PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 17 lutego 2017

Dyplomasakra,Każdy może, Pomoc naukowa dla opozycji,Linia przerywana,Wypadek,Szewc Rozpędek i Dozwolone od lat 60



Dyplomasakra

Autokraci - spójrzmy na Putina, Erdogana czy Orbana - potrafią prowadzić wybitnie skuteczną politykę zagraniczną. Autokrata Kaczyński nie jest do tego zdolny bo metody które zapewniają mu skuteczność w Polsce, za granicą są przepisem na klęskę.
   Szef dyplomacji, Witold Waszczykowski, miał przed sobą karkołomne zadanie. Musiał wygłosić expose na temat na­szej polityki zagranicznej, choć ta nie istnieje. I zrobić to w chwili, gdy nasze dotychczasowe działania wobec zagra­nicy poniosły koncertowe fiasko. I nie wiadomo, kto sobie bardziej szydzi z publiki - prezydent Duda oświadczający, że „osiągnęliśmy w polityce zagranicznej cele, które sobie stawialiśmy”, czy sam Waszczykowski twierdzący, że nie ki­bicujemy już innym, ale weszliśmy w polityce zagranicznej do prawdziwej gry. Oprócz przyklepania przez obecną eki­pę, załatwionej zresztą przez ekipę poprzednią, obecności amerykańskich żołnierzy w Polsce nastąpiła katastrofa na wszystkich kierunkach. A nasza dyplomacja nie tyle zeszła z trybun i weszła do gry, ile wyleciała z boiska i wylądowała na ławce rezerwowych.
   Obsadzenie Wielkiej Brytanii w roli naszego najważniej­szego europejskiego sojusznika tuż przed Brexitem, dyplo­matyczna wojna z Berlinem, Brukselą i Paryżem, stawianie na jakieś nieszczęsne Międzymorze, gdzie niemal wszyscy zezują w stronę Putina albo otwarcie się z nim układają, en­tuzjazm po wyborze Trumpa, który najchętniej rozwaliłby NATO, Unię i dogadał się z Moskwą, zostawiając nas w szarej strefie. Każdy z tych błędów jest ogromny, wszystkie razem składają się na katastrofę. Czy była ona do uniknięcia? Tak, gdyby Kaczyński nie był Kaczyńskim, a PiS nie było PiS-em. Krótko mówiąc - nie była.
   Państwo Kaczyńskiego nie jest w stanie prowadzić sen­sownej polityki zagranicznej, bo opierają na tym samym fundamencie co politykę w kraju i stosuje w niej te same metody. Skuteczna dyplomacja wymaga chłodnej oceny sytuacji, określenia ambitnych, ale realistycznych celów, wykazania elastyczności i inteligencji emocjonalnej plus zatrudnienia doskonałych dyplomatów. Który z tych wa­runków jest obecnie spełniony? Żaden. Nasza polityka za­graniczna, podobnie jak polityka krajowa, ufundowana jest na fobiach, resentymentach i kompleksach. Ale w kraju Ka­czyński potrafi narysować racjonalne ze swojego punk­tu widzenia cele i jest w stanie je zrealizować. Oczywiście, właściwą sobie metodą na rympał. Projekt ordynarnie naru­szający konstytucję i przyzwoitość jest brutalnie forsowany przez jakiegoś Ziobrę czy Piotrowicza. Propagandowa armia pod dowództwem Kurskiego wychwala projekt i demoluje jego przeciwników. Karne PiS-owskie oddziały bezrefleksyj­nie powtarzają przekazy dnia, potem podnoszą ręce jak trze­ba, wreszcie notariusz z pałacu wykonuje zleconą mu pracę. Polityczny ciąg technologiczny działa zwykle bez zarzu­tów. Cel - poszerzenie władzy PiS i zwiększenie dominacji Kaczyńskiego - niemal zawsze zostaje osiągnięty.

   W polityce zagranicznej ta metoda nie działa, bo działać nie może. Kaczyński nie ma żadnych narzędzi, by narzu­cić innym swoją wolę. Nie ma za granicą właściwie żadnych partnerów, którzy by go lubili (w prywatnych rozmowach nawet Orban nie ukrywa, że Tuska lubi, a Kaczyńskiego wy­korzystuje). Zagranicznym mediom Kaczyński nie może ni­czego nakazywać, nie może też ich zastraszać. Na końcu zaś wysyła w bój prezydenta Dudę czy premier Szydło, których nikt nie traktuje nadmiernie poważnie, albo ministra Waszczykowskiego, który Talleyrandem niestety nie jest. Nie ma więc w efekcie żadnej polityki zagranicznej. Są fochy, miny i dąsy.
   Nie jest tak, że z Jarosławem Kaczyńskim w Europie się nie liczą. Przeciwnie. Ale nie liczą się z nim jak z partnerem, z któ­rym można coś załatwić. Liczą się z nim jak z kimś, kto mocą dawnych uzgodnień znalazł się w salonie, ale wiadomo, że przyjęcie i nastrój może co najwyżej zepsuć. Liczą się z nim, jak nauczyciel liczy się z trudnym uczniem, który sam wiele nie zrozumie, za to jest w stanie zdemolować całą lekcję.
   Wizytę kanclerz Merkel uznano u nas za niezmiernie waż­ną, ale przede wszystkim dlatego, że doszło do niej, gdy na własne życzenie PiS zepsuło relacje Polski z Niemcami. Te­raz Kaczyński próbuje dokonać jakiejś korekty, ale graniczy ona z niemożliwością, skoro na jego rozkaz w PiS-owskiej propagandzie ze słowa „Niemcy” uczyniono niemal epi­tet, a z przymiotnika „niemiecki” - synonim słów „obcy” i „zdradziecki”. Albo się prowadzi dorosłą politykę, albo odreagowuje jakieś kompleksy. Albo-albo.
Pod względem braku polityki zagranicznej Polska nie jest sama. Kilka dni temu profesor Brzeziński publicznie za­pytał, czy politykę zagraniczną ma Ameryka. Nie ma. Ma Trumpa. Co brak naszej polityki zagranicznej czyni jeszcze bardziej niebezpiecznym.
Tomasz Lis

Każdy może

Minister Antoni Macierewicz zapowiedział, że krytyka Bartłomieja Misiewicza będzie zgła­szana do prokuratury i służb specjalnych jako przykład „skoncentrowanej dezinformacji i prowoka­cji”. Jestem oczywiście wielkim wyznawcą dobrozmia - nowych służb i prokuratury popieram w ciemno każde ich działanie, ale ze względu na wrodzoną skromność i przez to, że zaraz coś napiszę o Najpiękniejszym Rzecz­niku Dobrej Zmiany w Ogólności i Antoniego w Szcze­gólności, wolałbym, żeby służby i prokuratura zajęły się kimś innym. Na przykład nauczycielkami z Zabrza, z Ze­społu Szkół Specjalnych nr 39, co z okazji czarnego prote­stu wrzuciły do sieci swoje zdjęcie w czarnych ubraniach. Mają teraz dyscyplinarkę za „publiczne manifestowanie poglądów w szkole”. Grozi im od nagany po zakaz wyko­nywania zawodu, ale umówmy się, co to za śmieszne kary w porównaniu ze zbrodnią, której się dopuściły?
   A kiedy piszę ten felieton, pojawia się informacja, że pierwszą z dziesiątki, Aleksandrę Piotrowską, komisja kuratorium uniewinnia. Uniewinnia! Więc ja się pytam: jak nasza Ojczyzna ma powstać z kolan, jak ma zmieniać Dobra Zmiana, jeśli najgroźniej szych przestępców pusz­cza się ot tak, wolno, by sobie hasali po ulicach i szkołach, demoralizując młodzież. Zgroza. Gorycz. Smuteczek.
   Czas powiedzieć „dość!” dobrotliwości, jaką cechowa­ły dotychczas owe działania władzy! Oprócz tej dziesiątki z piekła rodem służby powinny zająć się również wszyst­kimi członkami komisji kuratorium, którzy jawnie wsparli działalność wywrotową o antypolskim charak­terze. Mam nadzieję, że Wiadomości TVP prześwietlają rodziny nauczycielek i członków komisji do pięciu poko­leń wstecz. A w poniedziałek „wSieci” Karnowskich bę­dzie przejmująco wołać z okładki: „Nasze śledztwo: za czyje pieniądze zostały kupione te czarne, wymierzone w Polskę fatałaszki?!”. My ze swej skromnej felietonowej strony chcielibyśmy zapytać, czy ta i owa bluzeczka nie pochodzi przypadkiem z sieci handlowej pewnego kraju na zachód od naszych granic, którego nazwa zaczyna się na N, jego stolicy na B, zaś rządził nim człowiek o imie­niu Adolf, pierwsza litera nazwiska - H.
   Więc zabrzański pucz ubraniowy jest pierwszym po­wodem, dla którego służby i prokuratura nie powinny zajmować się niżej podpisanym, mimo że za chwilę nie­co uwagi poświęci Najpiękniejszemu Rzecznikowi Do­brej Zmiany w Ogólności i Antoniego w Szczególności. Ale ważniejszy jest powód drugi. Ja o Bartłomieju Mi­siewiczu napiszę czule, z podziwem, ba, wykażę, że jest on największym atutem Dobrej Zmiany, nadzieją na promienną przyszłość.
   A zabrać głos muszę, nie tylko dlatego, że Bartek stał się celem plugawej nagonki pseudoelit III RP. Te niech se szczekają. Poszczekają i przestaną, a jak nie, to są służby i prokuratura. Gorzej, że wizjonerskiego Bartka krytykują niekiedy zagubione owieczki po słusznej, pa­triotycznej, narodowej, dobrozmianowej stronie. Ludzie ci, niewątpliwie kierując się szlachetnymi intencjami, obawiają się, że działania zmysłowego Bartka szkodzą Dobrej Zmianie. Utwierdzają się w swej opinii, widząc, że na to właśnie liczą pogrobowcy zdradzieckiego Tuska. Że Bartek wyklęty stanie się symbolem nieistniejących przecież w rzeczywistości grzechów PiS i Dobrej Zmia­ny. Otóż śmiem twierdzić, że jedni i drudzy się mylą, a rację ma Antoni i Najwyższe Kierownictwo Partii i Rzą­du, które niepokornego Bartka trzyma, i co ten zniknie, to wraca, niech się bumerangi i matrioszki chowają.
   Dla mnie oszałamiający Bartek jest pięknym symbo­lem rewolucji. Lenin powiedział, że każda kucharka po­winna (a więc może) nauczyć się rządzenia państwem, i pociągnął miliony. Jarek z Antonim zamiast na kuchnię wskazali na aptekę i udowodnili, że pomocnik farmaceu­ty może rządzić armią, a generały strzelają mu obcasami. I wy myślicie, Drodzy Czytelnicy, że to Dobrej Zmianie szkodzi? Może wśród takich starych dziadów jak ja. Ale jakbym miał dwadzieścia parę lat, niczego nie potrafił, na niczym się nie znał, do normalnej roboty się nie palił, a chciałbym sobie pożyć elegancko i widział takiego ko­zaka jak Bartek, któremu podlizują się stare trepy (a jak jakiś fika, to leci z wojska), niepowstrzymanego Bart­ka, który na dyskę w Białymstoku zajeżdża niczym Kmi­cic na Wołmontowicze i tam, w otoczeniu borowików, wspierając się funkcją, szerzy popłoch wśród pań, a mło­dzianom otwiera ścieżki kariery w prywatnej armii wuja Antoniego, no to, przepraszam was bardzo, ale już dzisiaj bym się zapisywał do PiS.
Marcin Meller

Pomoc naukowa dla opozycji

Parę tygodni temu jeden z posłów opozycji napisał na swoim blogu do mnie, Lisa i Ża­kowskiego wezwanie, byśmy się pohamowa­li w atakach na opozycję, gdyż ją dołujemy, niszczymy, wdeptujemy w glebę, a na pewno nie pomagamy i nie rzucamy konstruktywnych pomysłów - czyli de fac­to destruujemy jedynego przeciwnika, który może PiS pokonać. Apel ten chciałem pominąć milczeniem, bo wydał mi się desperackim wezwaniem o ratunek czło­wieka, który wie, że jego drużyna przegrywa sromotnie mecz, ale pretensje ma do kibiców. Ton listu dowiódł rzeczy najsmutniejszej: bezradności.
   Nie będę dobijał owego posła i nie wymienię go z na­zwiska. Wiem, że nie miał złych intencji, co najwyżej stan ducha zdewastowany po porażce sejmowego abor­dażu, w którym ofiarnie brał udział. Prawdopodobnie widzi też zorganizowaną w stylu wojskowym medialną działalność pisowskiej strony, która udziela Kaczyń­skiemu i jego gangowi żelbetonowego wsparcia - a tu klops. Opozycja nie ma takiego. Niestety - zwracam się do pana posła - tak to jest z istotami myślącymi, że jak widzą zło, to mówią, że widzą zło. Skoro jednak padła prośba o pomoc, spróbujmy.
   Oto na ekranie poseł Sasin i dziennikarz TVN24 Piotr Marciniak. Rozmowa o demolce warszawskiej. Jestem pewien, że wiem, co się stanie: Sasin jest zaprogramo­wany na dewastację rozmówcy. To jest wytrenowana technika stosowana przez polityków PiS w programach telewizyjnych: zniszczyć dyskutanta ciosami MMA prosto z heksagonu. Kempa, Wiśniewska, Machałek czy Sasin są wytresowani, by rozmówcy przerywać, nie dać mu dojść do słowa, wtrącać mu co sekundę teksty od czapy - czyli zrobić wszystko, byleby tylko zatamować wypowiedź oponenta. Mówiąc jaśniej: nie dopuścić, by klarownie dotarła do telewidza.
   Tylko tak wyćwiczonych polityków PiS wysyła do programów na żywo. Mięczaki nie mają wjazdu na ante­nę. Dlatego wrażenie porażki w sporach telewizyjnych jest permanentnie po stronie opozycji. W dzisiejszych mediach polemika nie istnieje - istnieje bójka, kłam­stwo, insynuacja i destrukcja. PiS wie, że ludzie nie wsłuchują się w racje, patrzą jedynie, kto komu do­kopał. Czy opozycja o tym wie? Czy dlatego wysyła na pojedynki z bokserami ludzi niezdolnych przeciwsta­wić się chamstwu? Jakie szanse ma dobrze wychowa­ny i wyposażony w merytoryczną wiedzę Borys Budka w pyskówce z Beatą Kempą? Żadnych. Jak odparować szydercze uśmieszki, insynuacje, rzucanie nieistnie­jącymi danymi („A ja mam inne dane, nie mam ich te­raz przy sobie, gdybym wiedział, to bym przyniósł”), wciskanie kitu pani Wiśniewskiej? Jak uziemić zmia­nę tematu na inny i przerzucanie winy w kosmicz­ne rejony, aluzje i wycieczki osobiste oraz - u Sasina wreszcie - legendarny słowotok, który zniszczył niejednego dyskutanta? Tego dnia Piotr Marciniak udzielił politykom korepetycji.
   Nie pozwolił na żaden z powyższych trików. Nie dał sobie przerwać, niewygodne pytania powtarzał ni­czym zacięta płyta, aż doszło do sytuacji znanej fanom sportu z finiszu biegów długodystansowych. Marci­niak zaczął zadawać pytanie, Sasin się zorientował, że to pytanie go tnie na kawałki, zaczął więc wrzucać pojedyncze: „ale, ale”, „nieprawda” i wytatuowane na mózgach ludzi PiS „osiem lat Platformy”, co z regu­ły wystarcza, by każdego dyskutanta wykoleić z to­rów. Jednak nie tym razem. Dziennikarz nie reagował i kontynuował swoje. Sasin włączył więc bieg osta­teczny i rozpoczął monolog równoległy, by zagłuszyć dziennikarza. Kotłowanina trwała ze 30 sekund, co w telewizji jest wiecznością. Marciniak miał jednak morderczą wytrzymałość, przetrzymał kanonadę słów. W końcu Sasin spuchł i zrezygnowany się wyłączył. Wtedy redaktor zadał mu śmiertelne pytanie do koń­ca i ustawa warszawska była pozamiatana.
   Nie wiem, co z taką „pomocą naukową” zrobić. Może zacznijcie od tego, panie pośle, że wyślecie do mediów ludzi skutecznych w polemikach, którzy będą wiedzieli, z kim się będą naparzać, mówiących z pazurem, dyspo­nujących ciętym językiem, bon motami i ripostami, bo inaczej wciąż będziecie chlipać, że wam nie idzie.
Zbigniew Hołdys

Linia przerywana

Zabrakło mi tylko transpa­rentu „My, TVP, uważa­my wszystkich Polaków za idiotów” i podpisu - Ja­cek Kurski. Wspomniana wyżej instytucja pokazała w „Wiadomościach” kompu­terową symulację wypadku Beaty Szydło w Oświęcimiu. Przy okazji to i owo poprawili, żeby w kraju było lepiej. Biegnąca środkiem jezdni podwójna linia ciągła, którą przekroczyła kolumna rządowa, zmieniła się w pojedynczą przerywaną. I wszystko jasne. Nie musieli jechać na sygna­le dźwiękowym, żeby wyprzedzać. A w ogóle TVP powin­na podać, że żadnego wypadku nie było, samochód pani premier zatrzymał się prawidłowo, tuż przed drzewem, i tylko jakiś łobuz pogniótł go młotkiem. Skąd więc ponad stu policjantów i strażaków oraz przedstawicieli innych służb w miejscu, w którym nie było wypadku? Po prostu szli zorganizowaną grupą do kina na „Smoleńsk”, bo aku­rat przypadała 82. miesięcznica. W tym samym czasie w uroczystościach w Warszawie uczestniczył jak zwy­kle minister Błaszczak. Gdy usłyszał z drabinki o poważnym wypadku pani premier, uznał, że najlepiej będzie nie wplątywać się w nie swoje sprawy i spokojnie czekać. Miał rację, obchody na Krakowskim Przedmieściu odbyły się bez zakłóceń.
   Późnym wieczorem szef MSWiA prawdopodobnie zadzwonił do Jarosława Zielińskiego, swojego zastępcy: - No co tam w tym Oświęcimiu się stało?
- Najzwyklejszy wypadek samochodowy - usłyszał w od­powiedzi. - Codziennie się takie zdarzają. - Aha.
    Następnego dnia odbyła się żałosna konferencja prasowa. Dwaj wspomniani ministrowie oraz szef policji udowadniali ciemnemu ludowi, że to Donald Tusk i jego „dziadowski rząd” odpowiadają za incydent w Oświęcimiu. Oskarżali opozycję, że leje w mediach hejt na PiS, a taki język doprowadził do katastrofy smo­leńskiej i zabójstwa działacza ich partii w Łodzi. Wresz­cie upomnieli wszystkich, by do „zdarzeń drogowych podchodzić z powagą i pokorą”, a nie robić sobie z tego politycz­ną przekąskę. Minister Błaszczak nie mógł się przy tym nachwalić sam siebie - na co zawsze czekam, bo to są najlepsze kawałki. Gratulował też umiejętności oficerom chroniącym panią premier. Jak grom z jasnego nieba spadła więc na wszystkich informacja wicemini­stra Zielińskiego, że BOR w tym stanie istnieć dalej nie może. Jest zakorzeniony w komunizmie łącznie z łodygą.
   Trzeba tę zgniliznę wyrwać i utworzyć zdrową formację Narodową (bo jakżeby inną) Służbę Ochrony. Wzorem dla niej będzie etos Armii Krajowej z legendarnymi struk­turami Kedywu. To znaczy, że najbardziej cenna u oficerów ochrony będzie umiejętność planowania akcji dywersyj­no-sabotażowych? O, właśnie tego mi brakowało.

Trudno byłoby znaleźć w Polsce i na świecie bardziej godnych niż Błaszczak i Zieliński przejęcia sławy podziemnej armii. Wstrząsający bez­miar pychy i bezwstydu. Ministerial­ne zupaki nie mają odwagi, by powie­dzieć prawdę, z jaką szybkością jechał rządowy samochód i czy za kierow­nicą siedział człowiek, który miał prawo tam siedzieć. Zamiast podać uczciwe informacje o stanie zdrowia Beaty Szydło, pan Błaszczak, infan­tylny przedszkolaczek, oficjalnie ogłasza, że może to być krępujące ze względu na płeć pani premier.
   Najbardziej krępujące jest jednak to, co pani premier, jej kierownik i jej rząd każdego dnia robią z Polską. Chaos, bezwład i dyletanctwo. Ze wszystkich instytucji wycina się fachowców, będzie więc coraz więcej kraks, wypadków i karamboli. Nie tylko drogowych, niestety. Niektóre pew­nie - obym był złym prorokiem - skończą się tragicznie. Ta władza kłamie coraz bezczelniej. Etosami przywoływa­nymi z historii nie da się przykryć moralnego i umysłowe­go kalectwa.
Stanisław Tym

Wypadek

Według oficjalnych i osobistych zapewnień Pani Premier Beata Szydło nie odniosła, na szczęście, poważniejszych obrażeń w wypadku rządowego auta, a inni, ciężej poszkodowani, są w dobrym stanie. Media przez parę dni rozkładały ten wypadek na śrubki, więc przebieg zdarzenia jest w zasadzie znany. Jeśli pominąć bezczelne oszustwo TVP, która w swojej animacji podwójną linię ciągłą zamie­niła w przerywaną, fachowcy i amatorzy mówią to samo: młody kierowca, mimo migających z tyłu świateł rządowej kolumny, próbo­wał skręcić w lewo, nie spodziewając się, że na pasie przewidzianym do ruchu w przeciwną stronę, odgrodzonym podwójną linią, znajdzie się uprzywilejowany pojazd. Potem gwałtowna reakcja kierowcy BOR, zjazd na pobocze i uderzenie opancerzonego pojazdu w drze­wo. Tyle samego wypadku. Reszta to kontekst i następstwa.
   Przede wszystkim, w stosunkowo krótkim czasie mieliśmy całą sekwencję vipowskich karamboli: pan prezydent, minister obrony narodowej, pani premier. Wszystkie skończyły się bez ofiar w ludziach - choć w każdym przypadku mogło dojść do tragedii; przy czym bardziej narażeni byli postronni użytkownicy drogi niż tzw. osoby chronione. Za każdym razem uprzywilejowane kolumny przemieszczały się po kraju, niekiedy z ogromną szybkością (prezydent, minister obrony) z błahych powodów: Andrzej Duda wracał z nart, min. Macierewicz pędził od o. Rydzyka, żeby zdążyć na galę przyznania Jarosławowi Kaczyńskiemu tytułu Człowieka Wolności; pani premier jechała na weekend do domu. Oczywiście można przyjąć, że ludzie władzy zawsze są w pracy i zawsze uprzywilejowani, ale - z punktu widzenia ich, powiedzmy, statutowych obowiązków służbowych - to jednak były podróże prywatne i (cytując jedno z ulubionych kampanijnych haseł Beaty Szydło) trochę „pokory" tu akurat komunikacyjnej (koguty, syreny, kolumny aut, przejazdy na czerwonym świetle itp.), by nie zaszkodziło.

W każdym wypadku mieliśmy do czynienia z błędami kierowców i organizatorów przejazdu (choćby opony prezydenckiej limu­zyny), naruszeniem czy lekceważeniem procedur, przekonaniem, że „z tym pasażerem” trzeba zdążyć i że bez względu na okoliczności „musi się udać”. Psychologicznie to można zrozumieć. Biuro Ochrony Rządu, jak inne służby państwowe, padło ofiarą nieufności i podejrz­liwości nowej władzy. Masowe zwolnienia funkcjonariuszy BOR i przyjmowanie na łapu-capu nowych oznaczają skrajną destabiliza­cję służby (w ciągu roku z tej liczbowo elitarnej jednostki odeszło, jak podał sam min. Błaszczak, 70 osób, przyjęto 137). Każdy pracownik musi się więc obawiać utraty pracy i starać (za wszelką cenę?) przypodobać „osobie chronionej”. Nieprzypadkowo w tym kontekście karierę zrobiło określenie „tupolewizm”, użyte w „Gazecie Prawnej” dla opisu innego, niedawnego skandaliku komunikacyjnego, jakim było niefra­sobliwe przepełnienie rządowego samolotu wracającego z Londynu (tam, na szczęście, zbuntowali się piloci). Nie chcę uogólniać, ale czy nie widać tego samego mentalnego nastawienia niemal we wszyst­kim, co robi obecna władza: rewolucyjny pośpiech, arogancja, lek­ceważenie procedur i przepisów, przekonanie o własnej szczególnej misji i że zawsze „jakoś to będzie”, byle wyszło na nasze. Przymierzmy to choćby do tzw. reformy edukacji, wymiaru sprawiedliwości, zmian w wojsku czy ostatnio ustawy warszawskiej. Czysty tupolewizm.

Ale bodaj jeszcze bardziej specyficzny jest sposób reagowania władzy na - znów, niemal każdy - wypadek czy kłopot. Obejrze­liśmy ten schemat przy okazji kolizji auta Pani Premier. Więc najpierw wyginanie faktów (znika podwójna ciągła; kierowca BOR - choć doku­menty mówią co innego - był należycie przeszkolony itp.). Następnie odbywa się pośpieszne wskazywanie winnych; prok. Hnatko mówi, że „różni świadkowie różnie zeznają” (w sprawie prędkości i używania sygnałów), ale młody kierowca już „usłyszał zarzuty, zagrożone karą do 3 lat więzienia”.
   Komentująca zdarzenie konferencja prasowa min. Mariusza Błaszczaka mogłaby zresztą żywcem trafić do kabaretu „Ucho prezesa” gdyby nie w sumie dramatyczne okoliczności. Pytany o serię wypadków rządowych aut, minister oświadczył: „Zmiany w BOR następują. Przynoszą wymierne rezultaty”(w telewizyjnych sitcomach w tym momencie rozlegałyby się huragany śmiechu). Odpowiedzialnością za (niepopełnione przecież) błędy służb minister obarczył zdymisjonowanego przed 3 laty szefa BOR gen. Janickiego, który - tak jak opozycja używająca języka nienawiści - jest „człowiekiem pozbawionym honoru” i trzeba po nim sprzątać, choć kierowca pani premier był znakomity i doświadczony, bo pracował w BOR kilkanaście lat. Po tym precyzyjnym wywodzie za powiedziano tradycyjny odwet, czyli „dogłębne zmiany w BOR”, zwieńczone nową nazwą. Wiceminister Jarosław Zieliński już proponuje, aby była to - a jakże - „oparta na etosie Armii Krajowej” (!) Narodowa Służba Ochrony. (NSO wymawia się - a właściwie wykrzykuje - marnie, więc może, jeśli jeszcze są przyjmowane propozycje, np. Służba Ochrony Dygnitarzy, SODA?).

Zwykle jest tak, że jeśli ta władza napotyka przykre i nieprzewi­dywalne zdarzenie, nieudolność własnego aparatu czy w ogóle opór rzeczywistości, podstawową, odruchową reakcją jest szukanie winnych, oskarżanie przeciwników i poprzedników o spiski, zdra­dy, intrygi i podłość. Ta „smoleńska metoda” jest fundamentalną, „konstytutywną” cechą tej formacji i - niestety - gwarantuje kolejne wypadki, wpadki i awarie, także na skalę państwa. Zadajemy sobie coraz częściej pytanie, czy PiS ma jakąkolwiek zdolność do samokry­tycyzmu, uczenia się na błędach, do autokorekt? Na razie wydaje się, że wciąż dominuje tam podejście Kubusia Puchatka, który zwykł był mawiać, że „wypadek to dziwna rzecz; nigdy go nie ma, dopóki się nie wydarzy”. A jak już się wydarzy, to go znowu nie ma.
Jerzy Baczyński

Szewc Rozpędem

PiS przymierza się do kolejnej wojny - tym razem o samorządy. Wyniki przyszłorocznych wyborów samorządowych są kluczowe dla przyszłości nie tylko wielu miejscowości, ale i Polski. Będą bowiem miały wpływ na zwycięstwo - lub porażkę - PiS w kolejnych wyborach parlamentarnych i prezydenckich.

Po Trybunale Konstytucyjnym, prokuraturze, mediach publicz­nych i sądach zabrano się za podporządkowywanie samorzą­dów, zaczynając od Warszawy. Zastosowano tę samą metodę co w przypadku ustaw zmieniających Trybunał Konstytucyjny. Ustawa mająca połączyć w jeden organizm stolicę oraz gminy ją okalające dotarła do Sejmu błyskawicznie i tak też została zaopiniowana. Pełna błędów merytorycznych, niedopracowana, miała zostać przepchnięta przez Sejm po cichu i na siłę, wbrew protestom opo­zycji. Jednak PiS nie wziął pod uwagę specyfiki samorządów. O ile bowiem Trybunał Konstytucyjny czy prokuratura to dla wielu osób odległa abstrakcja, otyłe samorządy już nie.
   Polacy czują się związani ze swoją miejscowością. Identyfikują się z nią w pierwszej kolejności - dopiero w drugiej z Polską, z krajem (dane CBOS). Dobrze ocenia władze swojego miasta/ gminy 73 proc. badanych. Dla porównania: rząd dobrze ocenia 50, a Sejm 27 proc. respondentów. Mieszkańcy są też przekonani, że samorząd nakręca rozwój ich miejscowości, dba o nie, jest blisko nich oraz ich potrzeb jak mało która instytucja. Samorządy to jeden z niewątpliwych sukcesów polskich przemian.

Jednak logika ich funkcjonowania jest sprzeczna z filozofią PiS. Samorządy to oddanie władzy ludziom i ich przedstawicielom, czyli decentralizacja władzy i decyzji. To budżety partycypacyjne, gdzie o części wydatków decydują sami mieszkańcy. Zmiany, które dokonuje PiS w kraju, opierają się na odwrotnym mechanizmie centralizacji. Chodzi o odebranie władzy różnym szczeblom, tak aby decyzje podejmowała centrala partii i ministrowie. Najlepszym przykładem tego podejścia jest właśnie pomysł włączenia wytypo­wanych - a więc wskazanych palcem - gmin do Warszawy.
   Pojawienie się firmowanej przez posła Jacka Sasina ustawy warszawskiej przypomniało mi bajkę z dzieciństwa o szewcu Rozpędku. Cokolwiek on robił, tak się rozpędzał, że źle się to kończyło. Jak się rozpędził, przybijając gwoździe w bucie, cały obcas rozpadał się i zamiast zarobić, musiał ludziom oddawać pieniądze. Ustawa pojawiła się nagle, była niekonsultowana - wywołała wzburzenie. Przyniosła PiS wiele szkód wizerunkowych. A to tylko początek zamieszania.

Zgodnie z pomysłem do Warszawy miałyby dołączyć 33 sąsiadu­jące gminy, aby stworzyć jeden, nowy organizm - metropolię.
PiS liczył tu na korzyści polityczne, na wygraną w Warszawie w przy­szłych wyborach samorządowych. Wszak mieszkańcy gmin okalają­cych stolicę głosują w dużej mierze właśnie na partię Kaczyńskiego. Zakładano więc, że po przeforsowaniu ustawy metropolitalnej poprą kandydata PiS.
   Nie wzięto jednak pod uwagę zakorzenienia samorządów w życiu lokalnym miasteczek. Osadzenia ich, zwłaszcza w małych miejscowościach, w lokalnych interesach i preferencjach ludzi.
To przecież radni podejmują decyzje dotyczące dróg, szkół, żłobków i chodników. Wiele osób, w tym zwolenników PiS, po prostu nie chce wtopienia ich miejscowości w jeden wielki warszawski organizm. Chcą załatwiać sprawy tam, gdzie dotąd załatwiali, a nie w dalekiej Warszawie. I wywierać wpływ na swoich radnych, do których zawsze można jakoś dotrzeć, bo ktoś zna żonę, brata, kuzyna. W małych miejscowościach ludzie mają ze sobą lepszy kontakt, wiedzą, na kogo i dlaczego warto głosować. Samorząd to przede wszystkim gospodarz, a nie odległa władza w województwie czy w Warszawie.

PiS myślał, że ustawę warszawską uda się przepchnąć podobnie jak inne ustawy zmieniające ustrój - większością w Sejmie. Jed­nak opór samorządowców spowodował, że obóz władzy przegrał pierwszą rundę tej walki. Ustawę wycofano również pod wpływem nacisków opinii publicznej i działań opozycji.
PO przeforsowała referendum, w którym mieszkańcy mają zabrać głos w sprawie powstania dużego nowego organizmu. Okazało się, że silny opór społeczny wobec niektórych pomysłów PiS skutkuje. Dotychczas pod wpływem masowych protestów PiS wycofał się z procedowania ustawy zakazującej aborcji. Teraz zadziałało zanie­pokojenie samorządowców.
   PiS ogłosił, że poprawia ustawę warszawską i zaczyna konsultować pomysł dużej Warszawy, ale mleko już się rozlało.
Wielu mieszkańcowi samorządowców Warszawy, Legionowa czy Ząbek sprzeciwia się odgórnym próbom centralizacji i włączania ich miejscowości do innych. Wielu wyborców PiS i samorządowców jest temu przeciwnych. A przedstawiciele opozycji dobrze wykorzystali sytuację i nabrali wiatru w żagle. W kilku miejscowościach, w tym w Warszawie, odbędą się referenda, które prawdopodobnie skończą się porażką koncepcji PiS. Towarzysząca referendom kampania też nie będzie korzystna dla obecnej władzy. To będą co prawda referenda lokalne, ale kampania i przegrana PiS odbije się głośnych echem w całym kraju.

Walka o samorządy dopiero się jednak rozpoczyna. Duży niepo­kój wzbudziła też inna zapowiedź PiS. Zgodnie z nią kadencje burmistrzów i prezydentów miast zostaną ograniczone do dwóch. Jednych niepokoi więc, że w ich miejscowości trudno będzie zastą­pić dotychczasowego dobrego wójta i znaleźć innych kandydatów, którzy chcieliby wystartować w wyborach. Innych - że chce się ograniczyć bierne prawa wyborcze dotychczasowym samorządow­com.
   Dobrze, że rozpoczęła się dyskusja na temat ordynacji, ale pytanie, kiedy znowu pojawi się znienacka w Sejmie kolejny zupełnie niekonsultowany pomysł zaprzeczający idei samorządności. Jedno już wiemy - nie przejdzie on łatwo. Samorządy są mocno osadzone w codzienności gmin i miasteczek.
I to one, a nie rząd, są ich faktycznym gospodarzem. PiS okazuje się partią jak każda inna - do pokonania.
   Pojawienie się i nagłe zniknięcie ustawy warszawskiej świadczy o chaosie, który zakradł się w szeregi działaczy partii rządzącej.
PiS dalej pracuje metodą Rozpędka - pojawia się coraz więcej nowych, nieprzygotowanych i nieprzemyślanych zmian. W tej sytuacji łatwo o polityczny błąd, który będzie miał długofalowe konsekwencje. Jak ten, który właśnie widzieliśmy. I odsunęliśmy.
Lena Kolarska-Bobińska

Dozwolone od lat 60

Przeczytałem kiedyś, że spośród wszystkich ty­godników POLITYKA ma najstarszych czytelników, a ponieważ rozumu nabie­ra się z wiekiem, więc znajdujemy się w klubie elitarnym. Lubię czytać pamiętniki moich współczesnych - dowia­dywać się, jak w moich czasach żyli inni - okupacja, stali­nizm, Październik, Marzec, Grudzień, Sierpień, czyli pol­ski kalendarz. W związku z tym przeczytałem niepozorną książkę Andrzeja Kokowskiego (ur. 1953 r.), „ZŁOTÓW. Opowieść o małym miasteczku” (wyd. UMCS, 2012). Nie powiem, żeby dzieje Złotowa (18 tys. mieszkańców) mnie pasjonowały. Na pierwszy rzut oka - jeszcze jedna „pozycja wspomnieniowa”, bogato ilustrowana: rodzice na ślubnej fotografii, „tacy byliśmy w naszej paczce ra­dośni”, ratusz, „stoję w wejściu do naszej kamienicy”...
   Od początku lektury zwraca jednak uwagę męcząca ilość szczegółów. Rozlewnia wód gazowanych w bramie, stare dęby, pałacowy płot z czerwonej cegły, pasyjka przy wejściu do nieistniejącego już domu kościelnego, dawny zbór pełniący rolę magazynu... Ten autor mnie zamęczy - pomyślałem i zacząłem szukać o nim infor­macji w książce. Na próżno! Bo choć na końcu znajduje się „Moje kalendarium”, to zaczyna się ono od śmierci Stalina (kilka tygodni później przyszedł na świat autor). A co dalej? Na próżno szukać w kalendarium, co autor robił pomiędzy 1972 (matura, zdaje na archeologię w Po­znaniu) a rokiem 2011, kiedy został Honorowym Obywa­telem Miasta Złotowa. Za co - nie piszą.
   Tymczasem Andrzej Kokowski jest znanym archeolo­giem, profesorem zwyczajnym na UMCS w Lublinie, spe­cjalistą w dziedzinie czasów rzymskich i przedrzymskich: Goci, Wandalowie, Sarmaci i tym podobni. Na liście ho­norowych obywateli Złotowa znajdujemy go obok sena­tora Marka Borowskiego, co nas utrwala w przekonaniu, że jesteśmy w dobrym towarzystwie. A więc archeolog! Teraz rozumiem, skąd te dokładne, drobiazgowe opisy ulic, domów, mebli, sprzętów, no i ludzi oraz obyczajów. Nie bez powodu autor jest laureatem nagrody archeolo­gicznej pod dowcipną nazwą Złota Łopata.
   Dzięki niemu powraca dzieciństwo w Polsce powo­jennej, w małym miasteczku na ziemiach zachodnich. Kokowski spędza pierwszych 20 lat swojego życia w Zło­towie (1953-72). Dom nie był zamożny - rodzice ze wsi, ale zawsze w garnku coś tam było. Dzieci na ogół są wol­ne od trosk, ale autor pamięta wyprawy matki po węgiel na stację kolejową. „Dla mojej Mamy te wyprawy to był coroczny, prawdziwy koszmar. Nieustanne polowanie na dostawę opału, wystawanie długimi godzinami w ko­lejce po jego zakup”. Nie jest to jednak koniunkturalna książka w duchu „koszmar czerwonego dzieciństwa”; szczenięce lata przyszłego profesora były w sumie uda­ne, z rodzicami i rodzeństwem, we własnym mieszkaniu. Każdej niedzieli, odświętnie ubrani, szli do kościoła, który zajął dawny zbór ewangelicki. „W kościele z zasady po­twornie się nudziłem, chyba że pozwalano mi wrzucać w podzięce monetę do jednej ze skarbonek z kiwającym główką aniołkiem lub murzynkiem...”. Od czasu do czasu po ulicy sunęły kolorowe wozy taborów cygańskich. „Wtedy uciekaliśmy gromadnie do domów, przeko­nywani przez rodziców, że »Cygany kradną dzieci«”.
   Jedną z nielicznych rozrywek było kino. Film „A Hard Day’s Night” z Beatlesami wywołał „niesłychane emocje” wśród starszych. Niestety, w kinie surowo przestrzega­no dozwolonego wieku oglądających. Tuż po czołówce zapalało się światło, na salę wkraczali nauczyciele i so­kolim wzrokiem wypatrywali ofiary. Z tego powodu film o Beatlesach obejrzał autor dopiero po maturze. Były za to wycieczki szkolne do kina, co pozwoliło nauczyć się prawie na pamięć „Opowieści o prawdziwym człowie­ku”, dzielnym lotniku radzieckim, który w podniebnej po­tyczce ze znienawidzonym faszystą stracił obie nogi, ale dalej bronił nieodległości. Wzruszająca historia nie robiła na dzieciach wrażenia. Na co dzień Związek Radziecki w Złotowie się nie pojawiał, chyba że w czasie Wyścigu Pokoju. „Słuchaliśmy gromadnie nieprawdopodobnie ekscytujących transmisji z nadzieją, że wygra Polak albo każdy inny, byle nie ruski lub enerdowiec”. Niestety, autor pomija niektóre ważne sprawy, np. wysiedlenia Niemców z Ziem Odzyskanych, choćby ze Złotowa.
   Dla młodych ludzi zawsze ważna była fryzura i ciuchy. „Należałem do tych szczęśliwców, którzy mieli bitelsów- ki, czyli buty na obcasie z długim noskiem. Nie miałem natomiast rollingstonek, które posiadały efektowną, błyszczącą, metalową klamrę”. Miejscowy czapnik robił m.in. degolówki. Obowiązkowe były spodnie dzwony oraz płaszcze przeciwdeszczowe z ortalionu, które nosiło się z wielką gracją zarówno w deszcz, jak i w największy upał. „Widok biegnących w rozwianym ortalionie, który szeleścił rozkosznie” był w końcu lat 60. „absolutnie po­wszechny”, chociaż rodzima produkcja rzemieślnicza, trochę bardziej sztywna, szeleściła głośniej. Powszech­nym marzeniem były rifle, czyli dżinsy. Niestety, niemal wszyscy byli zdani na polską podróbkę tych spodni do­stępną w dwóch wersjach: odry (miały naszyte na małą kieszonkę kotwicę) i szariki, gdzie kotwicę zastępował wizerunek czterech pancernych. Jeździło się głównie do Piły, najbliższego większego miasta, gdzie „było wszystko”, w tym najważniejsze - sklep filatelistyczny.
   Dziecko miało swoje miejsce w procesji z okazji Bożego Ciała (eleganckie ubranko, świąteczny obiad rodzinny), a starsi - zwłaszcza panowie - odwracali głowę, żeby nie dać się sfotografować. Pochód 1-maj owy nie był tak uro­czysty i nie był związany z odświętnym obiadem rodzin­nym. Na atrakcyjne filmy wyświetlane w Boże Ciało nikt szanujący się nie chodził.

Polityki jest w tych wspomnieniach mało. Autor był przewodniczącym ZMS w szkole, a raz udało mu się z kolegami zorganizować akademię z wielkimi literami „AK” na scenie. Kiedy nauczyciel miał z tego tytułu nie­przyjemności, Andrzej Kokowski wziął wszystko na siebie, mówiąc, że to jego robota, bo to jego inicjały. Ujmująca książka, bez cienia polityki historycznej, bez łopaty.
Daniel Passent

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz