PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 20 stycznia 2015

To jest wojna



Tabletka dzień po to trutka na dzieci, prezerwatywa to zło, a edukacja seksualna promuje rozpustę i homoseksualizm. Katoliccy publicyści Terlikowscy tłumaczą, dlaczego wciąż pouczają Polaków, jak żyć.

Rozmawia RENATA KIM

NEWSWEEK: No i przegrali państwo wojnę o pigułkę dzień po.
TOMASZ TERLIKOWSKI: Przegrały ją dzieci, które będą przez pigułkę zabite, przegrały ją kobiety, które będą się nią trały, przegra­ło wreszcie państwo polskie, które łamie własne zasady. W Polsce aborcja jest niele­galna, a życie jest chronione od momentu poczęcia. Dopuszczenie do sprzedaży bez recepty trutki na dzieci jest więc sprzeczne z prawem . I nawet jeśli ta bitwa jest prze­grana, to wojnę 'wygramy. Bóg życia jest sil­niejszy od tych, którzy są przeciwko życiu i przeciwko Niemu.
Ta pigułka nie ma nic wspólnego z aborcją.

MAŁGORZATA TERLIKOWSKA: Przeanali­zowałam ulotki z różnych lat dołączane do niej: ten sam skład, ta sama dawka, te same skutki uboczne, tylko działanie róż­ne. W ulotce z 2009 r. było napisane, że ellaOne „zapobiega ciąży poprzez wpływ na owulację i może także doprowadzić do zmian w wyściółce macicy”. Ale już w ulot­ce z 2010 r. czytamy, że preparat „zapobie­ga ciąży, głownie zapobiegając ownlacji lub opóźniając ją”. Więc pytam: dlaczego zniknął zapis o oddziaływaniu na endo­metrium? Poza tym jeśli pigułka „głów­nie” hamuje owulację, to znaczy, że coś jeszcze robi.

Hamuje owulację i nie dopuszcza do za­gnieżdżenia się komórki jajowej w macicy.
OBOJE: Czyli ma działanie wczesnoporonne! To nie komórka jajowa implantuje się do wyściółki macicy, to ludzki zarodek.
T.T.: A on jest człowiekiem.
To nie jest człowiek.
T.T.: Nie! Implantacja dokonuje się od 10 do 14 dni po poczęciu. Najpierw jest poczę­cie, a później ten mały człowiek się implan­tuje. Pigułka powoduje, że do implantacji dojść nie może. Zabija człowieka, uniemoż­liwiając mu zagnieżdżenie się w macicy.

Dlaczego państwo Terlikowscy uważają, że są mądrzejsi niż lekarze, którzy twierdzą,
że pigułka ellaOne nie ma działania wczesnoporonnego? To antykoncepcja awaryjna, stosowana w nagłych przypadkach.
M.T.: Pytanie, którzy lekarze. Przecież są i tacy, którzy mówią wprost o wczesnoporonnym działaniu tego specyfiku. My nie jesteśmy rzecznikami firmy farmaceutycz­nej, tylko staramy się zwrócić uwagę na to, czego media i lekarze, którzy są do tych me­diów zapraszani, nie mówią.
T.T.: Pięćdziesiąt lat temu koncerny tytonio­we przekonywały ustami znakomitych le­karzy onkologów, że tytoń nie ma żadnych skutków ubocznych, a każdy, kto twierdzi, że zabija, to fanatyk. Dziś wiemy, jak jest.
Dlatego mówimy: ta pigułka nie powinna być w ogóle dopuszczona do sprzedaży. Dlaczego wasz katolicki punkt widzenia ma obowiązywać wszystkich?
T.T.: Był taki czas, kiedy pewna część lu­dzi uważała, że Murzyni nie są ludźmi, w zw iązku z czym mogą być własnością in­nych. Czy to znaczy, że zakaz niewolnictwa był narzucaniem im poglądów i nie należa­ło go wprowadzić? Przecież niezależnie od tego, co ktoś sądzi na temat człowieczeń­stwa czarnych Afrykańczyków, nie można ich sprzedawać ani kupować. Dokładnie tak samo jest z dzieckiem w łonie matki. Je­śli ktoś uważa, że to nie jest człowiek, to nie znaczy jeszcze, że może je zabić. To nie jest nasze stanowisko, tylko Kościoła.
M.T.: Które jest niezmienne.
T.T.: Nie ma innego. I tak jak obowiązkiem chrześcijan w XIX wieku było protestować przeciwko niewolnictwu, a w XX wieku przeciwko mordowaniu Żydów, tak teraz obowiązkiem jest protestowanie przeciwko holokaustowi nienarodzonych, który do­konuje się przez aborcję, w tym także che­miczną, i tabletkę dzień po. Dodajmy: nie konkretnie ta, ale inna pigułka, RU486, jest produkowana w tych samych niemieckich zakładach, w których przed wojną produ­kowano cyklon B.

To bałamutne zestawienie, jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
T.T.: Oczywiście, że ma. Cel pigułki i cyklo­nu B jest taki sam: zabijanie.
M.T.: A ja mam wrażenie, że powtarzanie, iż ta tabletka hamuje owulację, ma jeden cel: znieczulić sumienie. Kobiecie łatwiej jest wmówić, że nie dopuszcza do ciąży, niż że być może nosiła w sobie dziecko i biorąc tę pigułkę, po prostuje zabiła. Nie znam ko­biety, która by o swoim dziecku, nawet na najwcześniejszym etapie rozwoju, mówiła: płód, embrion, zlepek komórek.

Bardzo wiele kobiet mówi o tym zlepku komórek „zygota”.
T.T.: Powiedziała pani „tym”? To bardzo charakterystyczne. Pierwszą rzeczą, któ­rej się dokonuje przed ludobójstwem, jest wpojenie ludziom przekonania, że ofiary nie są istotami ludzkimi. Ży­dzi w narracji nazistowskiej zaczęli być podludźmi. Hutu, zanim zaczęli mor­dować Tutsich w Rwandzie, też mówi­li o nich jako o szczurach. I dokładnie to samo robimy z nienarodzonymi.
M.T.: A proszę zobaczyć, jak wglądają przekazy tak zwanych edukatorów seksualnych. Idą do dzieciaków i mówią: co was może czekać po współżyciu? Niechciana ciąża. Nie dziecko, tylko niechciana ciąża, której można się pozbyć.
Protestuję! Edukatorzy seksualni mówią nastolatkom: nieodpowiedzialne podejmowanie współżycia może zakończyć się ciążą.
T.T.: O tym właśnie mówimy. Ciąża to jest stan fizjologiczny, który oznacza, że wionie kobiety jest dziecko. Trzeba używać słów prawdziwych, które nie maskują rzeczywi­stości. Bo jeśli ją maskujemy, wpisujemy się w tę samą narrację co najgorsze totalitaryzmy XX wieku.

Dlaczego czujecie się odpowiedzialni za wszystkich Polaków?
T.T.: Są sytuacje, kiedy trzeba protestować po to, żeby móc sobie spojrzeć w oczy. Je­śli według danych WHO rocznie zabija się na świecie 43-44 min, a niektórzy mówią o 50 mln dzieci, to trzeba o tym mówić. Na­prawdę wolałbym tłumaczyć z rosyjskiego na polski fantastyczną teologię prawosław­ną, ale kiedy wokół mnie toczy się rzeź, moim obowiązkiem jest protestować.

Naprawdę słyszy pan płacz usuwanych płodów?
T.T.: To jest przenośnia, nie słyszę płaczu nienarodzonych dzieci. Wiem, że są zabi­jane. Ale słyszę płacz matek, które wiele razy mówiły mi: „Gdybym wiedziała, czym jest aborcja, nigdy nie zabiłabym dziecka”.
I między innymi dlatego chcę powiedzieć wszystkim kobietom: nie róbcie tego. Bo zabijacie nie tylko dziecko, ale też siebie. Rozmawiałem z lekarzami, którzy przez lata wykonywali aborcje, i oni mówili to samo: „Nie można zabić i pozostać tym sa­mym człowiekiem”.
M.T.: Rozmawialiśmy też z księżmi, którzy regularnie spowiadają kobiety z grzechu aborcji. Ksiądz mówił im: Pan Bóg ci wyba­czył. A one: ale my sobie nie wybaczyłyśmy.

Dlaczego nie obchodzi was równie mocno los kobiet, które są bite przez mężów?
Nie słyszycie ich płaczu zza ściany?
M.T.: A skąd pani wie, że nie słyszymy?
Bo protestujecie przeciwko konwencji o przeciwdziałaniu przemocy.
M.T.: Protestujemy przeciwko zapisom tej konwencji. I nie tym o przemocy, tylko przeciwko ideologicznym, lewackim po­mysłom płci kulturowej i rozwiązaniom genderowym.
T.T.: Polskie prawo skutecznie chroni kobie­ty przed przemocą. Poziom przemocy jest u nas niższy niż w Szwecji, gdzie konwen­cja już obowiązuje.

Wiecie dlaczego? Bo w Polsce kobiety rzadko zgłaszają, że padły ofiarą przemocy.
OBOJE: To absolutnie nieprawda.

Prawda, potwierdzi to każdy ekspert.
T.T.: Każdy ekspert genderysta. Mamy do nich takie samo zaufanie jak do aborcjonistów, którzy opowiadają, jak fantastyczne są środki antykoncepcyjne.
M.T.: Konwencja mówi, że źródłem prze­mocy są stereotypy religijne, kulturowe, tymczasem prawda jest taka, że najczęś­ciej przyczyną jest alkohol czy inne uzależ­nienia. A z policyjnych danych wynika, że w Polsce do przemocy domowej dochodzi najczęściej nie w małżeństwie, tylko w kon­kubinacie. Ofiarami są dzieci, a sprawcą konkubent ich matki.

Czemu pani wymawia to słowo z taką z pogardą?
M.T.: Gdzie tu pogarda? Tak to się nazywa! Konkubinat!

Związek, po prostu.
Tomasz Terlikowski
T.T.: Związek to był radziecki. A to jest konkubinat.

Ustawa o związkach partnerskich też wam się nie podoba.
M.T.: Po co legalizować coś, co z założe­nia ma być nieformalne? Jak ktoś chce być w związku formalnym, to zawiera małżeń­stwo cywilne. A jak chce żyć na kocią łapę, to niech żyje, ale niech nie domaga się przy­wilejów, które przynależą małżeństwu.
T.T.: We wszystkich krajach, w których wprowadzono związki partnerskie, spadła
liczba zawieranych małżeństw oraz spadła ich trwałość.

Nie macie czasem poczucia, że świat pędzi do przodu, a wy desperacko próbujecie go zatrzymać?
T.T.: Zasady moralne są niezmienne.
M.T.: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij.

A skąd założenie, że każdy musi się kierować zasadami religijnymi?
M.T.: To są standardy moralne, a nie religij­ne. A pani próbuje nam wmówić, że chce­my na siłę każdego nawrócić.
T.T.: A my chcemy tylko ludziom powie­dzieć, że jest dobry model życia i jest zły model. Nic na silę.

Ten zły to na przykład edukacja seksualna, z którą zaciekle walczycie. Ale przecież gdyby ją wprowadzić do polskich szkół, niechcianych ciąż byłoby mniej.
M.T.: Edukacja seksualna proponowana przez środowiska lewicowe jest dla nas nie do przyjęcia. Bo promuje rozpustę, homo­seksualizm, antykoncepcję. A kim są edu­katorzy? To osoby niewiele starsze od tych, które uczą. Jakie mają doświadczenie?
T.T.: Ich działalność opiera się na przekony­waniu: jeśli podejmujecie decyzję o współ­życiu, podejmujcie ją odpowiedzialnie. A co to znaczy? Stosujcie środki antykon­cepcyjne. Problem w tym, że żaden środek antykoncepcyjny nie jest w stu procentach skuteczny. A poza tym z brytyjskich badań wynika, że im wcześniejsza edukacja seksu­alna, tym wcześniejsza inicjacja.
M.T.: Edukacja seksualna, kliniki aborcyjne i przemysł farmaceutyczny to gracze z tej samej ligi. Chodzi im o to, by dziewczę­ta jak najwcześniej zaczęły się szprycować hormonami, które są im do niczego niepo­trzebne, ale muszą za nie zapłacić. Żeby jak najwcześniej rozpoczęły współżycie, dzięki temu jest prawdopodobne, że wcześnie zaj­dą w ciążę. I wtedy ich rodzice powiedzą, że trzeba ją usunąć. I znowu zapłacić.

W życiu nie słyszałam większej bzdury.
T.T.: To powiedziała właścicielka pięciu kli­nik aborcyjnych w Los Angeles.

Rozumiem, że przeszła nawrócenie i dręczyły ją wyrzuty sumienia.
T.T.: Tak. Ale nie jest katoliczką, tylko protestantką.
M.T.: Dziewczyny przez lata biorą tę anty­koncepcję, ponieważ wmówiono im, że muszą ją brać. I potem jest tragedia, bo skutek jest taki, że kiedy już chcą, to nie mogą zajść w ciążę. Wtedy proponuje im się in vitro, oczywiście za pieniądze. I jeszcze jedna sprawa: wczesna inicjacja seksu­alna, wielość partnerów skutkuje tym, że co trzecia osoba między 15. a 24. rokiem życia we Francji i Wielkiej Brytanii jest zarażona chorobami przenoszonymi drogą
płciową.

A właściwie co was to obchodzi?
M.T.: Bo mamy dzieci i chcemy je przed tym ustrzec.

Kto wam zabrania? Strzeżcie. Tylko nie zajmujcie się cudzymi dziećmi.
T.T.: A co obchodzi lewicę wychowanie sek­sualne moich dzieci? Jak wolność, to wol­ność. Jak rodzice chcą uczyć swoje dzieci zakładania prezerwatywy na banan albo ogórek, to niech idą do warzywniaki i sami zrobią lekcję w domu. A wy chcecie mi na­rzucić, żeby moje dzieci uczyły się rozpu­sty w szkole.

Wy za to chcecie odebrać innym dzieciom możliwość zdobycia wiedzy na temat biologii człowieka.
M.T.: W czwartej klasie szkoły podstawowej na przyrodzie są lekcje o tym, jak powsta­je człowiek.

Rozmawiała już pani z najstarszą córką o dojrzewaniu?
M.T.: Tak. Tłumaczę, jak się zmienia jej cia­ło, co ma obserwować, na co uważać. Cze­go może się spodziewać. Przygotowałam ją na pierwszą miesiączkę. Jak nadejdzie pora, zaprowadzę ją do ginekologa.

A kiedy zacznie myśleć o seksie? Co jej wtedy pani powie?
T.T.: Od zawsze tłumaczymy dzieciom, że współżycie jest zarezerwowane dla małżeń­stwa. Na pytanie, kiedy zacząć, odpowiedź jest prosta: po ślubie.

A jeśli któreś nie posłucha rodziców?
T.T.: Cokolwiek zrobią, zawsze będziemy je kochać. Ale nasz przekaz jest prosty: seks dopiero po ślubie. Synów chciałbym też nauczyć odpowiedzialności: jeśli je­steś ojcem, to nim jesteś. Wyjściem nie jest zabicie dziecka, tylko wzięcie za nie odpowiedzialności.

Prezerwatywy będą mogły stosować?
T.T.: Nie mamy wpływu na to, co nasze dzie­ci zrobią w życiu. Kiedy pytają, co to jest prezerwatywa, mówimy, że to coś złego.
I że po ślubie nie jest do niczego potrzeb­na. I będziemy im mówić jeszcze jedno: czy jak się przytulacie do mamy, to lubicie być ubrane w gumowy kombinezon? Czy chcielibyście, żebyśmy głaskali was po twa­rzy w gumowych rękawiczkach ? Podejrze­wam, że nie bardzo. Intymny akt między kobietą a mężczyzną jest tak piękną sprawą, że wprowadzanie między nich gumy czy plastiku jest nieestetyczne. Powiemy im też, że jeśli decydują się na akt seksual­ny, to muszą wiedzieć, że wyraża dwie pięk­ne prawdy o naturze ludzkiej. Pierwszą jest wzajemne oddanie się sobie małżonków, okazanie czułości i bliskości. A drugą: że to jest akt płodności.

Pani kiedyś powiedziała, że będziecie izolować dzieci od świata.
M.T.: Mnie się podoba teoria, którą słysza­łam na jakimś wykładzie, że dziecko jest jak roślina, którą najpierw chronimy, wkłada­my pod klosz. I kiedy...
T.T.: Staje się na tyle silna, by znieść wiatr, deszcz, słońce, zdejmujemy folię. Dzieci wychowujemy tek samo, chroniąc je przed rzeczami, które uważamy za złe. Wiedzą, że jest w świecie zło. Wszystkie z własnej woli modlą się za dzieci nienarodzone.

Co z tego rozumieją?
T.T.: Wiedzą, że są lekarze i rodzice, którzy wolą zabić swoje dzieci, niż pozwolić im się narodzić.

Czyli wychowujecie kolejne pokolenie Terlikowskich, którzy będą żyli w przekona­niu, że seks pozamałżeński to grzech, a antykoncepcja zło.
T.T.: Wychowujemy nasze dzieci do warto­ści, które są nam bliskie.

Pani przecież stosuje antykoncepcję, tyle że naturalną.
M.T.: Nie ma czegoś takiego jak antykon­cepcja naturalna. Poza tym to dość in­tymne pytanie. Po prostu chcę znać ciało, wiedzieć, jak ono funkcjonuje. W tym po­magają metody rozpoznawania płodności.
T.T.: Model Creighton nie jest systemem unikania poczęcia. Stosuje się go po to, by wiedzieć, kiedy dziecko począć. Tym się różni mentalność antykoncepcyjna od mentalności otwartej na życie. Dla mnie każde dziecko, które się pojawi - szóste, siódme czy ósme - będzie niespodzianką. Nic wpadką, tylko darem.
M .T.: Pani ciągle mówi, że to my narzucamy ludziom naszą wizję życia. A ja widzę coś innego: kiedy idę po ulicy z moimi dzieć­mi, to ich liczba jest często komentowana. Owszem, czasem ktoś życzliwie zapyta: jak sobie pani radzi? Ale z drugiej strony sły­szę pytania, czy wszystkie moje dzieci były planowane, czy trzeba nam gratulować, czy współczuć? Mówi się o nas: dziecioroby. Proszę zobaczyć, jak krytykowany jest wybór kobiety, która decyduje się zostawić pracę zawodową i zostać z dziećmi. Leń, utrzymanka, kura domowa...
T.T.: A kiedy my mówimy, że matka, która idzie do pracy, też coś traci, to wtedy jest krzyk, że narzucamy swoją ideologię.

To jest wojna na ideologie?
T.T.: To jest walka światów. To jest wojna pomiędzy cywilizacją życia a antycywilizacją śmierci.

A wy jesteście katolickimi fundamentalista­mi na tej wojnie?
OBOJE: Nie. Jesteśmy konsekwentnymi katolikami.

1 komentarz: