PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 18 grudnia 2016

Filozof w czasach marności



Jak żyć, gdy wszystko wokół się wali? Nie karmić się złudzeniami i dbać o drobne przyjemności

Rafał Kalukin

Widział pan te kobiety w hawajskich strojach, które w Białymstoku plą­sały na cześć wiceministra spraw wewnętrznych? Coś niewiary­godnego! - profesor wydaje się autentycznie poruszony scen­ką, która od kilku dni robi karie­rę w mediach społecznościowych. Dodaje: - To coś więcej niż absurd. Mnie to wcale nie śmieszy. Może się pan zdziwi, ale wczoraj przez dwie godziny przewracałem się z boku na bok; a zazwyczaj nie miewam kłopotów ze snem. Tak mnie to wytrą­ciło z równowagi. Poczułem dotyk szaleństwa, które ogarnęło mój kraj.

Intelektualista osobny. Swoją autobiografię sprzed ośmiu lat zatytułował „Nieco z boku”, co jest wyjątkowo trafnym skrótem. Nie odwracał się nigdy od życia publicznego - ale jeśli podążało ono przez ostatnie pół wieku środkiem ulicy, to profesor przeważnie maszerował wtedy po krawężniku. Stam­tąd zawsze było więcej widać i przede wszystkim można było uciec przed presją zbiorowości.
   W biografii nawet śladu flirtu z komuną. Twierdził, że za­wdzięczał to wychowaniu. Inteligenckiej rodzinie z tradycjami nie przydarzyła się ani jedna czerwona owca, „nawet komuni­stycznego paluszka”. Nie było więc pokusy wchodzenia w dwu­znaczne układy. Nie zachwycał się młodym Marksem i obojętni mu byli rewizjoniści, co w latach 60. na Uniwersytecie Warszaw­skim było ekstrawagancją. Zwłaszcza gdy pobierało się nauki u Leszka Kołakowskiego oraz balowało z Adamem Michnikiem i resztą „komandosów”.
   Przez pół wieku były raptem dwa momenty, kiedy przekro­czył granicę uczestnictwa w bezpośredniej polityce. W marcu 1968 roku, gdy po aresztowaniu liderów studenckiego bun­tu 24-letni asystent Marcin Król sam angażuje się w protest: pracuje nad rezolucjami, wchodzi w skład studenckiej delegacji. Zapłaci cenę trzech miesięcy więzienia.
   I w 1989 roku, kiedy uczestniczy w rozmowach Okrągłego Sto­łu. Po powstaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego mógł zostać szefem telewizji publicznej bądź naczelnym rządowej wtedy „Rzeczpospolitej”. Odmówił.
   A co pomiędzy? Pisał: „Od Marca do Okrągłego Stołu, a zatem przez ponad 20 lat, zawsze byłem w jakiejś formie w opozycji. I chociaż wiele z tych działań opozycyjnych dzisiaj oceniam jako mało poważne, wiele innych po prostu jako nudne, a jeszcze inne - daremne, to w sumie nie narzekam”.

Był pan już kiedyś aż takim pesymistą, jak teraz?
   - Nigdy. Nie pamiętam aż tak bezdennego poczucia obrzydliwości.
Nawet za komuny?
   - Teraz jest gorzej. Bo komunizm sam w sobie był idiotyczny. Nie byłem w stanie wysłuchać choćby jednego komunistyczne­go przemówienia. Było mi więc wszystko jedno, co oni wyga­dywali. Byli dla mnie obcy. Ten kraj nie był wtedy mój, a teraz jest. To zresztą nasza wina, że dopuściliśmy zło pod postaciami półniewinnymi: kłamstwa, pogardy, mowy nienawiści.
   Świadomie?
   - Nie, przez bierność, nieuctwo i lenistwo. Liberalizm nas roz­leniwił. Intelektualiści przestali czytać znaki czasu. A diabeł jest cwany. Nie kłuje rogami i nie polewa smołą piekielną. Przycho­dzi pod różnymi postaciami. Poseł Piotrowicz, który mówi z try­buny sejmowej: „Precz z komuną!”, to jest właśnie wcielone zło. Tak samo jak w Anglii złem jest Nigel Farage, którego kiedyś uważano za postać śmieszną. Moim zdaniem, i mówię serio, on jest wysłannikiem diabla.
   A Trump?
   - Nie, on nie. Jest tylko narzędziem. Diabeł nie wybiera idiotów.
   Po namyśle: - W Polsce największym złem jest jednak Kościół hierarchiczny. Stał się - i mówię to z pełną odpowiedzialnością człowieka wierzącego - wcieleniem diabła. Absolutna odmo­wa zajęcia stanowiska moralnego w jakiejkolwiek sprawie poza sprawą seksu jest bowiem czystym złem. „Czymże jest prawda?” - pytał Piłat.

W 1974 roku publikuje w legalnym obiegu (wspólnie z Wojciechem Karpińskim) „Sylwetki polityczne XIX wieku”. Niewielka książeczka stanie się - obok „Rodowodów niepokornych” Bohdana Cywińskiego - najważ­niejszą lekturą wykluwającej się opozycji demokratycznej. Przywołanie zakurzonych polskich szkół politycznego myślenia pomagało wpisać zorganizowany opór przeciwko komunizmowi w historyczny kontekst.
   Choć blisko związany z legalnym „Tygodnikiem Powszech­nym”, organizuje też Król pod koniec lat 70. podziemną „Res Publikę”. Ale nie po to, aby wykrzyczeć to, czego w oficjalnym obiegu nie puściłaby mu cenzura. Nawet w gorących czasach Solidarności „Res Publica” oferuje jedynie analityczny chłód i dyscyplinę intelektualną zaczerpniętą od klasyków myśli kon­serwatywnej i liberalnej. Oskarżano ich o pięknoduchostwo i klerkizm. Niesłusznie, bo byli częścią opozycji. Tyle że stoją­cą nieco z boku.
   Król praktykował wtedy konserwatyzm, który wymykał się ówczesnym opozycyjnym podziałom. Choć szczególnym był konserwatystą, skoro konsekwentnie trzymał się z dala od tego wszystkiego, co w polskich realiach uchodziło za „prawicowe”. Jego konserwatyzm nie określał ideowych horyzontów, lecz sto­sunek do rzeczywistości: sceptycyzm wobec marzeń o idealnym ładzie społecznym, pochwałę rozsądku i realizmu. Bo człowiek nie jest wstanie stworzyć idealnego świata. Wystarczy, że uczy­ni go znośnym. Troszkę poszerzy przestrzeń wolności, nieco ograniczy obszar zła i niegodziwości.
   Wierny tym drogowskazom uczynił w 1986 r. coś, co zszokowa­ło ówczesny opozycyjny salon. W stołówce Urzędu Rady Mini­strów zjadł kotleta w towarzystwie Jerzego Urbana. Była to cena za reaktywację - tym razem w legalnym obiegu! - wygaszonej w stanie wojennym „Res Publiki”. Wybuchł środowiskowy skan­dal, Adam Michnik wypraszał ze swych imienin dwóch współpra­cowników Króla. Ale gdy „Res Publica” już zaczęła się ukazywać, potrafił przyznać się do błędu. Bo w więdnącej komunie żadne inne pismo nie pichciło tak znakomitej inteligenckiej strawy.

Zostało coś panu z tego dawnego konserwatyzmu?
   - Dziś nie ma on sensu - Król wzrusza ramionami.
   - Czasem tak jest, że przychodzą czasy, kiedy nawet naj­wspanialsze postawy ideowe już nie działają. Nie da się iść na czołowe zderzenie z koniunkturą. Bismarck i po nim Churchill twierdzili, że trzeba wtedy poczekać. Czekanie Bismarcka trwa­ło aż 16 lat, nim pojawiła się koniunktura, która pozwoliła mu zjednoczyć Niemcy.
   A jeśli koniunktura jest szaleńcza? To co? Też mamy po prostu czekać?
   - Przede wszystkim jej nie przyspieszać. I już teraz przygo­towywać się na nadejście czasów, kiedy otworzą się nowe moż­liwości. Trzeba coś ludziom zaoferować, aby w odpowiedniej chwili mieli się czego złapać. No, chyba że sprawy przybiorą taki obrót jak w czasach wojny z nazistowskimi Niemcami. „England, my England” - pisał wtedy Orwell, choć nienawidził tej Anglii i uważał ją za ohydną. Być może my tak samo będziemy musieli wkrótce powiedzieć: „Europe, my Europe”.
   Król dodaje po namyśle: - Wcale tego nie wykluczam. Dużo te­raz czytam Jacoba Burckhardta [XIX-wieczny szwajcarski my­śliciel, jednym z jego studentów był Fryderyk Nietzsche - przyp. red.]. On był przekonany, że naturalnym czasem człowieka jest wojna, a nie pokój. Kryzys i zamęt, a nie stabilność. Również Thomas Hobbes [angielski filozof z XVII wieku - przyp. red.] twierdził, że zawsze balansujemy na cienkiej linie, na granicy upadku w stan natury, czyli wojny wszystkich ze wszystkimi. Za­wsze dzieli nas od tego tylko krok, nawet jeśli wydaje nam się, że żyjemy w stabilnej rzeczywistości. Z tej perspektywy ostatnie 60-70 lat było na Zachodzie czymś wspaniałym, niemal cudem. Ale tego Zachodu już nie ma i zamiast ratować upadłą formę, trzeba ją budować na nowo. Tyle że najpierw kryzys musi się dopełnić. Sięgnąć dna.

W latach 90. głównym przedmiotem zainteresowań Marcina Króla staje się liberalizm. Wspiera liberal­ny model demokracji i rynkową transformację. Ale jak zawsze nieco z boku - nie ulegając naiwnemu entuzjazmo­wi epoki domniemanego końca historii. Postuluje zakorzenienie liberalizmu w polskiej tradycji, którą określa przede wszyst­kim romantyzm. W polskim romantyzmie Król dostrzega bo­wiem ogromną siłę duchową, którą należy twórczo wykorzystać. W przeciwnym razie posłuży on za oręż wrogom wolności, jako narzędzie przymusowej mobilizacji.
    „W Polsce jednak niezbędnym warunkiem jest porzucenie wi­zji romantycznego planu zbiorowego, wizji uformowanej przez romantyzm drugorzędny lub usługowy. Dopóki to nie nastąpi, dopóty całkiem uzasadnione będą ataki na tak pojmowaną pol­skość jako na postawę anachroniczną, antymodernistyczną i antyliberalną. Usprawiedliwiony też będzie silny obecnie podział, który obie strony sporu spycha na skrajne pozycje: neoliberalne w przypadku liberałów, nacjonalistyczne w przypadku zwolen­ników romantyzmu usługowego. Zastępowanie wizji wspólno­ty duchowej frazesami, jak: rodzina, wspólnota, ojczyzna, bądź też odrzucenie wszelkiej idei wspólnoty w imię obrony nieza­leżności jednostki prowadzą do rozbicia polskości na dwa (...) obozy, które mogą tylko pogardzać sobą nawzajem, niczego zaś wspólnie uczynić nie są zdolne”. Tak pisał Marcin Król jeszcze w 1998 roku. Jak się okaże po latach - proroczo.
   Ale to tylko lokalny wymiar kryzysu ogarniającego cały Za­chód. W kolejnych tekstach zwątpienie Króla w trwałość libe­ralnego porządku narastało. Coraz krytyczniej oceniał lenistwo umysłowe elit, które sztywno trzymają się oświeceniowej sztampy. Ostrzegał, że rozbrat świeckiego rozumu z religią stał się zbyt głęboki, a demokracja przestaje sobie radzić z napięcia­mi. Niezmiennie wszakże z pozycji zatroskanego liberała, który za najważniejszy cel stawia obronę wolności. Zarówno przed jej wrogami, jak i przed nią samą.
   W 2012 roku, gdy Polacy jeszcze cieszyli się „zieloną wyspą” i „ciepłą wodą w kranie”, nie miał już najmniejszych złudzeń: „W Europie nie pojmuje się, że kryzys jest rezultatem drastycz­nych błędów nowoczesności, a nie błędnych działań banków. I, co najgorsze, długa perspektywa, jaka czeka nas, zanim po­wrócimy na właściwe (...) tory, doprowadzi do zniecierpliwie­nia wiele grup społecznych, które - jak młodzież - już dotkliwie odczuwają jego skutki lub - jak emeryci - zaczną je odczuwać za kilka lub kilkanaście lat. Ludzie zniecierpliwieni sięgają po środki już im znane, a politycy, zwłaszcza politycy już nie prag­matyczni, lecz cyniczni, natychmiast to zniecierpliwienie wyko­rzystają, za rogiem czeka nacjonalistyczny populizm czy też po prostu nacjonalizm. Europa ponownie nacjonalistyczna już się nie odrodzi w swojej dawnej formie”.

Mój przyjaciel John Gray [brytyjski filozof polityczny - przyp. red.] jest strasznym pesymistą, choć jeszcze pisze. A jak człowiek pisze, to ciągle nie jest pesymistą krańcowym. Ale już Tim Snyder [amerykański historyk - przyp. red.] po zwycięstwie Trumpa wpadł w depresję. Odmawia myślenia, pisania, nie chodzi na protesty.
   A pan?
   - To nie jest koniec świata, więc jest sens dalej pisać. I nie powinno się czynić gestów, które by podważały reguły wiecz­ne. Zawsze było zło i dobro, głupota i mądrość, kłamstwo i prawda. Śmieszą mnie postmoderniści, którzy sądzą, że można wyjść poza dwa i pół tysiąca lat kultury europejskiej. Pewnie można, tylko dokąd? Ja uważam, że trzeba do niej powrócić, aby wymyślić demokrację na nowo. To nieuchronne. Martwię się tylko tym, że już nie doczekam efektów tego wymyślania.
   Jak pan sobie radzi z czasem?
   - Nie mam z tym wielkiego problemu. Jestem człowiekiem wierzącym, co - przepraszam za sformułowanie - odnosi czło­wieka do wieczności. Umocnił to we mnie Krzysztof Kozłowski. Był człowiekiem niezachwianie wierzącym, który u kresu życia na skutek zapalenia opon mózgowych stracił wzrok. Na zawsze zapamiętam jego niewzruszony spokój i wzruszenie, że po prostu możemy sobie rozmawiać.
   Krzysztof pomógł mi zachować pokorę wobec życia. Nie mam na przykład marzenia, że muszę zobaczyć moją siedmiomiesięczną obecnie wnuczkę, kiedy będzie dorosła. Byłbym wtedy trzęsą­cym się staruszkiem i chyba za bardzo tego nie chcę. Wystarczy, że doczekam jej 10. roku życia.
   Trzeba dbać o drobne przyjemności. Po pierwsze, czytać. Po drugie, umieć cenić widoki. Niekoniecznie spektakularne, do takiej Argentyny już nie chciałoby mi się lecieć. I po trze­cie, mieć dobre stosunki z bliskimi. Człowiek na starość podle­je. Skupia się na swoich bólach, jest egotyczny i marudny. Ciepłe relacje z bliskimi pomagają to przezwyciężyć.
   Oczywiście ważna jest też praca. Jeśli rano nie popracuję przez dwie godziny, to potem czuję, że coś jest nie w porządku. Że obraziłem ważną zasadę. W.H. Auden miał taki zwyczaj, że rano pisał wiersze, po południu recenzje i inne płatne drobiazgi, a wieczorem czytał i pił.

Królestwo znajduje się na końcu wsi, nieco z boku. Nie­wielki stary dom z bielonymi ścianami, wypełnio­ny książkami. Wokół biednie, choć sielsko. Do granicy białoruskiej jakieś 70 kilometrów.
   Sprowadził się tu na stałe w połowie lat 90. Drelów nieraz już pomagał profesorowi odświeżyć perspektywę spojrzenia na wie­le spraw - relacje wspólnotowe, transformację. Tutaj także jest osobny i nie próbuje udawać, że łączą go z lokalną społecznością głębsze więzy. Ale i tak uważa, że jest tutejszy.
   Do Warszawy na tyle daleko, że jeździ tam tylko wtedy, gdy musi. Przeważnie na zajęcia ze studentami. Nie był na żad­nej manifestacji KOD. Ale gdyby nawet przeszła pod jego domem, też by nie poszedł. Nie wierzy w iluzję tej antypisowskiej wspólnoty - niby to zbudowanej na mitologii przyjaź­ni i pokoju. Bardziej już spodobał mu się Wałęsa, gdy mówił o wyrzucaniu pisowców z okien.
   Przywołuje Hannah Arendt, która twierdziła, że rewolucje zaczynają się same. A na ich czele stają rewolucjoniści, którzy wychodzą z kawiarni, bibliotek i więzień.

Świat musi się przetoczyć. Masy dostaną w dupę, wydarzą się straszne rzeczy. Mówię moim dzieciom bez ogródek, że będą miały wojnę. Być może nawet rację ma papież Fran­ciszek, który powiedział, że III wojna światowa już trwa, tylko że my o tym jeszcze nie wiemy.
   Żona się boi. A że jest praktyczna, kupiła dwie wielkie lampy naftowe. Dzisiaj zamówiłem do nich naftę. Bo jak będzie wojna, to nie będzie światła.
   A pan się nie boi?
   - Nie, ja nie. To nie będzie tak, że przyjdą Rosjanie i zabio­rą nam srebrne łyżki. Ale jak będzie, oczywiście nie wiem. A niewiadomego nie majak się bać.
   Wiem, że to obrzydliwe, co mówię o wojnie. Jestem za sta­ry, aby wziąć w niej udział, albo w ogóle mnie już nie będzie. Ale teraz pod wieloma względami czuję się gorzej niż na woj­nie. Wszystko jest tak marne i obrzydliwe. Ta marność nie ma wymiaru ani kształtu. Nie da się wytrzymać.
   Jak spędzacie tutaj święta?
   - Czytamy, jakąś muzykę puścimy, na drugi dzień przyja­dą pewnie dzieci. Normalnie. Aha, w Wigilię zawsze mamy śledzie z kartoflami w mundurach. Jadł pan kiedyś? Moje ulubione!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz