PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 12 grudnia 2014

Codzienny stan wojenny



Paradoksalnie, pierwsze od lat przełamanie wyborczej hegemonii Platformy Obywatelskiej uzmysłowiło Jarosławowi Kaczyńskiemu, że może już nigdy do władzy nie wrócić Przynajmniej w normalnych warunkach. Dlatego nie może być normalnie.

PiS po lokalnych wyborach ma przedsmak tego, co może się zdarzyć za rok w wyborach parlamentarnych. Niby teraz wygrało, poszerzyło, zbliżyło się. Ale w ogóle nie powiększyło swojego udziału w realnej władzy, potwier­dzając znaną już prawdę, że nie przystaje do nikogo i nie może liczyć na żadną koalicję („kto PiS dotyka, ten znika”).
Coraz więcej wskazuje na to, że bez radykalnego przełomu, nadzwyczajnych, gwałtownych zdarzeń, PiS władzy na dro­dze wyborów może nie zdobyć, nawet jeśli taśmę mety prze­rwie jako pierwsze. Bo „anty-PiS" zawsze będzie silniejszy. W Platformie słychać, że chociaż Ewa Kopacz może słabiej mobilizuje elektorat, to lepiej od Donalda Tuska nadaje się na czas, kiedy PO na procenty przegra parlamentarne wybory, ale mimo to będzie w stanie utworzyć większościowe rządy z PSL. Tusk, według tej wersji, mógłby to potraktować ambi­cjonalnie i nie wziąć premierostwa z drugiej pozycji, co spo­wodowałoby zamieszanie, ale praktyczna Kopacz, która „ma sprawy do załatwienia", weźmie. I jest to jeszcze jeden zysk ze zmiany przywództwa w partii rządzącej.
Jeśli nawet Jarosław Kaczyński potrafił zręcznie wessać Ziobrę i Gowina, po czym obwieścić powstanie prawicowej koali­cji, to i tak nie był w stanie przeskoczyć pułapu 30 proc. Wy­raźnie gdzieś tu leży granica wpływów PiS w społeczeństwie, takiego sposobu myślenia, politycznej mentalności. PiS ma stale pokerowego małego fulla i czeka, aż wszyscy będą mieć słabszą kartę, tyle że karty przeciwników się sumują. Dlatego trzeba potrząsnąć samym stolikiem.


„Wybory zostały sfałszowane"- powiedział prezes PiS W Radiu Maryja. „Doszło do takiej sytuacji, która w gruncie rze­czy jest zmianą ustroju, bo państwo, gdzie fałszuje się wybory, nie jest już państwem demokratycznym. To początek drogi - mówiąc najkrócej - na Wschód, w sensie politycznym". Wątki te twórczo rozwijali inni liderzy oraz dziennikarze PiS albo mówiąc, że Polska zbliża się do praktyk białoruskich, albo-winnej wersji-że na Bia­łorusi w porównaniu z Polską odbywają się bardzo wiarygodne wy­bory. Pisowscy akolici zaczęli powtarzać, że potrzebny jest polski Majdan. A prof. Andrzej Nowak, o którym mówiło się, że może być kandydatem PiS na prezydenta kraju, wprost stwierdził, że takich fałszerstw i zagrożeń dla demokracji nie było w Polsce od 1947 r. Sprzyjający PiS satyryk Jan Pietrzak, członek komitetu honoro­wego marszu zapowiadanego na 13 grudnia, stwierdził, że będzie to „trzecia tura wyborów” i być może mimowolnie zawarł w tym stwierdzeniu jakąś intencję Kaczyńskiego.
Manifestacja 13 grudnia, za którą organizacyjnie odpowiada Joachim Brudziński, jest zapowiadana jako Marsz z różami. Róże w rękach mają, według deklaracji polityków PiS, chło­dzić emocje i przeciwdziałać agresji. Imprezę ma ochraniać 300 osób. Prezes Kaczyński zaprosił wszystkich kandydują­cych z ramienia PiS samorządowców (ok. 32 tys. osób). Po­słowie mają „zorganizować frekwencję” w swoich powiatach, już są zamawiane autobusy. Zaproszeni są także członkowie a Solidarności, słuchacze Radia Maryja, kluby „Gazety Polskiej”. Ale Solidarność jako organizacja oficjalnie z zaproszenia nie skorzysta, choć, jak stwierdza rzecznik związku, cele marszu 3 popiera, a przewodniczący Piotr Duda jest w komitecie organizacyjnym tej imprezy. Manifestacja przejdzie z placu Trzech Krzyży przed pomnik Piłsudskiego, z przystankami pod pomnikami Witosa, Paderewskiego i Dmowskiego. Jak słychać w PiS, nie przewidziano udziału w marszu kandydata na pre­zydenta Andrzeja Dudy, bo on ma pozostać centrowy, bardziej strawny dla mniej żelaznego elektoratu. Ale centrowi nie oka­zali się bliscy prawicy biskupi, z których pięciu weszło w skład komitetu honorowego marszu (ponadto wielu profesorów i pra­wicowi dziennikarze).
W zamyśle prezesa PiS manifestacja ma być elementem bar­dziej rozbudowanej operacji wywierania nacisku na władzę: „Ta sprawa będzie nieustannie żyła, bo chcemy żyć w demo­kratycznym państwie, być obywatelami, a nie poddanymi. Tam, gdzie się fałszuje wybory i władza jest oderwana od społeczeń­stwa, obywatel jest poddanym”. W domyśle: dzisiejsza Polska jest niedemokratyczna, a państwo jest nieprawe. Iw tej perspektywie ważna jest właśnie data 13 grudnia, jako rocznica wprowadzenia stanu wojennego w 1981 r., oznaczającego zdeptanie demokracji przez juntę wojskową, jak zwykło się dzisiaj o tamtym wydarzeniu mówić na portalach prawicowych.

Społeczeństwo, zdaniem radykalnej prawicy, musi sięgać po instrumentarium znane z krajów rządzo­nych przez despotów: marsze, opór, konspiracja.
Patriotom grożą aresztowania, pobicia, kapturowe procesy, szykany czy wręcz zagrożenie życia, np. ze strony „seryjnego samobójcy”. Żeby taki ton zauważyć, wystarczy wejść na do­wolny prawicowy portal, gdzie produkują się zwolennicy PiS. Im podobni kilka lat temu pisali, że powstańcy warszawscy, gdyby dzisiaj żyli, głosowaliby na partię Jarosława Kaczyńskie­go. W tej linii rozumowania misja wyrwania kraju z rąk złych ludzi usprawiedliwia wszystko, a jeśli mainstreamowi wydaje się coś haniebne i cyniczne, to znaczy tylko tyle, że główny nurt zatracił wszelkie moralne azymuty, sądzi podług siebie, boi się prawdy i odważnego, patriotycznego myślenia.
To, że Platforma wciąż jest u władzy, rodzi u zwolenników PiS nieznośny dysonans poznawczy. Oznacza, że albo naród źle wybie­ra, albo zły system, który pozwala na wybór złych ludzi do władzy. Ponieważ PiS nie chce atakować narodu, bo pełni on w partyjnej doktrynie kluczową rolę, wina jest przerzucana na „resortowe media" („mendia”, jak się je często określa), które przekazują na­rodowi wypaczony obraz „obozu patriotycznego.
Po wyborach samorządowych sięgnięto kolejny raz po ten argument w wersji regionalnej: otóż Platforma wygrała tam, gdzie mainstream ma silniejszy wpływ, czyli w dużych mia­stach i w zachodnich województwach (nie wyjaśniono przy tym, dlaczego zachód kraju jest bardziej podatny na prorządową propagandę). Ale przede wszystkim PiS uderza w istniejący porządek demokratyczny i jego procedury, które wciąż pozwalają „reżimowi" utrzymać się przy władzy. To jest odpowiedź na pytanie, dlaczego Kaczyński tak mocno uczepił się „sfał­szowanych wyborów”: bo to wreszcie redukuje wspomniany poznawczy dysonans. Już nie tylko sprzedajne media, ale sam system pozwala złym ludziom rządzić dobrym narodem.
Manifestacja w rocznicę stanu wojennego ma być niejako uzupełnieniem innych działań PiS w sprawie oceny przebiegu wyborów samorządowych, czyli odwołań do sądów oraz do opi­nii i trybunałów międzynarodowych. Zresztą próby podjęto jak na razie nieudane. Niemniej najważniejsza jest manifestacja, bo ona może być kontynuowana w ramach nieustannej presji na władzę, gdy wyroki sądowe okażą się nie po myśli Jarosława Kaczyńskiego. Już zresztą słychać pogardliwe słowa o „sędziokracji” w Polsce, w rozumieniu, że sądy mają za dużo władzy w stosunku do swoich kwalifikacji, w tym moralnych, także o sę­dziach z PKW, którzy skompromitowali siebie, cały aparat spra­wiedliwości, ba, całe państwo polskie.

Tak oto PO i PSL zostały wtopione w historyczny łańcuch, który biegnie od stanu wojennego, przez zdradę Okrągłego Stołu, bratanie się z komunistami, aż do dzisiaj, a poprzednikiem Tuska i Kopacz jest Wojciech Jaruzelski. Jest to powrót do litanii i metod znanych już od wielu lat, od 2010 r. przynajmniej, gdy w manifestacjach PiS niesiono karykatury Tuska splecionego ze Stalinem i Bierutem oraz trans­parenty z napisem: Komoruski. Stan wojenny nadal jest żywy w pamięci społecznej, wciąż wywołuje emocje, więc podłączanie się do tych emocji jest celowym zabiegiem, wywołuje pożądane skojarzenia, a też zarzuty o jakoby sfałszowane wybory ustawia niejako obok zbrodni stanu wojennego i jego ofiar. Dramat jest jak gdyby identyczny, tego samego kalibru. Fakty się zasadniczo różnią, ale emocje są podobne, a tylko one się liczą.
Stereotypy, które są tu uruchamiane, mają jeszcze więcej od­niesień. Oczywiście wspomniane powiązanie z Rosją rządzących dzisiaj Polską, na podobieństwo powiązań komunistów (stąd stwierdzenie, że nieprzypadkowo PSL osiągnę­ło tak dobry wynik, bo to najbardziej prorosyjska partia w Polsce), czy porównanie - przez Macierewicza-dzisiejszych rzekomych cudów nad urną z fałszerstwami wyborczymi w 1946 i 1947 r. (referendum i wybory parlamentar­ne). To jakoś wchodzi do głów najmłodszego pokolenia 20-latków, którzy nie tylko nie pa­miętają praktyk IV RP, ale też nie muszą wy­kazywać skłonności do studiowania historii Polski ostatnich kilku dziesiątków lat. A wielu starszym pasuje, bo zawsze im odpowiada to, co mówi Jarosław Kaczyński.
Jak na razie nie ma żadnego dowodu, że wy­bory samorządowe były sfałszowane, choć jest wiele przykładów błędów, wpadek, niechluj­stwa, jednak należą one wszystkie do innego zbioru, można je w końcu unieszkodliwić, jeszcze raz ustawiając urny w konkretnych obwodach, o czym ma prawo zadecydować właściwy sąd okręgowy. Fałszerstwo, jako że towarzyszy mu niecna intencja i wymaga przygotowania operacyjnego, jest kategorią wysoce przestępczą, zatem żeby ko­gokolwiek można było o nie oskarżyć, dowody muszą być silne, niepodważalne. A tak na razie nie jest i wszystko wskazuje na to, że nie będzie. Tymczasem oskarżenia i ciężkie słowa już padły, a ty­siące ludzi przejdzie ulicami Warszawy, wykrzykując je, negując w istocie porządki demokratyczne, co do których wydawało się, że jesteśmy umówieni.

Te słowa i oskarżenia już nabrały specjalnej sankcji politycznej, bo podobnie jak teza o zamachu smoleńskim oderwały się od prozy rzeczywistości, żyją na własnych, nadanych przez Jarosława Kaczyńskiego pra­wach i w jego obozie nie podlegają dyskusji. Można powie­dzieć, że nic nowego, takie manewry i takie sposoby dyscy­plinowania i ideologizowania elektoratu prezes PiS stosował wielokrotnie. Niemniej dzisiaj powody do niepokoju czy nawet strachu są większe. Bo i zdaje się determinacja Kaczyńskiego jest większa. Robi on wrażenie polityka, który wchodzi do gry, zapewne swojej ostatniej wielkiej gry o władzę, świadom, że ma szansę ją zdobyć, jeśli ruszy państwo, rozhuśta polską łódkę w nadziei, że ktoś z niej wreszcie wypadnie. Bo przecież nie poprzez wybory. Robi wrażenie człowieka, który nie boi się już nikogo ani niczego, nie boi się również sam siebie, swoich my­śli i wątpliwości. Przyszły rok daje mu chyba ostatnią szansę na premierostwo. W następnych będzie miał już 70 lat.
Pytanie, czy to huśtanie może być dla Polski rzeczywiście niebezpieczne? Jaki może być ciąg zdarzeń, których począt­kiem ma być manifestacja 13 grudnia, prowadzona wytyczo­nym szlakiem złowrogiej pamięci? Jarosław Kaczyński zaprasza wszystkich, którym po drodze, specjalnie ojca Rydzyka. Jeszcze niedawno czuł się mocny, przetrzebił na listach wyborczych do Parlamentu Europejskiego radiomaryjnych kandydatów, ale teraz, na 23 urodzinach Radia, już kołysał się z Rydzykiem w takt religijnych pieśni, zdając sobie sprawę, że każdy bagnet będzie potrzebny, bo nadchodzi ostateczna rozgrywka.
Rok temu w paradzie grudniowej uczestniczyła Solidarność, teraz jak wspomniano, przynajmniej na razie przewodniczą­cy Duda mobilizacji nie ogłosił. Narodowcy, którzy niedawno 11 listopada poprowadzili swój Marsz Niepodległości, od PiS dystansują się, zatem skala zasilenia manifestacji z boku czy z zewnątrz jest jeszcze nieznana. Niemniej wyczuwalna jest dość powszechna obawa, że ulica może być ostra, jak mówiono o burzliwych demonstracjach w Polsce wiatach 80.
Gdyby tak się stało, to w kampanie wyborcze 2015 r. wchodzi­libyśmy w atmosferze narastającej konfrontacji i niezamierających manifestacji organizowanych w sprawie, w rocznicę, prze­ciwko oraz za. Mielibyśmy permanentny „stan wojenki", swoistą parodię stanu wojennego. Nie dziwią zatem słowa płynące z Pałacu Prezydenckiego, skąd przestrzega się przed awanturniczymi czyna­mi i hasłami oraz przywołuje się pamięć tra­gicznych wydarzeń z grudnia 1922 r. (a więc równo 92 lata temu), zakończonych zbrodni­czym zamachem na prezydenta Narutowicza. Odniesienie jest wymowne, gdyż także wtedy prawica zanegowała prawomyślność wyboru akurat prezydenta, wyprowadziła ludzi na uli­ce, rozpętała nagonkę i rozwinęła propagandę nienawiści. Dzisiaj wszystko ma mniejszy, nie tak tragiczny wymiar, historia wraca jako gro­teska, ale logika histerii jest podobna. Obawa Jarosława Kaczyńskiego i wszystkich jego ako­litów, że PiS znalazło się w pułapce bez wyjścia, to rodzaj politycznej klaustrofobii, która może przerodzić się w panikę.
Nawet najwierniejsi dotąd zwolennicy Kaczyńskiego nabie­rają jednak wątpliwości. Jeden z aktywnych młodych blogerów z pokolenia, jak pokazał sondaż Ipsos, najbardziej wspierają­cego PiS, który dotąd dałby sobie za Kaczyńskiego rękę uciąć, tak napisał po II turze wyborów samorządowych: „A dlacze­go Kaczyński wygrał, choć przegrał? Może dlatego, że poza celnymi diagnozami używa języka, którym nikogo nie prze­konuje. Nie może wyjść z przekazem poza elektorat PiS. (...) podobnie jest z niektórymi publicystami bliskimi opozycji. Część z nich (...) pisze świetnie i z polotem o społeczeństwie, skonstruowanym według własnych projekcji. O scenie poli­tycznej, która nie istnieje. O wrogach, którzy aż tak szkodliwi nie są. Wreszcie, używają języka, którym przekonują do wła­snych wizji, a często iluzji, i to w zasadzie tylko własnych czy­telników. A to zbyt mało, aby wygrać wybory”.
Chyba zaczyna to rozumieć także idol blogera Jarosław Kaczyń­ski. Ale po swojemu. Zdaje sobie sprawę, że aby ponownie mógł rządzić, musi się stać coś nagłego: podział albo rozpad Platformy, totalna absencja jej wyborców, jakaś katastrofa PSL, anihilacja wszelkiej lewicy, nieodwołalna kompromitacja i zapaść rządu. To się nie dokona w warunkach spokoju, ocieplania PiS, chowa­nia Macierewicza, debat i konwencji, przedstawiania jakiegoś własnego programu reform. Te warianty były ćwiczone bez rezul­tatu. Normalnie to będzie znowu ok. 30 proc. Dlatego trzeba „coś zrobić”, stan musi być permanentnie nadzwyczajny, „wojenny”, sytuacja napięta, w nadziei, że coś wreszcie z hukiem pęknie, obóz „anty-PiS” moralnie zbankrutuje. A najlepiej zacząć 13 grudnia.

Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz