PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 17 stycznia 2017

Grzechy nasze i wasze



Każda dyskusja wewnętrzna, każdy podział w „naszym obozie” daje „tamtej stronie” argument do młócki propagandowej. A przecież jeśli nie chcemy stać się takimi jak oni, musimy mówić o błędach demokratycznych polityków

Cezary Michalski

Jak rozmawiać o błędach własnej strony? O faktu­rach Mateusza Kijowskiego, o osobistych ambicjach Ra­domira Szumełdy, o grani­cach politycznej skuteczności Grzegorza Schetyny, o granicach uroku osobiste­go Ryszarda Petru, a wreszcie (to może najtrudniejsze) o dochodzeniu prowa­dzonym przeciw Józefowi Piniorowi w sprawie o korupcję? Jak to robić, gdy trwa coraz bardziej radykalny konflikt polityczny, a druga strona zbudowała narrację, media, kult i wspólnotę wy­znawców? I każda dyskusja wewnętrzna, każda samokrytyka, każdy podział w „na­szym obozie” daje „tamtej stronie” wy­łącznie argument do cynicznej młócki propagandowej?
   Bo przecież nikt w prawicowych me­diach nie pochyli się nad tym, że ci libe­rałowie to jednak są uczciwi, bo potrafią krytykować Petru czy Kijowskiego, nor­my są dla nich ważniejsze niż osoby i własny polityczny interes. Nie - odbior­cy prawicowej polityki i mediów ni­gdy takich rzeczy od swoich polityków, dziennikarzy, nawet intelektualistów nie usłyszą. Co najwyżej dowiedzą się, że na­wet liberałowie przyznali, że ich liderzy są skorumpowani.
   Wyjątki są, warto je odnotować. Na przykład Rafał Ziemkiewicz chętnie szy­dzi z Kaczyńskiego. Ale najczęściej kryty­cy Kaczyńskiego na prawicy robią to tylko dlatego, że mają własne ambicje - jeszcze bardziej oszalałe niż ambicje Kaczyń­skiego. I wyznają własną, jeszcze bardziej radykalną ideologię (etniczny nacjona­lizm, katolicki fundamentalizm). Więc nie bezstronnością czy obiektywi­zmem są podyktowane ich krytyki, ale zwykłą nadzieją, że kiedyś Na­czelnika zastąpią czy też na pra­wicy po Kaczyńskim zbudują sobie pozycję autorytetu en­deckiego lub religijnego.

JAK WYGLĄDA KULT
Języki prawicy, uspra­wiedliwiające grzechy własnego obozu i własnych politycznych reprezentantów, są z grubsza dwa.
   Pierwszy - zrekonstruo­wany jakiś czas temu przez Janickiego i Władykę w ty­godniku „Polityka” - to język symetrii. Ta strategia nie wymaga inteligencji, jest łatwa i naturalna jak moral­ność Kalego. Polega na przy­znaniu, że „nasze patologie, owszem, są, trudno ich nie za­uważyć”. Wiadomo - Misiewicze, nepotyzm dający zatrudnienie w pań­stwie PiS krewnym Czarneckiego i Waszczykowskiego, żonom Kurskiego, Ziobry i Karnowskiego; koledzy urządzający so­bie przejażdżki na karuzeli spółek skarbu państwa, często bez jakichkolwiek kwali­fikacji (jeśli nie liczyć zaufania Kaczyń­skiego albo Brudzińskiego) i dostający za taką przejażdżkę, trwającą czasem ledwie kilka miesięcy, setki tysięcy złotych (tak są odprawiane ofiary czystek ludzi byłe­ go ministra skarbu zastępowanych przez ludzi obecnego ministra rozwoju). Ale na­sze grzechy są całkowicie, a nawet z nad­wyżką usprawiedliwione przez zbrodnie Platformy, PSL, SLD, III RP... Możemy być jeszcze gorsi, niż jesteśmy dzisiaj, a i tak nie będziemy tacy źli jak oni.
To droga do piekła, ale podążający nią nawet nie zauważą, że są już w ostatnim kręgu.
   Druga strategia, ciekawsza, obsadza Kaczyńskiego w roli Gomułki. Na nim skupia się kult i on wszystko usprawiedli­wia. Skromny, nieszukąjący bogactwa. Co prawda wydawał na siebie miliony złotych z dotacji dla partii (czyli z kieszeni wszyst­kich podatników), ale te pieniądze szły na ochroniarzy, czyli na majestat personal­nej władzy, a nie na luksusowy dom pod Warszawą, nie na limuzynę ani na nową, młodszą żonę - jak to się zdarza ludziom Kaczyńskiego, nawet tym najbliższym.
   Co prawda za sporą prywatną pożyczkę Kaczyński odwdzięczył się swojej księgo­wej, posyłając ją do władz ważnej (i bardzo chlebowej) spółki skarbu państwa. „Ale nie wydał przecież tamtych pieniędzy na siebie, tylko na leczenie mamy, na rodzi­nę, bo to taki dobry i skromny człowiek”.
   Także towarzysz Wiesław (partyjny pseudonim Władysława Gomułki przy­woływany przez media, kiedy chcia­no ocieplić wizerunek przywódcy) był uczciwy i skromny. Ten jego osobisty purytanizm miał być odgromnikiem dla wszystkich zarzutów o korupcję, ne­potyzm. Tak działa każdy autorytarny ustrój, a nawet każda autorytarna świa­domość. Dobry car myślący tylko o dobru swego ludu i jego źli urzędnicy, czasami kradnący, myślący o sobie. Ale wtedy do­bry car ich karze i lud może znowu spać spokojnie.
   To najstarsza metoda legalizowania grzechów własnego obozu. Przez polską prawicę chętnie dziś używana.
   No i stosowanie moralności Kalego - zupełnie już oficjalnie. Faktury Ki­jowskiego, które raczej nie były żadnym przestępstwem, ale politycznym błędem, mają równoważyć owo słynne „zapewni­my wam byt”, wygłoszone przez Misie­wicza do lokalnych działaczy Platformy, gdy ich próbował kupić dla Kaczyńskie­go i Macierewicza w zamian za stanowi­ska w spółkach skarbu państwa. Jednak „prokuratura” (to już tylko eufemizm na określenie grona cynicznych współ­pracowników Zbigniewa Ziobry) przy­jęła zgłoszenie w sprawie Kijowskiego, a sprawę Misiewicza właśnie umorzyła.

GRZECHY NASZEJ STRONY
W sprawie zarzutów korupcyjnych wobec Józefa Piniora prawica dawno już wydała wyrok. Na przykład taka Ani­ta Gargas, która kiedyś nawet mogła stać się dziennikarką, ale konsekwentnie wy­brała rolę politycznej propagandystki. Dziś obsługuje „sprawę Piniora” w TVP SA, podobnie jak kiedyś dziennikarze „Trybuny Ludu” czy „Żołnierza Wolno­ści” obsługiwali pokazowe procesy po­lityczne - wskazując winnych, zanim prokurator wojskowy zakończył prze­mówienie i przekazując ludowi „ma­teriały dowodowe” dostarczone przez prokuraturę i służby.
   Ale łatwiej jest krytykować, niż sa­memu dać jakąś receptę. Jak ja się mam zachować jako publicysta, co mam dora­dzić ludziom, dla których piszę, podobnie zdezorientowanym i skotłowanym jak ja? Mówiąc szczerze - nie wiem.
   Kocham Józefa Piniora jako legen­dę mojej radykalnej młodości, ale także jako człowieka, którego wiele lat później miałem zaszczyt poznać osobiście. Jed­nak nie należę do tych, którzy „ręczą za jego uczciwość, bo go znają”. Po pierw­sze, nie jestem celebrytą, który ośmielił­by się taką rękojmię wygłosić i wierzyć, że ma ona jakąkolwiek wartość. Po dru­gie - i ważniejsze - sam Pinior zawsze stawiał prawo ponad autorytetem tego czy innego znanego człowieka. Dlatego dziś czeka z nadzieją na wyrok niezawi­słego sądu. No bo jeśli Pinior wciąż jest na wolności, a nie w areszcie wydobyw­czym Ziobry i Kamińskiego, to wyłącznie dlatego, że choć Trybunał Konstytucyj­ny został już przez PiS unicestwiony, są jeszcze sądy w Warszawie, Pozna­niu. A w tych sądach prawo nadal jest egzekwowane.
   Nie wiem też, czy faktury Kijowskie­go były nielegalne, czy tylko niezręcz­ne. Jestem Kijowskiemu niezmiernie wdzięczny za to, że wraz z innymi lide­rami i liderkami KOD przywrócił mi nadzieję, że polskie liberalne mieszczań­stwo potrafi się politycznie zmobilizować i bronić. Chciałbym wierzyć w moich, ale jeszcze bardziej chciałbym poznać praw­dę, choćby była gorzka.
   A przy tym wszystkim ja sobie poradzę, bo nigdy nie potrzebowałem kultu ja­kiegoś polityka, żeby na niego głosować. Nie muszę wierzyć w Schetynę czy Petru, żeby oddać głos na ich partie. Nie muszę kochać Kijowskiego, Szumełdy, żeby cho­dzić na marsze KOD. Od 1991 roku zawsze głosowałem ostrożnie i bez przyjemno­ści - na mniejsze zło, na mniejsze ryzyko, dokonując zawiłych matematycznych ra­chunków. A i tak myliłem się równie czę­sto jak ci, którzy idą głosować popychani wielką nadzieją albo wielkim gniewem.
   Jednak rozumiem, że wielu ludzi po­trzebuje choćby odrobiny ciepłego emocjonalnego stosunku do własnych liderów. Potrzebuje charyzmy, przeko­nania o ich czystości. I kiedy tego za­braknie - mogą się załamać. Szczególnie kiedy dodatkowo są bombardowani - z telewizji na Woronicza, ze wszystkich medialnych armat prawicy - najbardziej brutalnymi kłamstwami i najwulgarniejszymi insynuacjami („alimenciarz”, „dealer”, „złodziej”, „agent”, „zdrajca”).

ANIOŁY NIE PRZEŻYJĄ
W sytuacji niszczenia państwa pra­wa i radykalizacji PiS-owskiej rewolu­cji nihilizmu - gdy rozwalono TK, media publiczne, służbę cywilną, spółki skarbu państwa - po liberalnej stronie zamiast mobilizacji, umocnienia się przywódz­twa, zamiast wyznaczenia priorytetów oporu i walki, rozwija się stronnictwo czystych rąk.
   Dogmaty tego stronnictwa są nastę­pujące: PiS jest coraz bardziej agresywne? My wyciągajmy rękę z gałązką oliwną, strzeżmy się zdecydowanych określeń i diagnoz.
   Prawica obraża „lemingi”, „gorszy sort” i „zdrajców”? My pochylmy się nad krzywdami „pisowskiego ludu”, miesza­jąc z błotem całą liberalną transforma­cję po roku 1989. Wystarczy zapomnieć, że nie wychodziliśmy ze skandynawskie­go państwa opiekuńczego, ale z ruin PRL, żeby przyłączyć się do PiS-owskiej stra­tegii spalonej ziemi, mającej oczyścić miejsce pod IV RP.
   PiS ma lidera, którego otacza kul­tem? Wobec tego atakujmy liderów na­szego obozu (a nawet pretendentów do tej roli). Głośmy, że u nas brakuje wy­raźnego przywództwa, i przekonujmy do (absurdalnego przecież) zarządzania opozycją zbiorowo, może przez inter­net, ponieważ posiadanie przywództwa oznacza ponoć autorytaryzm.
   PiS robi dowolne przekręty, czując się bezkarnie wobec żelaznego elektoratu? My wyznaczmy swoim reprezentantom takie standardy czystości, których żadna ziemska instytucja ani żadna żywa istota spełnić nie może.
   Nie głoszę zasady absolutnej symetrii, nie mówię: „róbmy to, co oni”, ale tego typu pięknoduchostwo jest przepisem na samobójstwo polityczne, na oddanie Pol­ski partii prowadzącej skutecznie swoją rewolucję nihilizmu. Gdyby w chwilach kryzysów i walki miejsce Churchilla, Wałęsy, Jana Pawła II, Margaret That­cher (gwoli parytetu), zajęły zbiorowe kierownictwa, prowadzące permanen­tną dyskusję i pragnące zachować prze­de wszystkim dobre samopoczucie ludzi o czystych rękach, to z liberalnego świata kamień na kamieniu by nie pozostał.
   Święty Paweł prosił pierwszych chrześcijan - chcąc, aby przeżyli - „bądźcie dziećmi w sercu, ale nie w rozumie”. Tak­że i my w chwili próby zachowaj my świa­domość wartości i celów, a jednocześnie nauczmy się politycznie pozostać przy życiu. Nauczmy się też doceniać tych, któ­rzy potrafili coś zbudować po stronie libe­ralnej (Schetyna przy wszystkich brakach charyzmy, Petru przy wszystkich brakach charakteru, Kijowski, Szumełda...).
   Oczywiście nie możemy zamykać oczu na błędy, szczególnie gdy są one wi­doczne nawet przy mocno zmrużonych powiekach.
   Schetyna za bardzo zadowolony z tego, że przetrwał Tuska i zebrał po nim par­tię, by naprawdę umieć współpracować i budować jedność całej opozycji. Petru za bardzo skupiony na tym, żeby osła­biać PO, mimo że nie potrafi zbudować partii, która mogłaby cały potencjał Plat­formy zagospodarować. Kijowski, który w kwestiach finansowych okazał się - nie „złodziejem” czy „alimenciarzem” - ale amatorem. Szumełda tak ambitny, że do walki o pozycję lidera KOD użył metod, które KOD osłabiły.
   Jest wiele błędów, o których możemy rozmawiać rzeczowo. Bez stawiania uto­pijnych postulatów, które naszą stronę, nasze instytucje, naszą mobilizację spo­łeczną zniszczą całkowicie. I możemy o tym rozmawiać, nie dając się prawicy rozgrywać jak dzieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz