PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 27 marca 2017

Boski prąd



To nieprawda, że ławka kadrowa PiS w gospodarce jest krótka. Jest tak długa, że wymiany zarządów w spółkach Skarbu Państwa odbywają się co kilka miesięcy. Nominatom na ogół brakuje kwalifikacji, ale dziś to żaden problem.

Pomorski koncern energetyczny Energa od grud­nia 2015 r. ma już czwartego prezesa. Pierwszy, Roman Pionkowski, był doświadczonym ener­getykiem, więc na stanowisku utrzymał się kil­ka tygodni. Wtedy pojawił się Dariusz Kaśków. Nowy prezes był samorządowcem, byłym pre­zesem SKOK Krapkowice i z energetyką wcze­śniej miał krótką styczność. Wywodził się jednak z Dolnego Śląska i był zaufanym ówczesnego ministra skarbu Dawida Jackiewicza, a przez to także samego Adama Lipińskiego, jed­nego z najważniej szych ludzi w PiS. To były wówczas znakomi­te kwalifikacje. Kilka miesięcy później okazały się poważnym obciążeniem, bo Jackiewicz stracił stanowisko. Minister i jego przyjaciel oraz nieformalny doradca personalny Adam Hof­man podpadli prezesowi PiS. Pierwsza zmiana dobrej zmiany w spółkach Skarbu Państwa musiała zostać pilnie wymieniona.
   Drugą zmianę do koncernów energetycznych miał wpro­wadzić minister energii Krzysztof Tchórzewski, który przejął nadzór nad dużą częścią państwowej gospodarki. Nie krył, że nie jest zachwycony Kaśkówem, choć ten starał się pilnie realizować zadania, jakie stawiał minister. W szczególności
podpisał się pod decyzją o budowie węglowego bloku 1000 MW w elektrowni Ostrołęka, który - o ile powstanie - zdaniem eks­pertów może być przyczyną poważnych problemów Energi (i Enei, która została dokooptowana do tego projektu). Taką opinię prezentował na przykład prof. Wojciech Myślecki, do­radca ds. energetycznych wicepremiera Morawieckiego.
   Decyzja w sprawie elektrowni i podpisanie kontraktu na dostawy śląskiego węgla z PGG niewiele prezesowi pomo­gły. W połowie stycznia Kaśków został odwołany. Obowiązki prezesa przejął Jacek Kościelniak, także człowiek niezwiązany z energetyką, za to były poseł PiS i były minister w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

   Wójt wszechmogący
   Ogłoszono też konkurs na kolejnego prezesa. Ocaleni człon­kowie zarządu, by poprawić swoje notowania, odwołali się do władz najwyższych. W gdańskim kościele na Zaspie odbyła się uroczystość zawierzenia Energi opatrzności Bożej i Mat­ce Bożej Gromnicznej. „Mam nadzieję, że nie zabraknie nam tego boskiego prądu na naszej drodze, tego bożego światła. I że nasza firma będzie się rozwijać, będzie bezpieczna, będzie chroniona Bożą pomocą, pomocą wszystkich świętych, także św. Michała Archanioła, do którego żeśmy się przed chwilą modlili” - deklarował wiceprezes Grzegorz Ksepko, świadom, że przy tym tempie zmian boski prąd się przyda, bo z elektrycz­nym może być krucho. Deklaracja musiała zrobić szczegól­ne wrażenie na św. Michale Archaniele, pogromcy Lucyfera, bo wiceprezes Ksepko, prawnik do niedawna pracujący w so­pockiej „prezydenckiej” kancelarii Głuchowski, Siemiątkowsk, Zwara, ma też drugie wcielenie - jest muzykiem trashmetalowym grającym w klimatach... satanistycznych.
   Za faworyta w konkursie uchodził Kościelniak, ale musiał się zadowolić stanowiskiem członka zarządu. Pojawił się lepszy kandy­dat. Też oczywiście niemający pojęcia o energetyce. To słynny Da­niel „wszystko może” Obajtek, wójt Pcimia. Ten przydomek przed laty nadał mu prezes Kaczyński, kiedy gościł u „pana paprykarza”, któremu wichura zniszczyła tunele do uprawy papryki, a premier Tusk nie poczuwał się do odpowiedzialności. W gospodarstwie ogrodnika pojawił się wtedy Obajtek w towarzystwie rzecznika PiS Adama Hofmana. Przywieźli kilka bel folii do odbudowy tuneli. Kaczyński, potępiając Donalda „nic nie mogę” Tuska, pochwalił wójta Daniela „wszystko mogę” Obajtka.
   Dlatego po wyborach wszyscy się spodziewali, że wójt faktycznie będzie mógł wiele. Poza sympatią prezesa mógł też liczyć na panią premier, z którą jest zaprzyjaźniony jeszcze z czasów, kiedy oboje byli małopolskimi samorządowcami szczebla gminnego. I rzeczy­wiście mógł wszystko. Minister rolnictwa mianował go niebawem prezesem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, choć Obajtek z rolnictwem nie ma wiele wspólnego. Z wykształcenia jest magistrem ochrony środowiska, studia skończył całkiem niedaw­no w Prywatnej Wyższej Szkole Ochrony Środowiska w Radomiu. Ale ma talent, bo w ciągu jednego dnia zdołał zwolnić kilkaset osób kadry kierowniczej ARiMR z całego kraju.
   Rządowa agencja w Warszawie była tylko krótkim przystankiem w drodze na Wybrzeże, gdzie najpierw Obajtek objął dwie intrat­ne posady w radach nadzorczych państwowych spółek. Potem był konkurs na prezesa Energi, w którym przekonał do siebie radę nadzorczą. I tak wójt został prezesem koncernu.
   Posła Janusza Śniadka, byłego szefa Solidarności, a dziś szefa PiS na Pomorzu Gdańskim, nazywanie Obajtka wójtem oburza.
- Ten wójt sprawdził się znakomicie jako organizator w kiero­waniu ARiMR. Miałem okazję poznać go jako szefa agencji, roz­mawiałem też z nim przed powołaniem na stanowisko prezesa Energi. Zrobił na mnie znakomite wrażenie pod względem kom­petencji w dziedzinie organizacji i zarządzania. Jego kandydaturę przyjąłem ze spokojem i nadzieją, z poczuciem, że nie nastąpią żadne niesprawności - przekonuje Śniadek, który do nominacji wójta przyłożył rękę. Tak w każdym razie mówi się w miejsco­wym PiS.
   Obajtkowi nie przeszkodziły nawet problemy z prawem. Sprawy dotyczą przyjęcia łapówki i wyłudzenia dużej kwoty.
W 2013 r. był nawet zatrzymany przez CBŚ, co prezes Kaczyński uznał za polityczną szykanę. Sprawa przeciwko Obajtkowi jest wciąż w prokuraturze. Dlatego „Gazeta Wyborcza” postawiła za­rzut, że prezes Energi skłamał w postępowaniu konkursowym.
Bo kandydat musi złożyć oświadczenie, że nie toczy się przeciwko niemu postępowanie karne lub karnoskarbowe. Oburzony Obaj - tek przesłał sprostowanie, że nie ma statusu oskarżonego, więc oświadczenie było prawdziwe.
   Wielu nominatów za drobniejsze problemy traciło stanowi­ska, ale wszystkomogącego wójta to nie dotyczy. Jak to możli­we? Obajtek ma poparcie nie tylko pani premier, ale i Joachima Brudzińskiego, drugiego człowieka w PiS - tłumaczą po cichu w Ministerstwie Energii. - Setna bzdura - uważa Śniadek. Jego zdaniem poprzedni zarząd nie wywiązywał się z postawionych zadań i dlatego był do wymiany.

   Każdy musi być od kogoś
   W państwowej gospodarce każdy musi być od kogoś. I to nie od byle kogo. Obowiązuje ścisła hierarchia. W Enerdze to odwzo­rowanie jest szczególnie widoczne, bo to spółka duża i bogata. Gdańsk poza Energą ma tylko jeszcze jedną równie bogatą, czyli Grupę Lotos. A liczących się polityków, którzy chcieliby obdzielić wysokopłatnymi posadami swoich ludzi, jest wielu. Dlatego w Grupie Energa musiało się dla nich znaleźć miejsce. Są tu ludzie między innymi od Andrzeja Jaworskiego (pomorskie­go posła PiS, który zrezygnował z mandatu, by wejść do zarządu PZU), Jolanty Szczypińskiej (posłanki PiS ze Słupska), od Janusza Śniadka, są nawet od Jacka Kurskiego, szefa TVP Zajmują głównie stanowiska w radach nadzorczych rozmaitych spółek Grupy Ener­ga, bo zarobki są atrakcyjne, a obowiązki niewielkie. Bezpartyjni fachowcy mogą się uchować na niższych stanowiskach, bo ener­getyka to jednak branża techniczna i dość skomplikowana, więc lepiej nie ryzykować, bo może zgasnąć światło. A tego każda wła­dza boi się najbardziej.
   Karuzela kadrowa w Enerdze nie jest czymś wyjątkowym. Podobnie jest w wielu dużych państwowych spółkach. Na przy­kład w Tauronie, drugim pod względem wielkości koncer­nie energetycznym.
   Najpierw kierował nim Jerzy Kurella, menedżer, który, jak się okazało, został prezesem tylko w jednym celu: miał podpisać się pod przejęciem przez Tauron Kopalni Brzeszcze. Sprawa była poli­tyczna, bo Brzeszcze to miasto Beaty Szydło, więc kopalnię trzeba było uratować, choć w sensie ekonomicznym kwalifikowała się do zamknięcia. Poprzedni zarząd Tauronu stawiał opór, zwłaszcza że sama energetyczna grupa ma spore problemy, musi pożyczać pieniądze, a na dodatek ma już dwie kopalnie.
   W momencie gdy Brzeszcze przeszły na utrzymanie Tauronu, Kurella nie był potrzebny. Kiedy zostawał prezesem, giełdowy kurs wynosił 3,39 zł, kiedy odchodził, było już 2,37 zł. Wtedy prezesem został Remigiusz Nowakowski, menedżer z branży energetycznej ze sporym doświadczeniem, który w przeszłości był wiceprezesem koncernu. Jednak jego najważniejszą kwalifi­kacją było to, że wywodził się z Wrocławia i przyjaźnił z ministrem Jackiewiczem i Adamem Hofmanem. I znów, jak w przypadku Kaśkówa, co było dobre na jednym etapie, na kolejnym okazało się balastem. I Nowakowski utonął, choć przygotował strategię grupy na kolejne lata, a rynek dobrze oceniał jego pracę.
   Kolejnym prezesem został Filip Grzegorczyk, profesor prawa UJ, były wiceminister skarbu. Jemu współpraca z Jackiewiczem nie zaszkodziła, bo jako prawnik z Krakowa cieszy się poparciem Zbigniewa Ziobry. Na tym etapie może czuć się w miarę pewnie, bo dziś koncern jest pod kontrolą połączonych sił ludzi Ziobry i Szydło. Ale co będzie jutro?

   Paraliż
   Cała branża energetyczna jest dziś podzielona na strefy wpły­wów kontrolowane przez najważniejszych ludzi PiS. W tej ukła­dance szczególną rolę odgrywa tandem polityków wagi ciężkiej - Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego. To związek wy­wodzący się jeszcze z czasów peerelowskiej opozycji. Łączą ich te same obsesje na temat czyhających na Polskę zagrożeń, z któ­rymi każdy walczy na własnym froncie: Macierewicz jako szef MON, a Naimski jako główny strateg energetyczny PiS.
   W przeciwieństwie do przyjaciela Naimski stara się pozostawać w cieniu. Jest skromnym ministrem - pełnomocnikiem rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej. Ale to właśnie pod kontrolą Macierewicza-Naimskiego znajduje się dziś naj­ważniejsza część energetyki - Polska Grupa Energetyczna, PSE, Gaz System, Grupa Lotos, PGNiG.
   Teoretycznie całą branżę powinien kontrolować minister ener­gii Krzysztof Tchórzewski, ale to iluzja. On ma na głowie walące się górnictwo, gdzie, jak wszędzie, kręci się karuzela kadrowa. Jej ubocznym skutkiem jest paraliż decyzyjny, bo każdy nowy prezes musi zorientować się, dokąd trafił i czym zajmuje się spółka, którą będzie zarządzał.
- Im bardziej niezorientowany, tym bardziej czujny. Zwykle wyrzuca do kosza to, co zostawił poprzednik, bo nie wie, czy nie wpadnie na minę. Każdy ma świadomość, że jego rządy mogą
potrwać kilka miesięcy, ale każdy miesiąc jest cenny, bo zarobki są liczone w dziesiątkach tysięcy złotych. Jeśli nowy prezes nie do­stanie politycznego polecenia, woli nie podejmować decyzji - tłu­maczy jeden z menedżerów z branży.
   Ten mechanizm paraliżu decyzyjnego jest wszechobecny w państwowej gospodarce. Dotyczy nie tylko energetyki, ale i innych branż. - W2016 r. mieliśmy zapaść inwestycyjną, która odbiła się niskim PKB. Miała się skończyć w tym roku, ale wy­gląda na to, że zastój się przedłuża. Ciągłe zmiany w spółkach Skarbu Państwa nie sprzyjają podejmowaniu decyzji - wyjaśnia dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Lewiatana. - Nie sprzyja też nieustająco zmieniane prawo. Przedsiębiorcy, także prywatni, nie wiedzą, w jakich warunkach przyjdzie im działać, więc odsuwają podejmowanie decyzji. Z tego samego powodu banki obawiają się finansowania inwestycji.

   Rozdwojenie jaźni
   Niewiele może pomóc wicepremier Mateusz Morawiecki, który deklaruje, że energetyka jest ważnym elementem jego planu. Po przegranej walce o KGHM i utrąceniu przez KNF kandydatury Rafała Antczaka na prezesa Giełdy (nadzorowanej przez wicepre­miera) wygląda na to, że jego władza nad gospodarką jest coraz bardziej tytularna.
   - Ze Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju nie wynika jasno, jak ma wyglądać przyszły kształt polskiej elektroenergety­ki. Polska nie ma polityki energetycznej, a taki dokument bardzo by się przydał, bo wyzwania są coraz poważniejsze. Zmieniające się deklaracje ministra energii także nie pomagają w zrozumieniu, dokąd zmierzamy - komentuje dr Leszek Juchniewicz, ekspert w dziedzinie energetyki, były prezes Urzędu Regulacji Energetyki.
   Akcjonariusze spółek energetycznych mają dziś wrażenie rozdwojenia jaźni. Słyszą o kolejnych wielkich inwestycjach, ale nie widzą, żeby coś się w tej sprawie działo. Trwa budowa trzech dużych bloków (Opole, Kozienice, Jaworzno) rozpoczęta jeszcze przez poprzedni rząd. Tylko na budowę Ostrołęki ogło­szono przetarg, którego rozstrzygnięcie się odwleka. Tymczasem w działających elektrowniach jest 40 bloków, które muszą zostać szybko zmodernizowane, bo inaczej trzeba będzie je wyłączyć. Jednak decyzji w tej sprawie brak.
   - Modernizacja mocy wytwórczych powinna postępować w tem­pie 800-1000 MW rocznie i na realizację takich zleceń jesteśmy wciąż przygotowani, tyle że niewiele się dzieje - ubolewa Agniesz­ka Wasilewska-Semail, prezes spółki Rafako, największego pol­skiego producenta bloków energetycznych.
   Wiele zapowiedzi w dziedzinie energetyki nie wynika ze skom­plikowanej ekonomicznej analizy, ale z prostych politycznych obietnic. Tak było z przejęciem Kopalni Brzeszcze przez Tauron czy z decyzją o budowie wielkiego bloku węglowego w Ostrołęce. Podobnie jest z zobowiązaniem PGE o rozbudowie Elektrowni Dolna Odra, którą poprzednie zarządy uznawały za nierentow­ną. Na Dolnej Odrze szczególnie zależy jednak Joachimowi Bru­dzińskiemu, bo pochodzi ze Szczecina. A takiemu politykowi się nie odmawia.
   Nie za bardzo też wiadomo, skąd państwowe spółki wezmą na wszystko pieniądze, bo dziś coraz więcej pochłaniają śląskie kopalnie, a także proces repolonizacji energetyki (ostatni sukces: Enea odkupiła od Francuzów elektrownię Połaniec). Przykładem schizofrenii jest sprawa pierwszej elektrowni jądrowej, którą bę­dziemy budować, bo jest konieczna, albo z niej zrezygnujemy, bo jest zbyt droga, a my przecież stawiamy na węgiel. W zależ­ności od miesiąca minister Tchórzewski prezentuje jedną z tych wersji. Stan na dziś: budujemy. A czas płynie. Wygląda na to, że w dziedzinie energetyki będziemy musieli rzeczywiście postawić na boski prąd i Matkę Boską Gromniczną.
Adam Grzeszak, Współpraca Ryszarda Socha

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz