PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 30 grudnia 2016

7 pytań na rok 2017



W   2017 r. nie będzie co prawda żad­nych wyborów, przynajmniej w normalnym trybie, ale będą w nim zachodzić polityczne proce­sy decydujące o roku następnym, kiedy to zostaną rozpisane wybory samorządowe - pierwsza wielka próba sił po wyborczym marato­nie w 2015 r. Na sukces lub porażkę zarówno władza, jak i opozycja zapracują sobie przez najbliższe 12 miesięcy Jakie zatem ważne wydarzenia mogą określić polską politykę? Poniżej przedstawiamy siedem kluczowych pytań.

   1 Czy PiS straci większość w Sejmie?
   Przy okazji ostatniego kryzysu parlamentarnego podobno wie­lu posłów PiS przyznawało nieoficjalnie (a niektórzy publicznie), że kierownictwo partii idzie zbyt ostrym kursem. Rzeczywiście, wielu z nich wyglądało na wystraszonych i zdezorientowanych. Gwałtowny społeczny opór, na jaki po raz pierwszy od zeszło­rocznego triumfu wyborczego natrafili, spowodował być może refleksję, że PiS nie będzie rządził wiecznie, a żyć potem trzeba. Zwłaszcza że nasilają się głosy opozycji, ale i demonstrantów, że tym razem pobłażania w rozliczaniu obozu IV RP nie będzie, że pojawią się akty oskarżenia i procesy sądowe.
   Trzeba pamiętać, że chociaż PiS poszedł sprytnie do wyborów jako jedna formacja, jest w istocie koalicją PiS, Solidarnej Pol­ski Zbigniewa Ziobry i Polski Razem Jarosława Gowina. Z tym ostatnim „antyPiS” wiąże pewne nadzieje. Od pewnego czasu wicepremier i minister nauki zgłasza, co prawda ostrożnie, roz­maite wątpliwości co do kilku ważnych punktów programu PiS, m.in. reformy emerytalnej, stosunku do przedsiębiorców, syste­mu podatkowego, nawet w kwestii Trybunału Konstytucyjnego. Także po wydarzeniach 16 grudnia mówił, że obie strony muszą wykonać „krok w tył”. W głośnym sporze ministra kultury Piotra Glińskiego z prorządową TVP sprzed kilku tygodni wziął stronę Glińskiego. Gowin ma w Sejmie - jak się mówi - około dziesięciu posłów i gdyby odeszli z klubu razem z liderem, PiS mogłoby stra­cić większość (dzisiaj to przewaga pięciu mandatów). Wciąż jest to mało prawdopodobne, ale Jarosław Kaczyński musi się z tym liczyć, skoro stale utrzymuje bliską łączność z klubem Kukiz’15 i traktuje tę formację jako strategiczną rezerwę.
   A jednak utrata samodzielnej większości (także w wyniku jakie­goś innego, nagle ujawnionego, konfliktu i rozłamu, np. w kwestii aborcji) byłaby dla PiS i całej sceny politycznej wielkim wstrząsem, także psychologicznym. PiS musiałby albo uzupełnić swój klub o kilku posłów Kukiza (w innej wersji wejść z Kukiz’ 15 w formalną koalicję), albo też pozostać w formule rządu mniejszościowego z korzystaniem z poparcia K’15. Byłaby to jakaś odmiana „paktu stabilizacyjnego” sprzed dziesięciu lat, który PiS tworzył wówczas z Samoobroną i LPR. Wtedy było to dla Kaczyńskiego przedsion­kiem piekła i doprowadziło jego rząd do upadku. Z kukizowcami mogłoby wyglądać podobnie, nawet jeśli na początku pozornie niewiele by się zmieniło. To jednak byłoby sztukowanie suwerena w miejsce jednej, namaszczonej przez patriotycznych wyborców, „świętej” formacji.
   Oczywiście Gowin, jeśli w ogóle, nie odejdzie bez politycznych profitów. Jego ambicje - jak mówią znajomi - sięgają premiero­stwa, na które w obecnym układzie, przy Kaczyńskim, nie ma szans i o tym wie. Pytanie, czy opozycja byłaby w stanie poświęcić się i oddać tak wiele dzisiejszemu wicepremierowi za to, że ten wraz z małą grupą odejdzie z obozu władzy? Ale bez tego rządy PiS przez najbliższe trzy lata są raczej gwarantowane.

   2 Platforma czy Nowoczesna?
   Sytuacja, kiedy dwie, w gruncie rzeczy podobne, partie mają po kilkanaście procent poparcia, a ich główny przeciwnik ponad 30 proc. i podaje to jako dowód absolutnej dominacji, na dłuższą metę jest nie do utrzymania. Komunikaty typu „PiS znowu miaż­dży konkurencję” muszą irytować, kiedy często Nowoczesna i PO łącznie mają więcej niż PiS, a wciąż muszą słuchać, że większość jest po stronie rządzącej prawicy i nikt jej nie zagraża, bo nad każdą opozycyjną partią z osobna ma kilkanaście punktów przewagi. Oczywiście są między Nowoczesną a Platformą pewne różnice, zwłaszcza w kwestiach ekonomicznych, może też w warstwie świa­topoglądowej, ale w gruncie rzeczy obie są traktowane przez swo­ich wyborców głównie jako klucze do rozmontowania władzy PiS.
   Ordynacja wyborcza premiuje wyższy wynik jednej partii kosz­tem sumy wyników dwóch i więcej ugrupowań. Dlatego z punk­tu widzenia szans na pokonanie PiS lepszym wariantem jest, aby albo Petru, albo Schetyna zyskał wyraźną przewagę i dokooptował mniejszego koalicjanta. Obaj liderzy o tym wiedzą i dość zgodnie twierdzą (m.in. w niedawnych wywiadach dla POLITYKI), że ten, kto w dłuższym czasie wygra rywalizację, zgarnie pulę i być może stanowisko premiera, a drugi się podporządkuje. Czy to rozstrzy­gnięcie nastąpi w 2017 r.? I czy ambicje obu polityków nie przewa­żą nad chłodną kalkulacją realnych szans? Części przeciwników PiS marzy się połączenie Nowoczesnej i PO, może także KOD, na podobnej zasadzie jak powstawała Platforma: triumwiratu trzech liderów. Inni jednak studzą nastroje, twierdząc, że to się tak łatwo nie sumuje. Że Nowoczesną popiera wielu z tych, którzy się do Platformy głęboko rozczarowali. A kodowcy z zasady nie lubią partii. Takie rozważania będą trwały tak długo, dopóki zarówno dla liderów, jak i dla mas wyborców odsunięcie od władzy PiS nie stanie się oczywistym priorytetem, przy którym wszystkie różnice nie mają znaczenia. Platforma i Nowoczesna nie obsługują całego niezadowolenia z PiS. Pytanie, czy w 2017 r. zostaną zmuszone do tego, aby je obsługiwać bez względu na osobiste aspiracje.

   3 Czy Jarosław Kaczyński zostanie premierem?
   Chociaż oficjalnie premier Beata Szydło wciąż jest uznawana za atut PiS i tę lepszą twarz władzy, na zapleczu i w elektoracie widać wiele niezadowolenia. O tym, że Kaczyński byłby lepszym szefem rządu, mówią nie tylko niektórzy posłowie PiS, ale także - na prawicowych forach - wyborcy rządzącego ugrupowania. Przed rokiem wyborów samorządowych takie głosy będą się na­silać. Trwają spekulacje, czy Kaczyński przewiduje po Szydło jesz­cze jakiś bufor (Morawiecki?), czy też od razu sam weźmie rząd. Istnieją przeciwskazania: Szydło cieszy się w sondażach dużym zaufaniem, wykraczającym poza ścisły elektorat PiS, na co Kaczyń­ski nie może liczyć. Po drugie - nie wiadomo, czy rozbudowany program socjalny rządu uda się finansowo domknąć, a lepiej, aby ewentualne niepowodzenia firmowała pani premier niż lider ca­łego obozu. On sam wie, że jest nietykalny, dopóki nie musi się tłumaczyć z prozaicznych szczegółów rządzenia.
   Może też pamięta, że prawdziwe kłopoty jego partii, gdy ta po­przednio rządziła w latach 2005-07, rozpoczęły się, kiedy z pre­mierostwa odszedł Marcinkiewicz, a nastał on. Z tego też powodu także opozycja stale nalega, aby to Kaczyński został premierem i wziął odpowiedzialność za decyzje, które i tak osobiście podejmu­je i podaje Szydło i prezydentowi Dudzie do wykonania. Opozycja liczy na to, że Kaczyński jako premier jest dla niej nową szansą, że opadnie nimb wielkiego stratega, a nadejdzie czas potknięć, gaf i błędów. Ale wie o tym też Kaczyński. Trwa więc próba nerwów. Może zdecydować przypadek, turbulencje w rządzie lub kwestie psychologiczne, kiedy to Kaczyński ulegnie ambicji wzięcia pre­mierostwa bez względu na wszystkie przeciwne okoliczności. Jemu też czas nieubłaganie biegnie. Można sobie także wyobrazić, że w2017 r. Kaczyński będzie przybliżał się do swojego premierostwa etapami, z finałem w roku następnym. Męczenie premier Szydło będzie zaś polegało na rekonstrukcji rządu, wymianie kilku mini­strów dla zyskania czasu i poszukania kozłów ofiarnych.

   4 Czy Donald Tusk wróci do Polski?
   Donald Tusk w wywiadzie dla TVN24 powiedział, że jeśli byłby potrzebny w polskiej polityce, nie uchyla się od tego. Może już wyczuł, że powrót do Polski jest bardziej prawdopodobny niż kie­dykolwiek wcześniej. Przyznał, że dostaje sygnały, aby „wrócił i po­sprzątał”. Także w wystąpieniu we Wrocławiu, dzień po sejmowej awanturze 16 grudnia, wyraźnie wziął stronę opozycji, przemawiał jak jej polityczny patron.
   Powrót Tuska do Polski w 2017 r. mógłby mieć polityczne kon­sekwencje różnego rodzaju. Tusk - jak sam przewiduje - będzie ciągany po sądach i komisjach w rozmaitych sprawach (przesłu­chanie w sprawie Amber Gold jest już na 2017 r. zapowiedziane). To mogłoby szkodzić Platformie, gdyby jej wieloletni lider w ma­sowym odbiorze, zwłaszcza w rządowych mediach, był przedsta­wiany jako potencjalny, a może i formalnie oskarżony przestępca. Ale mogą być i korzyści dla antypisowskiej opozycji. Tusk zapewne nie wróciłby do Platformy, choć tego też nie można wykluczyć, gdyż wielu wrogów Schetyny na pewno by mu to suflowało. Jed­nak ponowne rywalizowanie z odwiecznym rywalem, wchodzenie do partyjnego „bagienka” byłoby zapewne niezręczne. Mógłby zatem próbować tworzyć jakąś nową platformę „antyPiS”, szerszą, włączającą różne środowiska, w tym KOD, i sondować, czy da się to przekształcić w regularne ugrupowanie albo szeroką koalicję z wyrazistym liderem, czyli sobą. Mógłby stać się brakującym w tej chwili elementem politycznej układanki, a szykany ze strony PiS stałyby się kapitałem, a nie obciążeniem. Jako lider „antyPiS” Tusk wciąż się pojawia w różnych sondażach na wyższych pozycjach niż Petru czy Schetyna. Przez lata był jedynym politykiem, który miał patent na Jarosława Kaczyńskiego, tylko on potrafił lidera PiS naprawdę wyprowadzić z równowagi, sprowokować, i to się pa­mięta. Umiał też opowiadać politykę antypisowej strony, pokazy­wać źródła jej wartości. Tak więc powrót Tuska do Polski w2017 r., choć bardzo niechciany przez niego samego, co można zrozumieć, byłby jakąś okazją na namieszanie na publicznej scenie.

   5 Czy lewica się pozbiera?
   W Polsce zarówno władza, jak i opozycja oraz Kukiz’ 15 wyrasta­ją z prawicowego trzonu. Lewicę w całym parlamencie na dobrą sprawę reprezentują bezpartyjny senator Marek Borowski i senator Grzegorz Napieralski, dawniej lider SLD, który startował z listy Plat­formy. To smutny dla tej politycznej formacji fenomen. Lewica zakleszczyła się między niereformowalnym Sojuszem, który po­zostaje w rękach Włodzimierza Czarzastego i Leszka Millera, a par­tią Razem, która miała być wielką nadzieją, a od dawna ma w son­dażowych notowaniach ok. 2 proc. poparcia. Jest jeszcze grupka młodych działaczy pod egidą Barbary Nowackiej, na której jednak ciąży dotkliwa porażka w wyborach 2015 r., torująca PiS drogę do absolutnej władzy. Z lewicą jest i taki problem, że także w par­lamentarnej opozycji nie ma jasności, czy życzyć jej sukcesu czy nie. Platforma obserwuje, co się tam dzieje, i jakichś obiecujących polityków młodej lewicy ewentualnie by przygarnęła. Nowoczesna -jak się wydaje - nie ma takich zamiarów. Rozumowanie jest takie: jeśli do PO i Nowoczesnej dojdzie jakaś np. 10-procentowa w son­dażach lewica, to „antyPiS” jeszcze bardziej się rozdrobni. Będą więc trzy rywalizujące formacje zamiast dwóch dotychczasowych, a PiS nadal zachowywałby premiowaną przez ordynację jedność.
   Pojawiają się jednak odmienne opinie, że nowa lewica, w wersji odświeżonej i efektownej, odsysałaby partii Kaczyńskiego roszcze­niowy, socjalny elektorat, zwłaszcza młodszy, i jeśli nawet byłaby niepołączalna z resztą opozycji, osłabiłaby PiS w newralgicznym punkcie. Bo coraz częściej słychać, że wyborcza batalia parla­mentarna w 2019 r. będzie się toczyć o kilka procent w tę czy w tę. Że nie należy się spodziewać jakiegoś walnego zwycięstwa jednej lub drugiej strony, ale ciułania i odbierania drobnych grup wybor­ców. Ogarnięta lewica miałaby tu swoją rolę do odegrania. Chyba że (a słychać takie obawy zwłaszcza w Platformie) skuma się z PiS w propagandowej trosce o „zwykłych ludzi” za pieniądze zabrane tym „niezwykłym”. Wtedy lepiej już, żeby się nie ogarniała.

   6 Co ze Smoleńskiem?
   Przez cały 2017 r. mają trwać ekshumacje ofiar katastrofy smo­leńskiej, a to sygnał, że śledztwo w tym czasie nie zostanie zakoń­czone. To zrozumiałe, bo w ciągu 2016 r. władza pojęła, że dowo­dów na zamach nie ma, i ta przerażaj ąca wielu polityków prawicy prawda zaczyna docierać do coraz szerszych grup nawet w obozie rządzących. Formalnie ekshumacje jako powód niekończenia do­chodzenia jeszcze ujdą, ale faktyczne wątpliwości będą narastać. Zapewne zostaną wykryte dalsze pomyłki z pochówkiem nie tych zwłok w nie tym grobie, z obecnością niewłaściwych części ciał w nie tych trumnach, ale będą to „zwycięstwa” zastępcze, nawet jeśli rozdmuchiwane do niebotycznych rozmiarów przez „narodo­we media”. Stanie się stopniowo coraz bardziej jasne, że w niczym nie przybliża to do stwierdzenia faktu zamachu.
   Jest niemal pewne, że nowa komisja badająca katastrofę nie przedstawi żadnej spójnej wersji jej przyczyn, przynajmniej takiej, aby się nie ośmieszyć. Będą pokazywane odosobnione hipotezy, „porażające” przykłady rzekomych błędów komisji Millera, ale bez konkretnych wniosków. Para pójdzie w upamiętnianie, pomniki „poległych”, budowanie legendy Lecha Kaczyńskiego. Ciekawe jednak, jak PiS poradzi sobie z oczekiwaniem na żelazne dowody na zamach, a takie rozbudzone w elektoracie nadzieje, połączone z pewnym zniecierpliwieniem, już widać. Mit zamachu był klu­czowy dla twardego trzonu zwolenników PiS, a powołanie komisji zdawało się być znakiem, że zamach uzyska „naukowe” podstawy.
Ta strategia zaczyna się załamywać i jest pytanie, czy i jak PiS unik­nie tej katastrofy po katastrofie. W każdej propagandzie można znaleźć punkt zwrotny, kiedy narracja zaczyna się rwać, jej grube szwy stają się zbyt widoczne, a potem się nieodwołalnie prują.

    7 Czy ruszy ulica?
   PiS nie wierzy w wielkie masowe demonstracje skierowane ogólnie przeciwko władzy swojej partii. Rzeczywiście, w Polsce nie ma tradycji takich stricte politycznych protestów, wykraczających poza jeden temat czy branżę. Nawet akcje KOD miały w swojej agendzie konkretne sprawy: Trybunału Konstytucyjnego, edukacji, ostatnio wolności mediów w kontekście rugowania dziennikarzy z parlamentu, a im bardziej abstrakcyjny był cel demonstracji, tym mniejsze jej powodzenie. Jednak „wydarzenia grudniowe” z końcówki 2016 r. pokazały, że nawet kilkutysięczne zdetermino­wane grupy opozycyjne, stosujące także metodę nieposłuszeństwa obywatelskiego, mają dużą siłę. Władza zaczęła się bać. Majdan, z którego rządząca prawica jeszcze niedawno się śmiała, nie wy­daje się już tak nieprawdopodobny jak jeszcze kilka tygodni temu.
   Pojawia się świadomość, że bardzo ostra gra PiS na tak wielu polach może też kumulować społeczne niezadowolenie wielu grup zawodowych i środowiskowych. I że te sprzeciwy mogą w pew­nym momencie się zsumować, że nastąpi jakieś porozumienie niezadowolonych, wielka wspólna akcja. Polacy, w przeciwień­stwie do Francuzów, Włochów, Greków czy nawet Brytyjczyków, niechętnie wychodzą na ulice, ale władza PiS nieustannie testuje granice wytrzymałości na swoje ekscesy i ustrojowe eksperymenty. Usypiający efekt 500 plus może się wyczerpać. Protesty kobiet, na­uczycieli, lekarzy, sędziów, handlowców, „frankowiczów” to jedno, ale napina się także cierpliwość całych społecznych klas, zwłaszcza tych, które czują, że z władzy PiS nie tylko nie mają żadnych korzy­ści, ale jeszcze, pomijając dyskomfort moralny i estetyczny, za inte­res polityczny tej partii będą musieli zapłacić niższymi dochodami.
   Wspólna idea protestu jeszcze się nie wyklarowała. PiS wciąż stara się udawać normalną władzę, przekonuje o winie poprzed­ników, zamęcza nachalną telewizyjną propagandą. Pytanie: czy w 2017 r. niezgoda na te chwyty przekroczy punkt krytyczny? Trwa też dyskusja, jak daleko można się posunąć w protestowaniu prze­ciw IV RP gdzie jest granica ulicznych akcji, czy ryzykować bezpo­średnie starcia, czy PiS to już regularna opresyjna quasi-dyktatura. 2017 r. może przecież - ze względu na nagromadzenie rozczaro­wań i frustracji, na narastanie determinacji i gotowości do sta­wiania czynnego oporu wobec samowoli władzy- otworzyć nowy etap konfliktu, z udziałem, jak to kiedyś nazywano, „ostrej ulicy”. Zwłaszcza że partie i organizacje, które jak do tej pory próbują organizować protesty uliczne, mogą nad nimi utracić panowanie.
   Już z tej siedmiopunktowej symulacji wynika jasno, że 2017 r. będzie gorący, i to na wielu polach. Nie zapominajmy o reformie edukacji i o szykowanej reformie służby zdrowia, o zamykanych być może kopalniach... Lista spodziewanych i zapowiadanych konfliktów jest długa. W ich produkowaniu PiS jest arcymistrzem. W ich rozwiązywaniu kompletnym nieudacznikiem.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz