PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 24 stycznia 2017

Świat wirtualny,San Polando,Dobra zmiana made in the USA,Polska wałachem stoi,Era smogu i Tysiąc walecznych



Świat wirtualny

Będzie o kręceniu filmów w Hollywood, choć akcja rozegra się w studiu filmowym przy Wiejskiej. Oto scena. Na planie czterech osobników z PiS, jeden jest kobietą. Przed nimi mikrofo­ny. Konferencja prasowa na temat odwołania Kuchcińskiego z funkcji marszałka Sejmu. Dziennikarka: „Czy w odwecie odwołacie na przykład marszałek Kidawę-Błońską?”. Nie mieli w planie tego pomysłu. Z zasko­czenia odpowiadają: „Eee... yyy... ”. Dziennikarka drąży: „Ale macie taki zamiar czy nie? Tak się często postępu­je”. Odpowiedź: „Eee... yyy... na razie wniosek w sprawie Kuchcińskiego nie wpłynął”. Koniec konferencji.
   Pół godziny później stado dziennikarzy dopada na ko­rytarzu Kidawę-Błońską. „Podobno PiS chce panią od­wołać ze stanowiska marszałka!”. „Pierwsze słyszę, a za co?”. „Za Kuchcińskiego!”. Zdumiona: „Nic o tym nie wiem”.
   Wieczorem pytania do polityków brzmią: „Czy zło­żyliście już wniosek o odwołanie Kidawy-Błońskiej?”. I kolejne: „Podobno jej miejsce ma zająć ktoś z PSL?”. Do końca dnia odwołanie Kidawy padnie jeszcze 100 razy i właściwie jest już wyrzucona. Na Twitterze z oburze­niem komentują rzecz posłowie opozycji, w studiach tele­wizyjnych omawiają wyrzucenie politycy różnych partii, komentatorzy snują scenariusze. Ci się pienią, tamci bu­rzą, mądrale omawiają dalsze konsekwencje. Cały dzień różni ludzie maglowali wymyślony przez dziennikarkę kit, aż stał się na tyle miękki, że dał się wcisnąć we wszel­kie szczeliny. Prymitywna intryga niczym ochłap padliny wylądowała na stole wygłodzonych hien. I tak wypichconym daniem naród był karmiony przez 24 godziny. Któ­ra to dziennikarka zaczęła i jaki był jej cel - nie wiadomo. Tytuł powyższego filmiku: „News”.
   Jacek Kurski, szef telewizji, wyznał właśnie, że jego firma potrzebuje nowoczesnego studia HD z obłę­dnym wyposażeniem, żeby móc wypełnić misję rze­telnej informacji. Kilka dni wcześniej pokazał scenę, która w realu nie istniała. Z klapy mówiącego posła zni­kło serduszko WOSP, które wcześniej w tym materiale było. Ślad po serduszku jednak pozostał, gdyż sprzęt do pikselowania był kiepski.
   Kurski-Zemeckis - mówi wam to coś? W filmie „For­rest Gump” aktor Tom Hanks rozmawia z prezydentem Kennedym, który nie żyje od 50 lat. Materiał symulo­wany na lata 60. ubiegłego wieku, obaj ruszają ustami, mówią, podają sobie ręce, poklepują się, żartują. Dla re­żysera Roberta Zemeckisa to był tydzień roboty na kom­puterze. Pomyślałem, że dla sportu jakaś inna wielka stacja - powiedzmy TVN - mogłaby dokleić komputero­wo serduszka do klap Kaczyńskiego, Macierewicza czy Kempy, pokazać, jak krzątają się na ulicy w tłumie, gratu­lują Owsiakowi, a komentator rzuciłby niewinnie: „Jak zwykle pieniądze na WOSP zbierały miliony ludzi, w tym także znane osobistości”.
   W1982 roku komunistyczny dziennikarz pewnego ty­godnika napisał, że sikałem na pomnik polskich żołnie­rzy. Struchlałem. Pojechałem do redakcji i zażądałem sprostowania - było to parszywe kłamstwo. Z rechotem mi odmówił, rzucając: „I co mi zrobisz?”. Jego przeło­żony bezradnie rozłożył ręce: „Nic nie mogę, to tutejszy sekretarz partii”. Nazwiska pamiętam.
   Gdy niedawno próbowano podrzucić materiały pe­dofilskie do komputera Mateusza Kijowskiego, przypo­mniałem sobie, że w 1982 r. do mieszkania ks. Jerzego Popiełuszki podrzucono materiały porno, kilka butelek whisky (niedostępnej wówczas w Polsce) i chyba nawet jakąś broń. Pokazała to TVP i wielu ludzi jej uwierzy­ło. „Ciemny lud wszystko kupi” - to tytuł leninow­skiej pracy autorstwa Kurskiego na motywach Jeżowa i Goebbelsa. Dziś materiał z komórki posła Nitrasa tnie się u Kurskiego tak, by sejmowe zamieszanie wygląda­ło na próbę chuligańskiego napadu na Sejm z inspiracji Tomasza Lisa, zgodnie z ustaleniami Tuska z Putinem. Dla ciemnego ludu właśnie. To tak, jakby połączyć filmik ze śledztwa w sprawie okrutnie zamordowanego Krzysz­tofa Olewnika z filmikiem śmiejących się działaczy PiS, jedzących wędliny, z komentarzem: „Czy kupili je w skle­pie, czy może wzięli z miejsca zbrodni, nie ustalono”. Że też żadna stacja TV nie stworzyła dotychczas progra­mu odbijającego nikczemną komunistyczno-pisowską propagandę konfabulacjami adekwatnego sortu. W ra­mach edukacji, by ludzie zobaczyli, do czego są zdolni Kurski i jego szajka, że dla zaspokojenia swej chorej wizji Polski są w stanie sponiewierać prawdę i stworzyć świat wirtualny, w którym nie istnieje WOSP.
Zbigniew Hołdys

San Polando

Na zlecenie prokuratury policja opubliko­wała w internecie zdjęcia wichrzycieli, któ­rzy w grudniu dopuścili się myślozbrodni polegającej na niechęci do władz i skutkującej udzia­łem w demonstracji pod parlamentem. „Każdy kto rozpoznaje te osoby lub posiada informacje mogące przyczynić się do ustalenia ich tożsamości proszony jest o kontakt osobisty lub telefoniczny z policjantami z wydziału dochodzeniowo-śledczego Komendy Sto­łecznej Policji”. Czytelnikom nieśledzącym pilnie bie­żących wydarzeń wyjaśniam, że nie chodzi o Białoruś, Uzbekistan ani Sudan, lecz o Polskę A.D. 2017.
   Uprzedzając wypadki i zawsze gotów służyć tak pięk­nej władzy, donoszę na siebie, że demonstrowałem pod Sejmem w sobotę 17 grudnia, mniej więcej od 13.40 do 15.30. Wiem, że policja i prokuratura na razie szukają tych z manifestacji wieczornej 16 grudnia, ale zakładam, że jak już się z nimi uporają, to wezmą się za 17 grudnia. Tu od razu uprzejmie donoszę, że 16 grudnia wieczorem pod Sejmem była moja małżonka Dziewit-Meller Anna, co wpisuje się w pewien patologicznie antypaństwo­wy ciąg, gdyż widziano ją również na placu Zamkowym w czasie czarnego protestu 3 października.
   Nie to, żebym zrzucał z siebie odpowiedzialność za - jak to teraz wyraźnie widzę - zachowanie w najlep­szym razie nieodpowiedzialne, szkodliwe, a mówiąc wprost po błaszczakowemu, zdradzieckie i zbrodnicze, ale tłumaczę je nieustającą presją psychiczną ze strony wspomnianej Dziewit-Meller Anny, polegającą na po­wtarzających się pytaniach, kiedy wreszcie ruszę tyłek i pójdę na demonstrację. Dodam, że małżonka wywo­dzi się z zakamuflowanej opcji niemieckiej, a chyba po­licja i prokuratura wiedzą, że Ślązaczki oprócz tego, że chcą przyłączyć odwiecznie polski Śląsk do Czech, po­trafią solidnie wiercić dziurę w brzuchu. Służę również służbom listą wszystkich znajomych, którzy w ostat­nim roku namawiali do uczestnictwa w tych antypol­skich zgromadzeniach, szerzyli defetyzm, krytycyzm, okultyzm i dodupizm.
   Przyznaję więc, że okazałem słabość, dałem się zwieść, omamić i ogłupić, a co gorsza, wykorzystać do ataku na Polskę zorganizowanego przez lobby kanap­kowe i niemiecki wywiad. Jednocześnie uroczyście obiecuję, że nigdy więcej nie znajdę się nawet w pobliżu ulicznego zbiegowiska antypolskich warchołów i ekstre­mistów. Odbędę również poważną rozmowę z rzeczoną
Dziewit-Meller Anną na temat jej antypolskich zacho­wań i zgubnego przykładu, jaki daje naszym dzieciom, które przecież powinny się wychowywać zgodnie ze wzorami wyznaczonymi przez największych Polaków, jak choćby Beata Kempa czy Bartłomiej Misiewicz, a nie oglądając popisy osobników z kryminalnego półświatka w rodzaju Władysława Frasyniuka, który - z tego co sły­szałem - ukrywał się miesiącami przed wymiarem spra­wiedliwości, a następnie siedział kilka lat w więzieniu. I taki człowiek ma w ogóle czelność pojawiać się publicz­nie w naszej tak pięknie na nowo urządzanej Polsce!
   Teraz dopiero za sprawą umacniającej demokrację i prawa człowieka wspólnej akcji prokuratury i policji zmobilizowany do autorefleksji pojąłem, jak szkodli­wych dokonywałem w przeszłości wyborów. Zupełnie jakbym działał w stanie złowieszczej hipnozy. Wydaje mi się, że może to mieć związek z bronią elektromag­netyczną, którą wedle „ułamkowych informacji” An­toniego Macierewicza testowano za zbrodniczego Tuska w okolicach „Dolnego Śląska, Legnicy i ziemi zachodniopomorskiej”.
   Szczególnie dała mi do myślenia ta ziemia zachod­niopomorska. Ładnych już parę lat temu nieopodal Wierzchowa, między Bobolicami i Szczecinkiem, sto­czyłem z mym kumplem Dominikiem, druhem jeszcze z czasów przedszkolnych, odwieczny polski pojedynek pod tytułem: kto kogo przepije? Był remis, bo padliśmy obaj równocześnie. Dotychczas wiązałem to z faktem, że zrobiliśmy dwa razy trzy czwarte i zabraliśmy się za kolejną flaszkę. Jak mogłem być tak naiwny? Napraw­dę dałem sobie podstępnie wmówić, że Matrix jest rze­czywistością? Że dwóch Polaków w sile wieku dało się zgłuszyć taką homeopatyczną ilością alkoholu? Trzeba dopiero było dobrej zmiany i jedynego w swoim rodza­ju na skalę światową ministra obrony, bym pojął, że to musiały być te elektromagnesy.
Marcin Meller

„Dobra zmiana” made in the USA

Wielu ludzi jest zaniepokojonych perspektywą Donalda Trumpa trzymającego palec na guzi­ku atomowym. Rzeczywistość może być jednak znacznie groźniejsza. Bombą atomową może się okazać sam Trump, a palec na atomowym guziku będzie trzymał zupeł­nie ktoś inny.
   Inauguracyjne wystąpienie Trumpa było równie logiczne, co wstrząsające. Logiczne, bo mówił to samo co w kampanii wyborczej. Wstrząsające, bo kampania się skończyła. Takiej dawki populizmu, nacjonalizmu, radykalizmu i narcyzmu nie było jeszcze w żadnym inauguracyjnym wystąpieniu w histo­rii. W skrócie: „dobra zmiana” made in America plus fanfaro­nada Trumpa.
    Zaprzysiężeniu amerykańskich prezydentów przez dzie­sięciolecia świat przypatrywał się z zaciekawieniem, niepo­kojem, niekiedy z entuzjazmem (czasem nadmiernym). Po raz pierwszy jednak w historii rejestrowanej przez żyjących dość powszechnym na świecie odczuciem po zaprzysiężeniu prezydenta jest niepokój graniczący z przerażeniem. I trud­no uznać te reakcje za histeryczne. O Trumpie można powie­dzieć wiele, ale nie to, że jest odpowiedzialny, przewidywalny i kompetentny. Wręcz przeciwnie. W miejscu, które światu zwykle dawało poczucie stabilizacji, pojawił się być może naj­większy na świecie czynnik niestabilności.
   W najnowszym wydaniu amerykański „Newsweek” pyta, co się stanie, jeśli pierwsze sto dni prezydenta Trumpa bę­dzie wyglądać jak sto jego przedprezydenckich tweetów. Per­spektywa jest mroczna, bo te wpisy zdradzały niebezpieczną nadpobudliwość Trumpa, jego niezdolność do powściągnię­cia nieokiełznanego strumienia świadomości. Elekt bagateli­zował w nich zagrożenie ze strony Rosji, sugerował, że służby wywiadowcze USA zachowują się jak naziści, boksował się ze sceptycznymi wobec niego mediami i krytykował Meryl Stre­ep, która miała czelność czynić do niego niezbyt pochlebne aluzje. Nie przez przypadek ustępujący szef CIA apelował do Trumpa o ostrożność w wypowiedziach na tematy międzyna­rodowe i powściągnięcie kompulsywnych zapędów do korzy­stania z Twittera. Skomplikowanych problemów świata nie da się wyjaśnić w 140 znakach, ale w 140 znakach można stwo­rzyć światu nowe problemy.
   Jest szalenie niepokojące, choć dające też jakąś nadzieję, że od deklaracji Trumpa, także tych zawartych w jego wybitnie nieszczęśliwym wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” i brytyj­skiego „Timesa”, odcinają się ludzie, którzy za chwilę zajmą kluczowe stanowiska w jego administracji, oraz najważniej­si republikanie w Kongresie. Przyszły szef Pentagonu, gen. James Mattis, oraz spiker Izby Reprezentantów, Paul Ryan, mówią o trwałej roli NATO. Przyszły szef CIA, Mike Pompeo, ostrzega przed groźbą, jaką dla Ameryki i świata stanowi Ro­sja. Tyle że bliżej Białego Domu niż CIA i Pentagon, w sen­sie topograficznym, są Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Departament Stanu, a tam za chwilę rządzić będą emeryto­wany generał Michael Flynn i były szef Exxon Mobil, Rex Tillerson, obaj doskonali znajomi Putina. Przyszłość Ameryki, amerykańskiej pozycji na świecie i relacji transatlantyckich w ogromnym stopniu będą zależeć od tego, który z nich zyska najlepszy dostęp do ucha prezydenta.
   Trump dał już do zrozumienia, że w sprawie NATO i UE ma zdanie mniej więcej takie jak Putin. NATO jest „przestarzałe”, a Unia to wehikuł wzmacniania pozycji Niemiec i najlepiej by było, gdyby się rozpadła. Tworzy to całkiem realne zagrożenie kolejną wersją Jałty i zaprzepaszczeniem największych histo­rycznych osiągnięć Polski - naszego wejścia do obu wspólnot, co po raz pierwszy od 300 lat dało nam szansę i na bezpieczeń­stwo, i na prosperity. W takim momencie Polska powinna być aktywna i przewidywalna. Niestety, Trump obejmuje rządy akurat w momencie, gdy w Warszawie władzę sprawuje eki­pa, która na własne życzenie wykonała olbrzymią pracę, by pozycję Polski osłabić, ekipa ponad realne sojusze stawiająca swe obsesje i mrzonki. „Dobra zmiana” nad Wisłą w połącze­niu z „dobrą zmianą” nad Potomakiem może mieć dla Polski konsekwencje nieobliczalne - dokumentne zniszczenie tego, co było polskim marzeniem. A przecież nie mamy nawet pew­ności, czy Putin nie ma jakichś materiałów kompromitujących Trumpa, które nowego amerykańskiego prezydenta wyelimi­nowałyby z gry. Amerykański prezydent kontrolowany przez Kreml? Niestety, nie jest to całkowita abstrakcja.
   Ameryka, co nie powinno być źródłem satysfakcji, po­szła polską drogą. Przewidywania związane z Trumpem są tak mroczne, że teoretycznie przyszłość może być tylko lep­sza niż one. Niestety, jak pokazuje przykład Polski, czasem rzeczywistość przerasta najczarniejsze wizje.
Tomasz Lis

Polska wałachem stoi

Dziś zajmiemy się mądrościami ludowymi i odkryjemy ich nowe praktyczne znaczenia.

Zacznijmy od „lewą ręką za prawe ucho", czyli po co robić coś prosto, jeśli można to skomplikować. Do tego powiedzonka jak ulał pasują łamańce, jakie rząd wyczynia z systemem emery­talnym. Przypomnijmy: w 2012 r. ustawowo przedłużono wiek emerytalny mężczyzn i kobiet z, odpowiednio, 65 i 60 lat do 67 lat.
Z jednym wszakże zastrzeżeniem, o którym zdaje się mało kto dzisiaj pamięta: podwyższanie wieku emerytalnego miało być stopniowe - a konkretnie o jeden rok co cztery lata. 67-letni wiek emerytalny mężczyźni mieli osiągnąć w 2020 r., a kobiety dopiero w roku 2040 (!). Była to logiczna konsekwencja faktu, że żyjemy dłu­żej, a więc i pracować powinniśmy dłużej, zwłaszcza że osób w wie­ku produkcyjnym, które będą zarabiać na nasze emerytury, będzie relatywnie coraz mniej.

Jednak gdy polityków zaślepia żądza władzy, logika musi ustąpić miejsca chciejstwu. Podpisując ustawę obniżającą wiek eme­rytalny, prezydent Andrzej Duda z właściwym sobie zadęciem oświadczył, że dopiero teraz Polakom „przywracana jest godność”. Skądinąd wiadomo, że podpis Andrzeja Dudy obniża emerytury pań o ok. 33 proc., a panów o ok. 11 proc., ale cóż - godność kosz­tuje. Autorzy tej „dobrej zmiany" dobrze o tym wiedzą, stosują więc znaną metodę wyjaśniania przez mącenie. „Przecież my nikogo nie zmuszamy do przejścia na emeryturę. Jeśli czuje się na siłach, niech nadal pracuje" - powiadają. Ale przecież dotychczasowa ustawa właśnie to przewidywała! Przy ustawowym wieku emerytalnym 67 lat pozwalała przejść na wcześniejszą, odpowiednio niższą emeryturę w wieku 65 lat (mężczyźni) i 62 lat (kobiety). Po co więc lewą ręką do prawego ucha sięgać, kiedy wystarczyło co najwyżej lekko skorygować to, co było? Już Gogol przecież proroczo napisał: „Oczywiście Aleksander Macedoński bohaterem był - ale po co za­raz łamać krzesła?”. Wygląda jednak na to, że dopóki Rosjanie nie oddadzą wraku, Gogol będzie na indeksie.

No dobrze - powie ktoś - zmiana niepotrzebna, ale w sumie na jedno wychodzi i nic się nie stało. Otóż stało się. Pod­wyższenie wieku miało dwa cele: ochronę wysokości emerytur i ochronę budżetu przed nadmiernymi wydatkami (czytaj: przed podwyżką podatków). Rząd przekonuje, że niska emerytura skłoni do niepobierania tejże i kontynuowania pracy - ale to nieprawda. Po osiągnięciu ustawowego wieku emerytalnego obywatel ma prawo do pobierania emerytury i kontynuowania lub podjęcia za­trudnienia - gwarantuje mu to wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Mało tego, ustawa gwarantuje podwyższenie naliczonej emerytury do wysokości emerytury minimalnej (dziś 1 tys. zł), jeśli ta pierwsza jest od tej drugiej niższa (a takich przypadków przy niższym wieku emerytalnym będzie multum!).
   W sumie, po obniżeniu wieku emerytalnego, bez względu na to, czy obywatel będzie nadal pracował czy nie, czekają nas ogromne wydatki budżetowe. Wie o tym minister Morawiecki, więc jego resort śle różne pomysły mające zniechęcić do... czego? Ano do rezygnacji z odzyskanej właśnie godności i nieprzechodzenia na emeryturę mimo osiągnięcia wieku, o który PiS i obaj panowie Duda walczyli tak zajadle.
   Proponuje się więc np. zakaz lub ograniczenie dorabiania na emeryturze (wbrew wyrokowi TK) czy zaprzestanie naliczania składek tym, którzy pracują, pobierając emeryturę. Ale czy
to wystarczy? Mogą być potrzebne bardziej zdecydowane kroki. Podrzucam pomysł: emerytura nie zostanie przyznana, jeśli kandydat na emeryta nie przedłoży notarialnie potwierdzonej zgody rodziców.
   I w ten to sposób rząd, który już trzymał się lewą ręką za prawe ucho, teraz jeszcze prawą złapie się za lewe. Proszę wykonać tę figurę i stanąć przed lustrem: tak właśnie będzie wyglądał nasz system emerytalny (albo budżet państwa - zależy, co się uchwali).

Czas teraz na znane przysłowie „(Bez)Pańskie oko konia (nie)tuczy". Wpadły mi w rękę dwa numery magazynu „Świat Koni” (nie mogę przecież stale czytać „wSieci" i „Do Rzeczy”), a w nich wiado­mości, od których grzywa się jeży. Nie przebrzmiały jeszcze echa kompromitacji podczas aukcji koni arabskich w Janowie Podlaskim, a tu kolejne porażki. W Czempionacie Europy w Belgii wystawiliśmy 22 konie, a zdobyliśmy zaledwie jeden brązowy medal. Tymczasem w 2015 r. mieliśmy dwa złote medale i jeden brązowy, a w 2014 r. dwa złote, trzy srebrne i trzy brązowe. Kolejną klęskę ponieśliśmy na słynnym pokazie koni arabskich w Akwizgranie.
   W poprzednich latach Polska odnosiła wielkie sukcesy, zdobywając dziewięciokrotnie Puchar Narodów i sześciokrotnie Puchar Hodowców. Byliśmy liderem. W roku „dobrej zmiany", w którym zmieniono władze w stadninach państwowych, polskie konie nawet nie stanęły na podium! Jedyne medalowe miejsce wywalczył wyhodowany w SK Michałów El Emado, który został wiceczempionem w kategorii... wałachów. Wałach ma wiele zalet i tylko jedną wadę - nie zostanie ojcem, więc się na nim nie zarobi. Po tych spektakularnych porażkach szefowie SK Janów Podlaski nie wysłali koni na Czempionat Świata w Paryżu. W 2015 r. klacz z Janowa, Pinga, została Platynową Czempionką Świata, dwa medale - złoty i srebrny - zdobyły ogiery. W tym roku naszych koni zabraknie tam po raz pierwszy od 16 lat! Z drugiej strony może to jednak i dobrze - unikniemy kolejnego blamażu. Przez dziesiątki lat Polska ogierami i klaczami stała. Wygląda na to, że teraz będzie stała wałachem.

Przejdźmy do deseru. Przygotował go mąż sprawiedliwy i pryn­cypialny, bo sam Jarosław Gowin, który o Jarosławie Kaczyńskim w wywiadzie dla „Wprost" w lipcu 2012 r. mówił tak: „To stuprocen­towy cynik. (...) Fanatyczna wiara w słuszność celów usprawiedliwia w jego oczach sięganie po dowolne środki. Nie ma w polskiej poli­tyce człowieka równie bezwzględnego jak on". No i jakie przysłowie tu dopasować? „Zyskuje przy bliższym poznaniu”? Chyba jednak: „Kto z kim przestaje...”.
   Bardzo chciałem zakończyć ten felieton jakimś optymistycznym akcentem, ale właśnie dowiedziałem się, że to nie koniec „dobrej zmiany” w stadninach koni. Nowi prezesi obejmą stadniny w Liskach, Racocie, Walewicach, Nowielicach i Prudniku. Tylko koni żal...

Marek Borowski - polityk, ekonomista, marszałek Sejmu IV kadencji. Od 2011 r. zasiada w Senacie (niezrzeszony), wcześniej był posłem (I—IV i VI kadencji). Współtworzył SdRP. Jako pierwszy zaproponował przekształcenie koalicji SLD w partię, której później był członkiem i wiceprzewodniczącym. Z Sojuszem rozstał się w 2004 r. Wraz z grupą polityków lewicy założył SDPL - z kierowania partią zrezygnował cztery lata później.

Era smogu

Chyba każdy, kto jako tako interesuje się w Polsce poli­tyką, oglądając uroczystość inauguracji prezydentury Donalda Trumpa, musiał mieć wrażenie, że już zna to, co usłyszał. Trumpizm, choć jest produktem lokalnym, made in USA, dla nas jest przecież„powidokiem PiS”. Podobień­stwa mentalne i retoryczne są uderzające. Z pewnymi oczywi­stymi korektami, bo jednak Trump jest przywódcą globalnego mocarstwa, jego przemówienie inauguracyjne mogłaby spokojnie wygłosić Beata Szydło. Było, rzecz jasna, o elitach, które żerowały na ludziach pracy, i wielkiej historycznej zmianie, polegającej na oddaniu władzy zwykłym obywatelom. Było o zaniedbanej Ameryce, zmurszałej infrastrukturze, a nawet więcej - o ”amery- kańskiej jatce”, jaką politycy urządzili narodowi (że też nasz Prezes nie wpadł wcześniej na dosadną metaforę „rzeź ni Tuska”). Padły, znane także nam, zapowiedzi: odbudowy przemysłu i handlu, zwalczania imigracji, podniesienia polityki zagranicznej ze stanu naiwności, poprawności i uległości do bezwzględnej obrony wła­snych interesów. Po pierwsze, Ameryka!”.

Teraz wszyscy zastanawiają się, co z tego naprawdę wyniknie? Na razie tylko tzw. rynki są spokojne, bo głosami „zapomnianych Amerykanów”do władzy doszła wielka biznesowa oligarchia, która liberalnemu turbokapitalizmowi krzywdy nie zrobi. Przeciw­nie, właśnie organizuje się coś na kształt Korporacji Ameryka, go­towej do negocjacji, handlu i wymiany w każdym obszarze - także politycznym, humanitarnym, ekologicznym, militarnym - i w każ­dym rejonie globu. Na tym, niestety, polega różnica między naszym lokalnym populizmem a wersją amerykańską. Stany Zjednoczone mają instrumenty, aby realizować swój egoizm, nawet za cenę wielkich międzynarodowych napięć i konfliktów. Ale taka wersja Ameryki i taka perspektywa dla świata akurat dla nas jest niezmier­nie groźna. My jako kraj średniej wielkości, peryferyjny, niezamożny, od niedawna dopiero praktykujący demokrację i wolny rynek, nie mamy środków narzucania swojej woli i interesów partnerom, skazani jesteśmy na uciążliwe negocjacje, sojusze, łapanie okazji, mozolną budowę własnej pozycji, wizerunku, kapitału. Amerykań­ski populizm jest przede wszystkim niebezpieczny dla świata, także tego, w którym ostatnio umościliśmy sobie miejsce; nasz - głównie dla nas samych. Ale, niestety, oba jakoś się sumują.

W dniu inauguracji prezydenta Donalda Trumpa w Waszyng­tonie pogoda była podobna jak w Warszawie: chłodno, mglisto, nieprzyjemnie.Taki też był polityczny klimat w większo­ści stolic zachodniego świata, dawnych (chyba tak trzeba już mó­wić) sojuszników Ameryki. Pierwsze zapowiedzi i gesty nowego prezydenta raczej potwierdzają, że Trump będzie rozniecał ledwo co przygaszone pożary (Izrael, Iran, Syria) i podkładał ogień lub przynajmniej rozlewał podpałkę pod całą konstrukcją światowe­go ładu i handlu (na nowo, nie wiadomo jeszcze jak, mają być układane relacje Ameryki z Chinami, Rosją, NATO, Unią Europej­ską, Niemcami, Wielką Brytanią itd.). Wraz z nadejściem Trumpa cały współczesny świat zanurzył się we mgle, a właściwie niezdrowym smogu, w którym trudno się poruszać i ciężko oddy­chać. W samej Ameryce atmosfera publiczna też jest - trzymając się ekologicznego języka - gęsta od emocji, lepka od pomówień, zanieczyszczona emitowanymi na skalę przemysłową kłamstwa­mi, tym razem pod nową modną nazwą „fakty alternatywne”. Jątrzący styl i język kampanii wyborczej Donalda Trumpa już zatruł Amerykę, podzielił społeczeństwo, wywołał podobne re­akcje, jakie obserwujemy w Polsce od wyborów. Inauguracji tej prezydentury towarzyszyły nieobserwowane wcześniej masowe, milionowe protesty. Skojarzenia z naszymi Czarnymi Marszami kobiet, a nawet jakimiś zalążkami„ruchu obrony demokracji” same się nasuwają. Tym razem, wyjątkowo, w czymś wyprzedzili­śmy Amerykę.

Mimo wszelkich podobieństw między naszymi bratnimi populizmami amerykański system polityczny, zabetonowany w nienaruszalnej konstytucji, sprawia, że nowa władza, bez wzglę­du na własne wyobrażenia na swój temat, jest (jak ujął to Obama) jedynie przecinkiem, a nie kropką w historii. Nam też się zdawało, że mamy silne ustrojowe mechanizmy bezpieczeństwa, ale dopie­ro teraz widać, jak były nieodporne na atak (Trybunał Konstytu­cyjny, niezależna prokuratura, media publiczne) i płytko zakorze­nione. Więc, wracając do metafory smogowej, Prezes może dziś dowolnie dokładać do pieca. Ostatnio przy pomocy policji i pro­kuratury próbuje zastraszyć demonstrantów, którzy jego samego przestraszyli pod Sejmem. Przy okazji, jak tyle razy wcześniej, bie­rze werbalny odwet na przeciwnikach, miotając pogardliwe teksty o„twarzach ubeków i ludziach specjalnej troski”, jakie w pamiętną noc zaglądały mu do limuzyny. PiS ustami prezesa zapowiada niedopuszczenie - w większości opozycyjnych - burmistrzów i prezydentów miast do następnych wyborów samorządowych; zaprowadzenie porządku i prawdy w mediach (?); zaostrzenie kar dyscyplinarnych wobec posłów opozycji i sędziów. Co tydzień kolejne wrzutki do pieca, bo, jak zgrabnie pokazuje kabaret„Ucho prezesa”, szef zarządza poprzez nieustanne podgrzewanie konflik­tów i zaczadzanie dymiącą od rana do nocy propagandą.
   Nasza, na pozór kompletnie przedwczesna, propozycja, aby już dziś zastanawiać się, jak będzie wyglądał kraj po PiS, jest jak wezwanie do założenia maski przeciwgazowej.
Jerzy Baczyński

Tysiąc walecznych

Cieszę się, że Pierwsza Dama ofiarowała Wielkiej Orkiestrze Jurka Owsiaka swoją fotografię z powi­tania papieża Franciszka, która została wylicytowana za 220 tys. zł. Dodałbym jesz­cze do tego notę za styl. Razem ćwierć miliona. Co za miła niespodzianka w tych podłych czasach! Ładny gest, który odbiega od polityki partii i rządu wobec Orkiestry. Ktoś powie, że to przecież normalne, iż małżonka prezydenta wspiera największą akcję charytatywną w Polsce, jedyne takie przedsięwzięcie na świecie. Owszem, w normalnym kraju byłoby to normalne, ale Polska nie jest krajem nor­malnym. To kraj, w którym prezydent elekt odwracał się tyłem do urzędującej wówczas premier i pokazywał jej plecy. Może chociaż teraz obejrzał przekazanie władzy Obama - Trump w Waszyngtonie i zobaczył, co to zna­czy kultura. Przypominam definicję: kultura to jest to, co w człowieku pozostaje, kiedy już zapomniał wszyst­kiego, czego go nauczono. Człowiek kulturalny, jeżeli zo­rientuje się, że stoi do kogoś tyłem - poprawia się i mówi „przepraszam”.
   Każde dziecko wie, że nasz kraj od lat przeznacza na ochronę zdrowia znacznie mniej niż inne, bo musi budować świątynie, łożyć miliony na katechezę i trwonić sto milionów rocznie (!) na strategię wizerunkową, żeby świat nas podziwiał. Władza ostentacyjnie dystansuje się od zbiórki Owsiaka na sprzęt medyczny, odmawiając współpracy wszystkiego, co państwowe: wojska, Straży Pożarnej, Poczty Polskiej, która nie wydała okolicznościo­wego znaczka. Ministerstwo Obrony przytula Misiewi­czów, a odpycha tysiące młodych ludzi zaangażowanych w szlachetną akcję, i jeszcze organizuje nieudolną akcję konkurencyjną. Telewizja o kryptonimie „publiczna” nie tylko nie współpracuje z Orkiestrą kilka dni - jak kiedyś ale ogranicza wiadomości o niej do kilkunastu sekund! Jakież to małostkowe i głupie. Prezydent Duda mógł­by Orkiestrę odznaczyć, a minister Radziwiłł chorych na Owsiaka skierować na leczenie. W tej sytuacji gest Aga­ty Kornhauser-Dudy znaczy co najmniej tyle, że Orkiestra jest zbyt ważna, by jej nie poprzeć bądź ze względów politycznych, bądź ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Spinek do mankietów ofiarowanych przez prezydenta Dudę nie komentuję, gdyż nie znam się na elegancji.
   Przyzwoitość, elegancja - to słowa rzadko dziś używane, raczej słychać wołanie: „będziesz siedzieć!” (do posłanki Pawłowicz), „będziecie uciekać przez okno!” (do posłów), „ogolić na łyso, na łyso” (do posłanki Pomaskiej), „komu­niści i złodzieje” (do demonstrantów KOD) czy „na drze­wach zamiast liści będą wisieć syjoniści” - niewinna zda­niem prokuratury - przyśpiewka narodowców. Równie niewinna jak swastyka. W tej postępującej atmosferze zdziczenia, której trudno się oprzeć, bo na każdym kroku jesteśmy prowokowani, rej wodzi jednak władza-wyrzu­ca z pracy szefów zasłużonych instytucji i pracowników stajni, straszy sędziów, obraża zagranicznych polityków i prawników, dyktuje ambasadom, kto jest artystą czy uczonym słusznym, a kto niesłusznym, bije się z muze­ami i teatrami, zatrudnia ambasadorów do dystrybucji filmowej i propagandy partyjnej, an­gażuje spółki Skarbu Państwa do ło­żenia milionów z naszych wspól­nych pieniędzy na własną politykę historyczną, na czele najważniejsze­go trybunału sadza panią magister, która w każdej chwili może okazać swój dorobek, zawsze ma go pod ręką, gdyż mieści się w torebce.
   Ostatnio władza wykonała kolejny krok w kierunku upadku obyczajów - potraktowała uczestników demon­stracji politycznej jak zwykłych kryminalistów. O trakto­waniu politycznych tak jak kryminalnych wiele mogliby powiedzieć więźniowie polityczni II RP, a także młodsi - Michnik, Niesiołowski, Blumsztajn, Macierewicz i inni więźniowie PRL. Czy oni siedzieli za to, żeby dzisiaj wła­dza publikowała podobizny uczestników demonstracji niczym rysopisy poszukiwanych za napad na bank, wzy­wała ludzi do ich rozpoznawania i donoszenia na poli­cję? Oczywiście prawo znaczy prawo, jeżeli ktoś bloko­wał wyjazd z Sejmu, bił lub gwałcił posłanki, wyrywał im torebki, czynnie znieważał, to powinien zostać ukarany równie przykładnie, jak ukarani byli związkowcy Solidar­ności, którzy skuli Sejm łańcuchami przy aprobacie PiS. Są na to paragrafy Ale postępowanie niezgodne z prawem to jedno, a publikacja wizerunków (choćby i w granicach prawa) to co innego, to już sięganie po broń ostrą, tak postępuje się w stosunku do podejrzanych o najcięższe przestępstwa - zabójstwo, pedofilię - czy wręcz niebez­piecznych terrorystów i recydywistów, którzy zbiegli z więzienia, mogą być uzbrojeni i stanowią zagrożenie dla otoczenia. Posunięcie władzy było zawstydzające i nic dziwnego, że Błaszczak i Ziobro przerzucają się teraz od­powiedzialnością za ten wstydliwy wyczyn. Autor! Autor!

Dziś należy przede wszystkim dawać świadectwo temu, co się w Polsce dzieje, wszystko opisywać, nagrywać (ale nie pod stołem), fotografować, zbierać. Wzorowym przykładem jest opracowana przez Dawida Tokarza i ogłoszona przez „Puls Biznesu”, licząca tysiąc nazwisk „lista działaczy PiS, Solidarnej Polski i Polski Razem oraz człon­ków ich rodzin i znajomych, którzy za kadencji obecnego rządu objęli stanowiska w spółkach Skarbu Państwa, agen­cjach i innych instytucji państwowych”. Brawo redaktor Tokarz, brawo „Puls Biznesu”. To ta lista powinna być rozpowszechniana przez rząd w ramach zapowiadanej walki z prywatą i nepotyzmem. Tysiąc nazwisk („bo kiedyś musieliśmy przestać liczyć”), koneksje, krewni, znajomi, stanowiska - wszystko zgromadzone z podziwu godną sta­rannością. Brawo! Należy tę listę upowszechniać wszelki­mi sposobami.
   Podobne listy zamieszczane w czasach PO-PSL wskazują na ogromny postęp w zawłaszczaniu państwa. Na tle Tuska, który nie potrafił nawet urządzić swojego najbliższego doradcy w Orlenie, PiS imponuje skutecz­nością i brakiem skrupułów- od zakładów zbrojeniowych po stadniny koni. Tysiąc walecznych plus obrona cywilna, plus 500+ i inne świadczenia, stanowić będą filary tysiąc­letniej IV RP.
Daniel Passent

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz