PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 23 czerwca 2015

Miedziane czoła



Ojczyzną Polaków oburzonych, uciśnionych i niedopłaconych jest Zagłębie Miedziowe, najbogatszy region kraju. Stawiają na Andrzeja Dudę i Pawła Kukiza. Kim są i jakiej chcą zmiany?

W Lubinie - stolicy Zagłębia Miedziowego - mieszkańcy spekulują, na jakie rządowe stanowisko po jesiennych wyborach szykuje się prezydent miasta Robert Raczyński. Wicepremiera w rzą­dzie PiS -Kukiz? A może ministra skarbu? To byłoby dobre rozwiązanie, bo mini­strowi skarbu podlega koncern KGHM
Polska Miedź, który ma siedzibę w Lu­binie. Raczyński mógłby z Warszawy do­glądać firmy, od której zależy dobrobyt miasta i całego Zagłębia. Oficjalna na­zwa to Legnicko-Głogowski Okręg Mie­dziowy (LGOM), a ironicznie - księstwo legnickie. Raczyński jest kimś w rodzaju udzielnego książątka - rządzi w Lubinie nieprzerwanie od2002 r. (wcześniej rzą­dził w latach 1990-94).
Co do tego, że będzie posłem (nieistnie­jącej na razie) partii Pawła Kukiza i dosta­nie się do Sejmu, nikt wmieście nie wątpi. W końcu to on Kukiza wymyślił. Bez niego artysta nic by nie zdziałał. A tak, najpierw został radnym dolnośląskiego sejmiku (choć pochodzi z Opolszczyzny), potem efektownie błysnął w wyścigu o urząd Prezydenta RP, a teraz tworzy nowy ruch polityczny. Nie przypadkiem Kukiz swój wieczór wyborczy zorganizował w Lu­binie. Przed drugą turą zapraszał Dudę i Komorowskiego na debatę, którą chciał sam poprowadzić w lubińskiej hali widowisko-sportowej. Tu również ma się ukon­stytuować oficjalnie nowy twór politycz­ny - Ruch Pozytywnej Zmiany i Zdrowego Rozsądku (takiej nazwy używa Kukiz). To ma być taka partia-niepartia, która, jak zapowiada Kukiz, rozwali system.

Bo artysta jest zasadniczo przeciwny partiokracji. To też pomysł Raczyńskiego, który był już w Partii Chrześcijańskich Demokratów, potem w AWS, współtwo­rzył też Polskę XXI Rafała Dutkiewicza.
Ostatecznie doszedł do wniosku, że sam sobie stworzy ruch poparcia. Komitet Wyborczy Robert Raczyński Lu­bin 2006 zdobył w ostatnich wyborach 22 mandaty w 23-osobowej radzie miej­skiej. Sam Raczyński już w pierwszej turze został prezydentem miasta przygniatającą większością i to po raz piąty. PiS - mimo silnych wpływów i ostrej krytyki Raczyń­skiego - nie udało się przeforsować kan­dydata Krzysztofa Kubowa, choć przyjeż­dżał wspierać go sam prezes Kaczyński. Raczyński stworzył też Komitet Wyborczy Bezpartyjni Samorządowcy a właściwie przejął Obywatelski Dolny Śląsk Rafała Dutkiewicza. Bezpartyjni Samorządowcy z Kukizem jako oficjalnym liderem zdobyli kilka miejsc w sejmiku.
- To typ silnego przywódcy, który od lat buduje swój wizerunek na krytyce par­tii. Powtarza: jeśli coś mi nie wychodzi, to dlatego, że partie mi przeszkadza­ją. Hasło „winne są partie" okazało się na tyle skuteczne, że z kadencji na kaden­cję eliminował je z rady miejskiej. Zyskał też wpływy w radzie powiatu i sejmiku wojewódzkim. Teraz testuje ten pomysł wraz z Kukizem w skali kraju - wyjaśnia dr Marzena Cichosz, politolog z Uniwer­sytetu Wrocławskiego.
Na razie Robert Raczyński się kry­guje. Zapewnia, że nie wie jeszcze, czy będzie kandydował do Sejmu, choć już wszystkie partie proponowały mu miej­sca na swoich listach. Skarży się, że rząd prześladuje Lubin za jego poparcie dla Kukiza. Ministerstwo Rolnictwa odmó­wiło przekwalifikowania gruntów wokół miasta, a bez tego nie uda się stworzyć specjalnej strefy ekonomicznej.

Sukces Raczyńskiego polega na stworzeniu specyficznego eko­systemu. Dzięki niemu może kontro­lować miasto poprzez zaufanych ludzi rozlokowanych w magistracie i spółkach komunalnych. Lokalne media, zależne od miasta lub należące do niego, sku­tecznie go w tym wspierają. To sposób znany z wielu innych miast, jednak tu wyjątkowo skuteczny dzięki sporym pieniądzom, którymi dysponuje Lubin. W mediach krążą listy ludzi Raczyńskie­go i ich krewnych (teraz to także po czę­ści ludzie Kukiza) wraz z informacjami o ich zarobkach. Aż trudno uwierzyć, że w powiatowym mieście spółki komu­nalne mogą płacić wynagrodzenia prze­kraczające grubo 20 tys. zł miesięcznie. Ale to dzięki pieniądzom wpłacanym przez dobrze zarabiających lubińskich menedżerów Kukiz miał za co przepro­wadzić swoją kampanię wyborczą.
A wszystko pochodzi z miedzi. Jest z czego płacić, bo do budżetów samo­rządów z kasy KGHM trafia co roku kilkaset milionów złotych podatków i opłat lokalnych. Koncern zatrudnia ok. 18,2 tys. pracowników, średnie mie­sięczne wynagrodzenie to 9,5 tys. zł. Po­datki PIT pracowników to kolejne źró­dło zasilające budżety lokalne. Nic więc dziwnego, że od dawna pozycję najbo­gatszego polskiego miasta powiatowe­go dzierżą Polkowice, a inne ośrodki Zagłębia Miedziowego - Lubin, Głogów, Legnica - są w czołówce miast o najwyż­szych dochodach na głowę mieszkańca.
Tak więc pensje przekraczające 20 tys. w spółkach komunalnych mogą szokować, ale nie w Lubinie. Także oby­czaj zatrudniania krewnych i znajomych nie jest tu niczym dziwnym. KGHM od zawsze był kopalnią dobrze płatnych posad, a każda władza dbała, by wy­nagradzać swoich ludzi miedziowymi synekurami. Oczywiście najcenniejsze były stanowiska w zarządzie, ale tych jest najmniej. Na szczęście koncern ma wiele spółek zależnych, każda ma jakiś zarząd, radę nadzorczą, administrację. Zawsze można było coś atrakcyjnego znaleźć. Za czasów AWS sekretarki w zarządzie miedziowego koncernu potrafiły zara­biać 30 tys. zł miesięcznie, a kierowcy prezesa po 20 tys. zł.
To metoda stosowana w całej kontro­lowanej przez państwo gospodarce, ale KGHM dysponuje szczególnie dużym za­sobem posad. Przy okazji dostarcza naj­więcej skandali. Przykładem ujawnione przez „Newsweek" nagranie rozmowy posła PO Norberta Wojnarowskiego, który podczas zjazdu dolnośląskiej PO namawiał jednego z delegatów, by w za­mian za stanowisko w KGHM poparł Jac­ka Protasiewicza przeciw Grzegorzowi Schetynie. Wojnarowski był szefem PO w Lubinie i oczywiście pracował w jednej ze spółek KGHM. Jego żona również.
Skandal wywołał kąśliwe komentarze dziennikarzy i bardzo umiarkowane re­akcje polityków opozycji. Wszyscy znają reguły gry i wszyscy w niej uczestniczą. Także PiS, który w 2006 r. na stanowi­sku prezesa zarządu KGHM postawił Krzysztofa Skórę, swojego działacza, skarbnika gminy Ruja. I tak gminny urzędnik z Rui został nagle szefem jednej z największych spółek w kraju. Kariera w amerykańskim stylu, także finanso­wym, bo Skóra, który zarabiał wcześniej 47 tys. zł rocznie, nagle otrzymał wyna­grodzenie 600 tys. zł. Oczywiście rządy Skóry i osób, którymi obsadzał koncern, trwały tyle, ile rządy PiS, bo każda wła­dza chce mieć w KGHM swoich ludzi. Byłym prezesem zaopiekował się jednak prezydent Robert Raczyński, oferując mu stanowisko w jednej z lubińskich spółek. Bo to jest układ symbiotyczny.

Na listach płac KGHM pojawiały się w różnych okresach dziesiątki osób o znanych nazwiskach. Był tu m.in. i Leszek Miller junior, syn szefa SLD, i Maciej Łopiński, współpracownik Lecha Kaczyńskiego, były sekretarz generalny SLD Marek Dyduch, były generał UOP Wik­tor Fonfara, a także żona Adama Hofmana, gdy był rzecznikiem PiS. Ten system partyj­nych łupów sprawia, że żaden polski poli­tyk nie zgodzi się na prywatyzację KGHM. Byłoby to podcięcie finansowej gałęzi, na której siedzi polska polityka. Więc pry­watyzację wykluczają nie tylko wszystkie partie, ale także antysystemowcy Kukiza, a nawet radykalny liberał Ryszard Petru. Szef NowoczesnaPL, pytany o przyszłość KGHM, stwierdził niedawno, że nie widzi potrzeby zamiany monopolu państwowe­go na prywatny. Petru, który jest jedno­cześnie doradcą marszałka województwa dolnośląskiego, wie dobrze, że jedno słowo za prywatyzacją pogrzebałoby jego szanse w Zagłębiu Miedziowym, a może i na całym Dolnym Śląsku.
Także Platforma Obywatelska w 2007 r., obejmując władzę, uspokajała, że o pry­watyzacji KGHM nie ma mowy. Koncern był już wtedy notowany na giełdzie. Skarb Państwa od 1997 r. sprzedał sporą część akcji prywatnym akcjonariuszom, zacho­wując sobie ponad 40 proc., gwarantują­ce pełną kontrolę. Tak jest w większości tzw. państwowych czempionów. To for­malnie spółki prywatne, a faktycznie pań­stwowe, kontrolowane przez polityków.
Związki zawodowe bardzo to lubią, bo pracownicy otrzymują prywatyza­cyjną premię (15 proc. akcji, które mogą z zyskiem sprzedać), a jednocześnie za­chowują państwowego pracodawcę, któ­ry jest wyżej ceniony od prywatnego. Jest mniej skłonny do oszczędności, ograni­czania zatrudnienia, łatwiej zmusić go do podwyżek, nawet jeśli nie ma do tego ekonomicznych podstaw.
W KGHM działa 15 central związkowych, a należy do nich prawie 90 proc. załogi. Mają prawo do trzech własnych członków rady nadzorczej. W koncernie od lat hege­monami są liderzy związkowi, zwłaszcza zaś Józef Czyczerski, szef Solidarności i Ryszard Zbrzyzny, szef Związku Zawodowego Przemysłu Miedziowego i poseł SLD. Związki toczą nieustanne wojny z zarządem i ministrem skarbu, ostatnio o pracowniczych członków rady nadzor­czej, których minister nie chciał mianować. Zmusili go do tego na drodze sądowej.

Kiedy w 2009 r. związkowcy od­kryli, że na przygotowanej przez ministra skarbu liście firm prze­znaczonych do prywatyzacji jest KGHM, w księstwie legnickim za­wrzało. Na polityków, zwłaszcza z Dol­nego Śląska, padł strach. Nawet Grzegorz Schetyna nie krył zastrzeżeń. Pracowni­cy KGHM nie przyjmowali do wiadomości, że jest kryzys finansowy i państwo musi ratować budżet. Uznali to za wy­powiedzenie wojny, zapowiedzieli strajk generalny. Nawet Donald Tusk zaczął się wówczas dystansować od planów mini­stra skarbu.
Ostatecznie państwo sprzedało tyl­ko 10 proc. ze swojej puli, zachowując kontrolę nad koncernem. Po awanturze KGHM został dopisany do listy spółek strategicznych, nie na sprzedaż. Mimo to w Zagłębiu Miedziowym panuje prze­konanie, że PO dąży do całkowitej pry­watyzacji. To wyjaśnia, dlaczego na kon­trolowanym przez PO Dolnym Śląsku LGOM jest enklawą PiS. Nie bez znacze­nia są olbrzymie wpływy Solidarności, która jest na wojennej ścieżce z rządem, a w sojuszu z PiS.
Zwłaszcza że w 2012 r. został otwar­ty nowy front: wprowadzono podatek od kopalin. To rodzaj opłaty za korzysta­nie ze złóż należących do państwa. W ten sposób fiskus stara się dobrać do zysków z wydobycia i produkcji miedzi, bez ko­nieczności dzielenia się z prywatnymi akcjonariuszami. W ciągu roku KGHM odprowadza z tego tytułu do budżetu ok. 1,5 mld zł.
Podatek miedziowy jest kontestowany przez zarząd, pracowników i mieszkań­ców. Powód jest banalny: podatek obniża zysk koncernu, a pracownicy mają gwaran­cję określonego udziału w zysku. Dlatego każdy polityk, który tu przyjeżdża, musi zadeklarować, że podatek miedziowy jest skandalem i trzeba go zmienić, a może nawet zlikwidować. Takie deklaracje skła­dał Andrzej Duda w kampanii wyborczej, odwiedzając miasta LGOM. KGHM nazy­wał nadzieją kraju, a podatek narzędziem, którym państwo dławi potęgę koncernu. Entuzjazm był nieopisany. Nic dziwnego, że Duda dostał tu 60 proc. poparcia.
Lęk budzą też zagraniczne inwestycje KGHM (w Kanadzie i Chile), bo firma wyprowadza pieniądze za granicę, a być może za chwilę sama się tam wyniesie. Ma na to wskazywać zmiana koncerno­wego logo, z którego znikły trudne dla obcokrajowców słowa Polska Miedź (choć nazwa spółki się nie zmieniła). PiS już się tym zajął, interweniując w Sejmie, bo to kolejny przykład wynaradawiania polskiej gospodarki.

Tak więc wola zmian, jaką de­monstrują mieszkańcy księstwa legnickiego, nie wynika z trudnej sytuacji, w jakiej się znaleźli, lecz przeciwnie - jest podyktowana lękiem, by nie utracić tego, co już mają. - 80 proc. Polaków jest zadowo­lonych z własnej sytuacji i jednocześnie uważa, że sprawy kraju idą w złym kie­runku. Oni się starają, a państwo wcale.
To potencjał buntu - wyjaśnia socjolog prof. Janusz Czapiński.
Ten lęk w księstwie bierze się ze świadomości, że idą ciężkie czasy. Ceny na międzynarodowych giełdach surow­cowych spadają, zyski KGHM się kurczą.
Za to koszty wydobycia rosną, bo trzeba schodzić coraz głębiej pod ziemię, wydo­bywając rudę o coraz niższej zawartości metalu. Hutnictwo miedzi przestaje się opłacać, bo Chińczycy, mając tanią ener­gię i żadnych obciążeń środowiskowych, zmonopolizowali światowy rynek. Nic dziwnego, że wśród mieszkańców Zagłę­bia Miedziowego rośnie popyt na obiet­nice. Nawet te najmniej realne.

Adam  Grzeszak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz