PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 23 marca 2017

Ojciec Bogumił od Aniołów



Proboszcz ze wsi D. sugeruje parafianom, że byliby cenniejsi dla niego po śmierci.

Edyta Gietka

Gdy ks. Bogumił otoczył duszpa­sterską opieką parafian w D., szybko odnalazł się w realiach, że pogrzeb to jedyny dochodowy sakrament na jego terenie.
O ledwie wiązanym końcu z koń­cem ks. Bogumiła dowodzą statystyki za ubiegły rok. Otóż odprawił odpłatnie do wieczności sześć dusz, a błogosławił na nowej drodze jedną parę. Komunie zmuszony był sobie darować. Choć nad­zoruje jeszcze cztery kaplice filialne, nie­możliwością jest skompletować majową porą garstkę do eucharystii.
   Parafianie zaczęli odnosić wrażenie, że może byliby mu cenniejsi pośmiertnie. Słyszeli na własne uszy, jak ks. Bogumił przepraszał swoich dłużników za zwło­kę: - Zwrócę przy najbliższym pogrze­bie, albowiem od dłuższego czasu nikt mi nie umarł.
   A schorowani, zalegający na wykrochmalonych poduszkach, poczuli presję z jego strony. Wręcz pretensję, że ciągle nie mają się na odejście.

   Promocje
   Zestresowani schorowani latami zwle­kali z interwencją u wyższych ekscelencji w tak intymnej sprawie. Pokornie znosili swojski styl, jakim odnosił się do będą­cych na ostatniej prostej. Przez per Cze­siu, Zenobio, Romeczku. A - należy pod­kreślić - były to (często dziś już świętej pamięci) osoby w wieku osiemdziesiąt plus, niewartościowi za życia dysponen­ci mikroskopijnych emerytur. - Tyle lat, a jeszcze żyje? - zwracał się półżartem jak Zeus na Olimpie.
   Rugał ich z ambony za każdą starczą niedyspozycję. Poczciwej Wiesławie, która 30 lat prała bieliznę ołtarzową, raz tylko spóźniwszy się na mszę, nie omieszkał tego wypomnieć. Popadła w depresję. Gdy podeszły wiekiem Jó­zef nie wytrzymał i zaklął: - Ksiądz jesteś dupa, nie gospodarz!, wymie­nił go w ogłoszeniach parafialnych, przekręcając, że zabluźnił „pizda, nie ksiądz”. A to są dwie różne rzeczy.
   Miał zacierać ręce, kiedy panu Jurko­wi w dwa dni na tamten świat zabrali się oboje rodzice. Tatuś po krótkiej choro­bie odszedł w swoje urodziny, mamusia o siódmej rano w dzień jego pogrze­bu. - Masz - powiedział ks. Bogumił - 200 zł promocji.
   Dawać rabat - publicznie wypomniał mu sierota - za niespodziewaną śmierć w pakiecie tak drogich mu osób? Pro­boszcz popamiętał tę niewdzięczność. Spacerując z pieskiem pod oknami osie­roconego Jurka, wycedził: - Kiedy do­tknie cię ręka sprawiedliwości i w końcu pójdziesz spać? Co ten odebrał metafo­rycznie, że niby dlaczego jeszcze żyje. Z lekka się nawet wystraszył.
   Ks. Bogumił zwykł w rewanżu składać śmiertelne życzenia w dosłownym zna­czeniu. Pana Marka, będącego w opozycji do materialistycznej polityki pogrzebo­wej, wskazał palcem: - Teraz na ciebie kolej, ordynatorze. A zwrotem ordynator szydził z jego podrzędnego stanowiska w gminnej przychodni. Nie minęły dwa miesiące od tego wydarzenia, gdy spełni­ła się przepowiednia i zaniemógł ojciec. Trzeba było ugiąć się i płacić, w trosce o tatusiową duszę.
   Kiedy ten codzienny szantaż zaczął czynić dyskomfort, a najwierniejszych wprawiać w popłoch, postanowiono na­ pisać zażalenie do najdostojniejszych eks­celencji. Skarżąc się na pazerność ks. Bo­gumiła, „porównywalną do Jarmarku, który Żydzi urządzili w kościele za życia Jezusa”, błagano ekscelencje o wyzwo­lenie spod jego duchowego nadzoru. Tymczasem to był ledwie prolog do tego, co chcieli powiedzieć.

   Porody
   Otóż do młodych, przyszłościowych, ks. Bogumił ma nieporównywalnie przy­chylniejsze podejście. Wręcz respekt.
   Momentami rubaszny. Łapie młode matki za piersi, upewniając się, czy na­turalnie karmią. Daj Boże, niech jak naj­szybciej powróci im okres, a tym samym grunt pod następne potomstwo.
   W trakcie wyprowadzania pieska zwykł zaczajać się pod oknami, dogląda­jąc, czy rozmnażaj ą się zgodnie z katechi­zmem. Krnąbrnym nigdy nie omieszka wytknąć z ołtarza przedmałżeńskich zbliżeń, informując zebranych, że na gło­wie wianuszek, a w brzuszku Januszek. Choć do nowo narodzonych ma stosunek ambiwalentny. Zwłaszcza do - jak powia­da - mongolistów, których chrzci zawsze pod przymusem.
   Ks. Bogumił chwali publicznie za spód­nice, klepiąc w pupy z aprobatą. Prawi­dłowa katolicka kobieta nogawkami się nie oszpeca. - Masz szczelinę między zę­bami, to znaczy, że musisz być kochliwa. Większość chichoce w respekcie przed Panem Bogiem. Z rzadka policzkują. - Ty wiesz, dziewczyno - gani policzkujące - że ty księdza uderzyłaś?
   Bywa że postępuje bez wyczucia. Pew­nego razu spotkał w sklepie dwie rodzone siostry: miejscową i imigrantkę przyby­łą w odwiedziny. Mówił tej pierwszej, że prowincjonalna i bez gustu. Zaś drugą komplementował, jak światowo pachnie. Nie trzeba było psychologów, by prze­widzieć, że pokłócą się obie na śmierć i życie.
   Ulżyło parafianom, gdy przysłano wikarego do pomocy w związku z nie­dołęstwem ks. Bogumiła, który, skarżąc się na bóle w sercu i kolanach, z para­fianami komunikował się wychylony z okna plebanii. Przestał klękać nawet przed Najświętszym Sakramentem, a małe dziewczynki płakały, że ksiądz, nie mogąc się zgiąć, odmawia spowie­dzi, którą katechetka zadała na pierwszy piątek miesiąca.
   Lecz nie chciał dzielić się z wikarym do tego stopnia, że widywano kleryka śpiącego w samochodzie, bez dostępu do lodówki. Miał żebrać po wsi o pajdę chleba z twarogiem. Aż zniknął. - Nie ma i nie będzie - odniósł się ks. Bogumił w ogłoszeniach parafialnych. Po czym wymienił ciurkiem wszystkie jego grzechy, które miał poznać z pierw­szej ręki.

   Pomyje
   Niestety, interwencje u wysokich eksce­lencji odbiły się rykoszetem. Arcybiskup szczeciński poprosił pisemnie szanow­nych państwa, by jeszcze większą opieką otoczyli tak zbolałego księdza, który nie jest w stanie zgiąć kolan.
   A ośmielony ks. Bogumił demonstro­wał swój materializm coraz śmielej. Ob­chodząc domy po kolędzie, nie szczędził słów prawdy. W domu X. zjadł obiad byle jaki, jednodaniowy, za słony. Z. zrobi­li tylko kanapkę z pomidorem, do tego niskogatunkową herbatę, prawie potknął się u nich o wiaderko pomyj w korytarzu. U Y. podniósł filiżankę i wyczytał na spo­dzie, że chińszczyzna. No, ale skąd mają znać się na porcelanie te kobity przysa­dziste grube jak pufy. Ile wzrostu, tyle ro­zumu. U W. widział ściany kolorowe jak w burdelu i takie wnętrza, że nie obejdzie się bez wyjazdu do Holandii.
   Tam - mawiał ministrantom, wskazu­jąc popegeerowskie bloki - nie ma co się fatygować. Może z wyjątkiem tych dora­biających zagranicznie. Lecz jeśli w ko­percie wyczują miedziane, śpiewać mają tylko jedną zwrotkę.
Istotność dochodu pogrzebowego wzrosła jeszcze bardziej, odkąd przepadł urobek z niedzielnej tacy. O ile garstka niedołężnych wdów jest dożywotnio skazana na msze u ks. Bogumiła, zmo­toryzowani młodsi uciekli przed nim do kapłanów z ościennych parafii.
   Więc ks. Bogumił wysupłuje w skle­pie monety: - Sprzedajcie choć her­batę na kolację. Obrażony. Niedocho­dowi starzy przychodzą do kościoła tylko miejsca grzać, a przecież on ma na utrzymaniu dwa srebrne mercedesy (jeden powszedni i nowszy świąteczny). Za dnia zmuszony jeździć oszczędnie przy wyłączonych światłach, gdyż jedna żarówka to koszt 250 zł. Nie da się utrzy­mać żarówek w tych warunkach nawet z pięciu niedzielnych mszy w świąty­niach filialnych.

   Piekło
   Ks. Bogumił umiłował sobie pogrzeby także dlatego, że prócz dochodu z sakra­mentu ma wówczas największe frekwen­cje w roku. Otóż umarłego odprowadza cała wieś, żegnając w ostatniej drodze nawet najzagorzalszych wrogów.
   Kiedy wyjeżdża na urlop, ogłasza półżartem, iż żywi nadzieję, że nikt nie umrze w okresie zastępstwa przez naj­bliższe dwa tygodnie. A przypisane mu dożywotnio niedołężne wdowy oglądają
się po sobie, na którą popadnie. Trzyma je przy życiu chęć zrobienia mu na złość za to, że traktuje schorowane dusze jak hodowlę na prywatnej farmie, liczącej sobie - zgodnie z metrażem wsi D. - 6 km kw.
   Doszło do tego, że podstarzałe córki wdów wypraszają go z domów, gdy na­rzuca się ze spowiedzią okołoostateczną.
Ale ks. Bogumił nie odpuszcza, jakby za­mierzał przypilnować co do ostatniej mi­nuty. Sprawę komplikuje fakt, że nie ma dokąd uciec. Wieś D. pechowo otaczają parafie, którym proboszczują członkowie Towarzystwa Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej. Ks. Bogumił, pod groźbą dodatkowego grzechu ciężkiego, zaka­zuje zapraszać ich prywatnie i brać nie- certyfikowane rozgrzeszenia. Gdyż nie całkiem nasi, polscy, mniej rodowici. Jak­by nie dostrzegał belki we własnym oku. Siwą brodę zapuścił na ćwierć metra, ni­czym - nie wypominając nikomu - Arab.
   Synowa Leokadii kilkukrotnie po­nawiała do wysokich ekscelencji prośby o zgodę na możliwość wyznania grze­chów przez teściową komuś innemu.
Po dwóch latach nadeszła odmowa. Wszyscy zameldowani powyżej trzech miesięcy na terenie parafii są jej przypi­sani automatycznie. Umywają ręce chry­stusowi misjonarze ościenni. Nie mogą bez zezwolenia posługiwać na terenie ks. Bogumiła, nawet jeśli to prywatne łóżko. Rzekomo mieli nieprzyjemności, choć namaszczani ostatecznie nie mogli się nachwalić.
   Umierającym, traktowanym jak feu­dalne chłopstwo, podnosi się ciśnienie.
Z tych nerwów wręcz wracają do życia. Zwłaszcza najubożsi lokatorzy pege­erów. Byle tylko nie skonać pod cenni­kiem ks. Bogumiła, bo to oznacza, że im gorzej opłacona ostatnia posługa, tym złośliwsze kazanie o nieboszczyku. Zda­rzało się, że kompromitował pozostawioną na tym padole rodzinę, przytaczając grzechy zmarłego do kilku dekad wstecz.
Na przykład, jak za młodu nieboszczyk buchnął motorynkę. Już nie mówiąc, że ceremonia trwa kwadrans i zosta­wia niedosyt.
   Najwielebniejsze ekscelencje ciągle opieszałe w decyzjach. Zapewniają przybyłą osobiście delegację, że będzie dobrze. Trzeba tylko modlić się jeszcze więcej, wspierać niedołężnego kapłana i nie powiadamiać mediów. Tymczasem najstarsi żyjący, nie mając przed kim się wyspowiadać, wolą już chyba kolektyw­nie iść do piekła.
Współpraca Marcin Kokolus
Mimo licznych prób nawiązania kontaktu przez domofon ks. Bogumił nie wychylił się nawet z okna.

1 komentarz:

  1. Smutne to że stary klecha ma taką władzę
    czy to rzeczywiscie XXI wiek
    ludzie nie robcie z siebie parobków średniowiecza


    OdpowiedzUsuń