PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Kogo boi się Kaczyński



Cel Kaczyńskiego: zniszczyć wszystko, co w Polsce liberalne, obywatelskie, niezależne od jego władzy. Cel jego prawicowych sojuszników stworzyć w Polsce państwo wyznaniowe. Czy te dwie wizje wejdą ze sobą w konflikt?

Wielu obserwatorów konfliktu politycz­nego w Polsce wciąż jest autentycznie zdziwionych, cze­mu priorytetem uderzenia PiS wcale nie są Platforma, Nowoczesna czy różne nie­dobitki partyjnej lewicy Celem ataków propagandowych, działań kontrolnych, obcinania dotacji, a wreszcie utrudnia­jących działanie zmian prawa stały się KOD, Wielka Orkiestra Świątecznej Po­mocy, organizacje pozarządowe, sądy, instytucje kultury, media prywatne. A więc instytucje świeckiego i liberalnego społeczeństwa obywatelskiego.
   Oprócz prób podporządkowania PiS samorządów, planów złamania środo­wiska sędziowskiego, poza tzw. reformą edukacji, będącą okazją do programowej i personalnej przebudowy polskiej szkoły, rozpoczyna się atak prawicy na środowi­sko akademickie. Wkrótce znowu na pol­skich uczelniach pojawią się „marcowi docenci”. Jest bowiem pomysł głębokiej korekty systemu przyznawania docentu­ry. Począwszy od zmiany trybu zgłaszania kandydatów (bez koniecznego dorob­ku) przez uczelnie i instytuty, a skoń­czywszy na zmianie systemu centralnego zatwierdzania kandydatur i stworze­niu dodatkowej instytucji odwoławczej podporządkowanej rządowi.
   Wystarczy więc jedna prowincjonalna uczelnia pod kontrolą prawicy, nie mó­wiąc już o wyższej szkole o. Rydzyka czy seminarium duchownym, aby w parę lat wyprodukować setki karnych uczelnia­nych funkcjonariuszy. Bez dorobku na­ukowego, ale za to o właściwej ideowej i wyznaniowej proweniencji. Pamiętają­cych, komu zawdzięczają awans. Do tego dochodzą takie kurioza jak rugowanie przez rząd świeckich instytucji adopcyj­nych na rzecz katolickich czy usuwanie z list instytucji dopuszczonych do rea­lizowania dotowanych przez państwo programów społecznych organizacji podejrzewanych o feminizm.

ZDOBYCIE WŁADZY
Kaczyński wyciągnął wnioski z tego, co zdarzyło się w ostatniej dekadzie. Pra­wica wygrała politycznie dopiero po tym, jak wcześniej wygrała na poziomie spo­łeczeństwa obywatelskiego: w mediach, w organizacjach społecznych, na ulicy.
   Kościół Rydzyka, ruchy antyaborcyjne, nowe prawicowe media „tożsamościo­we” dysponujące zapleczem finansowym SKOK-ów, narodowcy (silni właśnie jako ruch społeczny zdolny do formowania i werbunku młodzieży, bo jako struktura polityczna zawsze byli kiepscy); do tego Elbanowscy „ratujący maluchy” przed świecką szkołą i świeckim państwem, wreszcie kluby „Gazety Polskiej” czy So­lidarni 2010 - całe to prawicowe społe­czeństwo obywatelskie najpierw zadało wiele bolesnych ciosów rządzącej Plat­formie Obywatelskiej, a potem pomogło zdobyć władzę Kaczyńskiemu. Polscy li­beralni mieszczanie sądzili, że wystar­czy co cztery lata chodzić na wybory. Okazało się, że nie wystarczy.
   Dopiero po przegranych przez PO wy­borach narodził się KOD, czyli pierwsza tak autentyczna i żywa struktura libe­ralnego społeczeństwa obywatelskiego w Polsce - chyba w ogóle po roku 1989, a na pewno w ostatniej dekadzie. Wszyscy ludzie, z którymi rozmawia się na mar­szach KOD, powtarzają: „Po raz pierw­szy od lat 80. spotykamy znajomych, z którymi chodziliśmy wtedy na mani­festacje czy woziliśmy bibułę. Potem, w nowej Polsce, poszedłem do pracy, za­łożyłam firmę, napisałam doktorat... Do­piero teraz znowu chodzę i znowu chcę działać”.
   To trening KOD przygotował suk­ces czarnego protestu. To osłabienie lub zniszczenie KOD może podciąć skrzyd­ła obywatelskim protestom przeciwko kolejnym próbom zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, przeciw likwidacji gim­nazjów i w ogóle - przeciw partyj­nej i ideologicznej kontroli nad życiem Polaków i Polek.
   Także Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy bije od 2016 roku kolejne rekor­dy zebranych pieniędzy, bo stała się dla wielu Polaków formą publicznej dekla­racji, że nadal chcą żyć i działać w świe­ckim (co wcale nie znaczy, że wrogim religii) społeczeństwie i państwie. Z kolei każdy nawiedzony prawicowiec czy fun­damentalista, wprost i brutalnie obra­żający ludzi myślących inaczej niż on (ale także wielu eleganckich konserwa­tystów, z lekka tylko pogardzających „li­beralnymi lemingami”), nienawidzi KOD czy WOŚP nieporównanie bardziej niż Schetyny czy polityków z konserwatyw­nego skrzydła Platformy. Zwłaszcza ci ostatni nadają się jeszcze przecież „do nawrócenia” - jak powiedział mi jeden z działaczy Opus Dei, zbliżony poglądami do Romana Giertycha.
   Prawicowi eksperci i politolodzy prze­konują od roku, że KOD jest przecież cał­kowicie zbędny, niepotrzebny, wręcz szkodliwy dla tak potrzebnych liberalnej Polsce partii politycznych.
   Mówią tak, bo doskonale wiedzą, że to zmobilizowane ruchy społeczne zapew­niły PiS władzę. I tylko mobilizacja libe­ralnego społeczeństwa obywatelskiego może PiS od władzy odsunąć, poma­gając opozycji partyjnej zebrać się do kupy. Rozumieją to Kaczyński, Marek Jurek i Jarosław Gowin, a także dyspo­nenci prawicowych mediów. Dlatego najbardziej nienawidzą WOŚP, KOD czy liberalnych NGO.
I z tej samej przyczyny szef służb spe­cjalnych Mariusz Kamiński rozpraco­wanie operacyjne KOD i WOŚP traktuje jako swój priorytet.

SOJUSZ DORAŹNY
Prawica kulturowa, skupiona na wojnie cywilizacji przeciwko Polsce li­beralnej i świeckiej, pomogła Kaczyń­skiemu zdobyć władzę. Kaczyński z kolei swym politycznym sukcesem utorował prawicy drogę do dalszego przejmowania społeczeństwa. Ten sojusz, który przy­niósł korzyść obu stronom, jest jed­nak doraźny Kaczyński nie chce mieć społeczeństwa obywatelskiego w ogóle albo chce je mieć całkowicie upaństwo­wione. Uderza w liberalne i świeckie społeczeństwo obywatelskie, aby zrea­lizować obsesję koncentracji w swoim ręku całej władzy politycznej. Każda nie- obsadzona przez własnych ludzi organi­zacja pozarządowa, samorząd, telewizja, gazeta, sąd, bank, spółka skarbu pań­stwa - wydają mu się najprostszą drogą do „imposybilizmu”. Są osłabieniem wła­dzy państwowej rozumianej przez niego personalnie, na zasadzie: państwo to ja. Społeczeństwo obywatelskie to dla Ka­czyńskiego miejsce, w którym „okopał się układ” i gdzie może powstać efektywna konkurencja polityczna.
   Prezes PiS wie też doskonale, że po­zbawieni zmobilizowanego społecznego zaplecza politycy Platformy Obywatel­skiej czy Nowoczesnej staną się bezsil­ną opozycją koncesjonowaną. Tak jak to się dzieje na Węgrzech czy w Rosji. Będą wygodnym alibi, utrudniającym stawia­nie zarzutów o brak demokracji, jed­nak nigdy nie wygrają wyborów, nigdy nie dojdą do władzy. Po zniszczeniu libe­ralnego społeczeństwa obywatelskiego Ryszard Petru w ogóle wyparuje z prze­strzeni publicznej, a nieco bardziej kon­serwatywny Schetyna będzie chodził do prawicowych mediów różnych odcieni, tłumacząc się tam, dlaczego Platforma Obywatelska nie jest jeszcze wystarcza­jąco „konserwatywna”, „prawicowa” czy „patriotyczna”.
   Taki właśnie jest cel Jarosława Kaczyńskiego.
   Tymczasem prawica obyczajowa i re­ligijna (nazwijmy ją prawicą kulturową) chce zniszczyć świeckie i liberalne spo­łeczeństwo obywatelskie, by zastąpić je własnym - zbudowanym wokół Koś­cioła katolickiego i organizacji, które na Kościół się powołują, nawet jeśli ich ra­dykalny nacjonalizm stoi w sprzeczno­ści z uniwersalizmem chrześcijaństwa. Zniszczenie wszystkich elementów świeckiego społeczeństwa ma potwier­dzać prawdziwość dawnej tezy Romana Dmowskiego, że Kościół w Polsce nie jest wyłącznie instytucją religijną, ale jedyną „formą i istotą polskości” wobec braku jakiejkolwiek świeckiej tradycji.
   PRL tej diagnozy nie unieważniło. Było państwem świeckim, ale przecież narzuconym z zewnątrz. Diagnozę Dmowskiego, tak bliską dzisiejszej pol­skiej prawicy, po roku 1989 unieważniała w jakiejś części każda świecka organiza­cja charytatywna, społeczna, kultural­na. Również Unia Europejska – liberalna i świecka - była atrakcyjna dla wielu Po­laków nie tylko jako źródło pieniędzy, ale także jako model cywilizacyjny. Na­sza głębsza integracja z Unią mogła prze­kreślić tezę o absolutnym monopolu Kościoła i narodowej prawicy na war­tości w Polsce. Żeby teza Dmowskiego znów stała się prawdą, wszystkie świe­ckie instytucje w Polsce trzeba zniszczyć. I trzeba rozluźnić więzy Polski z UE.

RÓŻNE CELE
Na obu tych frontach PiS wykonuje robotę z punktu widzenia kulturo­wej prawicy pożyteczną, a mimo to wza­jemne napięcia widoczne są na każdym kroku. Dla Kaczyńskiego obsadzenie partyjnymi nominatami spółek skarbu państwa, „zrepolonizowanych” banków i instytucji finansowych to kolejne na­rzędzie etatyzmu, koncentrowania peł­ni władzy w swoich rękach. Jednak dla większości samych nominatów, wywo­dzących się często ze środowisk około kościelnych, z rozmaitych instytucji prawicy wyznaniowej, a wreszcie z drob­nego prawicowego biznesu, sprawa wy­gląda inaczej. Oni nigdy nie odrzucali kapitalizmu politycznego opartego na partyjnym awansie i przywilejach jako zasady. Oburzało ich jedynie to, że pol­ski kapitalizm polityczny promował - ich zdaniem - wyłącznie „liberałów i komu­nistów”, a nie „katolików i prawicowców”. PiS-owski etatyzm to dla większości z nich szansa na polityczne uwłaszcze­nie, a potem na wyjście - z setkami ty­sięcy czy milionami złotych, a także z cennymi kontaktami biznesowymi - do sektora prywatnego, już poza zasięg kapryśnej władzy Kaczyńskiego.
   Lider PiS uderza w środowisko sę­dziowskie i adwokaturę, żeby całkowicie je ubezwłasnowolnić, podporządkować sobie i swojej partii. Tymczasem dla pra­wicy kulturowej, dla stowarzyszenia Ordo Iuris, dla wyznawców Marka Jur­ka, sympatyków Jarosława Gowina wojna Kaczyńskiego jest okazją, by liberalnych i świeckich adwokatów czy sędziów za­stąpili prawnicy pobożni, realizujący w stanowieniu prawa i praktyce orzeka­nia nauczanie społeczne Kościoła.
   Wspólnych interesów jest tyle, że na razie sojusz się trzyma. Kaczyński uwa­ża, że jego „wyznaniowi” koalicjanci pomogą mu zniszczyć liberalne społe­czeństwo obywatelskie, ale nie ma za­miaru pozwolić im zastąpić go własnym, które stałoby się niezależne od jego woli.
   Z kolei dla Jurka, dla ludzi z Opus Dei, dla Gowina, Rydzyka i tak dalej Kaczyń­ski to trochę pożyteczny idiota (tak przy­wódcy Związku Radzieckiego mówili o zachodnich postępowcach, bohatersko walczących z amerykańskim potencjałem nuklearnym), który w imię osobistych ambicji i anachronicznej wizji wszech­mocnego państwa z połowy ubiegłe­go wieku pomoże im zniszczyć liberalne i świeckie społeczeństwo obywatelskie. I zastąpić je własnym. Wówczas użytecz­ność Kaczyńskiego się skończy, a jemu sa­memu pozwoli się spokojnie odejść. Jak jakiemuś wiekowemu Piłsudskiemu, do­żywającemu swych dni w Sulejówku. Kie­dy krajem będzie już rządziła endecja.
Cezary Michalski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz