narrację choćby o relacjach polsko-żydow­skich podczas II wojny światowej. Religia smoleńska jest w wyciszeniu, ale jednocze­śnie na podorędziu i wypłynie znowu w tej czy innej postaci.

A jak antropolog kultury w kontekście religii smoleńskiej odczytuje masowe ekshumacje ofiar? To grzebanie w trumnach ma przecież czysto symboliczny charakter. Kolejna próba ożywienia mitu?
W naszej kulturze, która przecież bardzo wolno oswaja się z pochówkiem w formie kremacji, bardzo ważna jest integralność zwłok. Według tradycyjnego wyobraże­nia śmierci i świętości ciała jest bardzo istotne, by w grobie nie znalazł się nikt obcy; ani jeden fragment obcego. Przecież znaczna część rodzin dała przyzwolenie na te ekshumacje, wręcz ich żądała. Z ich subiektywnej perspektywy to jest ważne.
Możemy myśleć inaczej. Ja nawet potra­fiłbym dostrzec piękno w tym, że w grobie ofiary jest jakiś element ciała współtowa­rzysza czy współtowarzyszki tego samego losu. Ale dla większości najważniejsza jest ta integralność - nasz grób, nasz zmar­ły, nikogo obcego. A politycy cynicznie to wykorzystują. Z góry było wiadomo, że ekshumacje nic nie dadzą, poza stwier­dzeniem, że błędy przy pochówkach się zdarzały, jak zwykle w przypadku takich katastrof. Interes polityczny wymagał, by podtrzymywać płomień walki z po­przednią władzą, którą można było oskar­żyć o profanację zwłok. Takie argumenty oddziałują na wyobraźnię.

Zestawmy dwa obrazy. Rozmodlona grupa ludzi pod krzyżem przy Pałacu Prezydenckim, celebrujących własne wykluczenie, mijana przez kolorowy, rozbawiony tłum. I Krakowskie Przedmieście wygrodzone metalo­wymi barierkami, tysiące policjantów i przedstawiciele najwyższych władz w procesji za Jarosławem Kaczyńskim. Może są dwie religie smoleńskie: kult ludowy i kult państwowy?
Kult ludowy na początku był z całą pewnością spontaniczny. A potem media odegrały swoją rolę. Preludium był film Jana Pospieszalskiego i Ewy Stankiewicz „Solidarni 2010”, będący zapisem roz­mów Polaków podczas żałoby na Kra­kowskim Przedmieściu. To on stworzył matrycę konfliktu, który potem został wykorzystany politycznie.

Ale czy to, że religia smoleńska stała się kultem państwowym, na dłuższą metę ją wzmocni czy osłabi?
Kultu państwowego nie da się w dłuż­szej perspektywie utrzymać. I myślę, że ci, którzy go celebrują, doskonale o tym wie­dzą. Dlatego robią wszystko, co się da, by jak największą grupę ludzi przekonać do tego sposobu myślenia. A najgorsze jest to, że próbują nas przy tym pozbawić tego, co bardzo cenne - zaufania. Zaufania do państwa, do władzy czysto świeckiej, liberalnej, która postępuje racjonalnie, na chłodno, bo nie ma zdolności jedno­czenia ludzi wokół jakichś mitologicznych wyobrażeń. A jak bardzo społeczeństwom jest takie zaufanie potrzebne, widać po ra­dosnym marszu populizmu przez różne części świata. Jednocześnie pokazuje, jak głęboki był deficyt zbiorowej mitologii, która pomagała czuć się razem w obli­czu tragedii.
Czasem słyszy się tezy, że religia smo­leńska okaże się takim samym humbugiem, jakim bardzo szybko okazało się po­kolenie JP2. Nie sądzę, by śmierć papieża i katastrofa to były porównywalne wyda­rzenia. Smoleńsk o wiele mocniej wpisuje się w ciąg znaków polskości zagrożonej, otoczonej wrogami; polskości, która bez religii nie może przetrwać, nie potrafi so­bie bez niej poradzić. Religia smoleńska w sposób absolutny odwołuje się do religii odświętnej, rytualnej, ludowej. Wyobraże­nie Polak katolik nie jest tu tylko zbitką. To jest po prostu jedno i to samo. I o to w istocie chodzi - o wykluczenie obywa­telskiej idei przynależności narodowej, sprowadzenie koncepcji narodu do kate­gorii etniczno-religijnej.

Czy dlatego tak znacząca część polskiego Kościoła tak łatwo inkorporowała smoleński mit?
Nie zdziwiło mnie to, bo wobec pol­skiego Kościoła już od dawna nie mam żadnych złudzeń. On nie jest chrześcijań­ski w tym podstawowym znaczeniu. Nie dlatego, że jest tak narodowy, ale dlatego, że jest nieufny wobec idei uniwersalistycznych, które leżą u podstaw chrześci­jaństwa. W dodatku nie ma najmniejszego pomysłu na opowieść, jak ten narodowy wariant polskiego katolicyzmu miałby wyglądać. Kościół sam z siebie nie ma nic do powiedzenia. Wszystko przychodzi skądinąd. Potem kapłani w języku ko­ścielnym powtarzają wypowiedzi mediów, polityków czy jakichś ruchów oddolnych. Kościół wycofał się z roli kompasu moral­nego, którą pełnił do 1989 r., zadowalając się obecnością instytucjonalną i obsesją na punkcie ochrony życia poczętego.

W dodatku wygląda na to, że religii smoleńskiej Kościół nie jest niezbęd­nie potrzebny.
Ależ oczywiście. Zwłaszcza że nie po­trafił tego zjawiska nie tylko zawłaszczyć czy oswoić, ale wręcz intelektualnie ogarnąć. Religia smoleńska mieści się jakoś w granicach instytucjonalnego Kościoła, organizowane są msze czy mo­dlitwy upamiętniające ofiary, ale to tylko oprawa. Kult smoleński ma własnych ka­płanów i rytuały.

Jednak w zamach wątpią coraz częściej nawet prawicowi dziennikarze, którzy latami się tym tematem zajmowali. Smoleńsk już chyba się wyczerpał jako paliwo wyborcze.
Możliwe. Ale mit działa w taki sposób, że zostawia wszystkie interpretacje otwar­te. Widać, że prezes, czyli papież smo­leńskiej religii, już się do takiej sytuacji przygotowuje. Na płaszczyźnie dowodów i faktów o zamachu już się opowiadać nie da. Mówi więc, że być może nigdy nie do­wiemy się prawdy. Smoleńsk będzie uwo­dził wieczną tajemnicą i niepewnością.
Według mnie papierkiem lakmuso­wym będzie 10 kwietnia i kolejne mie­siące do setnej rocznicy odzyskania nie­podległości. To będą próby sondowania, na czym taką zmodyfikowaną opowieść o Polsce i wartościach należy oprzeć i czy wątek smoleński ciągle będzie działał jako klucz do symbolicznego wzmożenia. Wi­dać, że robi się wszystko, by to wzmożenie mitologiczno-patriotyczne się nasilało, a jesień dopiero przed nami.

Co może zostać z mitu smoleńskiego za 10 lat? Czy pozostawi w nas jakieś trwałe ślady?
Na to pytanie odpowiedzieć najtrudniej. Jako antropolog wiem, że wyobrażenia społeczne charakteryzują się trwałością, podlegając nieustającej transformacji. Ale w tych wszystkich transformacjach jest ukryta potrzeba wartości, których nawet nie musimy rozumieć czy realizować, ale chcemy do nich przylegać; do pewnej wy­obrażonej wspólnoty.
Pewnie za 10 lat będziemy o religii smoleńskiej mówili w cudzysłowie, ale ten typ myślenia o świecie i mentalności nie zniknie. Mit o zamachu się wypali, ale to, co było podłożem Smoleńska, znajdzie sobie inne paliwo. Nie widzę realnej moż­liwości, by w najbliższym czasie polary­zacja na dwa moralne plemiona, na które podzielili się Polacy, choćby się zmniej­szyła. To się coraz bardziej pogłębia. Niby mówimy tym samym językiem, operuje­my tymi samymi pojęciami, ale nadajemy zupełnie inny sens słowom takim, jak wol­ność, religia, demokracja czy nawet życie ludzkie. Już na tym najbardziej podstawo­wym etapie nie ma porozumienia. Zaczy­namy żyć w dwóch różnych wspólnotach dyskursywnych. I to może być ten trwały efekt religii smoleńskiej.
Rozmawiała Joanna Podgórska

Prof. dr hab. Wojciech Burszta - antropolog, kulturoznawca, eseista i krytyk kultury, kierownik Katedry Antropologii Kultury w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, profesor w Zakładzie Badań Narodowościowych Instytutu Slawistyki PAN. Autor ponad 200 publikacji naukowych. Prywatnie zapalony miłośnik kryminałów, które pochłania najczęściej w czasie regularnych podróży pociągami na trasie Milanówek-Warszawa Wschodnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz