PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 21 lutego 2017

Bajka o dwóch plemionach



Jedna z najpopularniejszych w krajowej polityce fraz brzmi: w Polsce trwa zacięta walka dwóch plemion, a zwykli ludzie mają swoje sprawy i chcą spokojnie żyć. To krótkie zdanie jest mistrzostwem propagandowej manipulacji.

Charakterystyczne, że walka „dwóch plemion” zdecydowanie zastąpiła tezę o konflikcie „dwóch Polsk”. To nowe ujęcie znacznie bar­dziej odpowiada PiS, bo degraduje rangę poli­tycznego sporu, co jest tej partii na rękę. „Pol­ski” wyglądają majestatycznie, dodają drugiej stronie powagi, której nie powinna ona mieć. Ma być mała i śmieszna.
   W dodatku tzw. elity III RP same mają tu swoje hamulce, bo uznały się za winne oddania władzy Kaczyńskiemu, ale tym samym podważyły sens przemian w III RP - „byliśmy głupi”, „byliśmy ślepi”, „nie słuchaliśmy” - to kilka cytatów z myślicie­li tego obozu. Elity zasmuciły się i spokorniały, weszły w fazę spotęgowanej poprawności politycznej, niepozwalającej już na dzielenie społeczeństwa na dwie Polski, i to w momencie kiedy PiS radykalnie łamie te poprawnościowe reguły. Teraz dominuje raczej chęć bratania się z „wykluczonymi”, pominię­tymi, kajanie się za niedostrzeganie zwykłych Polaków. Zno­wu słychać o trafnych diagnozach społecznych Kaczyńskiego, który gdyby tylko nie psuł demokracji... itd.
   Teoria o bijących się niemiłosiernie, zapiekłych w nienawiści plemionach PiS i Platformy (czasami z dodatkiem Nowoczesnej),
jest tylko pozornie na równi wymierzona w obie formacje. Strate­dzy PiS zawsze chętnie lansowali taką właśnie postać konfliktu, ponieważ wychodzą z założenia, że ich elektorat jest twardy, za­hartowany i politycznie uświadomiony. Zaawansowani wyborcy Kaczyńskiego są zorientowani, o co chodzi i jaki ideologiczny, całościowy projekt jest właśnie realizowany. Wiedzą, jak czytać takie opowiastki. Zwłaszcza że w innej wersji, tylko do wybrane­go elektoratu, np. w TVP, strony tego konfliktu są przedstawiane jeszcze na jeden sposób - po jednej stronie stoi prawdziwa pa­triotyczna Polska, a po drugiej jakieś amorficzne plemię, którego skład może się zmieniać, ale za każdym jednak razem są to ludzie tego gorszego sortu.

Teatrzyk o dwóch plemionach jest adresowany przede wszystkim do „zwykłych ludzi", którzy powinni czuć się zniesmaczeni trwającym w Polsce konfliktem i którzy nie bardzo chcą w nim uczestniczyć. Założenie jest takie: przy­ciągnąć do PiS kogo się da, a pozostałych ogólnie zniechęcać do polityki jako gry nieczystej, męczącej, gdzie każdy walczy
prywatę, stanowiska i dostęp do koryta. PiS grał tak zawsze: na jak najniższą frekwencję i na demobilizację wyborców prze­ciwnika. Na zasadzie: bierzemy tych, którym się podobamy, dla nich jesteśmy wyraziści i pryncypialni, a resztę zniechęcamy do aktywności i głosowania zarówno wizerunkiem Platfor­my (złodzieje, aferzyści itp.), jak i - paradoksalnie - również własnym wizerunkiem (smoleńskie oszołomy, antyeuropejscy ksenofobi itp.).

Na stwierdzenie zatem, że „obie strony są siebie warte", PiS zaciera ręce, bo dokładnie o to chodzi w tej strategii.
Wykorzystywanie własnych wad i złego wizerunku do zwiększenia prawdopodobieństwa sukcesu to jeden z najbardziej finezyjnych chwytów, jakie PiS dokłada do teorii politycznego marketingu. W efekcie powstaje docelowy mechanizm, zwolennik PiS ma z za­pałem głosować w wyborach, a nieprzekonani do Kaczyńskiego mają mieć wątpliwości, rozterki, nie lubić polityki, estetyzować, wyznawać teorię dwóch szkodliwych dla Polski plemion, udawać się na wewnętrzną emigrację. To jest ten pielęgnowany przez PiS zasób „zwykłych ludzi, którzy mają swoje sprawy”.
   PiS długo pozostawia „zwykłych ludzi” w spokoju, pozwala im się napawać pasywną niechęcią do polityki, spraw państwa, życia publicznego. Aż do kampanii wyborczej, kiedy nadchodzi czas, aby rzucić na polityczny rynek coś specjalnego, co przy­ciągnie 6-8 proc. wyborców z tego koszyka „zwykłych ludzi” i rozstrzygnie wyniki elekcji. W 2015 r. było to 500 plus i obni­żony wiek emerytalny, przed następnymi wyborami, jak się już mówi, może to być triumfalne ogłoszenie obniżki VAT i kolejna odsłona programu „gotówka do ręki”, np. dla emerytów. Ale bę­dzie to ogłoszone maksymalnie późno, aby opozycja nie prze­licytowała, a jeśli przelicytuje, żeby to wyglądało niepoważnie.
   To nie jedyne korzyści PiS z bajki o dwóch plemionach. Kolejną jest stwarzanie poczucia, że chodzi tu w istocie o długotrwały ambicjonalny konflikt, o kontynuację personalnego sporu Ka­czyńskiego z Tuskiem, o niesnaski w gronie niedoszłego PO-PiS, jakieś wewnętrzne rozgrywki w dawnym obozie postsolidarno­ściowym - po prostu prawica walczy z prawicą. Reakcje typu: co nam do walki nielubiących się ugrupowań - to miód na serce spin doktorów z obozu Kaczyńskiego. Poza wywołaniem cennego dla PiS poczucia zniechęcenia oznacza to, że toczy się normalna partyjna gra. PiS pozbywa się w ten sposób stygmatu ugrupowa­nia antysystemowego, dziwacznego, odstającego od kanonów, a staje się pełnoprawnym uczestnikiem publicznego, cywilizo­wanego sporu. Jedni mają takie pomysły na Trybunał Konsty­tucyjny, sądownictwo, prokuraturę, media, trójpodział władzy, rolę państwa w gospodarce, edukację, samorządy, a inni mają odmienne koncepcje. Wygrywa lepszy, czyli ten, kto został wy­brany przez suwerena.
   Trwa zatem niby zwyczajna debata, a gdyby opozycja zajęła się realnymi problemami, ta dyskusja byłaby jeszcze bardziej normalna. Słychać ze strony władzy: tyle jest w kraju do zrobie­nia, a wy się awanturujecie, histeryzujecie, blokujecie, nie za to ludzie wam płacą, nie po to was wybrali do par­lamentu. Przynajmniej dajcie nam pracować, bo my chcemy służyć Polakom. Znika w ten sposób prawdziwy sens toczonej teraz w Polsce walki - o kształt demokracji, o ustrój państwa, o to, czy pozostanie w kraju liberalna demokracja, znana z zachodniej Europy, czy zapanuje system innego typu, węgierskiego, tureckiego czy rosyjskiego. W teorii dwóch plemion te dylematy się zacierają. Ponadto PiS - poza zaufanym gronem - wcale nie akcentuje mocno swojej „kontrrewolucji kulturowej”, o której wspominał Jarosław Kaczyński podczas zeszłorocznego spotkania z Viktorem Orbanem w Krynicy. Po­litycy PiS staraj ą się raczej tuszować wagę konfliktu, banalizować go, na zasadzie: my się staramy załatwiać proste ludzkie sprawy, a małostkowa opozycja nie ma własnych pomysłów i po prostu się czepia.
   Cały głębszy ustrojowy i ideologiczny zamysł ekipy PiS jest zręcznie kamuflowany przez „sprawy zwykłych ludzi” - jak to nieustannie ujmuje premier Szydło - „milionów Polek i Pola­ków”. PiS różne swoje koncepcje przedstawia osobno, świado­mie ich nie łączy w jeden zwarty projekt, bo one w oczach ludzi mają pozostać jako oddzielne, konkretne sprawy do załatwie­nia. Rzuca kolejne kwestie jak kości do ogryzienia: edukacja, samorządy, sądownictwo - i to jest komentowane, mielone. Ogólny plan całkowitej przemiany kulturowej i ustrojowej ma być tak długo niewidoczny, jak się tylko da, żeby nie pło­szyć mniej zorientowanej publiczności, która przyda się tuż przed wyborami.

Drugie plemię, czyli Platforma i reszta, ma się jawić w tej politycznej ustawce jako obrońcy nie wolnościowych war­tości, ale profitów, przekrętów, układów, społecznych nie­równości, skompromitowanego dawnego porządku. PiS robi wszystko, aby utrudnić Schetynie i Petru możliwość występo­wania w roli obrońców zachodniego typu demokracji w Polsce, stale chce ich sprowadzać do parteru, ośmieszać i pomniejszać. Zasadnicze dzisiaj dla PiS, co wyraźnie widać w marketingo­wych działaniach tego ugrupowania, jest odbieranie opozy­cji nawet nie racji i argumentów, ale przede wszystkim wagi i powagi. Wtedy to, co mówią przeciwnicy władzy, traci już na starcie znaczenie.
   To trzy propagandowe klisze. Po pierwsze, walczą dwie od daw­na skłócone ze sobą formacje - trzymaj się człowieku od tego z daleka, bo to cię nie obchodzi; po drugie, to walka dobra ze złem, wybierz dobro; po trzecie - to spór tego, co było i lepsze nie będzie, z tym, co nowe i daje nadzieję, sprawdź to. W tych wszystkich kategoriach PiS na razie wy­grywa, ponieważ druga strona nie potrafi przekonująco pokazać prawdziwego sensu toczącego się konfliktu, a pokolenia dobrze pamiętające PRL, które na kilometr wyczu­wały paskudny zapaszek autorytaryzmu, tzw. opieki państwa nad obywatelami, du­cha przymusowej wspólnoty, powoli tracą większość w społeczeństwie. Młodzi zaś są niezaszczepieni.
   Bajka o dwóch plemionach nie udałaby się, gdyby nie metody towarzyszące. Poli­tycy PiS wraz ze swoją medialną drużyną od dawna wytwarzaj ą bardzo wydajny po­litycznie mit „zwykłych Polek i Polaków”, prostych, uczciwych, zabieganych wokół własnych spraw. Takich, dla których Trybunał Konstytucyjny, spory o ustrój, o obywatelskie wolności, niezależność insty­tucji to niemające znaczenia fanaberie warszawskich elit. Jest w tym ukryta głęboka po garda dla ludu, brak złudzeń co do jego poziomu, na co notabene elity III RP nigdy by się nie zdobyły; ale PiS jest przekonany, że to nie będzie dostrzeżone, bo jako dyżurny wróg narodu jest przedstawiana opozycja. Ten, kto wskazuje wroga, pozostaje poza podejrzeniem.
   Poza tym PiS dokonał jeszcze jednego pomocniczego zabie­gu. Podmiotem polityki ustanowił nie jednostkę, ale rodzinę, bo rodzina jest o stopień bliżej pisowskiej koncepcji wspólnoty, czyli umieszczenia indywidualnych poglądów, aspiracji, ewen­tualnych sprzeciwów i buntów w państwowo-partyjnej otuli­nie. Jednostkę mogą jeszcze obchodzić abstrakcyjne, teoretycz­ne sprawy państwa i prawa, indywidualnych wolności i praw, ale rodziny są inne - bardziej socjalne, żłobkowe, zasiłkowe, przyziemne. Dlatego premier Szydło stale mówi o rodzinach mających swoje problemy, których drugie plemię nie rozumie. Szydło wraz z prezydentem Dudą, politycy cieszący się naj­większym zaufaniem w kraju kamuflują i ocieplają przepro­wadzanie rewolucji ustrojowej i kulturowej, firmowanej przez dołujących w sondażach Kaczyńskiego, Macierewicza, Ziobrę.

Ta, wydawałoby się, szyta grubymi nićmi strategia na razie się sprawdza. 500 plus najwyraźniej zrównoważyło destrukcję Trybunału Konstytucyjnego, a obniżenie wieku emerytalnego - zamach na niezależne sądownictwo, prokuraturę i media. PiS pierwszy w polskich warunkach odkrył, że mogą to być war­tości wymienne, nie tylko propagandowo, ale wręcz moralnie. Oddzielne, wydawałoby się, wartości teraz wylądowały na jed­nym targowisku. Socjal stał się lekiem znieczulającym ustrojo­we ekscesy, w czym Kaczyńskiego wsparło wielu lewicowych komentatorów. Część z nich powoli trzeźwieje, za co spotyka ich - co nawet zabawne - krytyka ze strony rozczarowanych nimi prawicowych komentatorów (jak ostatnio na łamach „Gazety Polskiej”). Ale nie wszyscy jeszcze przeszli ten proces i na nich PiS wciąż liczy. Nazwaliśmy ich kiedyś symetrystami i ten termin się przyjął.
   W walce tak zwanych dwóch plemion tak skrajnie zideologizowane ugrupowanie jak PiS stara się odpolitycznić. Po to aby Platforma, walcząc o systemowe zasady, czyli „abstrakcję”, znalazła się na aucie. To właśnie opozycja ma być teraz ideo­logiczna, ma trzymać się przegranego europejskiego liberali­zmu i lewicowej poprawności politycznej. PiS wyciągnął lek­cję z sukcesu PO z lat 2007-15: paradoksalnie znów pojawia się koncepcja ciepłej wody, usypiania, odpolityczniania, uni­kania wizji, które mogłyby wystraszyć „zwykłych ludzi”, jacy będą potrzebni w 2018 i 2019 r. Zdarzają się kiksy, jak z kwestią aborcji, z Misiewiczem czy zmianą granic Warszawy, ale wtedy - i co charakterystyczne, tylko wtedy - osobiście interweniuje Kaczyński.
   Najwyraźniej lider PiS postanowił sko­rzystać z metody Tuska, tyle że w celu wprowadzenia po cichu zupełnie nowych treści - twardej narodowo-katolickiej dok­tryny. Widać, że PiS po to stworzył dwie listy: to, co można dość łatwo przepro­wadzić przy biernej zgodzie „niezainte- resowanych” (np. Trybunał, sądy, służby, armia, media), i drugi zestaw: czego nie ruszać, żeby ludzie nie wyszli na ulice. Ma tylko problem z edukacją, która wymknę­ła się z obu tych list.
   Władza PiS bywa także oczywiście piarowo nieporadna, zagubiona, kuriozal­na, nieobliczalna, potrafi się skompromitować. Ale te ekscesy na razie nie wykraczają poza propagandowy biznesplan. Głów­ne rubieże ideologicznego projektu są utrzymane. Ma to zwią­zek z wyraźnym obniżeniem się w społeczeństwie poziomu percepcji spraw polityki i rozumienia jej niuansów. Wiele osób deklaruje generalny brak zainteresowania polityką, dopóki ona nie dotrze do ich życia, biznesu, obyczajowych swobód. Wtedy nagle się budzą, protestują, ale - na szczęście dla PiS - nadal nie dostrzegają szerszego planu. Kiedy się uspokoją, wracają do starego oglądu, według którego zaciekle walczą dwa plemio­na, a oni tylko czasami wkraczają w „konkretnych sprawach”. Opozycji nie udało się dotąd przekonać publiczności, że walka z PiS nie jest zwyczajnym starciem w demokracji, ale starciem o demokrację.
   To niełatwe zadanie, także dlatego że zewsząd padają stwier­dzenia: nie wystarczy walka z PiS, to już nie działa, trzeba no­wych wartości. Stwierdzenia typu: „to tylko walenie w PiS”, „antypis nie wystarcza”, zaczynają brzmieć jak obelgi. W takim ujęciu najwyraźniej wartościami nie są: obrona niezależności Trybunału Konstytucyjnego i niezawisłości sądów, niezgoda na rujnowanie zasady podziału władz, podtrzymywanie nie­zależności samorządów, zabieganie o przyzwoitość mediów publicznych, piętnowanie zagarniania państwa i jego insty­tucji, sprzeciwianie się „kulturowej kontrrewolucji”, dewasta­cji międzynarodowej pozycji Polski czy demolowaniu armii, z której odchodzą najlepsi generałowie. Rzecz zaczyna już do­tyczyć kwestii bezpieczeństwa kraju, przyszłości na dekady i ustrojowej trwałości.

Ale te starania „antypisu" są przez wielu postrzegane jako program negatywny, wszak to „tylko" niezgoda na PiS, czyli malutko. Nie można jedynie negować, to nieładnie. Obrona zrębów demokracji, ramy, bez której nie da się prze­prowadzić żadnych racjonalnych społecznych projektów (socjalu, postulatów równościowych, obyczajowej moderni­zacji, edukacji itd.), okazuje się niewystarczająca. Czyli - bez względu na to, jak ciężka jest choroba, to jeszcze lekarz musi być przystojny.
   To dzisiaj największe wyzwanie dla opozycji - musi nie tyl­ko zresetować system po PiS, ale w tym samym czasie przed­stawić nowy wspaniały świat, z jeszcze lepszym 500 plus, za­sadniczymi reformami społecznymi, a przy tym wiarygodnie udawać, że są na to w budżecie pieniądze. Wyborcy może zgo­dzą się na przywrócenie demokracji, nawet liberalnej, jeśli tylko zostaną zachowane koncepcje i prezenty PiS osiągnięte w wyniku jej łamania (np. wyłączenia bezpiecznika w postaci TK). Jeśli jednak „ antypis” nie wyprzystojniej e, terapia zosta­nie odrzucona, a ludzie wybiorą ciężką chorobę.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz