PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 16 lutego 2017

Nowoczesna po romansie



Ryszard Petru potrafi uwodzić - najpierw oczarował wyborców i wprowadził swoją partię do Sejmu, później opinię publiczną, która w sondażach potroiła wyborczy wynik Nowoczesnej. Wybaczano mu gafy i braki w wiedzy. Ale „Madera" go podtopiła.
A może być jeszcze gorzej.

Malwina Dziedzic

Emigrować będę musiał w dwóch przypadkach: kiedy PiS wygra drugą kadencję albo kiedy Rysiek zostanie premierem. Bo to będzie dramat dla Polski - tak mógłby wyzłośliwiać się któryś z polityków Platfor­my, to jednak opinia posła Nowoczesnej, rozczarowanego stylem zarządzania partią i klubom przez Ryszarda Petru. W dodatku nieodosobniona, bo podobnie o kwalifika­cjach lidera N wypowiada się również inny nasz rozmówca, który jeszcze do niedawna wierzył w „nowoczesny" projekt Nowocze­snej. Teraz twierdzi, że N niewiele różni się od PO i innych partii - a nawet gorzej, bo w szybszym tempie trawią ją choroby, które dotykają stare ugrupowania.
   - Nowoczesna zmutowała. Startowałem z jej list, chciałem zmieniać Polskę. Prze­stałem się łudzić, że z Ryszardem może się to udać. On gra tylko na siebie. Takich roz­goryczonych głosów jest więcej. Politycy N narzekają, że Petru nikogo nie słucha, nie ma długofalowej strategii, liczy na poklask i wierzy, że tylko on może zostać premie­rem. Mają żal o ostatnie wybory władz klubu oraz o to, że nie udźwignął konse­kwencji sylwestrowego wypadu z partyjną koleżanką do Portugalii - a przede wszyst­kim, że nie przeprosił.
   - On nie ma w zwyczaju mówić prze­praszam oraz dziękuję - dodaje nasz roz­mówca. I rzeczywiście, Petru zapewniał, że „rozumie rozczarowanie” członków N jego „nieobecnością w sali plenarnej na przełomie roku” (list do działaczy), w mediach przyznawał, że wyjazd był błędem, jednak nigdzie nie padło słowo „przepraszam”. A takie gesty w polityce mają znaczenie.
   W partii narasta bunt, choć jego źródeł nie należy wiązać tylko z „Maderą”. To suma problemów, które nabrzmiewały przez ostatni rok. Chodzi o nazwiska i stanowiska.
O otaczanie się klakierami, ignorowanie in­nych głosów, pomysłów, konstruktywnej krytyki. Wreszcie - o niewykorzystywanie potencjału ludzi, którzy „wierzą w projekt”: rzucili swoje biznesy, zdecydowali się wejść do polityki, bo chcieli zmiany jej jakości. Teraz zaś chcą przede wszystkim odsunąć PiS od władzy bo widzą, jak „ludzie Jaro­sława Kaczyńskiego niszczą Polskę”. I coraz mniej wierzą, że Ryszard Petru ma pomysł, jak to zrobić. Także dotychczasowi sympa­tycy partii coraz bardziej krytycznie patrzą na działania lidera Nowoczesnej, szczegól­nie te z ostatnich tygodni.
   Niezrozumiałe zachowanie na finiszu parlamentarnego kryzysu - zasiadanie z Kaczyńskim do stołu, później wycofywa­nie się z negocjacji, atakowanie bez wyraź­nego powodu Grzegorza Schetyny przez Joannę Scheuring-Wielgus czy wreszcie straszenie pozwami mediów wyliczających partyjne wojaże Ryszarda Petru i Joanny Schmidt (z sugestią, że mogły mieć charak­ter inny niż służbowy), potęgują wrażenie, że lider N się pogubił.

   Roszady
   - On sprywatyzował tę partię! - mówi je­den z posłów Nowoczesnej. Jako przykład przywołuje wyznaczenie pierwszego skła­du prezydium klubu - zarzuca, że dobór władz był niedemokratyczny, bo wynikał wprost ze wskazania lidera N. To budziło niezadowolenie części polityków, którzy też chcieli mieć wpływ na kierunek dzia­łania partii. Petru próbował rozładować narastające napięcie. Dlatego jesienią ub.r. zaprosił członków klubu na rozmo­wy: z każdym z osobna, w cztery oczy. Ich wynikiem było poszerzenie prezydium klu­bu o dwoje posłów: Kamilę Gasiuk-Pihowicz, która miesiąc wcześniej przestała być rzeczniczką N, oraz o Michała Stasińskiego, polityka z kręgu tych bardziej krytycznych wobec szefa N. To był koniec listopada.
   Dwa miesiące później znów trzeba było dokonać zmian. Oficjalny powód: konieczność rozdzielenia władz klubu i partii w związku z ryzykiem przyspie­szonych wyborów samorządowych. Ten wskazywany w kuluarowych rozmowach: konsekwencja skandalu obyczajowego i potrzeba odsunięcia dotychczasowej wi­ceprzewodniczącej klubu Joanny Schmidt.
Do dymisji podali się wszyscy członkowie prezydium oprócz Ryszarda Petru i Barbary Dolniak, wicemarszałkini Sejmu. Schmidt, podobnie jak Scheuring-Wielgus, nie star­towała w tych wyborach.
   W prezydium miało się znaleźć miejsce o dla dwóch osób spoza grona popleczników 6 Petru, tak się jednak nie stało. Wybrany został jedynie Michał Stasiński. Ten zaś wstał i  powiedział, że do takiego prezydium nie będzie wchodził. Następny w kolejności pod względem liczby głosów był Paweł Pudłowski, ale także on powtórzył słowa Stasińskiego. Potem była Marta Golbik. I tu podobna reakcja. Do prezydium zgodził się dołączyć Zbigniew Gryglas, o którym mówi się, że jest najbardziej konserwa­tywnym posłem Nowoczesnej - to on ra­zem z Elżbietą Stępień jako jedyni z klubu N głosowali za odrzuceniem w pierwszym czytaniu obywatelskiego projektu „Ratuj­my kobiety”.
   Kilka dni wcześniej z funkcji rzecznika zrezygnował Paweł Rabiej. I w tym przy­padku krążą dwa tłumaczenia. Oficjalne: ma inne obowiązki, nie jest też posłem, a rzecznik powinien być związany z klu­bem. I to mniej formalne, w którym kole­dzy z partii wskazują, że Rabiej - współ­twórca N i członek zarządu-już wcześniej podpadł Petru, próbując lansować się w mediach i sugerując, że będzie kandy­dował na prezydenta Warszawy. Politycy N zaprzeczają, że rezygnacja rzecznika ma bezpośredni związek z jego niefortunnym wpisem na Twitterze („Naziści, nie Niem­cy. Na tej samej zasadzie: TK nie zniszczyli Polacy, ale PiS, i to on za to odpowie, a nie Polacy”). Rabiej a zastąpiła Katarzyna Lubnauer, co również nie wszystkim się po­doba - wypominają jej próbę wmawiania dziennikarzom, że Petru i Schmidt w syl­westra załatwiają partyjne sprawy w Portugalii. Przypadek Lubnauer podważa także oficjalny partyjny przekaz, że w wyborach nowego prezydium chodziło o rozdziele­nie funkcji w zarządzie i klubie. Katarzyna Lubnauer jest wiceprzewodniczącą partii, członkiem prezydium klubu oraz rzecz­niczką N.

   Układy
   Grupa krytycznych wobec Petru to na ra­zie jakieś 5-7 osób w 31-osobowym klu­bie poselskim. Wśród nich prym wiodą Grzegorz Furgo, Michał Stasiński, Marta Golbik. Jak podkreślają, nie chcą rozłamu w partii, ale jej wzmocnienia, odcięcia się od błędów, wypracowania strategii opartej na badaniach potrzeb elektoratu. I ścisłej współpracy z Platformą. - Trzeba schować ambicje w kieszeń, zebrać się i dogadać, bo ludzie nam tego nie wybaczą. A podział w wyborach będzie na PiS i antypis, trzeciej drogi nie będzie - podkreśla poseł Furgo.
   Przyjęli ciekawą taktykę. Występują z samodzielnymi inicjatywami, niesko­ordynowanymi z klubem, jako grupa po­słów. Przykładowo: piszą do KRRiT w spra­wie skandalicznego programu, w którym spreparowano informację, jakoby Petru był rosyjskim szpiegiem, lub kierują do szefa MSWiA pytanie o wyposażenie rządowych limuzyn w GPS w związku z wypadkiem Beaty Szydło.
   Po drugiej stronie są osoby mocno wspierające Petru. To głównie Katarzyna Lubnauer, Joanna Scheuring-Wielgus, Jerzy Meysztowicz, Monika Rosa, Adam Szłapka i oczywiście Joanna Schmidt. Szłapka i Rosa - nazywani w Sejmie Jasiem i Mał­gosią - pracowali wcześniej w kancelarii Bronisława Komorowskiego. Po ich przy­stąpieniu do Nowoczesnej mówiło się na­wet, że mają pomagać wbudowaniu „partii prezydenckiej”, takiej lepszej Platformy. Dziś zasiadają we władzach N. Rosa jest sekretarzem i członkiem prezydium klubu, natomiast Szłapka - sekretarzem general­nym, p.o. skarbnika, a od niedawna rów­nież komisarzem na Podkarpaciu, gdzie Nowoczesna straciła przewodniczącego.
   Przypadek Rzeszowa jest zresztą zna­mienny i wydaje się potwierdzać opinię, że Nowoczesną szybko zaczęły dosięgać zjawiska typowe dla tradycyjnych partii - walka o wpływy, nieczyste zagrania, za­kulisowe układy. W połowie stycznia partyj­ną legitymację rzucił Mirosław Nowak, szef regionalnych struktur, członek zarządu.
Miesiąc wcześniej został zawieszony. Za­równo władze partii, jak i on sam nie chcą zdradzać, jak brzmiały oficjalne zarzuty. Katarzyna Lubnauer tłumaczy, że ponie­waż zrezygnował z członkostwa przed wy­rokiem sądu koleżeńskiego, Nowoczesna nie ma obowiązku tego komentować. Przy­znaj e jednak, że chodziło o szeroko rozu­miane działania na szkodę partii. Do władz N miały docierać skargi z terenu.
   Mirosław Nowak tłumaczy, że miano mu za złe, iż nie chciał przyjmować do N osób, których reputacji nie był pewien, a także zgodzić się na poparcie w wyborach na prezydenta Rzeszowa obecnego wice­prezydenta Marka Ustrobińskiego - co jego zdaniem niektórzy w partii mocno forsują.
   W rozmowie z POLITYKĄ opowiada o nocnej wymianie zamków w siedzibie N, żeby uniemożliwić mu wejście, dziwnych zarzutach pod jego adresem (m.in. że cho­dził niechlujnie ubrany), wreszcie o pró­bach skompromitowania go. Według niego podpadł, ponieważ nie był bezkrytyczny, a przede wszystkim nie chciał się zgodzić na „przygotowywane po cichu zmiany w statucie”, które przedłużałyby kadencję organów regionalnych z dwóch do czte­rech lat. Jak mówi, obawiał się, że wybory nowych władz terenowych będą tak usta­wiane, by wygrały „właściwe” osoby, a wy­dłużenie kadencji tylko zabetonuje układ sił w partii. - Część zarzutów wysuwanych obecnie przez pana Nowaka można byłoby spokojnie odnieść do niego samego - uci­na Lubnauer.
   Podkarpacie to zresztą niejedyny pro­blem Nowoczesnej. - Dla Petru Polska koń­czy się na Krakowie - mówi Nowak. I nie tylko on uważa, że lider N niespecjalnie interesuje się ścianą wschodnią. Od po­lityków PO można usłyszeć, że działacze Nowoczesnej ze wschodniej Polski sondu­ją, jakie są realne możliwości stworzenia wspólnych list w wyborach samorządo­wych (Schetyna deklarował, że jest otwarty na takie rozwiązanie). W Nowoczesnej ofi­cjalnie jednak wciąż obowiązuje doktryna wyłożona kilka miesięcy temu przez Pawła Rabieja i Katarzynę Lubnauer - o współkonkurowaniu opozycji i odrzuceniu mitu jednoczenia się.

   Napięcia
   Posłanki Lubnauer i Scheuring-Wielgus dementują informacje o kryzysie zaufa­nia do lidera Nowoczesnej i wewnątrz­partyjnych kłopotach. - Bzdury, nic takiego się nie dzieje. Ryszard ma pełne zaufanie - przekonuje Joanna Scheuring-Wielgus. Uspokajać próbuje również Barbara Dolniak, przez niektórych wskazywana jako ta, która powinna być teraz główną twarzą No­woczesnej: - Mobilizujemy się nawzajem.
   O tym, że sytuacja jest jednak napięta, świadczy to, co działo się na posiedzeniu klubu N w ostatni piątek, kiedy posłanka Scheuring-Wielgus zaatakowała Grzego­rza Furgo i Martę Golbik, powołując się zresztą na rozmowę z POLITYKĄ, twier­dząc, że to od nas jakoby dowiedziała się, że posłowie przechodzą do Platformy. Nic takiego nie miało miejsca. - To tylko poka­zuje, jak to wszystko się trzęsie - przyznają wywołani posłowie.
   Jednak rozłam w N nikomu poza Plat­formą na razie się nie opłaca. Buntownicy mogliby przejść do PO, ale w tym momen­cie nic by na tym nie zyskali. A w polityce jak w biznesie - decyduje rachunek ko­rzyści i strat. Tworzenie własnego koła też się nie kalkuluje, co widać na przykładzie pozbawionej politycznego znaczenia Unii Europejskich Demokratów, skupiającej trzech banitów z Platformy plus posła Niesiołowskiego, który sam odszedł z PO. Grupa buntowników nie ma też szans, aby przejąć Nowoczesną, bo jest ona zapisana na Ryszarda Petru - jego nazwisko figuruje w oficjalnej nazwie.
   Kryzys w partii katalizują również spa­dające sondaże. Nowoczesna niemal wróciła do poziomu poparcia, z którym wchodziła do Sejmu - a przecież przez ostatni rok udało jej się ten wynik potroić. To budzi rozgoryczenie działaczy. Cieszy się za to Platforma, która w ostatnim cza­sie znacząco zyskała, a jej poparcie w nie­których badaniach zbliża się do 20 proc. Poprawa notowań PO zbiegła się nie tylko z kryzysem wizerunkowym Ryszarda Pe­tru oraz Mateusza Kijowskiego, ale przede wszystkim z zainicjowanym przez nią pro­testem sejmowym. Wygląda na to, że Sche­tyna ruszył do ofensywy, coraz ostrzej wy­powiada się o polityce PiS i podobnie jak Kaczyński robi objazd po Polsce. Rozpo­czął go tydzień po zakończeniu okupacji sali plenarnej. Kilka dni później ze swoim „roadshow” w Polskę ruszył również lider Nowoczesnej - to element przygotowań do wyborów samorządowych.

   Obyczaje
   Petru wbiegł w tę kadencję sprintem - właśnie złapał potężną zadyszkę, dał się wyprzedzić konkurencji, nie wiadomo, w jakiej formie i na której pozycji dobiegnie do mety. Schetyna zaś od początku o tych czterech latach z PiS mówił jak o marato­nie, w którym trzeba rozplanować tempo i taktykę. Wielu miało mu za złe, że po ob­jęciu przywództwa w PO w pierwszej ko­lejności skupił się na weryfikowaniu i po­rządkowaniu sytuacji wewnątrz partii. Było to mało spektakularne, ale miało swój sens.
Jak tłumaczył, musiał wiedzieć, na kogo może liczyć, w jakiej kondycji są struktury, co da się poprawić, ponieważ wyborcze starcie z PiS w2019 r. będzie najpoważniej­szą próbą z dotychczasowych. Kiedy lider PO jeździł po regionach, Petru skupiał się na Warszawie i obecności w mediach. Dziś musi to nadrabiać.
   Do tego wszystkiego dochodzą proble­my z pieniędzmi. Nowoczesna przez błąd w rozliczeniu kampanii straciła miliony z dotacji i subwencji, wiszą nad nią niespła­cone kredyty, a czekają ją trzy kampanie wyborcze. Zainaugurowana we wrześniu ub.r. akcja „Dycha dla Rycha” raczej też ko­kosów nie przyniesie. Po ujawnieniu afery z „Maderą” internauci zaczęli obśmiewać zbiórkę i snuć domysły, na co mogło pójść ich 10 zł.
   Romans pary polityków wciąż ciąży na wizerunku partii. Joanna Schmidt jest atakowana w wulgarny sposób w mediach społecznościowych, natomiast Ryszard Petru przez swoich klubowych kolegów jest oskarżany o to, że nie zakończył spra­wy we właściwy sposób. Jak mówi jeden z posłów N: - Mógł wyjść, przeprosić, po­wiedzieć, że to był błąd, obiecać, że będzie ratował małżeństwo. Lub w drugą stronę: powiedzieć, że się rozstaje z żoną. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Ludzie nie mają mu za złe romansu, ale to, że w tak głupi sposób dał się złapać i nie potrafi rozwiązać tej sytuacji.
   Tymczasem Petru dał używanie prasie kolorowej. Tabloidy donosiły, że wypro­wadził się od żony, publikowały zdjęcia apartamentowca, spod którego najpierw wyjeżdżał lider N, a kilka minut później wy­chodziła Schmidt. O rozwodzie jednak nikt nie mówi. To może się zemścić, bo - jak uważa nasz rozmówca - na tym skandalu najbardziej traci Joanna Schmidt. Odno­towały to nawet rządowe „Wiadomości” - w swoim pierwszym od czasu przejęcia TVP przez Kurskiego „feministycznym” materiale wytykały, że konsekwencje afe­ry obyczajowej dosięgły jedynie posłankę Schmidt. Mało to nowoczesne.
   W drużynie Petru nie brakuje wielu sensownych działaczy, którzy do polityki szli z przekonania, a nie wyrachowania. To duży atut. Zresztą zwarta liberalna partia, choć w Polsce nigdy nie miała masowego potencjału, jest politycznie przydatna. Także dlatego, że PiS każdego dnia udowadnia, że polska demokracja nie dorosła jeszcze do rządów jednego ugrupowania, a koalicja jest wentylem bezpieczeństwa.
   Antypis potrzebuje Nowoczesnej. Ry­szard Petru wykazał się talentem politycz­nym na miarę Janusza Palikota, pora - mó­wią koledzy- żeby dojrzał i nabrał powagi.
Malwina Dziedzic

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz