PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 18 marca 2017

Kaprysy i chaosy,Rewanż na Polsce,Nieobecność,Pałą go, a potem dyskutuj,Na przekór dobrym radom,Pomidorowy narciarz i Wycinki - przycinki


Kaprysy i chaosy

Szanowni Państwo, oto mamy przed oczami sy­multaniczne studium pokazujące wytrzymałość instytucji oraz ludzi w Ameryce i w Polsce.
   Trzy konteksty, wiele znaczących różnic, ale uderzające podobieństwa. Oto w obu krajach zamiast rządzenia mamy zarządzanie chaosem, a werdykty władzy wykonawczej sprowadzają się do nieprzewidywalnych z natury kaprysów, w Ameryce - najważniejszego człowieka na planecie, w Pol­sce - teoretycznie szeregowego posła, a w praktyce pana i władcy. Dokładniej - PANA.
   Oczywiście sformułowanie „zarządzanie chaosem” jest wewnętrznie sprzeczne i pozbawione sensu. Chaos jest efek­tem unicestwienia procedur, lekceważenia ludzi i pogardy dla kompetencji. Oznacza, że decyzje podejmowane są „od czapy”, bez konsultacji i racjonalnej analizy ich możliwych skutków. Dzisiaj ekspresowo zezwalamy na ścinanie drzew, jutro Pan ma kaprys i ogłasza, że wycinkę trzeba wstrzymać, minister od Rydzyka ogłasza, że wycinka jest OK, następu­je więc wstrzymanie wstrzymania wycinki. Pan ma kaprys, żeby rozwalić Trybunał Konstytucyjny, więc po wielomie­sięcznej demolce przypomina on kompletnie zdewastowa­ne pałacowe wnętrze. Podobnie stało się z TVP, podobnie za chwilę będzie ze szkołami, sądami i wszystkim innym, co dotknięte zostanie kaprysami Pana i wice-Panów.
   Na świecie nastąpił ostatnio wysyp przywódców o cechach psychopatycznych, narcystycznych i megalomańskich. Naj­lepiej widać to w miejscu, które przez dekady symbolizowa­ło stabilność - w Białym Domu. Kiedyś zamieszkiwany był przez Panów Prezydentów, dziś - przez Pana Kaprysa. Pan Kaprys określa politykę państwa za pomocą nocnych wpi­sów na Twitterze, które o poranku wywołują popłoch w rzą­dowych instytucjach. Mr. Kaprys w przerwach między grą w golfa a organizowaniem dla znajomych wycieczek po Air Force One ogłasza, że nie jest już za polityką „jednych Chin”, po czym dochodzi do wniosku, że jednak jej sprzyja. W ponie­działek wspiera rozwiązanie bliskowschodniego problemu w postaci dwóch państw, izraelskiego i palestyńskiego, by we wtorek ogłosić, że to już nieaktualne. Plan rozwiązania kon­fliktu na Ukrainie przedstawiają mu jego osobisty prawnik, jakiś ukraiński deputowany i znajomy Kaprysa, amerykań­ski biznesmen urodzony w Rosji. Wszystko ponad głowami i obok Departamentu Stanu czy Rady Bezpieczeństwa Naro­dowego. W wolnych chwilach Kaprys prowadzi jeszcze woj­nę z mediami, które ogłasza „wrogiem ludzi”. Gdy po wpadce z siedzącym w kieszeni Rosjan trzytygodniowym szefem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, generałem Flynnem, no­minację dostaje generał McMaster, przytomni ludzie szukają nadziei, że może nie jest tak źle, jak jest. W tym czasie profe­sor Brzeziński pisze desperacki tekst wzywający Kaprysa do przedstawienia jakiegokolwiek spójnego pomysłu na politykę zagraniczną. Takiego pomysłu Kaprys rzecz jasna nie przed­stawi. Bo przecież on nie jest Mr. Systematycznym, tylko Mr. Kaprysem.
   Nasz Pan, niezależnie od całego chaosu, plan ma całkiem spójny. Zniszczyć to, co było, zamieszać w kotle tak, żeby lu­dzie całkowicie się pogubili, pognębić wszystkich domnie­manych wrogów, promować miernoty, byle tylko zachować kontrolę nad całością. Rewolucja kulturalna w Chinach była chaosem, ale w sensie zaplanowanej destrukcji była celo­wa. Działo się, a dzianie się jest dla dyktatorów wartością samoistną. Podobnie jak zemsta.
   Rządy Trumpa i rządy Kaczyńskiego nie staną się ni­gdy racjonalne, bo ich istotą jest irracjonalizm. Rządy ka­prysu będą rządami prawa wyłącznie w stopniu, w jakim instytucje i ludzie oprą się niszczycielskim instynktom wodzów. W Ameryce, z jej urzędniczym etosem, niezależ­nymi sądami, opluwanymi, ale silnymi mediami, a prze­de wszystkim społeczeństwem obywatelskim, zniszczenia będą poważne, jednak ograniczone. Jeśli przekroczą pew­ną miarę, Kaprys zostanie po prostu usunięty z urzędu.
W Polsce bezpieczniki władzy zostały, poza sądami, zdemon­towane. A ponieważ większość sprawy publiczne ignoruje, a mniejszość właśnie popada w apatię, straty spowodowane dezynwolturą Pana będą ogromne. Chaos w państwie będzie coraz większy. Skutkiem będzie rewolta (choć ta z powodu społecznej apatii raczej się nie zdarzy) albo de facto dyktatu­ra. Ta druga, z racji nieudacznictwa Pana i wice-Panów, musi oznaczać pozory porządku, skrywające degradację państwa.
   Oczywiście, jakaś nadzieja wciąż jest. Jeśli pani Le Pen nie zostanie prezydentem Francji i Europa się nie rozpadnie, na­stąpi jej przyśpieszona integracja. Koszmarny eksperyment z Trumpem zmniejszy apetyt społeczeństw na populistyczne eksperymenty. Jakaś nowa sensowna fala znowu ogarnie sła­niający się dziś pod ciosami radykałów Zachód. Może dotrze nawet do Polski. Chyba że będziemy już tak daleko, że oglą­dać ją będziemy z wielkiego dystansu i bez żadnej nadziei.
Tomasz Lis

Rewanż na Polsce

Prowadzona przez PiS wielka międzynarodowa operacja zohydzania Donalda Tuska, której ce­lem jest jego detronizacja, zapewne nie przynie­sie żadnego skutku. Poza jednym, w sumie pozytywnym. Unaoczni Polakom i Europie, co jest prawdziwym moto­rem napędzającym PiS-owskie rządy. A jest nim pragnienie zemsty. Osobistej zemsty.
   A więc jednak PiS jest w stanie wykonać jakąś w miarę spójną europejską operację. Charakterystyczne, że jej ce­lem nie jest uzyskanie czegoś dla Polski, ale pozbawienie jej czegoś. Bo gdyby przez przypadek PiS udało się osiąg­nąć „sukces”, efektem byłoby zatopienie Polaka, który spra­wuje funkcję ważniejszą niż jakikolwiek Polak przed nim. Oczywiście poza papieżem. Motywy akcji są zasmucające. Jej ostentacja i bezceremonialność - żenujące. Pan prezes nienawidzi Tuska i chce go pognębić, więc żołnierze pana prezesa stają na głowie, by Tuska zdezawuować i pognębić. Głupota, małość i podłość zaciekle tu rywalizują.
   Jarosław Kaczyński, podobnie jak pani Szydło i kandydat Duda, w czasie wyborczych kampanii składali bardzo wiele deklaracji, od których z daleka zalatywało fałszem. Ale chy­ba w żadnej z nich nie było tyle fałszu co w zapewnieniach Kaczyńskiego, że „nie czas na osobistą zemstę”. Kaczyński, podobnie jak jego ludzie, doskonale wiedział, że czas ten właśnie nadchodzi. Więcej, że właśnie po to idą po władzę.
   Kaczyński chce się mścić, ale Tusk jest poza sferą jego wpływów, więc nie może tak po prostu wsadzić go do aresz­tu albo nasłać na niego prokuratorów. Dokładniej - jeszcze nie. Musi go jednak utrącić. A jak się nie da, to przynajmniej opluć. W kraju i za granicą. Oczywiście te zalegalizowa­ne przez Kaczyńskiego donosy na Polaka, będącego sze­fem Rady Europejskiej, nie mają nic wspólnego z donosami na Polskę, którymi Kaczyński i PiS tak gardzą. Poza tymi, które sami przez lata składali.
   Prezes PiS nie chce mieć jednak monopolu na zemstę. Pany z PiS mają własne ksiąstewka, tam mogą odreagowy­wać wszelkie doznane w życiu i w karierze zniewagi, real­ne albo wyimaginowane. Minister Ziobro za swe kłopoty z aplikacją może z impetem ruszyć przeciw wybitnym pol­skim prawnikom, którzy nie potrzebowali polityki, by zrobić kariery w wymiarze sprawiedliwości. Minister Waszczykowski może korzystać z okazji, by szarpać za nogawki znie­nawidzonego przez siebie Radosława Sikorskiego. Minister Macierewicz może się mścić na najwybitniejszych genera­łach. Narzędzia zemsty też są istotne. Nie idzie bowiem tylko o zemstę, ale o upokorzenie wroga. Kaczyński do zdeptania
Trybunału Konstytucyjnego używał prokuratora Piotrowi­cza, Macierewicz do upokarzania oficerów używa Misiewi­cza, a Ziobro do upokarzania sędziów - człowieka o rysie dresiarskim, czyli pana Jakiego. Do upokorzenia sędziów Trybunału Konstytucyjnego najbardziej nadawała się po­zbawiona kompetencji i autorytetu pani Przyłębska, a do pognębienia prezes Sądu Najwyższego - pan Mularczyk. Im bardziej zawstydzająca przeszłość narzędzia, im bardziej doj­mujący jego brak kompetencji, im bardziej nikczemny jego charakter lub język - tym lepiej. Ofierze gwarantuje to upokorzenie, mścicielowi satysfakcję.
   Nie należy zanadto psychoanalizować władzy, ale w wy­padku bardzo wielu polityków PiS psychologia wydaje się czynnikiem kluczowym i sprawczym. Nie przez przypa­dek naczelnymi mścicielami PiS są ludzie nie do końca społecznie dostosowani. Pan Kaczyński potrafił po dzie­sięcioleciach wspominać, że goszczący go kiedyś Jacek Kuroń nie podał mu krzesła. Zbigniew Ziobro potajemnie nagrywał kolegów z akademika. Z Witoldem Waszczykowskim niemal wszyscy jego przełożeni w MSZ mieli kłopoty, a Antoni Macierewicz... cóż... Trudno się dziwić, że wybitni przedstawiciele obecnej ekipy nadają jej charakter nieco socjopatyczny.
   Oczywiście, w przypadku różnej maści autokratów czy narcyzów taki użytek robiony z władzy jest normą. Putin miał swego Chodorkowskiego, Erdogan - Gulena, a Trump ma Obamę - kiedyś odmawiał mu prawa do bycia prezy­dentem, a dziś obciąża go winą za obecne przecieki z CIA. Władza „osobista” potrzebuje osobistego wroga i wymaga osobistej zemsty.
   Nie ma co się pastwić nad wybitnymi przedstawicielami obecnej władzy. W końcu wybrał ją - jak to się dziś mówi - suweren. A w każdym razie jego znacząca część. Niewy­kluczone zresztą, że owej części obecna zemsta, w jej wy­daniach jednostkowych i generalnym, całkiem się podoba. Istotne jest coś innego. Władza, która tak bardzo pragnie zemsty i tak wiele jest w stanie zemście podporządkować, nie jest nadmiernie racjonalna. O Polsce wielu mówi te­raz, że przypomina dom wariatów. Ale jest on specyficzny. Akurat pacjenci są w nim całkowicie normalni.
Tomasz Lis

Nieobecność

Dziś powiem Wam, co było największym osiąg­nięciem taktycznym Jarosława Kaczyńskiego na jego ścieżce do wygrania wyborów. Musi­cie mi uwierzyć, że nie bredzę. Otóż był to kilkuletni boj­kot stacji telewizyjnych i radiowych, w których najpierw on, a potem na jego polecenie całe PiS przestało się poja­wiać i udzielać wypowiedzi. Jakby tych mediów nie było. Zrobił z nich powietrze. Dziś, kiedy identyczną taktykę stosuje Donald Trump, warto się jej przyjrzeć.
   Nie pamiętam dokładnie, co było pierwsze: sromot­na klęska Kaczyńskiego w debacie z Donaldem Tuskiem czy kompletne sponiewieranie go (a właściwie jego włas­ne „samosponiewieranie”, żeby nie użyć szmirowate- go „samozaorania”) przez Tomasza Lisa w wywiadzie dla TVP. Te dwa incydenty, a wcześniej wiele innych po­mniejszych, udowodniły, że facet w rozmowie z mocnym i przygotowanym przeciwnikiem nie ma szans. Że jest kłamcą i insynuatorem, że nie ma wiedzy ani politycz­nej, ani ekonomicznej, nie orientuje się w tym, co frapu­je współczesny świat, na żadną z rzucanych kalumni nie ma dowodów, że wreszcie jest fałszerzem historii i de­magogiem. Owszem, jak każdy przywódca sekty potrafił zakręcić w głowach swoim wyznawcom, ale w fachowej rozmowie na argumenty leżał plackiem. Spryt objawił w chwili, gdy skapował, że w każdej polemice polegnie na amen, i postanowił chodzącą porażkę przekuć w sukces.
   Ogłoszenie, że do skorumpowanych i niepolskich me­diów nie będzie przychodził, że Lis i Olejnik to najemni­cy wroga, że „Gazeta Wyborcza” to drukowana niepolska szczekaczka, przeniosło go nagle w świat undergroundu. Wow! Oto wreszcie znalazł się w podziemiu. A ludzie lu­bią outsiderów. Wyszło na to, że biedak jest tępiony, że jest jakaś prawda, której on broni, a jego partia jest ce­lowo spychana na margines - nikt nie zwracał uwagi na fakt, że to on sam ze strachu przed ujawnieniem praw­dy o sobie siebie i partię na ten margines zepchnął. Od tej chwili zaczął zyskiwać w sondażach. Nie było pust­ki: odmawiając wypowiedzi bardziej dociekliwym dzien­nikarzom, skierował swój głos do wybranych klakierów i to mu wystarczało. Stał się właścicielem niewolników. Resztą mediów bawił się podczas briefingów i konferen­cji prasowych, obrażając je przy tym permanentnie.
   Dziś Kaczyński kontynuuje bojkot, odmawia wizyt u Lisa, Olejnik, w „Gazecie Wyborczej”, bo wie, czym to grozi - w to miejsce wysyła wytypowanych bezceremo­nialnych awanturników, którzy przychodzą do TVN, by obcesowo i z pogardą sponiewierać oponentów. W drugą stronę prawo bojkotu nie działa. Dziś byle chłystek stoi otoczony wianuszkiem ludzi z mikrofonami w ręku, na których widnieją logotypy najpoważniejszych stacji te­lewizyjnych i radiowych, kłamie im prosto w twarz, wy­śmiewa ich inteligencję, kpi z ich rozumu i płci, a oni pokornie sterczą i na to pozwalają. Co gorsza: dają pry­mitywnym manipulacjom tyle samo czasu antenowego, co argumentom racjonalnym - i tak czynią spustoszenie w głowach ludzi. Media nigdy nie zbojkotowały żadnego kłamcy ani oszczercy.
   Dla mnie to jest niepojęte. Po wypowiedzi Kownackie­go z trybuny sejmowej o krwi na rękach żaden dzienni­karz nie powinien iść na spotkanie z nim przez minimum rok. Zapraszanie do studia Jakiego czy Mularczyka, z którymi polemizować się nie da bez detektora kłamstw, rodzi pytanie: czy udzielana im pomoc w manipulowa­niu społeczeństwem to jest dziennikarski obiektywizm? Gdyby nie ta pomoc, to połowa jadu sączonego przez Kaczyńskiego zostałaby u niego w domu.
   W 2011 roku, kilka dni przed wyborami do Sejmu, w telewizyjnej rozmowie Lis rozwałkował Kaczyńskie­go na miazgę. Prześwietlił go tak dokładnie, że mają­ce wielkie szanse na zwycięstwo PiS przegrało. Warto może przypomnieć, że wówczas ogromna część me­diów, dziennikarzy i komentatorów miała do Lisa pre­tensje, że przegiął. Tymczasem ja uważałem i uważam, że dziennikarz ma dwie role do spełnienia w życiu: jedną jest rzetelna informacja, drugą zaś obowiązek ostrzeże­nia społeczeństwa przed grożącym mu niebezpieczeń­stwem. Czy w ramach przekazywania informacji ma prawo zająć stanowisko i obnażyć człowieka, który go­tuje Polsce nieszczęście - czy też może spokojnie uda­wać statyw? Czy powinien być wykuty merytorycznie i ścinać każdą próbę manipulacji - czy też serwować ma­nipulację jako atrakcyjny materiał? Uważam, że walka z kłamstwem to jest psi obowiązek człowieka mediów. Nawet poprzez bojkotowanie kłamców.
Zbigniew Hołdys

Pałą go, a potem dyskutuj

Nie chciałem pisać tego felietonu. Ponieważ co­kolwiek powiem i tak wystąpię w żenującym teatrzyku rozdanych ról. Sprawa dotyczy spektaklu „Klątwa” w warszawskim Teatrze Powszech­nym w reżyserii chorwackiego artysty Olivera Frljicia.
   Teoretycznie wszystko zostało już powiedziane.
   Dla jednej strony sporu mamy do czynienia z bluźnierstwem, prostackim i chamskim obrażaniem wraż­liwości wierzących, prymitywną prowokacją, w której seks oralny dokonywany na figurze Jana Pawła II, rąba­nie krzyża, dywagowanie o możliwości zamordowania Jarosława Kaczyńskiego to obliczona na tani poklask li­beralnych elit chęć znieważenia dużej części obywateli i zbrukania wartości, które cenią. Dla drugiej - to dra­pieżna krytyka Kościoła katolickiego, walka z kołtune­rią i hipokryzją, wezwanie do dyskusji.
   Tak, do dyskusji. Wicedyrektor Powszechnego, Pa­weł Sztarbowski, tłumaczył w wywiadzie: „Myślałem, że przyszedł w końcu czas na mądrą dyskusję o poru­szonych przez Frljicia sprawach.(...) Wierzę, że kiedy przejdzie już fala hejtu, zacznie się dyskusja”.
   Naprawdę, panie dyrektorze? Wierzy pan, że te pro­wokacje małego Jasia, ale o brutalności bezwzględnego Jana skłonią do jakiejkolwiek dyskusji? Ja mogę panu powiedzieć, do czego już prowadzą. A mianowicie, że ludzie o umiarkowanych poglądach, niespecjalnie za­interesowani polityką i kwestiami ideologicznymi, po­czują głęboki niesmak (o prawicy narodowo-katolickiej nie wspominam) i uznają, że opozycja kulturowa i poli­tyczna wobec dobrej zmiany - od platformerskich władz Warszawy po publicystów i artystów - to jakieś chore towarzystwo.
   Gdybym był politykiem szeroko rozumianego obozu rządzącego (od PiS przez Kukiza po narodowców), tobym dał na mszę dziękczynną za ekscesy chorwackie­go reżysera i jego obwoźny straganik ze skandalami. Nie wiem, po co kierują te zawiadomienia do prokuratury, tu naprawdę już nic nie trzeba robić - orędownicy spekta­klu topią się sami, co jeszcze pół biedy, ale, niestety, wraz ze sobą pociągają w bagienko nieco trzeźwiejszych, któ­rym nie podoba się dobrozmianowy walec rozjeżdżają­cy Polskę. Znaczy - wiem dlaczego prawica rozpętuje swoją histerię. Ona tak ma: zakazać, wyrzucić, zaszczuć. I żeby było jasne: uważam, że to wstrętne, kiedy prezes Kurski wpisuje na czarną listę aktorkę za to, że wystąpi­ła w „Klątwie”, i zakazuje emisji w TVP spektaklu z jej udziałem, niemającym nic z „Klątwą” wspólnego. Choć­by z przesłaniem Chorwata się utożsamiała. Rzadko, bo rzadko, ale raz na ruski rok zgodzę się z publicystą prawi­cowego „Do Rzeczy” Łukaszem Warzechą. Tak było tym razem, kiedy napisał, że jego strona powinna zignorować przedstawienie, nie karmić trolla. Święte słowa, a „my” nie powinniśmy trolla wypuszczać na świat.
   Ale wróćmy do pragnienia dyskusji dyrektora Sztarbowskiego. A co z performance’em we Wrocławiu, kie­dy na demonstracji narodowców spalono kukłę Żyda? „Nasz” świat tym czynem się oburzył, wielu ludzi po­czuło się znieważonych, sprawą zajęła się prokuratura, donośne słowa wygłosili prezydent miasta Rafał Dut­kiewicz i wielu szanowanych ludzi. A może ten, co ku­kłę palił, zapraszał do dyskusji na temat roli Żydów we współczesnym świecie? Historii Polski, zwłaszcza w latach stalinowskich, proizraelskiego lobby w USA, fundacji Sorosa i wpływów Żydów w Hollywood?
    „Klątwa” zbulwersowała spokojnego zazwyczaj Jana Wróbla, który w TOK FM nazwał ją hitlerowskim przedstawieniem, „opartym całkowicie na zasadzie: nienawidź i czyń, co chcesz, nienawiść cię wyzwoli”, a aktorów tam grających małymi Hitlerkami. No cóż, użyłbym innego języka, ale zanim zastanowiłem się, ja­kiego, już Jacek Żakowski, jeden z głównych chwalców „Klątwy”, na falach tego samego radia wygłosił pełną insynuacji mowę sugerującą, że Wróbel stara się o pra­cę w TVP Kurskiego i że władze TOK FM powinny go wywalić za niesłuszne poglądy.
   Mógłbym napisać, że to równie mądre jak wcześniej­sze postulaty Żakowskiego, iż opozycja powinna być jak Hamas, ale najciekawsze w tym jest pojmowanie wol­ności wypowiedzi i poglądów przez czołowego publicy­stę „naszej” strony. Czym się różni od wywalania przez Kurskiego niesłusznie myślących dziennikarzy i akto­rów? Niczym. No, może tym, że Kurski udaje, iż nie cho­dzi o poglądy, a Żakowski jedzie otwartym tekstem.
Witajcie w świecie dyskusji po polsku A.D. 2017.
Marcin Meller

Na przekór dobrym radom

Trwa festiwal doradzania opozycji, w jaki sposób ma sobie radzić z PiS teraz i jak potem pokonać tę partię w wyborach. Ja też zajmę się opozycją i udzielaniem jej rad.

Dobre rady zgłaszane zewsząd są dwie: żeby partie opozycyjne wspólnie podjęły pracę nad wizją Polski popisowskiej i żeby zadeklarowały, że jakby co, to one wejdą w koalicję wyborczą. Otóż uważam, że jeśli partie opozycyjne pójdą za tymi dobrymi radami, to zrobią sobie (a przy okazji tym wyborcom, którzy chcą odsunąć PiS od władzy) raczej źle niż raczej dobrze. Odmiennie bowiem niż zwolennicy wspólnej wizji i wspólnej listy postrzegam warunki brzegowe zwycięstwa nie-PiS nad PiS.
   Jeśli pominąć wyjątkową sytuację z wyborów w 2007 r., kiedy to wyłoniły się zręby nowego podziału politycznego Polski, to analizując wyniki sondaży i kolejnych wyborów, można oszacować, że „hardcorowe” elektoraty PiS i najpierw Platformy Obywatelskiej, a od 2015 r. PO i Nowoczesnej są mniej więcej równoliczne. Każdy z nich wynosi ok. 30 proc. Nie widać żadnego powodu do ich przyrostu. Natomiast o zwycięstwie decyduje zdolność do przyciągnięcia 8-10-proc. nadwyżki. W 2011 i 2015 r. tę nadwyżkę przyciągała obietnica sterowania strumieniami finansowymi. Tę funkcję w koncepcji PO pełniły w 2011 r. fundusze europejskie (przypominam kuriozalne, ale chwytliwe hasło: „Nie robimy polityki, budujemy Polskę”), a w koncepcji PiS w 2015 r. - zwiększenie transferów socjalnych (przede wszystkim 500+). Innym czynnikiem przesądzającym o odsunięciu PiS od władzy jest wyborcza efektywność PSL i lewicy, które zagrożone są nieprzebiciem się przez 5-proc. próg wyborczy.
   Jest oczywiste, że w wyborach w 2019 r. obietnice związane z przesterowaniem strumieni finansowych nie odegrają większej roli. W nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej funduszy dla Polski będzie dużo mniej, a w dziedzinie redystrybucji dochodu narodowego PiS dojdzie do ściany, a może nawet, ze złymi skutkami dla gospodarki, przez nią się przebije.

Magnesem przyciągającym niezdeterminowaną nadwyżkę wyborczą w 2019 r. może być tylko uwiarygodniona obietnica likwidacji największego deficytu, który PiS z zapałem tworzy. A jest to deficyt poczucia bezpieczeństwa, stabilności, przewidywal­ności i minimalizacji ryzyka. To kwestia w Polsce pierwszorzędna, bo po niedobrych doświadczeniach ostatnich ponad 200 lat polskie społeczeństwo ma utrwalone nastawienie lękowe. PiS wypowie­dział wojnę III RP, ale nie ma wystarczających zasobów, by stworzyć jakąkolwiek stabilną alternatywę. W rezultacie tworzy obszary niepewności i chaosu. Czasy mamy niepewne i obóz władzy, który sam jest czynnikiem i sprawcą niepewności, aż prosi się o to, by go wymienić. Warunek jest jeden: przekonanie, że pretendenci „ogar­niają”, że ich władza będzie oznaczać redukcję niepewności, a nie jej trwanie, tylko z przeciwnym znakiem.
   Dobra rada, by partie opozycji parlamentarnej wspólnie wypracowały zręby koncepcji w tej sprawie (w ostatniej POLITYCE udzielał jej marszałek Marek Borowski), miałaby sens wtedy, gdyby w półtora roku po wyborczym zwycięstwie PiS dało się dostrzec jakiekolwiek znaki na niebie i ziemi, że PO, Nowoczesna i PSL pracują nad takimi pomysłami osobno. A tych znaków ani widu, ani słychu. Jakby każda z nich coś wypracowała, choćby w formie zalążkowej, to byłoby co uzgadniać. A jak nic nie ma, to nie ma czego uzgadniać.
   Powód, dla którego partie opozycyjne poza sprzeciwianiem się PiS nie przygotowują się do przyszłego rządzenia, jest jasny. Uważają one, że znajdują się w dość komfortowej pod pewnymi względami sytuacji. Obóz władzy tak rozrabia, tak się miota, że musi się potknąć o własne nogi i zwycięstwo przyjdzie samo, więc po co się przemęczać.

W polityce samą perswazją i dobrym słowem nic się nie osią­gnie, potrzebny jest kijaszek. A tym kijaszkiem jest konkuren­cja w ramach opozycji. Przekaz, który świadomi wyborcy antypisu powinni skierować do kierownictwa PO, Nowoczesnej i PSL, mógłby brzmieć następująco: oczywiście Misiewiczów trzeba pogonić, a premier Szydło postawić przed Trybunał Stanu. Ale my swój głos oddamy na tych z was, którzy oprócz tych koniecznych zabiegów represyjnych będą wiedzieli, jak Polskę z chaosu po PiS wyprowa­dzić. Pieniądz rodzi pieniądz, głosy przyciągają głosy. Ta z waszych partii, która przedstawi wiarygodny plan w tej sprawie, ma nie tylko nasze kreski, ale także kreski większości tych 8-10 proc., które po­rzucą PiS. I ta partia będzie w przyszłym Sejmie i rządzie rozdawać karty. To do roboty!
   Dlatego jestem przeciwny wspólnym pracom zjednoczonej opozycji, bo zakładają one brak konkurencji, a brak konkurencji to antypisowska retoryka oblana ogólnikami o demokracji, wolności i państwie prawa.

Jeszcze gorzej ma się sprawa ze wspólną listą wyborczą. W polskich warunkach teoretycznie możliwa (praktycznie nikt tego dotąd nie ćwiczył) jest koalicja dwóch partii, które operują w odmien­nych niszach wyborczych i nie wchodzą sobie w drogę - np. PO i PSL. Praktycznie do skutecznych koalicji dochodziło wtedy, gdy w danym obszarze wyborczym pojawiał się hegemon. Takim hege­monem na centroprawicy stała się w 1997 r. Solidarność i powstała AWS. Jeszcze bardziej hegemoniczną rolę odegrał w 2015 r. na pra­wicy PiS, biorąc na partyjną listę polityków małych ugrupowań.
   W konkurencji między PO i Nowoczesną hegemona nie ma. Najpierw Nowoczesna szła do przodu, ale teraz osłabła, a PO się wzmocniła. Naturalną taktyką partii mocniejszej jest w takiej sytuacji próba wzięcia partii słabszej w braterski uścisk, po to, by jej połamać żebra - co PO robi. Naturalną taktyką partii słabszej są uniki i gra na czas, a nuż partii silniejszej powinie się nóżka, a my się wzmocnimy - co robi Nowoczesna. I tak będzie aż do wyborów do sejmików wojewódzkich w 2018 r., które dostarczą wiarygodnego miernika siły obu ugrupowań. Podejmowanie teraz kwestii jednoczenia opozycji to strzelanie do własnej bramki, bo jedyne, co partie opozycyjne wyborcom przekażą, to to, że usiłują się przechytrzyć i zajmują się sobą, a nie przygotowaniem do rządzenia po PiS.
Ludwik Dorn

Pomidorowy narciarz

W miniony piątek 3 marca, w dniu św. Kunegundy, cały kraj, łącznie ze mną, wstrzymał oddech przerwał pracę. Jak grom z czystego nieboskłonu zwa­liła się na nas wiadomość, że pan Andrzej Duda przerwał na chwilę jazdę na nartach i zjadł mięsko. Głęboko wie­rzący i jeszcze głębiej praktykujący polski katolik! W cza­sie Wielkiego Postu! Szef gabinetu Prezydenta RP Adam Kwiatkowski natychmiast wystosował dementi i poprosił światowe agencje prasowe o podanie informacji, że na ta­lerzu głowy państwa leżał faszerowany pomidor. W ciągu następnych godzin tęgie łby z Kancelarii rozwiewały wąt­pliwości społeczeństwa co do składu farszu. Zwyciężył ser góralski i to on oficjalnie został bohaterem dnia.
Doktor prawa mógł dalej w szam­pańskim nastroju szusować w śnież­nym pyle.
   Tymczasem tego samego dnia pod­czas konferencji w pobliskich Kato­wicach rozstrzygały się podstawowe sprawy ustroju państwa dotyczące niezawisłości sądów. Pierwsza prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf drama­tycznie apelowała, by „walczyć o każ­dy cal sprawiedliwości” w związku z zapowiadanym przez Zbigniewa Ziobrę zawłaszczeniem władzy sędziowskiej przez polityków od siedmiu boleści. Ale co to obchodzi po­midorowego narciarza? On na Kasprowym woli rozprawiać z prezydentem Słowacji o „wielkiej idei połączenia trzech mórz” - Bałtyku, Czarnego i Adriatyku - która pozwoli nam na „taką łatwą i spokojną turystykę”. Przypuszczam, że Andrej Kiska zgodziłby się nawet dorzucić Ocean Indyjski, bo cóż go w końcu obchodzi bredzenie faceta z war­szawskiego Krakowskiego Przedmieścia? Słowacja osiem lat temu wprowadziła euro, więc może sobie rozmawiać w zaczadzonym Zakopanem na każdy temat i w dowolnym języku. Jego kraj nie zostanie wypchnięty na margines Unii Europejskiej. Nas to czeka z pewnością. A wtedy Andrzejowi Dudzie będzie musiał wystarczyć Arkadiusz Mularczyk, który właśnie spłaca dług wdzięczności za ponow­ne przyjęcie do PiS, udowadniając, że Sąd Najwyższy jest niezgodny z konstytucją. Zachęcam też prezydenta do kontaktów z prof. Korzycką-Iwanow z Uniwersytetu Warszawskiego. Domaga się ona, by na Wydziale Prawa zrezygnować z wy­kładów „Prawa człowieka i obywatela”, ponieważ wprowa­dzają zamęt w młodych głowach i są uwikłane ideologicz­nie. Czyż może być lepszy temat do rozmowy tych dwojga na oślej łączce na Kalatówkach?
   Guru od planszowej gospodarki wicepremier Morawiecki zachęcał ostatnio polskich studentów w Londynie, by wracali do kraju. W Białymstoku czy Lublinie życie jest tańsze - mówił.
Można więc siedzieć na Wyspach, a można „odważnie rzucić się na falę nowego życia gospodarczego w Pol­sce”. Aż żal, że nie dodał: wszystkie lasy zostały wycięte, więc horyzonty są szerokie. Już widzę, jak młodzi roda­cy, ci najzdolniejsi, pędzą do naszego kaczego skansenu zaciągniętego gęstą rzęsą i wonnym dymem palonych gu­miaków. Jak marzą o tym, by ich dzieci dowiedziały się od Antoniego Maciere­wicza, że grochówkę oraz inne liczne zupy zawdzięcza­ją żołnierzom wyklętym i ich walce z komunizmem. By z okien szkoły przez dwa dni musiały oglądać rzeź drzew na chronionych terenach w Łebie, a jakiś zakuty katolik zapewniał je, że zwierzęta nie mają żadnych praw. Młode, powracające z Londynu Polki będą zaś z pewnością za­chwycone doktorem Konstantym Radziwiłłem i jego mó­zgiem przerdzewiałym od kościelnych dogmatów.

Przyjeżdżajcie więc wszyscy. I to szybko, żebyście zdąży­li na własne oczy zobaczyć, jak wielki patriota ze swojej drabinki mści się na trzydziestu paru milionach Polaków. Za własny straszny błąd.
Stanisław Tym


Wycinki - przycinki

Szuflada jest jak Wezuwiusz każdego dnia wypluwa lawę gorących wycinków, które warto zachować na pamiątkę naszych czasów.
„Miał cholerne szczęście, że wpadł na samochód polity­ka Prawa i Sprawiedliwości. Gdyby wpadł na auto Schetyny, nie pozbierałby się z rozumem i oskarżono by go o to, że został nasłany przez samego Jarosława Kaczyńskiego, a dzięki »niezawisłemu sądowi« wsadziliby go do paki na długie lata. Złamaliby człowiekowi życie i karierę. A tak, proszę bardzo, dostanie wypasiony samochód i jeszcze mu zostanie na rozrywki. (...) I będzie żył w sławie i bogactwie, bo obali rząd Prawa i Sprawiedliwości oraz przywróci kory­to Donaldowi Tuskowi, Ewie Kopacz i wszystkim bywalcom knajpy Sowa&Przyjaciele. A prezydentem zostanie Rzepliński. I zapanuje radość i pokój »w tym kraju«. Niedoczekanie, panie Kuczyński”. Krystyna Grzybowska, „wSieci”.
    „Ja, mój mąż Andrzej Kołakowski i nasza córka Marysia staliśmy na przystanku, rozmawiając, gdy nagle podeszli do nas policjanci i wciągnęli Marysię do wnętrza kordo­nu. Już po chwili siedziało na niej dwóch funkcjonariuszy w pełnym umundurowaniu” - gdańska radna PiS Anna Kołakowska, aktywistka katolicka, działaczka opozycyjna w PRL. Wraz z rodziną usiłowała zatrzymać paradę rów­ności, wołając „Zróbcie coś z tymi pedałami!”.
    „...środowiskom liberalnej lewicy bliżej jest do tych, któ­rym bardziej imponują enkawudziści niż akowcy”. Konrad Kołodziejski, publicysta niepokorny.
    „Linia podziału przebiega dziś pomiędzy tymi, dla któ­rych polska historia, polska duchowość, polska religijność to bezcenne dobra, które trzeba zachować i przekazać na­stępnym pokoleniom, które trzeba wzmacniać i rozwijać, a tymi, którzy nie są w stanie dostrzec w nich wielkości, a często w ogóle jakichkolwiek stron pozytywnych, któ­rzy widzą w nich żenujący bagaż - bagaż, którego trzeba się pozbyć w drodze do Europy, do francuskich serów (bo do tego »Europa« się w ich wyobrażeniach sprowa­dza”). Prof. Zdzisław Krasnodębski, „GW”.
    „W sytuacji nałożenia się niezaplanowanej blokady Sejmu i zaplanowanej jednak demonstracji, pojawiło się trzecie zjawisko: nadzieja części posłów opozycyjnych i środowisk wspierających KOD na powtórkę Majdanu. Wstrząsający dla mnie był wpis jednego z dziennikarzy, który snuł scenariusze, jak doprowadzić do protestów młodzieży, które zostaną krwawo stłumione przez wła­dze. Ten wpis uświadomił mi, że w zwalczaniu naszego rządu nie ma żadnej granicy, której nasi krytycy nie byliby w stanie przekroczyć”. Jarosław Gowin, Onet.
    „Nie użyliśmy siły w Sejmie, choć były wszelkie prze­słanki, by jej użyć. I nie użyjemy jej. Tak, jesteśmy ludzkimi panami, bo jesteśmy panami, w przeciwieństwie do nie­których”. Jarosław Kaczyński w Sejmie.
    „Emanacją tej zbieraniny jest Budka. Gdy mówił swo­je brednie o jakiejś pomocy prawnej, pokazał dobitnie i obrzydliwie, jak bardzo bezwartościowe może być wy­kształcenie prawnicze. Przejdzie z tym garbem do pogar­dliwej historii. Zbieranina parlamentarna też go wypluje”. Aleksander Nalaskowski, „wSieci”.
    „Platforma Obywatelska w spra­wie transportu najważniejszych osób w państwie ma jedno prawo - milczeć. I to wy macie czelność wypowiadać się teraz w tej spra­wie! Nie macie prawa się wypowiadać, bo macie krew na rękach 96 ofiar smoleńskich”. Bartosz Kownacki, wi­ceminister obrony narodowej, w Sejmie.
    „Publiczność (w Filharmonii - D.P.) nie wytrzymała w momencie, kiedy minister kultury w odczytywanym liście przekonywał, że muzyka i sztuka są nośnikiem wartości narodowych. Chopin zaś w swojej muzyce re­prezentował te właśnie wartości narodowe, które są wła­śnie priorytetem rządu. Nic bardziej mylnego. Chopin nie pisał polityki”. Prof. Piotr Balcerowicz, „Czemu buczałem w filharmonii”, „GW”.
    „Tacy intelektualiści, jak Piotr Balcerowicz, widzą to jednak inaczej. I przy okazji dają upust swojej awersji do słowa »naród«, bo kojarzy im się ono wyłącznie z za­właszczeniem kultury przez tę partię. Próbują też doro­bić ideologię do buczenia w sali koncertowej, żeby ukryć, że to zachowanie barbarzyńskie”. Filip Memches, „Bar­barzyńca w filharmonii”, „Rz”.
    „Minister rolnictwa zamierza stworzyć w Polsce silny światowy ośrodek hodowli koni pełnej krwi angielskiej. Dlatego pierwsze klacze z podpoznańskiego Iwna już w tym tygodniu jadą do francuskich stadnin, gdzie mają być pokryte przez najlepsze tamtejsze ogiery. (...) Stworze­nie w Polsce szlachetnej linii anglików będzie więc ogrom­nym sukcesem ministra Jurgiela, który tuż po objęciu teki szefa resortu rolnictwa był krytykowany za wprowadzenie zmian”. Piotr Nisztor, „GPC”.
   Dwie ważne instytucje społeczne - Reduta Dobrego Imienia oraz Fundacja Łączka - powołały Społeczny Try­bunał Narodowy do spraw Osądzenia Zbrodniarzy Ko­munistycznych. „Sądzić będziemy wszystkich. Nie tylko tych z najwyższej półki, bo przecież zbrodnie popełniano na każdym szczeblu systemu represji. (...) To nie jest kilka czy kilkanaście osób, to są tysiące, w tym wiele jeszcze żyjących. Przed nami naprawdę ogromna praca”. Tade­usz M. Płużański w rozmowie z braćmi Karnowskimi, „wSieci”.
    „Dekomunizacja jest niezbędna. Uderza fakt, że w wielu miejscach zabiera się za nią dopiero dziś. Jak pokazują przykłady kolejnych polskich miast, których włodarze »za- spali« i teraz za wszelką cenę chcą wykazać się, dobrze przecież widzianym, radykalizmem - równie niezbędne jest poprzedzenie dekomunizacji - dekretynizacją. Ciężko bowiem zakwalifikować inaczej niż głupotę podejmowane w różnych zakątkach kraju - ostatnio w Bogatyni i w Pile, a wcześniej w Krasnymstawie - próby dekomunizowania ulic Stefana Okrzei”. Bartek Wójcik, Klub Jagielloński, pi­smo „Wilsoniak”.

Na koniec refleksja dziarskiego felietonisty: pióro za­stąpiło ołówek, długopis zastąpił pióro, maszyna do pisania zastąpiła długopis, komputer zastąpił ma­szynę, a nożyczki są niezastąpione.
Daniel Passent

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz