PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 2 grudnia 2014

Być jak sierotka Marysia



Mam wrażenie, że żyję w kraju, w którym nikt nie robi aborcji, tylko Czubaszek – mówi Maria Czubaszek, satyryczka.

Rozmawiała Magdalena Rigamonti

Dla kasy zrobiła pani tę reklamę?
No, oczywiście, że głównie dla pieniędzy. Tak jak błoga. Jak było zamówienie, to zaczęłam go pisać.
Głównie o polityce.
Przecież nie o sobie. Polityką zaczęłam się interesować w okresie transformacji. Sama nie pamiętam, co o tej polityce pisałam, o Marcinkiewiczu, o Beger, o Hofmanie.
Tego ostatniego pani nie lubiła.
On już ma zastępcę. Coś w tym jest, że on ma ksywkę Breivik. Słuchałam jego wczoraj i mówię do Karolaka: „Jeszcze zatęsknimy za Hofmanem!”. 50 lat temu wymyśliłam hasło: mężczyzna nie musi być brzydki. Osiem lat tego błoga pisałam. Płacili, to pisałam. Przecież ja stale tracę płynność finansową. Nie mam oszczęd­ności, mój mąż, Karolak, ma twórczą emeryturę 619 zł, ja mam 1100 zł.
Często to pani powtarza.
Powtarzam, bo mieszkam w domu, w którym płacę co miesiąc 3800 zł za mieszkanie. I nie zmienię go. Z tymi męża instrumentami mamy iść pod most?
Nie, zmienić mieszkanie na tańsze.
Kiedyś tak zwani artyści mieli szansę dostać mieszkanie od ministra kultury. Proponowano wille w różnych rejonach Warszawy, ale w stanie ruiny. Do tego trzeba było zapewnić inne mieszkanie osobie tam mieszkającej i wyremontować willę. Wielu znajomych na to poszło. Ale nie my. Wiedziałam, że my się nie nada­jemy do żadnych remontów, i poprosiłam o normalne mieszkanie. Zaproponowali Ursynów. Pojechałam, a tam dziura w ziemi. Ucieszyłam się, że ten Ursynów nie wypali. Po pół roku telefon, że na Górnym Mokotowie będzie, tylko na ra­zie jeden z wicepremierów tam mieszka, ale się wyprowadzi. Rok się wyprowa­dzał. Ale w końcu tam zamieszkaliśmy. Czynsz był normalny, ale minął jakiś czas i się okazało, że budynek z tym miesz­kaniem wykupiła firma zapewniająca mieszkania obcokrajowcom. Do zeszłego roku była tam ambasada Organizacji Wy­zwolenia Palestyny. Tam jest ochrona, recepcja, wszystko kosztuje.
Jak pikieta Stop aborcji się pojawi, to będzie pani bezpieczna.
Żarty żartami. Nie mogą nas wyrzucić, a gdyby to można wykupić, to byśmy nie wykupili, bo po co, jak my bachorów nie mamy.
No dobrze, a tę reklamę świąteczną Empiku to pani zaproponowano czy sama się pani zgłosiła?
Żyję 75 lat, pracuję od 20. roku życia i nigdy do nikogo się nie zgłaszałam. Nie uważam, że mam takie świetne pomy­sły, by z nimi od razu lecieć, gdzieś się upychać. Zawsze to do mnie dzwonią i na ogół się godzę, nie targuję się. Kiedy mnie pytają, a ile za coś konkretnego bym chciała, to nie mówię: „Co łaska”, ale pytam: „Ile państwo proponujecie?”. Jestem wychowana w czasach, kiedy nikt nie negocjował.
Nergal i Pazura pewnie dostali więcej.
A skąd ja mam wiedzieć? Do głowy by mi nie przyszło pytać. Większość ludzi myśli, że ja zarabiam nie wiadomo jakie pieniądze. Ponieważ tabloidy piszą, że np. Edyta Górniak za dziesięć odcinków programu telewizyjnego dostaje, dajmy na to, 200 tys. zł, to ludzie myślą, że skoro ja się szwendam po tych telewi­zjach, to za każde wejście dostaję 10 tys.
A ponieważ każdego tygodnia jestem co najmniej dwa razy w różnych telewizjach, to zdarza się, że baba na ulicy do mnie podejdzie i powie: „Pani już nie wie, co z tymi pieniędzmi robić”. A mnie za udział w telewizji śniadaniowej płacą 180 zł. Kiedyś było 200.
Myślałam, że pani ma gwiazdorskie stawki.
Nie chcę o tym w ogóle mówić, bo bardzo długo nic nie dostawałam. Większość go­ści i tak nic nie dostaje. Alicja [Resich-Modlińska] się zlitowała i płaci.
Pani płaci, Agnieszce Perepeczko płaci.
Nie wiem o tym. Przecież tam nikt nie rozmawia o pieniądzach. Niektóre osoby dostają, i tyle. Sama płacę za taksówki, a przecież pewnie bym mogła powie­dzieć: „Nie mam samochodu, proszę mi przysłać taksówkę”.
To może ja panią dzisiaj odwiozę?
Nie, nie. Mam już zamówioną taksówkę na 12.15. Kiedyś usłyszałam, że mam wziąć fakturkę na taksówkę, wzięłam, stoi kierowniczka produkcji, ja z tą fakturką, a ona nic nie mówi, nawet na mnie nie patrzy. I co, mam się napraszać, bie­gać za nią z tą fakturką na 20 zł? Nie mam takiej natury. Jestem innym pokoleniem.
Przedwojennym. Trzy tygodnie przed wojną się pani urodziła.
Większość swojego życia żyłam w PRL.
No właśnie, to było kombinowanie, załatwianie.
Ale ja nie kombinowałam. Taka dupa jestem. I Karolak tak samo jest dupa. Nie winię ani jednego ustroju, ani drugiego. Mam agentkę od spotkań autorskich. Artur Andrus mi ją zorganizował. Poży­czałam od niego pieniądze, jak traciłam płynność. I on kiedyś namówił mnie, żebym pojechała z nim pod Warszawę, do biblioteki na spotkanie autorskie. Mó­wił: „Pojedziesz na kilka takich spotkań i będziesz miała pieniądze”. Nie, że od razu starczy mi na mieszkanie, ale zawsze coś. Bałam się, bo przecież przed żywymi ludźmi wcześniej raczej nie występowa­łam.
A potem poszło.
Poszło.
I nawet w dubbingu pani wystąpiła. Zagrała pani babcię. To już było po tym, jak ogłosiła pani, że dokonała dwóch aborcji.
Tak, dziennikarka mnie zapytała, czy się nie bałam. Przecież tremy nie miałam. Nie wiedziałam, o co jej chodzi, nie zro­zumiałam jej.
Eee tam.
No przecież pani mówię, że nie zrozu­miałam.
Gra pani babcię w filmie dla dzieci, a publicznie obnosi się patii z aborcją i w zasadzie nienawiścią do dzieci.
Przecież ja grałam babcię, a nie jestem babcią. Rozśmieszyło mnie to. Mnie takie rzeczy śmieszą. Pytała mnie pani o Czarka Pazurę. Nie widziałam go od trzech lat. Nie tak dawno zaproszono mnie do programu Polsatu News „Za i przeciw”. Zapytałam, kto będzie oprócz mnie, i usłyszałam, że Pazura. Kiedyś byłam tam z Basią Falandysz, ja byłam za eutanazją, ona przeciw, i dobrze nam się rozmawiało. Z Pazurą miałam rozmawiać tuż po beatyfikacji naszego papieża.
Naszego?
Mówię „naszego”, w sensie Polaka. Do niego to zupełnie serca nie miałam. Nie jestem wierząca, ale jeszcze ten Franci­szek to jakiś wydaje się rozsądniejszy.
A tamten to chciał, żeby kobiety tylko rodziły i rodziły. Strasznie był zacofany, no taki polski chłop. Ale wiedziałam, że jak Pazura usłyszy papież, to po prostu orgazmu dostanie. Pomalowali mnie w tej telewizji, czekam i patrzę, a to ten jego brat. Zatkało mnie. On od tego wypadku samochodowego jest bardziej święty niż sam papież. Zatkało mnie, ale rozmawialiśmy. Było spokojnie. Jedyną osobą, z którą na pewno się nie spotkam w jednym programie, jest...
Cejrowski?
Nie, Cejrowskiego to znam, głupka. Jego tatusia jeszcze znałam. Z redaktorem Terlikowskim się nie spotkam nigdy. Nie chce mi się z nim rozmawiać. Terlikowski o mnie powiedział, że jestem jak matka Madzi, która zamordowała swoje dziec­ko. Ta matka Madzi waliła się w brzuch, kiedy była w ciąży, ale nie mogła usunąć, bo pewnie wierząca i chodziła do kościo­ła. Lepiej, jakby usunęła na początku, niż później mordowała. Mam takie zdanie, a jednocześnie rozumiem, że ludzie mają inne do tego podejście. Kiedyś było tak, że zaprosili mnie do telewizji. Dzień wcześniej coś mnie tknęło i zadzwoniłam z pytaniem, kto jeszcze będzie. Usły­szałam, że Terlikowski, i odmówiłam udziału. A Nergala poznałam dopiero, kiedy robiliśmy tę reklamę. Na koncercie jego w życiu nie byłam. Może nawet bym poszła, ale nie wiem, kiedy grają.
Gdyby Nergal nie darł Biblii, nie atakował Kościoła, toby w reklamie nie wziął udziału.
Ale co, że zaatakował? Przecież w tej re­klamie on nie mówi o żadnym Kościele... Przecież to artysta. Jak aktorka gra dziw­kę, to znaczy, że jest prostytutką?
Jak aktorka gra dziwkę, to po wyjściu z teatru nie mówi, że prostytucja jest wspaniała. Gdyby nie było Kościo­ła katolickiego, nie byłoby minie - to Nergal.
Niech sobie mówi. Jest artystą i jeśli nie lubi Kościoła, to ma prawo na ten temat się wypowiadać. Ja też nie lubię, tylko mnie o Kościół nikt nie pyta. Co to prze­szkadza, że Nergal reklamuje książki, a ja gry liczbowe? Co ma jedno do drugiego? Nie widzę związku.
Boże Narodzenie - chrześcijańskie święta, a reklama jest świąteczna.
A to, wie pani, nawet mi do głowy nie przyszło, bo ja w ogóle świąt nie obchodzę. U nas nawet stołu nie ma, więc nie ma przy czym usiąść. Piszę, siedząc po turecku. Kiedy ktoś jest głodny, to w lodówce są parówki i coś tam jeszcze. Mamy usiąść razem w Wigilię i co? Śpiewać kolędy? Niech pani nie żartuje, nigdy tego nie robiłam. Barszcz kupuję w kartonie, rybę solę i czasem znajoma z radia robi dla Karolaka sałatkę śledzio­wą, której się brzydzę. I to są całe nasze święta. Nie jestem rodzinna. Już jako dziecko nie znosiłam świąt. Chciałam się urodzić sierotką Marysią, nikogo nie mieć. Nie cierpię rodziny i jest mi bliższy obcy człowiek, o 40 lat młodszy Artur Andrus, niż moja rodzona siostra, której nie lubię, nie znosimy się i żadnych kon­taktów nie utrzymujemy.
To po co rodzinne święta reklamować?
Błagam. Już o tym nie mówmy. Prosili, miałam nie mówić. Zapłacili, wzięłam pieniądze i czuję, że powinnam być lojalna wobec pracodawcy. Chcą, żeby to przycichło, ich sprawa. Mnie nie inte­resuje, z jakiego powodu. Nie ja tam po­szłam, nie prosiłam. Nie wiem, czy błąd zrobili, czy celowo. Mnie to, przepra­szam, gówno obchodzi. Z drugiej strony ludzi może zainteresuje, co ta Czubaszek powie w tej reklamie.
Widziałam w sieci taki plakat: „Mówiłam zawsze: Boże, jakie to cudowne, że ja to zrobiłam. Maria Czubaszek o dwóch przeprowadzonych aborcjach. Empik zaprasza rodziców na świąteczne zakupy”.
Niech sobie ludzie piszą, co chcą. Mnie to nie interesuje. W dupie ich mam. Ja tam jakieś gry liczbowe reklamowałam. Na­wet nie wiem, bo ja tego nie widziałam. Była jakaś plansza. Ale co to ma wspól­nego z aborcją? Ja tam w ogóle nie za­glądam, nie sprawdzam, co ludzie na ten temat piszą. Podobno nawet jakiś biskup coś powiedział. Nie wiem. Byłam nie tak dawno w Toruniu z Arturem Andrusem, a tam pikieta stała: Stop aborcji. Andrus raczej aborcji nie zrobił, więc to w moją stronę. Na transparentach nie ma napi­sane: „Czubaszek”. Ale denerwuje mnie, że wciągam innych, moich kolegów, z którymi występuję, w sprawy, które ich nie dotyczą. Zresztą ludzie też mogą nie wiedzieć, że to Czubaszek kiedyś powie­działa coś na temat aborcji, tylko może Umer albo Śleszyńska.
Niech pani nie żartuje. Wszyscy wie­dzą, że to Czubaszek.
Oj, nie wszyscy. Czasem na spotkaniu ludzie podchodzą do mnie, pytają, o co to chodziło. Przecież nie wybiegłam na uli­cę, ja - wówczas 73-letnia kobieta - i nie zaczęłam krzyczeć: „Proszę państwa, do­konałam aborcji”. Przypadkiem to wyszło przecież. Ponad dwa lata temu spytał mnie dziennikarz, to powiedziałam, że usunęłam ciąże. 50 lat temu to nie był problem. Może nie jak usunięcie migdałków, ale wiele kobiet to robiło. Ale nawet teraz, gdybym miała 20 lat i bym zaszła w ciążę, to też bym to zrobiła. Jeśliby nie było możliwości, to bym się zabiła, bo na pewno bym dziecka nie miała. Jak ten wywiad wyemitowała telewizja, to się zrobił szum. Jedna pani feministka opo­wiedziała, że dwa miesiące wcześniej ona i jej koleżanki stały pod Sejmem z trans­parentami i pies z kulawą nogą o tym nie napisał, a ja chlapnęłam raz, i proszę.
Czubaszek - ta od aborcji. Tak pani teraz funkcjonuje.
Są kretyni, którzy może myślą, że ja w tej reklamie mówię o aborcji. Ja reklamuję gry liczbowe, Czarek - kredki, a Nergal - książki. Każdy z nas oddzielnie.
Powiedziała pani: „Odpowiedzialna jestem tylko za siebie”.
I to prawda. Jestem za aborcją i wiem, ile kobiet przeprowadza aborcję. Wystarczy kliknąć w internet i pokazują się kliniki w Niemczech, tuż przy granicy, jedną na­wet Polak prowadzi. Kobiety jeżdżą i nie ma problemu. A ja mam wrażenie, że ży­ję w kraju, w którym nikt nie robi aborcji, tylko Czubaszek. Czepnęli się mnie. I mnie to nie przeszkadza, ale widzę, że
to może dotykać ludzi, z którymi pracuję, a którzy mogą mieć inne zdanie. Tak naprawdę to nie wiem, jakie mają zdanie, bo nigdy ich o to nie pytałam. Przecież posłanka Senyszyn mówiła publicznie, że dokonała aborcji, Nina Andrycz mówiła, ale czepnęli się tylko mnie. Przez pierw­sze trzy dni nie wiedziałam, o co chodzi, kiedy baby na ulicy podchodziły i cichym głosem gratulowały.
Nikt nie splunął?
Na początku nie. Nie twierdzę, że aborcja to jest coś dobrego.
Nie jest tak, że ostatnio zmieniła pani zdanie?
Jak to? Przecież ja nie jestem idiotką. Czy normalny człowiek może uważać, że aborcja to jest coś dobrego? Dla mnie to jest mniejsze zło, a nie coś dobrego.
I uważam, że lepiej usunąć na początku ciąży, niż potem wsadzić do szafy albo do beczki, albo do zamrażarki. Dla tych z ru­chów pro life człowiek jest już, kiedy pani z panem coś tam zrobi. Dla mnie czło­wiek jest po jakimś czasie. Na początku to jest zygota. Wolałabym usunąć, niż urodzić. Bo jakbym urodziła, to wiem, że tego bym nie pokochała, nie chciała. Jak powiedziałam o tej aborcji, to jeden z moich kolegów mówił, że to promocja mojej książki. I mnie to wtedy...
Zabolało?
Nie, wkurwiło. Mnie to nic nie boli. Nie­wrażliwa jestem. Zna mnie ten kolega, wie, że bachorów nie chciałam mieć, i takie rzeczy opowiadał. Pamiętam, kiedyś Basia Wrzesińska, koleżanka, wie­działa, jakie mam poglądy, przez trzy lata jej klarowałam, że nie chcę mieć dzieci, ale przy wódeczce na Jazdowie ona mówi: „Ja ci nie wierzę, że ty nie chcesz dzieci. Może nie możesz zajść albo Wojtek nie chce. Albo lesba jesteś” Myślałam, że ją złapię za gardło i uduszę. Ja rozumiem, że są kobiety, które kochają dzieci, a inni niech zrozumieją, że są takie, które nie kochają i nie chcą. Oczywiście, w życiu bym nie skrzywdziła dziecka, tak jak bym też nie skrzywdziła zwierzątka. Jest to coś słabsze. Dzieci się powinny rodzić, ale powinny być kochane, a nie topione czy katowane. Znam takie kobiety, które rodziły pod presją, bo albo mąż chciał, albo teściowie, bo to wnusia trzeba mieć, i nigdy tych dzieci nie pokochały.
Jest okno życia, można od razu po urodzeniu zrzec się praw rodziciel­skich i oddać dziecko do adopcji.
Powiem pani szczerze, że ja się brzy­dzę ciąży. Jak byłam w początkach ciąży, to się siebie brzydziłam, coś tam zaczy­nało się robić w środku, coś jak nowo­twór. Jak widzę kobietę z brzuchem, która teraz jest podobno najbardziej sexy, to się odsuwam. Ja tego nie lubię. A jeszcze ten poród. Miałam babcię położną, więc jak miałam kilkanaście lat, to widziałam po części, jak to się odbywa.
To może wtedy coś w pani głowie...
Od dziecka nie chciałam być mamusią. Od dziecka nie lubiłam dzieci. Jak słyszę „cud narodzin”, to myślę sobie, czy jak myszka mała tak się rodzi, to też jest cud. Wszystkie ssaki się tak rodzą i ja w tym cudu nie widzę. Ten bebech, to rodzenie, pękanie, to takie paskudne. Twierdzę na­wet, że kobieta jak nie chce rodzić tędy, którędy sika, to może mieć wybór.
Jest cesarskie cięcie.
Ale brzuch trzeba nosić. Bocian powinien przynosić dzidziusia. Wtedy byłoby najlepiej. Kobieta nie musi się tłumaczyć, dlaczego chce aborcji. Nie chce dziecka i koniec. To jest jej sprawa.
Nawet lekarze, którzy dokonują aborcji zgodnej z polskim prawem, mówią: „Człowiek jest od samego początku” i są dalecy od aborcji na życzenie.
Różne są stanowiska. Mnie odpowiada ta wersja, że od początku to nie jest człowiek. A aborcja jest na pewno mniejszym złem niż potem zabicie dziecka. Tłumaczę swoje stanowisko i jeszcze raz mówię, nie twierdzę, że aborcja to jest coś dobrego. Najlepiej by było, żeby nie było niechcianych ciąż i rodziły się tylko zdrowe, kochane dzieci.
To o czym by pani mówiła?
Staram się o tym rzadko mówić. Tak mnie jakoś pani podpuściła. Poza tym jestem po tej pikiecie. Miejscowi z Torunia się dowiedzieli, że przyjeżdżam. To chyba w związku z tą reklamą nieszczęsną sobie natychmiast skojarzyli.
Jak mnie ktoś pyta, to mówię. Może gdybym zaczynała dopiero pracować i znała tę histerię na temat aborcji i gdyby mi zależało na robieniu jakiejś kariery, to bym się zastanowiła, czy sobie nie zaszkodzić.

ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz