PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 30 marca 2017

Opozycja się sadzi



Mamy trzech premierów: pozorowanego, nadzorującego i aspirującego.
Czy w najbliższym czasie zamienią się rolami?

Wpadli na siebie na war­szawskiej Ochocie. Było wtorkowe przedpołu­dnie, początek kalenda­rzowej wiosny. Nieba­wem miał się zebrać rząd, a następnego dnia ruszyć Sejm, na którym planowano głosowanie wniosku PO o odwołanie ministra środowiska. Politycy Plat­formy, w mniej formalnym niż zwykle wydaniu, szykowali się do sadzenia drzew. Nieopodal siedziby PiS chcieli zainaugurować ogólnopolską proeko­logiczną akcję - odpowiedź na zacie­kłą wycinkę, do której doprowadził Jan Szyszko. Inicjatywę pomógł nagłośnić prezydent Kielc, który odmówił zgody Arturowi Gieradzie z PO na wkopanie czterech sadzonek dębów, uznając, że w ten sposób włączyłby miasto w „pro­test antyrządowy”.
   Ale nie tylko on przysłużył się Plat­formie. Traf chciał, że kiedy władze PO w towarzystwie dziennikarzy przymie­rzały się do wkopywania drzewek, pod siedzibę PiS na Nowogrodzkiej zaczęły ściągać rządowe limuzyny, w tym samo - chód z premier Szydło. - Kaczyński zor­ganizował u siebie „odprawę" ministrów. Jak w „Uchu prezesa" - dworowali polity­cy PO, wyraźnie zadowoleni, że udało się złapać Kaczyńskiego za rękę i pokazać, kto naprawdę rządzi rządem. Przypusz­czają, że w odwecie PiS nasłał na nich policję, która spisała „sadowników”.
- Może się przestraszyli, że z tymi szpa­dlami odbijemy ich siedzibę? - żartował Andrzej Halicki, jeden z uczestników ak­cji. - Prosiłem tylko policjantów, aby nie pisali, że to drzewka kupione przez Plat­formę, bo pisowcy zaraz by je kwasem po­traktowali - dodawał. - Na Nowogrodz­kiej są przekonani, że nasza obecność nie była przypadkowa. Obwiniają Gowina, że doniósł nam o spotkaniu u Kaczyńskie­go, bo jego akurat nie zaproszono - opo­wiada jeden z ważnych polityków PO.
   O tym, że wewnątrz obozu władzy jest napięta sytuacja, a Beata Szydło nie ra­dzi sobie w roli premiera, świadczy też powtarzana w sejmowych kuluarach plotka, że po brukselskiej porażce sze­fowa rządu chciała się podać do dymi­sji. To dlatego podobno wierchuszka PiS zorganizowała naprędce przedstawienie z kwiatami na lotnisku i niejako zmusiła Szydło do przyjęcia narracji, że w Bruk­seli odniosła sukces.
   Pytani przez nas politycy PiS, co oczy­wiste, pogłoskę dementują. Jednak bezsilność premier jest coraz bardziej widoczna. Potwierdza ją nie tylko symboliczna sprawa „nieusuwalne­go” asystenta Antoniego Macierewicza - bo niebywałe umocowanie Bartło­mieja Misiewicza wydaje się być nawet poza kontrolą Jarosława Kaczyńskiego. Ale również prowincjonalne podejście do polityki zagranicznej, narażające na szwank wizerunek Polski i zdradza­jące brak politycznego obycia, a przede wszystkim dynamika i zaangażowanie prezesa PiS w ostatnich tygodniach.
   Grudniowy kryzys parlamentarny zmusił Kaczyńskiego do wyjścia z cie­nia. Od tego czasu widać jego wzmożoną aktywność - jeździ po kraju, udziela roz­licznych wywiadów, wreszcie to on, a nie Szydło, poleciał do Londynu na spotka­nie z premier Theresą May. - Nie wymie­ni Szydło, przynajmniej na razie. Także z powodu naszego wniosku o wotum nieufności wobec jej rządu - mówi jeden z członków władz PO. - Nie ma wyjścia, musi jej bronić. Dymisja przed głosowa­niem także nie wchodzi w grę, bo to była­by już porażka 28:0 - twierdzi.

   Malowanie
   Wniosek o konstruktywne wotum nieufności wobec gabinetu Szydło Platforma złożyła u marszałka Sejmu pod koniec ubiegłego tygodnia. Miała to zrobić kilka dni wcześniej, niedługo po tym, jak wskazała swojego kandy­data na premiera oraz 35-stronnicowe uzasadnienie wniosku, jednak do platformersów dotarły sygnały, że wówczas PiS zwoła nadzwyczajne posiedzenie Sejmu - tydzień przed planowanym, kiedy władze PO będą akurat przeby­wać na Malcie na spotkaniu Europej­skiej Partii Ludowej (EPP). Skoro więc wniosek o wotum może być głosowa­ny dopiero po siedmiu dniach od daty wpłynięcia, na wszelki wypadek prze­ciągnięto jego formalne zgłoszenie. Tym sposobem odwołanie gabinetu Szydło powinno zostać poddane pod głosowa­nie w przyszłym tygodniu.
   Platforma ma świadomość, że przy samodzielnej większości klubu PiS nie obali rządu, jednak sejmowa debata będzie okazją do kompleksowego wy­punktowania obecnej władzy - łama­nia standardów demokracji, niszczenia sądownictwa, rujnowania wizerunku Polski, nepotyzmu, partyjniactwa, nie­udolności ministrów... Ma to być kolej­ny po Brukseli cios w PiS: pokazanie, że opozycja nie jest już w defensywie i nie godzi się na autorytarne prakty­ki. Przewodniczący PO przekonuje, że to także próba „odczarowania” sa­mego instrumentu wotum nieufności i przywrócenia mu politycznej powagi.
   Manewr z wotum wydaje się dla opo­zycji tyleż oczywisty, co ryzykowny. Wie­lu wciąż ma w pamięci kompromitujące wystawianie przez PiS kandydata na „pre­miera technicznego” Piotra Glińskiego (2013 r.). Przemówienie z tabletu, który trzymał na sejmowej mównicy prezes Kaczyński, spaliło „projekt Gliński” już na starcie, bo dało pole do popisu dla in­ternetowych prześmiewców. PiS chciał być sprytny, ale przedobrzył. Ówczesna marszałek Ewa Kopacz nie wyraziła zgo­dy, aby Gliński (który nie był posłem) wygłosił przemówienie, więc wymyślo­no retransmisję z tabletu. Tyle że prezes, człowiek niesłusznego wzrostu, trzymał urządzenie zbyt nisko i trudno było do­strzec, co właściwie pokazuje. Nawet in­terwencja Adama Hofmana na niewiele się zdała. Zrobił się kabaret, a Kaczyńskie­go okrzyknięto „troll masterem”.
   Takiego scenariusza chce uniknąć PO. Platformersi zdają sobie sprawę, że przy praktycznym braku szans na przegłoso­wanie wotum nieufności bardzo łatwo można popaść w śmieszność. Długo rozmawiano więc o tym, kogo wskazać jako kandydata na premiera. Rozważano wiele kandydatur - wśród nich członków zarządu PO i tzw. młode twarze partii, czyli np. Borysa Budkę lub Rafała Trza­skowskiego, oraz polityków z tzw. pierw­szej Platformy i europosłów (np. Jerzego Buzka). - Zdecydowaliśmy się na Schetynę, bo to najbardziej naturalne rozwiąza­nie - mówi szef klubu PO Sławomir Neu­mann. Wskazanie innej osoby mogłoby wywołać krytyczne komentarze - że cała akcja jest kpiną, bo za dwa i pół roku, jeśli opozycji uda się pokonać w wybo­rach PiS, to przecież przewodniczący PO będzie formować gabinet. - Nie chciałem się chować - podkreśla Schetyna.
   Do gry w otwarte karty i rezygnacji z przećwiczonego przez prezesa PiS pomysłu chowania się za „premierem malowanym” - czy to Glińskim cztery lata temu, czy Szydło obecnie - Schetynę ośmieliły również rosnące sondaże. Od ponad trzech miesięcy Platforma umacnia się w nich - zdobyła blisko trzykrotną przewagę nad partią Ry­szarda Petru i znacząco zmniejszyła dy­stans do PiS. Szczególnie dobre dla PO są ostatnie badania, zlecone już po reelekcji Donalda Tuska, w których partia niemal zrównała się w wynikach z PiS. W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” odnotowała 27-proc. poparcie - mniej­sze zaledwie o 2 proc. od notowań Pra­wa i Sprawiedliwości. Podobne wyniki przyniosły ubiegłotygodniowe badania IPSOS dla OKO.press oraz Kantar TNS dla „Gazety Wyborczej”. Według pierw­szego z sondaży Platforma może liczyć na 28-proc. poparcie, natomiast PiS na 32-proc. Zbliżoną różnicę wychwy­cono w badaniu Kantar TNS: 24 proc. dla PO, 27 - dla PiS. We wszystkich trzech sondażach drastyczny spadek poparcia odnotowała Nowoczesna (8-9 proc.). To nie ułatwia wzajemnych relacji mię­dzy PO a ugrupowaniem Ryszarda Petru.

   Ocieplanie
   O współpracę od dawna nie jest łatwo. Utrudniają ją ambicje obu partyjnych li­derów oraz odmienny styl uprawiania polityki. Ryszard Petru działa bardziej ad hoc, skupia się na wizerunku, tym, kto pierwszy narzuci jakiś nośny temat, przemyci bon mot, który będzie krążył po telewizyjnych paskach, zyska chwi­lowy poklask. Brak długofalowej stra­tegii zarzucają mu wewnątrzpartyjni krytycy, którzy coraz głośniej dają o so­bie znać (POLITYKA 7). Schetyna lubi wielogodzinne narady w swojej sejmo­wej „pieczarze” lub w pobliskim biurze krajowym - rozmowy o strategiach, możliwych scenariuszach, planowa­nie działań nawet na kilka lat naprzód. Przez te 30 lat w polityce nauczył się cier­pliwości i wytrwałości - w czym zresztą w ostatnich latach znacząco „pomógł” mu Donald Tusk, który jako przewodni­czący PO nie szczędził sił, aby pognębić Schetynę, odsuwając go od kolejnych funkcji i spychając na coraz głębszy po­lityczny margines.
   Wielu myślało wtedy, że Schetyna nie wytrzyma upokorzeń i odejdzie z PO, ten jednak zaciskał zęby i powtarzał, że „jest największym patriotą Platformy”. Stąd jego cierpliwość stała się wręcz aneg­dotyczna, podobnie jak pamięć, którą podobno „ma jak słoń”. W młodości był bardziej radykalny - jako przewodni­czący NZS na wrocławskim uniwerku potrafił zarzucić Lechowi Wałęsie zdra­dę, bo uważał, że ten podczas Okrągłe­go Stołu zignorował kwestię legalizacji Zrzeszenia. I liberalny. Dziś śmieje się, że nadal czuje się liberałem, choć coś musi być w tym, co mówił Tusk, że „im córka starsza, tym ojciec bardziej kon­serwatywny”. Sam jest ojcem prawie 27-letniej Natalii. Swoją rodzinę dotych­czas chował przed mediami. Żona z cór­ką mieszkają we Wrocławiu; rzadko by­wają na warszawskich salonach. To się jednak zmienia. W ubiegłym tygodniu Kalina towarzyszyła Grzegorzowi za­równo podczas akcji sadzenia drzew, jak i gali rozdania filmowych Orłów - co od­notowały serwisy plotkarskie, porównu­jąc małżonkę Schetyny do prezydentowej Agaty Dudy.
   Chcąc w przyszłości zostać premie­rem, lider PO musi ocieplić swój wize­runek. Dotychczasowe badania zaufa­nia nie są dla niego korzystne - według marcowego sondażu CBOS nie ufa mu 40 proc. respondentów (tyle samo co Ry­szardowi Petru i o 13 proc. mniej niż Jarosławowi Kaczyńskiemu). Również przemówienie, które wygłosi podczas sejmowej debaty nad wotum nieufno­ści, musi być nie tylko dopracowane w najmniejszym szczególe, ale i solid­nie przećwiczone, bo w takim wypadku nad merytoryką może zaważyć retoryka. A nie tylko PiS nie będzie Schetynie uła­twiał zadania.

   Pacyfikowanie
   Wniosku nie poprą również kukizowcy, którzy zapowiadają, że wstrzymają się od głosu. Niewykluczone jednak, że część z nich zagłosuje za PiS - tak jak to było w ubiegłym tygodniu podczas głosowania wotum nieufności wobec Jana Szyszki, kie­dy większość klubu Kukiz’15 opowiedziała się po stronie ministra. To już typowa kon­cesjonowana opozycja.
   Za odwołaniem zagłosuje PSL. Nowo­czesna hamletyzuje, jednak nie ma wyjścia - wstrzymanie się od głosu będzie de fac­to równoznaczne z poparciem rządu PiS, trzeciej drogi nie ma. Wskazanie Schetyny jako kandydata na premiera wywołało spo­re niezadowolenie władz N i zaostrzenie konfliktu wewnątrz klubu, ponieważ część posłów Nowoczesnej chce ściśle współpra­cować z PO. W pierwszych reakcjach po­litycy N deklarowali, że „zapewne” poprą wniosek, krytykowali jednak Platformę za „styl” - że nie konsultowała tego wcze­śniej z innymi partiami opozycyjnymi i nie próbowała wystawić jakiegoś „wspólnego kandydata”. Potem retoryka się zaostrzyła.
   Ryszard Petru na łamach „Rzeczpospoli­tej” zaatakował Schetynę. Stwierdził, że nie traktuje go poważnie i nie poprze wniosku o wotum nieufności wobec rządu Szydło „bezwarunkowo” - a o tym, jak N będzie głosować, zadecydują dopiero na klubie po wysłuchaniu expose przewodniczące­go PO. Tego samego dnia na wieczornym klubie N rozemocjonowana Joanna Scheuring-Wielgus oznajmiła posłom, że „wal­czą z Platformą”. - Nie mogłem się z tym zgodzić. Naszym przeciwnikiem jest PiS! Powinniśmy działać razem i robić wszyst­ko, aby odsunąć tę władzę. Będę głosował przeciwko temu rządowi, niezależnie jaką decyzję podejmą władze mojego klubu.
Nie wstrzymam się, choćby mnie mieli potem wyrzucić - deklaruje jeden z „po­słów wyklętych”, jak podobno nazywani są w Nowoczesnej „buntownicy” kwestio­nujący politykę przewodniczącego Petru. Podobną deklarację składa inny poseł. Obaj podkreślają, że nie widzą innej drogi niż współpraca z PO, tym bardziej teraz, kiedy N ma tak słabe notowania i nic nie wskazuje na to, aby szybko je poprawiła. Nie wykluczają, że jeśli sytuacja wewnątrz klubu się zaostrzy, przejdą do PO.
   Tarcia na linii PO-N widać nie tylko w mediach społecznościowych, gdzie politycy obu partii wymieniają się uszczy­pliwościami, czy w blogowych wpisach posłanki Scheuring-Wielgus, która tylko w jednym krótkim tekście potrafiła pięć razy napisać, że sondażowe sukcesy PO to zasługa Tuska, a nie Schetyny, i tyleż samo razy wytknąć obecnemu przewod­niczącemu Platformy nieudolność (choć jednocześnie, według posłanki, Schetyna „pacyfikuje” opozycję). Również codzien­na współpraca parlamentarna obarczona jest wzajemną nieufnością i małymi złośli­wościami. Jak z tym odwoływanym i prze­kładanym spotkaniem PO-N w sprawie wniosku o odwołanie rządu.

   Ciosanie
   Kolejnym po wotum uderzeniem w PiS ma być wielka antyrządowa demonstracja w pierwszy weekend maja (6 lub 7 maja). Platforma chce powtórki z ubiegłorocznej demonstracji, tyle że tym razem ma to być przede wszystkim jej sukces. Rok temu, mimo sporych nakładów pieniędzy i lo­gistycznego zabezpieczenia marszu „Je­steśmy i będziemy w Europie”, większość zasług przypisano KOD, a PO krytykowano za afiszowanie się podczas manifestacji z partyjnymi emblematami. Tym razem sytuacja jest inna. KOD jest dość mocno przetrącony ujawnieniem skandalu z faktu­rami Kijowskiego. A i Nowoczesna od czasu „Madery” też płynie pod wiatr.
   Jednak, jak zauważa Ryszard Czarnecki z PiS, to niekoniecznie sylwestrowy wypad Ryszarda Petru mógł się odbić na sonda­żach N: - Nowoczesna popełniła raczej inny błąd: była za mało antyrządowa podczas sejmowej okupacji. Na koniec Petru zasiadł z Jarosławem Kaczyńskim do negocjacji i po­szło... Trudno to jednak dokładnie wyłapać w badaniach opinii, ponieważ obie rzeczy wydarzyły się w nieodległym czasie. I były ze sobą związane - zasiadanie z Kaczyńskim do negocjacji było próbą odwrócenia uwagi od romansu Petru, „ucieczką do przodu”, która jednak okazała się kolejnym „świateł­kiem w tunelu”. - Nasi wyborcy są mocno antypisowscy, dla nich to było po prostu niezrozumiałe - twierdzi jeden z posłów N.
- Chciał z siebie zrobić męża opatrznościo­wego, który zakończy parlamentarny kryzys. Tymczasem znów został ograny przez Ka­czyńskiego, a wyborcy potraktowali to jako zdradę. Podobnie odczytają też wstrzymanie się od głosu nad naszym wnioskiem o wo­tum - uważa jeden z ważnych polityków PO.
   W Platformie szacują, że - odejmując sondażowy „efekt Tuska” - realnie partia oscyluje wokół poparcia, które uzyskała w wyborach w 2015 r. (24 proc.). Odbicie nastąpiło szybciej, niż zakładano, i pozwo­liło unormować sytuację wewnątrz ugru­powania. Ogłaszany przez niektóre media „bunt młodych” rozszedł się po kościach, bo trudno się stawiać, kiedy alternatywa jest słaba. Politycy skupili się na pracy nie tylko w parlamencie, ale przede wszystkim w terenie. Szykują się do wyborów samo­rządowych: chcą stworzyć szeroką koalicję antypisowską, pozyskać lewicowe zaple­cze (nie wykluczają miejsca na listach dla działaczy SLD), ponieważ zakładają, że PiS przeforsuje pomysł z jedną turą wyborów. Wówczas nawet kilka procent odebrane partiom opozycyjnym może zadecydować o wygranej formacji Kaczyńskiego. Na ra­zie nie jest jasne, czy Nowoczesna podłą­czy się pod wspólną listę. Trwają wzajem­nej podchody.
   Partia Petru również wróciła do wy­borczego poziomu. Wygląda więc na to, że rozpoczyna się nowe rozdanie, a opozy­cja będzie się „jednoczyć” tak, jak to kilka miesięcy temu w rozmowie z POLITYKĄ wskazywał Grzegorz Schetyna - to naj­większa partia opozycyjna, która osadzi się w sondażach, będzie konstruować obóz antypis. Wnioskiem o wotum Schetyna zako­munikował, kto teraz objął pozycję „lidera opozycji”. Utrzymanie jej wygląda jednak na najprostsze z czekających go zadań.
Malwina Dziedzic

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz