PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 29 grudnia 2016

Wice prezesa



„Wiem o tym, że będę musiał mieć następcę, i wiem, ile mam lat. To piękna wizja dla Szczecina" - odpowiadał w radiu 67-letni Jarosław Kaczyński na pytanie o to, czy jego następcą będzie Joachim Brudziński. Ten zaś, w tym samym Radiu Szczecin, odparł, że „Piękna wizja dla Szczecina to Jarosław Kaczyński premierem Polski", choć już wtedy szefową rządu była Beata Szydło. Czyli o tym, jak rośnie w siłę wiceprezes PiS Joachim Brudziński.

We wrześniowych wybo­rach władz partii Bru­dziński (w lutym skoń­czy 49 lat) do funkcji szefa komitetu wyko­nawczego, czyli dowodzącego partyj­nym aparatem, dorzucił stanowisko wiceprezesa. A nawet coś więcej. - Prezes publicznie nazwał Achima [jak mówią o nim w partii - red.] pierwszym wice­prezesem. Na jednym ze spotkań kie­rownictwa partii Kaczyński powiedział, że jak on złamie nogę, to za wszystko od­powiada Joachim - wspomina nasz roz­mówca z centrali partyjnej. Wcześniej nieformalnym zastępcą Kaczyńskiego był Adam Lipiński.

    Potrzebni posłuszni
    Rzeczniczka PiS Beata Mazurek uwa­ża, że awans Brudzińskiego był oczywi­stą oczywistością: - Przecież od wielu lat jest prawą ręką prezesa. To najważniej­sza osoba w otoczeniu Jarosława Kaczyń­skiego. Dowodem jego siły jest to, że nie poszedł do rządu, ale został w centrum dowodzenia. Arietta Brudzińska (żona) w wywiadzie dla „Wprost” ujawniła zresztą, że była to wspólna decyzja jej męża i Kaczyńskiego, pokazując mimo­chodem wagę polityczną Beaty Szydło.
    Polityk PiS mówi, że ministrowie wy­konują polecenia z centrali, bo mają re­alizować program partii: - To naturalne, że w hierarchii są elementem podrzęd­nym, również wobec Achima.
    Promocja Brudzińskiego nie może dziwić. Prezes nie potrzebuje w naj­bliższym otoczeniu intelektualistów i doradców. Ma złe doświadczenia z poprzednimi wiceprezesami - Lu­dwikiem Dornem, Pawłem Zalewskim, Kazimierzem Ujazdowskim czy Mar­kiem Jurkiem, których uważa za rozdyskutowane towarzystwo, które o mało nie rozsadziło mu partii. I wszyscy - z punktu widzenia Kaczyńskiego - zdradzili. W obecnym PiS potrzebni są posłuszni oficerowie, a jeśli przy tym są sprawni i bezwzględni, to mogą zajść bardzo wysoko.
    Kaczyński stworzył jesienią nowe gre­mium decyzyjne, prezydium 32-osobowego komitetu politycznego. Spotyka się w nim średnio raz na tydzień (Szydło bywa tu niezbyt często, a Brudziński za­wsze) 11 najważniejszych osób w partii: prezes, wiceprezesi, marszałkowie Sej­mu i Senatu oraz wicepremierzy Gliński i Morawiecki. - To ważne ciało, prezes tam wszystkich wysłucha, ale to z Jo­achimem najczęściej rozmawia w cztery oczy - mówi nasz informator z Nowo­grodzkiej. Arietta Brudzińska mówiła we „Wprost”: „Z Jarosławem Kaczyń­skim mąż rozmawia raczej w cztery oczy, przez telefon rzadziej”.
    Prezes wspomniał też w swojej książ­ce, że medialny obraz Joachima, „jako strasznego typa, jest kompletnie nie­prawdziwy. On ma tylko siłę, żeby w ra­zie czego twardo odpowiadać na ataki”. A prezes takich ludzi, którzy - jak sam mawia - dzielnie stają, ceni ogromnie.
    A przy tym, jak mało kto, Brudziń­ski umie oddawać hołdy Kaczyńskie­mu, co prezes nazwał w swojej książce „niezwykłą skromnością Joachima”. Ar­chiwa pełne są wywiadów z Achimem, w których zapewnia prezesa o jego wiel­kości i własnej wobec niego lojalności. Kiedy tłum skandował przed pałacem jego imię, on uspokajał, że „obóz zjed­noczonej prawicy ma jednego lidera i tym liderem jest Jarosław Kaczyński”. Często zdarza mu się zaczynać zdanie od tego, że „Jarosław Kaczyński ma sto procent racji w tym, że...”. Chyba tylko on mówi o 500+, że to „kaczorowe” i że jego córki „uwielbiają pana premiera”. Dawny znajomy Brudzińskiego i jego wykładowca logiki politologii na Uniwersytecie Szczecińskim g Wojciech Krysztofiak wspomina, że ten f kiedyś miał mu się przyznać, że przy g Kaczyńskim boi się zapalić papierosa i nigdy przy nim nie przeklnie.
    Achim buduje z Kaczyńskim także prywatne relacje. To Brudziński pływał z prezesem łódką po Zalewie Szczeciń­skim i chodził z nim po Beskidzie Są­deckim. To tam, w górach, w Nowym Sączu do szesnastego roku życia dora­stał pierwszy wiceprezes. Kiedy opo­wiada o swoim życiu, też nosi go od gór do morza. Na południu skończył pod­stawówkę. Rodzina: ojciec robotnik, mama zajmowała się trójką dzieci. O po­lityce się nie rozprawiało, ale dużo się czytało. Joachimowi szczególnie bliska była książka marynisty Karola Olgierda Borchardta „Znaczy kapitan”. „Dzisiaj tym kapitanem jest Jarosław Kaczyń­ski” - wspomniał kiedyś z rozrzewnie­niem w rozmowie z POLITYKĄ.
    Kaczyński docenia ten ich wspól­ny czas, bo w swej książce wspomina o knajpce w Szczecinie, do której chodzi z Brudzińskim. „Coś mnie tam ciągnie, jest tam jakiś specyficzny nastrój, który pozwala mi przez chwilę być jak przed tym strasznym dniem [Smoleńsk - red.].
I za to też Joachima lubię. Generalnie jest facetem, z którym lubię przebywać, lubię rozmawiać”.

    Drugi pierwszy po Bogu
    W PiS i wokół PiS przybywa ludzi, którzy coś Brudzińskiemu zawdzięcza­ją. Są przypadki oczywiste, jak Paweł Szefernaker, sekretarz stanu w Kance­larii Premiera odpowiedzialny za ko­munikację w internecie, który na ulotce wyborczej chwalił się, że przez wiele lat był „jednym z najbliższych współpra­cowników Joachima Brudzińskiego”. Ostatnio Szefernaker awansował także w partii - został prezesem okręgu ko­szalińskiego. Blisko Brudzińskiego jest także minister gospodarki morskiej Ma­rek Gróbarczyk czy zachodniopomorski europoseł PiS Czesław Hoc. Zdaniem naszego rozmówcy z PiS Brudziński stoi też za wrześniową nominacją po­sła Macieja Małeckiego na wicemini­stra skarbu.
    Niedawne wybory prezesów okręgo­wych PiS także wzmocniły Brudziń­skiego. Lipińskiemu z trzech okręgów, w których dotychczas rządził, został tylko legnicki. Sprzyjająca Brudzińskie­mu Anna Zalewska wzięła Wałbrzych, a bliski jej Piotr Babiarz - Wrocław. Na Dolnym Śląsku rosną też akcje gra­witującej ku Brudzińskiemu Elżbiety Witek. Sekretarzem Rady Politycznej PiS, który zna wszystkie układy w par­tii, jest człowiek Brudzińskiego Krzysz­tof Sobolewski.
    Nasz rozmówca z PiS wskazuje jeszcze na inne nominacje świadczące o pozycji Brudzińskiego. Przyjaciel Achima aktor Przemysław Tejkowski to wiceprzewod­niczący rady nadzorczej TVP. Tomasz Karusewicz - były skarbnik zachodnio­pomorskiego PiS i były pełnomocnik wyborczy PiS (o czym zresztą milczy w oficjalny m życiorysie) - jest członkiem zarządu PZU Życie i zarazem wiceszefem rady nadzorczej Grupy Azoty.
    Brudziński na bieżąco kieruje par­tią poprzez komitet wykonawczy, czyli regularne spotkania prezesów okrę­gowych z centralą; odprawę prowadzi wicemarszałek, ale przysłuchuje się jej zwykle Kaczyński. To dodatkowe narzę­dzie, które wzmacnia Brudzińskiego, bo prezesi okręgowi doskonale wiedzą, że od tej dwójki zależy ich dalsza kariera w partii.
    Wygląda na to, że Brudziński pogo­dził się też z dawnymi odszczepieńcami z Solidarnej Polski. W konflikcie o władzę w TVP, który podzielił prawicę, publicz­nie wsparł prezesa TVP Jacka Kurskiego. Wicemarszałek ma dobre relacje z Radiem Maryja i środowiskiem tygodni­ka „wSieci”, nie jest natomiast ulubień­cem „Gazety Polskiej”.
    Brudziński nie ma w partii poważnych wrogów. Wieloletni spór z Adamem Li­pińskim dogasa, bo dawny „pierwszy po Bogu” udał się na wewnętrzną emi­grację, a jego ludzie, jak Adam Hofman, zostali odsunięci.
    Innego wiceprezesa PiS Mariusza Kamińskiego sprawy całej partii zajmują mniej niż walka z układem i koordyno­wanie służb specjalnych. Antoni Ma­cierewicz ogarnia potrzeby elektoratu smoleńskiego, ale w sprawach partii nie ma większego posłuchu. Wiceprezes Be­ata Szydło, jak twierdzi polityk PiS, „jest zajęta raportowaniem prezesowi tego, jak wykonuje polecenia związane z pra­cą w rządzie”. I wreszcie - szósty wice­prezes Mariusz Błaszczak, szef jednego z najważniejszych resortów - MSWiA. Mówi się, że to wtyczka prezesa w rzą­dzie, ale przy Nowogrodzkiej nie ma za wiele do powiedzenia.

    Z kadrowej w masową
    Brudziński szefem struktur PiS zo­stał w 2006 r. dzięki szczęśliwemu dlań przypadkowi. Nie maszerował wów­czas w pierwszym szeregu partii, do­piero od roku zasiadał w Sejmie, nie był w zażyłej znajomości z Kaczyńskim. Działał niegdyś w Porozumieniu Cen­trum, ale nie wybił się na tyle, by choć­by poznać w tamtych czasach Jarosła­wa Kaczyńskiego.
    W 2006 r. wiceprezesami partii byli Adam Lipiński, Ludwik Dorn, Kazimierz Ujazdowski i Marek Jurek, pod względem popularności brylował Zbigniew Ziobro, a niepodważalną pozycję miał szef klu­bu Przemysław Gosiewski. I to on dostał propozycję objęcia funkcji sekretarza generalnego, ale odmówił. Rządząca biurem PiS na Nowogrodzkiej Barbara Skrzypek, jedna z najbliższych Kaczyń­skiemu osób, rzuciła wtedy pomysł, by partią zarządzał Brudziński. I tak też się stało.
    Partia to dla niego oczko w głowie. Postawił sobie za cel wzmocnienie jej i przekształcenie z kadrowej w masową. Po 10 latach cel zrealizował połowicz­nie. Z danych udostępnionych przez PiS centrum analitycznemu POLITYKA INSIGHT wynika, że do partii Kaczyń­skiego należy 31 tys. członków w porów­naniu z 7 tys. w 2005 r. PO w latach świet­ności miała ok. 50 tys. działaczy.
    W ciągu ostatnich trzech lat do PiS wstąpiło 7 tys. osób, rozwój ten jest jed­nak nierównomierny. O ile niektóre re­giony rosną szybko (na Śląsku przybyło aż tysiąc członków, w woj. świętokrzy­skim - 900), o tyle w dwóch wojewódz­twach PiS się zwija (Lubuskie i Podlasie straciły w ciągu ostatnich trzech lat po 100 działaczy). Mapa liczebności PiS wygląda zresztą bardzo ciekawie - naj­więcej działaczy PiS ma na Mazowszu (4200), a najmniej na Podlasiu rządzo­nym przez Krzysztofa Jurgiela (600). Na Pomorzu Zachodnim, mateczniku Brudzińskiego, do PiS należy 1200 osób - to piąte miejsce od końca pod wzglę­dem liczby członków.
    Stosunkowo niewielka liczba dzia­łaczy skutkuje dziś kłopotami z orga­nizacją wieców. Klapą skończyła się demonstracja w rocznicę stanu wojen­nego, gdy w Warszawie manifestowało zaledwie kilkaset osób. To była porażka szefa struktur, który na Twitterze gorąco zachęcał do udziału. W tym samym cza­sie przez stolicę przeszedł wielotysięczny marsz opozycji.
    - Kto miał demonstrować? Jedni już są syci i nie chce im się wyjść na ulicę, a inni są obrażeni, że nic nie dostali i też im się nie chce - tłumaczy poseł PiS.
    Brudziński zdaje sobie sprawę ze sła­bości struktur. W przyszłym roku planu­je ich rozbudowę, tak by istniały w każdej gminie. Będzie jednak musiał przełamać opór lokalnych bonzów, którzy niechęt­nie patrzą na nowych, którzy mogliby im zagrozić.
    - Oczywiście jesteśmy otwarci na no­wych ludzi, ale najbardziej liczą się dla nas ci, którzy kochali PiS przez ostatnie osiem opozycyjnych lat. Teraz musimy zweryfikować te nagłe przypływy miłości do nas - mówi Brudziński. Czasem ostro dyscyplinuje partyjne szeregi. W wywia­dzie dla „wSieci” mówił: „Wielu poubie­rało się w gacie z napisem PiS i udaje sieroznych działaczy, a interesuje ich jedno - własne interesy”.

    Najsilniejszy, ale za słaby
    Przez PiS przewinęło się wielu waż­nych polityków, którzy swą pozycję opierali albo na wyjątkowej relacji z pre­zesem, albo na zapleczu partyjnym. Brudziński jest pierwszy, który połą­czył jedno z drugim. I pierwszy, który zmienił tym samym tradycyjny dla PiS układ sił polegający na tym, że prezes z wysoka patrzył na potyczki polityków znajdujących się na mniej więcej tym samym poziomie, pomagając raz jednej, raz drugiej stronie. Teraz Brudziński wdrapał się na poziom niedostępny dla pozostałych liderów PiS. To on udzielił wywiadów dla „wSieci” i „Do Rzeczy”, w których mówił o przyszłości rządu Szydło, a konkretnie o tym, że nie widzi powodów do głębokiej rekonstrukcji. Do tej pory takie strategiczne wywiady były domeną prezesa.
    Jego słabością pozostaje brak popu­larności i specyficzna sława brutala - wiecowego zapiewajły i twitterowego chuligana, który co pewien czas pisze o przeciwnikach politycznych, że się „skundlili” albo „j... was pies” (wice­marszałek w takich przypadkach za­wsze tłumaczy, że to tylko nawiązania do dzieł literackich).
    Brudziński mówi wprost to, czego pre­zesowi wprost wypowiedzieć nie wypa­da. - Jak wtedy, gdy do słów Kaczyńskiego „cała Polska z was się śmieje ”Brudziński dopowiedział „komuniści i złodzieje” - mówi Ludwik Dorn.
    W niedzielę 18 grudnia, w szczy­cie kryzysu politycznego związanego z głosowaniem budżetu w sali kolum­nowej, to on przemawiał pod Pałacem Prezydenckim na demonstracji Klubów Gazety Polskiej. Wygłosił płomienną mowę o tym, że Andrzej Lepper mógł­by się uczyć od opozycji, jak wyglą­da warcholstwo. Że rząd nie pozwoli, aby w państwie zapanowała anarchia. „Jeżeli będą próbowali doprowadzić do anarchii, to wtedy nie zawahamy się wezwać Państwa do poparcia” - wo­łał Brudziński.
    Prezes PiS o Brudzińskim napisał w swej książce, że „jest bardzo oczy­tany, dużo wie i jest to u niego wynik autentycznych potrzeb, a nie usilnej pracy nad sobą”. Kilku naszych roz­mówców potwierdza, że Brudziński rzeczywiście bardzo dużo czyta i chce się rozwijać. - Wygląda jakby przygoto­wywał się do wejścia w buty prezesa, choć jeszcze przez długi czas będą o kilka nu­merów za duże - mówi osoba z otocze­nia prezesa.
   Poseł PiS: - Nie wystarczy kupić mod­ne okulary i pokazać się dziennikarzom z żoną, żeby zmienić wizerunek. Brudziń­ski wciąż nie nadaje się na lidera.
   Rzecz w tym, że kandydaci z takimi kwalifikacjami jakoś nie obrodzili.
Anna Dąbrowska, Wojciech Szacki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz