PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Zapakowany



O człowieku, który sam się nadał, i co z tego wynikło.

Marcin Kołodziejczyk

To był zwyczajnym młodym męż­czyzną z warszawskiej Pragi. Przed dwoma laty T. ożenił się z S. i niemal natychmiast urodził im się synek. Żona i synek byli bezrobotni, co czyniło T. jedynym żywicielem. Pra­cował jako dostawca pizzy. Rodzina po­siadała 40 tys. kredytu konsumpcyjnego do oddania.
R. był szwagrem T. Łączyła ich zwyczaj­ność, podobny wiek i dzielnica. Szwagier nie miał na utrzymaniu nikogo. Wiódł ży­cie bażanta, co nie oznacza, że nie miał trosk. Posiadał niewykonywany zawód fryzjera, więc brakowało mu na wszyst­ko. Jak się później okaże, brakowało mu nawet na kanapkę z kotletem.

***

Dwa lata po ślubie T. z S. białołęcka policja przyjęła zgłoszenie o obrabo­waniu tira w trasie. Brak sześciu tele­fonów komórkowych oraz mierników elektronicznych zgłaszał J., specjalista ds. bezpieczeństwa spółki kurierskiej na Pradze. Kradzież wymykała się logi­ce. J. przedstawił linię technologiczną obsługi przesyłek: automatyczny sorter skanujący kieruje przesyłki do rękawów, a następnie na pola odkładcze. Podjeż­dżają ciężarówki, ładują fracht, ruszają zaplombowane do miejsc destynacji.
Inkryminowany tir zmierzał lutową nocą do Łodzi. Zepsuł się po drodze. Na miejsce defektu skierowano zgodnie z procedurą inną ciężarówkę, która przejęła naczepę, po czym udała się do klientów. Kierowcy byli poza podejrzeniem, plomba niena­ruszona, czujnik otwarcia przestrzeni ła­downej nie odnotował ingerencji w część ładowną, a mimo to fracht został rozdziewiczony poprzez splądrowanie. Zginęło towaru na sumę około 50 tys.
Jedynym wątkiem łączącym ten prze­myślany skok z małżeństwem T. i S. oka­zał się telefon komórkowy należący do T., znaleziony w przyczepie tira.


***

T., dostawca pizzy, był troszeczkę nerwowy. Żona nie pytała go, dokąd wychodzi na noc, bo mógłby się bar­dziej zdenerwować. Na cały dzień przed zniknięciem T. wziął wolne w pizzerii i snuł się po mieszkaniu, czasami ba­wiąc się z dzieciakiem. Tylko raz dłużej dyskutował telefonicznie na temat kosz­tu nadania przesyłki, ale ona nie drążyła go pytaniami, ponieważ był nerwowy. Wychodząc przed północą, T. uspoko­ił żonę, że porozmawiają sobie, kiedy on wróci.
Jednakże S. nie była głupia i domyślała się, że esemesy przesyłane jej nocą przez męża nadawane są z wnętrza przesyłki. Oznaczało to, że T. znajduje się na skoku życia. Gdy relacjonował jej na żywo zała­dunek na rampie, kodował dość dosadnie: „byłem nieźle zesrany te kurwy jeszcze tam w chuj stały i kopały”. Pozytywnie przeszedłszy rutynową kontrolę przesył­ki i elektroniczne znamionowanie, cheł­pił się: „chuj otworzył i nie zajrzał jakim cudem nie wiem :)))”. Do żony pisał per kochanie. Kochanie miało pojechać do R., szwagra i fryzjera damsko-męskiego, a ten miał jej wszystko opowiedzieć. Słuchany później do sprawy „agent operacyjny we­ryfikujący przesyłki o dużych gabarytach” przyznał, że nie posiadał odpowiednich narzędzi do sprawdzania przesyłek. Po­nadto sprawdzał po raz pierwszy, więc nie miał know-how w sprawdzaniu. Zaj­rzał do środka przez szparę i ujawnił dwie wystające rurki.
Po północy T. poczuł się w przesyłce źle: „najgorsze, że już przez rurkę od­dycham”. Przed godziną drugą popadał w panikę: „nic nie mogę znaleźć”. A kie­dy tir się zepsuł, T. - samochodowy do­stawca pizzy - klarownie o cenił sytuację w esemesie: „weź chuj w dupę temu kur­wie co niin jadę chyba samochód padł bo nie może go odpalić”.
Rankiem telefon komórkowy T. nada­no zwrotnie z Łodzi do Warszawy. Osta­teczną destynacją przesyłki była komen­da policji na Białołęce. Telefonowała do T. mama, kasjerka sklepowa. Dziwiła się, co jego aparat robi sam w Łodzi. Byli sobie bliscy jak wiele rodzin na Pradze, w niedziele spotykali się na obiadach rodzinnych. Syn nic nie wspominał o planach wyjazdowych, a żaden nor­malny konsument nie zamawia pizzy z Warszawy do Łodzi. T. był więc wobec mamy nieszczery.
Nie posiadając już własnego telefonu, T. zabrał do pracy w pizzerii telefon żony. Ona o nic nie pytała, bo była przyzwy­czajona. On często zostawiał na noc swój aparat w różnych miejscach poza do­mem. Poza tym jej telefon był prezentem od męża, więc jak mogła odmówić po­życzenia? S. przypomniało się, że przed mniej więcej rokiem krążyła po Pradze legenda o kozaku, który nadawał się w przesyłkach gabarytowych i kroił tiry w trasie. Kozak budził szacunek, choć nie wiadomo, czy istniał.
S. nie była nienormalna i kiedy nocą T. szperał w tirze, ona do niego nie dzwo­niła ani razu, ponieważ była mu wierna. Zrozumiała, że jeśli T. wlazł do paczki i dał się okleić kodami kreskowymi i owi­nąć folią, to miał w tym cel.

***

Oczywiście śledztwo w sprawie było dość proste. Główna jego część trwała dwa dni, było dużo przyznań się. Przez kolejny ponad miesiąc praska proku­ratura dopytywała w kwestiach prak­tycznych nadawania ludzi przesyłkami kurierskimi. Gdyby brać pod uwagę sam jedynie spryt, sprawa zasługiwała na coś w rodzaju podziwu. Natomiast zgubienie telefonu na robocie tego kalibru naraża­ło sprawcę na zabójczy na Pradze zarzut bycia frajerem. Stąd właśnie tak daleko posunięta ochrona danych osobowych w niniejszym tekście prasowym.

***

R., niepracujący fryzjer, określał swoją zażyłość z T., dostawcą pizzy i szwagrem, tak oto: „raz ja do niego jadę, innym ra­zem on do mnie przyjeżdża”. Półtora tygodnia przed robotą T. zwrócił się do szwagra o pomoc w zrobieniu kon­strukcji stelażowej z kątowników. R. był wzrokowcem, poprosił o narysowanie, o co tu chodzi. Według rysunku ładnie wszystko pospawał, w środku zamon­tował krzesełko i wyłożył wnętrze sty­ropianem. Od góry stworzył drzwiczki na przemyślnie ukrytym zawiasie. Fry­zjer nie pytał dostawcy pizzy, po co mu ta konstrukcja, a dostawca nie mówił.
Jakie więc musiało być zdziwienie fryzjera, kiedy szwagier pojawił się któ­rejś nocy i wlazł do skrzyni! Zostawił R. karteczkę z adresami miejsc nadania i przeznaczenia. Uprzedził, że za chwilę przyjadą po niego usługi transportowe. Faktycznie, pojawiła się furgonetka. Przesyłka była tak ciężka, że pakować ją do samochodu pomagali nawet prze­chodnie. Ruszyli do siedziby firmy ku­rierskiej, po drodze fryzjer starał się roz­mawiać z kierowcą ogólnie o pogodzie. Ale że kierowca był ciekawski i dopyty­wał się o przesyłkę, fryzjer sprzedał mu bajkę o antycznej komodzie.
Przeszklonej komody trzymał się w dal­szym ciągu, kiedy szczelnie owinąwszy się kapturem, ekspediował szwagra tirem do miasta Łodzi. Za fracht zapłacił gotów­ką około tysiąca. To była inwestycja, która się na chwilę zwróciła z procentem.

***

W tym miejscu w aktach tej preceden­sowej sprawy pojawia się postać ekono­misty po wyższych studiach. Ekonomi­sta był i bezrobotny, i bez zobowiązań, bo bezdzietnie rozwiedziony, ale potrze­bowski jak wszyscy bohaterowie. Twier­dził, że wymyślił ten numer z przesyłką, a następnie zbył łupy na Bazarze Różyc­kiego przy Targowej za 2 tys. Było mu bardzo przykro, że tak postąpił. Nieste­ty, więcej o nim nic nie wiadomo, więc możliwe, że był jedynie „oczywistą po­myłką pisarską”. Brak dalszych wzmia­nek o ekonomiście czyni ze szwagrów z Pragi jedyne mózgi afery. Dostawca pizzy pracował przed pięciu laty w tej firmie kurierskiej, która miała go dostar­czyć, więc orientował się w procedurach załadunkowo-rozładunkowych.

***

T. był więc na nocnym wypadzie tirem do Łodzi i plądrował. Tymczasem o go­dzinie trzeciej nad ranem po R., fryzje­ra, przyjechał samochodem W., krawiec. W. i T. znali się z pracy, ale W. i R. widzieli się tej nocy po raz pierwszy. Milcząc, je­chali do Łodzi, aby odebrać tam przesyłkę. Przyjechali za wcześnie, czekali na fracht trochę śpiąc, a trochę łażąc i paląc. Usta­wili się samochodem pod garażami na przedmieściu. W. był tak zajęty prowa­dzeniem samochodu i tak pochłonięty wi­zją 400 zł, które miał dostać od dostawcy pizzy za ten kurs, że oczywiście zapomniał spytać, o co tu w ogóle chodzi. R. zaś miał zły humor, bo wisiała nad nim sankcja za wybicie szyby w restauracji na Targów­ku nocą tydzień wcześniej.
Według policji z Targówka, rzecz miała się tak: nie było wiadomo, kto konkret­nie wybił szybę, ale kierownik restaura­cji przyuważył, kto się kręcił w pobliżu i mógł dokonać czynu. Patrol „udał się w penetrację za tym mężczyzną”, zatrzy­mał pijanego fryzjera i dwóch jego zna­jomych z widzenia. Akurat, według ich słów, jechali w odwiedziny do znajomego na Bródno o drugiej w nocy. Jeden z nich troszkę uciekał, ale że był goniony samo­chodem, postanowił zatrzymać się i za­pytać, o co chodzi. Rozmowy jednak nie było, samo obezwładnienie. Wcześniej R. domagał się kanapki z kotletem, ale nie miał stosownego paragonu uprawnia­jącego do wydania. Kierownik oszaco­wał R. jako wyłudzacza pożywienia. Wtedy R. jakoś tak niechętnie machnął ręką i zbił tę szybę w restauracji, do czego się przyznał. Czekał, co będzie dalej.
Pod garażami w Łodzi pojawiła się cię­żarówka kuriera. R., W. i kierowca wypako­wali przesyłkę. Fryzjer wskazał krawcowi palcem na pudło własnej roboty i poinfor­mował, że w środku znajduje się genialny dostawca pizzy z Pragi. W istocie - T. już do­nosił własnym głosem z wnętrza przesyłki, że czuje się nieźle. Krawiec chciał wiedzieć, na jaką minę go wpieprzyli, podobno pytał i pytał. Niedługo po powrocie z Łodzi po­zbył się karty SIM do telefonu, którą otrzy­mał na czas roboty. Ta dodatkowa, anoni­mowa karta SIM dodatkowo świadczyła o tym, że T. przemyślał wszystko w detalu.
Wracali do Warszawy samochodem krawca. Dostawca pizzy przeglądał ukradzione z tira luksusy, pobudzając swą wyobraźnię. Liczył, ile za co dosta­nie na bazarze. Krawcowi nie kazał się przejmować. Tylko że, cholera, T. nigdzie nie mógł znaleźć swojej komórki.

***

Wyrok w sprawie zapadł przed pra­skim sądem ósmego miesiąca po tym, jak T. i jego koledzy zostali wrobieni przez złośliwość rzeczy martwej, jaką był telefon. Dostawca pizzy dostał pół­tora roku w zawieszeniu i grzywnę, fry­zjer dostał rok w zawieszeniu i grzywnę, a krawiec dziewięć miesięcy w zawiesze­niu i też grzywnę. Dodatkowo fryzjer do­stał pół roku w zawieszeniu za umyślne zbicie szyby w restauracji.
Większą część grzywny panowie spła­cili, spędzając niecałe dwa miesiące w areszcie w oczekiwaniu na sprawę.

1 komentarz: