PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 18 grudnia 2014

Wśród nocnej ciszy



Pojechali na pasterkę, aby mordować. Milczenie świadków wymusili przysięgą na krzyż.

 Helena  Kowalik

Tłoczno, duszno od parujących palt po śnieżnej zadymce, kadzidła i odoru bimbru. Za chwilę pasterka w połanieckim kościele zabrzmi gromkim „Bóg się rodzi”. Przez ciżbę do ławki koło ołtarza przepycha się siostrzenica gospodarza Bojdy z pobliskiej Zrębiny. Szepcze na ucho młodej kobiecie w niedopiętym kożuchu: – Krycha, twój ojciec rozrabia w domu po pijaku, wracajcie szybko do chałupy. Po chwili Krystyna z mężem i bratem Mieciem opuszczają nabożeństwo. Modlące się kobiety patrzą na brzuch Kryski. Ciąża jest już widoczna.
Dwie godziny później kierowca autosana Piotr Zając dobija się na posterunek MO w Połańcu. Krzyczy przez szybę dyżurki: ktoś ukradł mu sprzed kościoła samochód i w tej ćmie przejechał na śmierć troje pieszych idących w kierunku Zrębiny!
Z notatki milicyjnej: „Ustalono dane oso­bowe śmiertelnych ofiar wypadku drogowego w nocy z 24 na 25 grudnia 1976 r. Są to Krysty­na Łukaszek, z domu Kalita, jej mąż Stanisław Łukaszek i brat Krystyny Mieczysław Kalita. Wszyscy ze Zrębiny.
- Nieszczęście - niesie się po wsi. Dopiero co było wesele Krychy. Taka ładna para. - Jak sosna ze świerkiem - chwaliła Bukaczowa, babka panny młodej. I wesele było udane, na 180 osób. Wykosztowali się Kalitowie po wszystkie czasy, choć się u nich nie przelewa. I żadnej bijatyki, wyrywania sztachet z płotu. Tylko na poprawinach przemówiły się matka panny młodej z zarządzająca wydawaniem potraw Zośką Szymonikową, bo mały Miecio zobaczył, że kucharka po kryjomu pakuje kiełbasy do swej torby.
Głośnej awantury z tego powodu nie było, Kalitowie by się nie odważyli, choć są z ku­charką spokrewnieni. Wszak Szymoniczka to siostra Jana Bojdy, właściciela jedynego ciągnika we wsi.
Najbogatszemu gospodarzowi w Zrębinie lepiej nie wchodzić w drogę; dobrze wie o tym dziadek Krystyny, Ignacy Bukacz. W1947 r., jako ormowiec i członek PPR, ujawnił mili­cjantom, gdzie przebywa młody Jan Bojda, uchylający się od odsiedzenia wyroku za gwałt. Trzy lata później w obejściu Bojdy zginął 10 -letni syn Bukacza. Niby przypad­kiem, bo miał być zastrzelony pies.

STASIO WSZYSTKO WIDZIAŁ
W drugi dzień świąt wieczorem pod oknem chałupy Józefa Szymonika, szwagra Bojdy, ktoś o dziecięcym jeszcze głosie krzyknął: „Bandyto, zamordowałeś tyle ludzi i mojego kolegę Mięcia” Nim gospodarz wybiegł z ki­jem na podwórko, nikogo już nie było.
Tuż przed Nowym Rokiem odbył się pogrzeb ofiar wypadku. Cała Zrębina pła­kała, patrząc, jak Jan Bojda niesie na swym ramieniu trumnę z ciałem Mięcia. Na cmen­tarzu Szymoniczka pierwsza przed matką Krysi rzuciła się z rozpaczliwym krzykiem na trumny. Nikt nie przemawiał nad grobem, tylko Kalitowa przysięgła na klęczkach, że znajdzie tych bandytów, którzy przejechali na drodze jej dzieci i uciekli. Dwa dni później listonosz przyniósł jej anonim: „Przestańcie węszyć, bo diabeł wszedł w waszą rodzinę. One same podeszły pod pekaes i się stało”.
Matka Krystyny nie wzięła sobie ostrzeże­nia do serca. Przeciwnie - codziennie chodzi na posterunek milicji. Niespodziewanie dowiaduje się, że u prokuratora w Staszowie byli rodzice 14-letniego Staszka, najlepsze­go kolegi jej Mięcia. - Stasio, gdy wrócił z pasterki, był bardzo wypłochany, cały się trząsł - zeznała matka chłopca. - Wsadził głowę pod pierzynę, prosił, aby nie gasić światła. Kilka tygodni później wyznał im, że dostrzegł przy zepchniętym do rowu pekaesie Szymonika, który na jego widok najpierw się schował za kołem, a potem uciekł w po­le. - Jak żeś poznał, to musisz powiedzieć prokuratorowi w Staszowie, bo to nie o krowę chodzi, tylko o Kalitowe dzieci - zdecydował ojciec Stasia. I we troje poszli na autobus.
- A dlaczego nie powiedziałeś o tym wcześniej? - zapytał chłopca prokurator. - Bo mi było żal pana Szymonika. Chodziłem do nich na telewizję.
- Kiedy przestałeś żałować?
- Gdy Bojdowa rodzina kazała mi mówić na kierowcę Suchego, że widziałem go w tym autosanie, który przejechał Kalitów, Ja cyga­nienia nie lubię.
Śledztwo przejęła prokuratura w Tar­nobrzegu. Zarządzono ekshumację zwłok. Nowy biegły anatomopatolog stwierdził, że ofiary były katowane tępym narzędziem (poprzedni nie zauważył takich obrażeń). Ponowna analiza zdjęć zrobionych tuż po rzekomym wypadku ujawniła, że kobieta leżała w kierunku przeciwnym do kierunku jazdy. Nie mogła więc zginąć pod kołami pekaesu w drodze do swej wsi.
Dochodzenie wreszcie ruszyło z miejsca; pierwszym, którego zabrano do aresztu, był Józef Szymonik. Już zakuty w kajdanki wykrzykiwał, że jest niewinny. Zrębinowskie kobiety dogadywały matce Stasia: - Jak ty, Jaśka, dziecko chowasz, że porządnego gospodarza do więzienia wsadziło?
Jeszcze tego dnia Władysław Krupa, zięć Bojdy, zapewniał pod sklepem: - Sprawa nie będzie wniesiona. Adwokatom z Krakowa daliśmy tyle, że zagwarantowali Józkowi niewinność.
Na wszelki wypadek Bojdowie posta­nowili zamknąć Stasiowi buzię. Usiłowali podstępem zawieźć go do przekupionego psychiatry, aby stwierdził u nastolatka ociężałość umysłową. Nie udało się. Wtedy Bojda zaproponował matce chłopca: - Jasia, damy ci nie 20 tys., tylko tyle, ile powiesz. Nie masz krowy, przyprowadzę do obory. Nie macie porządnych mebli, dostaniesz. Tylko ratuj Józka. - Wy sobie mną nie ścielta wygodnego łóżka, jak tu areszt czeka - odpowiedziała.
Wtedy Bojda założył barani kożuch futrem na wierzch i tak przebrany wieczorem pogonił na czworakach Stasia w kierunku sadzawki, chcąc go utopić. Ale dopadły go zdziczałe psy i musiał się ratować przed ich kłami ucieczką. Potem czyjaś ręka raz po raz wrzucała do sieni chałupy rodziców Stasia drobne mo­nety, jako judaszowe grosze. Albo wybijała szyby. Trwało to tygodniami. Ojciec Stasia całymi nocami czuwał z siekierą przy łóżku, sprawdzał, czy ktoś nie podpalił stodoły. Aż którejś nocy odebrał sobie życie. - Powiesił się na tle napięcia nerwowego - zeznała na policji jego żona.

PRZYSIĘGAM NA MATKĘ BOSKĄ
Już trzech mężczyzn ze Zrębiny siedzi za kratkami, aby nie utrudniali śledztwa. Wszy­scy przekonują prokuratora, że nie było ich w miejscu wypadku. - Pasterkę przeleżeliśmy z żoną w łóżku - twierdził Józef Szymonik.
- W pierwszy dzień świąt, gdy moja kobieta wróciła z kościoła, opowiadała mi, jak wy­ciągano Kaliciaków spod autobusu.
Bojda podał alibi: 24 grudnia oglądał telewizję. - Artystka wyszła z lewego rogu ekranu w chustce zarzuconej na ramię i śpiewała „Lulajże, Jezuniu…!. Na dowód, że mówi prawdę, przesłuchiwany przegryzł przy śled­czym swój kciuk i krwią naznaczył protokół. Z kolei kierowca Suchy się załamał. Najpierw zeznał, że gdy pieszo wracali z pasterki (ktoś mu ukradł pekaes), wiatr wiał w oczy, trzeba było postawić kołnierz, więc niczego nie wi­dział. Następnego dnia wyznał więziennemu strażnikowi: - Wszystko mnie dręczy, chcę powiedzieć prawdę. Gdy prowadzili go do prokuratora w drugim budynku, zobaczył na korytarzu siostrę, która krzyknęła: „Nic nie mów!”. I Suchy nabrał wody w usta.
Ale śledczy już byli na właściwym tropie. Po roku dochodzenia ustalono przebieg wy­darzeń w wigilijną noc pod Połańcem. Znany był nawet motyw zabójstwa.
Bogaty Jan Bojda latami nosił w sercu urazę do swego krewnego Ignacego Bukacza za wydanie go milicji po tym, gdy zgwałcił dziewczynę na pastwisku. Samego gwałtu nie kwestionował, ale uważał, że ojciec Zdzi­sławy Kality uczynił mu krzywdę na honorze. Gdy na weselu Krystyny jego siostra Zośka Szymonikowa została złapana na kradzieży, pierwszy gospodarz we wsi potraktował to jako kolejną zniewagę jego rodziny. Nie do darowania.
Wiedział, że Wacław Kalita, mąż Zdzi­sławy, spędzi Wigilię u siostry. Ściągnął z pobliskiego miasteczka do Zrębiny zięcia Pawła Górnego, który miał fiata 125. Kazał mu zawieźć na pasterkę ich kobiety. Tra­dycyjnie w okolicach Połańca wiernych ze wsi podwożono przed północą do kościoła dwoma wynajętymi na tę okazję peka­esami. W1976 r. jednym wozem kierował Bolesław Suchy, drugim - Maciej Zimny. Jadący na pasterkę chłopi ucieszyli się, gdy Bojda wyciągnął bimber. Nim odezwały się kościelne dzwony, pasażerowie nie byli w stanie o własnych siłach wyjść z wozu. A Bojda ciągle dolewał. Łukaszkowie z Mieciem Kalitą przyjechali pod kościół drugim samochodem, w którym nikt nie pił. Poszli na nabożeństwo. Przed podniesieniem Bojda nakazał swej siostrzenicy, aby wywołała z kościoła Krystynę pod pretekstem, że jej ojciec awanturuje się w domu. Młoda Łukaszkowa uwierzyła i wyszła na dwór z mężem i bratem. Zobaczyli pekaes, ale bez kierowcy. Drugiego samochodu nie było, bo w tym czasie Bojda zaproponował uczestnikom popijawy wyjazd po bimber do sołtysa w Zrębinie.
„Kalitowe dzieci” szły więc do swej wsi oddalonej od Połańca o 4 km pieszo, poboczem drogi. Tam dogonił je fiat kierowany przez Górnego. Za samochodem osobowym przebijał się przez śnieżną zadymkę pekaes z podpitym towarzystwem, prowadzony przez Suchego. W pewnej chwili fiat potrącił Mięcia. Samochody stanęły. Na drogę wysko - czyli Bojda i jego szwagier Szymonik. Zaczęli bić Łukaszków. Gdy ciężarna Krystyna ze Stanisławem uciekali na łąki, Górny i Krupa zablokowali drzwi autobusu. Pasażerowie oglądali to, co działo się na zewnątrz, przez odmrożone chuchaniem szyby.
- Wujku, nie zabijaj mnie! - krzyczała Krystyna. Jej mąż z głową roztrzaskaną kluczem do przykręcania kół leżał nieru­chomo w kałuży krwi. Miecio ze złamaną nogą na poboczu szosy z płaczem wzywał pomocy. Z wnętrza samochodu wszystko było widoczne jak na dłoni, bo mordercom przyświecał latarką Henryk Grabik. On też pomagał w przeciągnięciu ciała Krystyny bliżej autobusu... Po kilkunastu minutach Bojda polecił zięciowi, aby najechał na głowę chłopca. Naprowadzał go, wydając komendy: w lewo, prawo, do przodu. Po czym wszystkie trzy ciała wniesiono do pekaesu. Pasażerowie nadal milczeli.
Ujechali z pół kilometra i Bojda nakazał Suchemu się zatrzymać, aby upozorować wypadek drogowy i gwałt na Krystynie. Wyniesione zwłoki ułożono w rowie po prawej stronie drogi. Ciało kobiety zostało obnażone. Miejsce kierowcy w autobusie zajął Szymonik, który celowo przejechał po ofiarach rzekomego wypadku. Potem ze­pchnął autobus z drogi i jeszcze raz sprawdził ułożenie ciał (właśnie wtedy zobaczył go wracający do domu Stasio).
Bojda polecił ludziom przejść do drugiego (pustego) autobusu, w którym za kierownicą czekał Piotr Zając. Zagroził, że jeśli komu­kolwiek pisną o tym, co się stało, spotka ich taki sam los. Wszyscy uklękli w autobusie i złożyli przysięgę na obrazek z Matką Boską, który Bojda trzymał wysoko nad głowami pasażerów. Następnie dawał do ucałowania medalik i różaniec. Każdemu, kto to uczynił, nakłuwał palec agrafką i odciskał krwawy ślad na kartce, aby przysięga nabrała mocy. W tym czasie zięć rozdawał ludziom pieniądze. Garściami, ile kto złapał.
- Ludzie - mówił - trzeba teraz jechać do Połańca, żeby widzieli, że byliśta na pasterce. Grabika się podrzuci do kościoła w Burzowej. Zaśpiewa głośno pod chórem, to baby go zauważą.
Wszystko odbyło się wedle planu. Gdy Suchy po pasterce wyszedł z kościoła, zaczął przeklinać, że ktoś mu zrobił kawał i ukradł pekaes. Trudno darmo, trzeba wszystkich upakować w jednym samochodzie. Ruszyli. Po kilkunastu minutach kierowca zahamował, bo dostrzegł w rowie porzucony autosan. Ktoś zauważył leżącą na drodze kobietę, a obok niej torebkę. Ale żaden z pasażerów nie pochylił się nad ofiarą wypadku. O drugiej w nocy zawiadomili posterunek MO w Połańcu.

NIE OŚWIADCZAM SIĘ
Już na pierwszej rozprawie Jan Bojda usiłował zastraszyć Zdzisławę Kalitę. „A jak się bę­dziesz czuć, Zdzisia, gdy ja wyjdę z więzienia, co? "Napytanie sędziego, czy rozumie, co mu się zarzuca, odpowiedział: „Nie oświadczam się” I powtórzył te słowa, gdy pytano, czy będzie składał wyjaśnienia.
Tak samo odpowiadali kolejni oskarżeni (nazajutrz większość relacji dziennikarskich miała ten sam tytuł „Nie oświadczam się”). Na następnych rozprawach jeden za drugim twierdzili, że ich przyznanie się do przestępstwa milicja wymusiła w śledztwie biciem.
Gdy sędzia pytał Henryka Grabika (tego, który przyświecał latarką, gdy Bojda zabijał Krystynę), skąd oskarżony wie, co ta kobieta krzyczała przed śmiercią, padła odpowiedź:
- Wysoki sądzie, z własnej wyobraźni opi­sałem. Według własnego uzmysłowienia sobie. Ja jestem niedorozwinięty, nie mam takiego dogadania. (Bojda w tym momencie podniósł rękę, chciał coś powiedzieć, ale jego obrońca mruknął: „Zamknij się pan” Sędzia kazał odnotować w protokole ów incydent).
Bojda pamiętał jednak o pouczeniu swego adwokata, gdy padło pytanie prokuratora: „Dlaczego przed aresztowaniem chciał dać posterunkowemu 100 tys. zł za to, aby inny wskazany przez niego funkcjonariusz prowadził śledztwo?”.
- Nie oświadczam się - odpowiedział oskarżony.
Gdy również powoływani świadkowie „nie oświadczali się”, sędzia sięgnął po kary pieniężne oraz areszty za odmowę bądź składanie fałszywych zeznań. 13 osób prosto z sądu pojechało do celi.
To rozogniło wrogie nastroje wśród mieszkańców Zrębiny. Kuzyn Szymonika kopnął na sądowym korytarzu w twarz Tadeusza Suchego za to, że jego brat złożył obciążające zeznania. Żony Górnego i Krupy nazwały oskarżycielkę posiłkową „postrzeloną na całym mózgu” Kalitowa nie pozostała dłuż­na, gdy sędzia zapytał ją, jaką opinię miał we wsi Jan Bojda: - On ma taki charakter, wysoki sądzie - odpowiedziała - że może sobie odrzynać rękę i nogę po kawałku, aby stanęło po ichniemu. Gdy mu pies sąsiada zjadł kury, pokrajał zwierzę na żywca, żeby te kury wydostać.

PĘKA MUR MILCZENIA
Przetrzymywanie świadków w więzieniu w czasie żniw (kto był gotów zeznawać, przedterminowo wychodził na wolność) spowodowało, że osadzeni odnaleźli, jak potem mówili w sądzie, sumienie.
Gospodarz, w którego domu Bojda urzą­dził świadkom zbrodni kolejną przysięgę na krzyż, że nie puszczą pary z gęby, przyznał, że był w „pijanym” autobusie, gdy na łące mordowali Łukaszków.
- Za co pan wziął od Bojdy 20 tys. zł?
- zapytał sędzia.
- Żebym nic nie mówił. Ja chciałem bardzo przeprosić pana prokuratora. Źle zrobiłem, ale pan prokurator też by się nie oświadczał, gdyby rano znalazł w swojej furmance przyciśniętą cegłą kartkę, a na niej: „Spróbujeta coś powiedzieć, pójdzieta z dymem”
Siostra Bojdy też się przyznała, że widziała przez szybę fiata leżącą za autobusem obna­żoną kobietę. Nie zainteresowała się.
Sędzia: - A gdyby tam leżała przejechana krowa?
- A to co innego.
Podczas procesu wyszły na jaw błędy popełnione w pierwszym etapie śledztwa. Pospieszono się z kasacją zepchniętego do rowu autosanu. Wezwany w drugi dzień świąt biegły anatomopatolog nie miał kwalifikacji do dokonania sekcji zwłok. Nie dostrzegł prawdziwej przyczyny śmierci ofiar rzeko­mego wypadku drogowego.

ŚMIERĆ ZA ŚMIERĆ
Ostatni dzień procesu. Prokurator w mowie końcowej zauważył, że Bojda kilkudziesię­ciu świadków „otoczył murem milczenia, stosując magię przysięgi na święty obrazek i konkret, czyli łapówkę, na którą przeznaczył 400 tys. zł”.
Dla czterech głównych oskarżonych żądał kary śmierci. Dla Grabika, który przy­świecał zabójcom latarką - 15 lat więzienia. Jan Bojda w ostatnim słowie ostrzegł sąd, że kiedyś był ławnikiem, w związku z tym prawo zna i nikt z nim nie wygra. W swojej wsi aż do aresztowania był autorytetem „na odcinku leczenia zwierząt, wycielania krów, dawania ludziom zastrzyków i udzielania porad prawnych” Został wpisany do jasno­górskiej księgi wieczystej jako jeden z trzech zrębiniaków nieużywających alkoholu. W tej sytuacji oczekuje uniewinnienia, bo idą święta i chciałby się przełamać z rodziną opłatkiem.
Józef Szymonik w ostatnim słowie zauwa­żył, że absolutnie nie nadaje się do siedzenia w celi. „Moja specjalność to życie na wolności”. Wyrok sądu pokrył się z żądaniem pro - kuratora. W uzasadnieniu sędzia zauważył:
- Jeszcze się nie zdarzyło, aby społeczność wiejska zanikiem sumienia, korupcją, prze­kupstwem, strachem i paraliżem woli utkała tak szczelną zasłonę milczenia wokół zbrodni. Sąd Najwyższy po ponownym zasięgnięciu opinii biegłych drogowców utrzymał wyrok Sądu Wojewódzkiego w mocy. Jednakże Rada Państwa skorzystała z prawa łaski i zamieniła karę śmierci dla Górnego na 25 lat więzienia, a dla Krupy na 15 lat.

POST SCRIPTUM
Reporter „Prawa i Życia” Wiesław Łuka, który szczegółowo opisywał proces (potem te relacje zebrał w książce „Nie oświadczam się”), kilkakrotnie wracał do Zrębiny już po wykonaniu wyroku kary śmierci. Zauważył, że upływ czasu nie wygasił nienawiści między rodzinami skazanych a ich ofiar. Wdowa po Bojdzie i jej krewne nie mogły stanąć spokojnie na przystanku PKS, bo ludzie się od nich odsuwali i kazali im przechodzić na drugą stronę drogi. Natomiast ci, którzy zeznawali po myśli Kalitowej, nadal trzymali w pogotowiu przy drzwiach siekierę i widły, bo obawiali się zemsty „zza górki”, czyli z zabudowań Bojdów.
Gdy 12 lat później Władysław Krupa wy­szedł na wolność, powiedział dziennikarzowi, że byt ofiarą komunistycznych sędziów i teraz liczy już tylko na boską sprawiedliwość.

KORZYSTAŁAM ZE WSZYSTKICH RELACJI PRASOWYCH PROCESIE ZAMIESZCZONYCH M. IN. W „PRAWIE I ŻY­CIU” „POLITYCE’; „ARGUMENTACH” „GAZECIE SĄDOWEJ" „ŻYCIU WARSZAWY”.
DANE OSOBOWE UCZESTNIKÓW PROCESU ZOSTAŁY ZMIENIONE. ZACHOWAŁAM AUTENTYCZNOŚĆ NAZWISK OFIAR.

1 komentarz:

  1. 'Sędzia: - A gdyby tam leżała przejechana krowa?
    - A to co innego.'
    ----
    "On ma taki charakter, wysoki sądzie - odpowiedziała - że może sobie odrzynać rękę i nogę po kawałku, aby stanęło po ichniemu. Gdy mu pies sąsiada zjadł kury, pokrajał zwierzę na żywca, żeby te kury wydostać."
    -----------------starczy!

    OdpowiedzUsuń