PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 4 lutego 2015

Prezydent z bazaru



Za chwilę wszystko się zmieni. Czuję ten kraj. Za miesiąc będzie sondażowy nokaut. Jedyne, co Komorowski zrobił w ciągu pięciu Lat swojej prezydentury, to zgolił wąsy - mówi kandydat na prezydenta.

Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA
NEWSWEEK: To już koniec Palikota?
JANUSZ PALIKOT: Kto chce składać Pa­likota do politycznej trumny, niech wie, że na taki widok musi jeszcze pocze­kać. Teraz jest czas zmartwychwstania. W wyborach prezydenckich będzie tak jak w 2011 r., gdy nikt nie wierzył, że Ja­nusz Palikot wprowadzi ludzi do Sejmu i stanie się trzecią siłą parlamentarną.

To byt: efekt nowości. Porwał pan młodych ludzi.
- Skończmy z mitami. Młodych było tylko 1,5 procent. Reszta, czyli 4,5 pro­cent, to byli dotychczasowi wyborcy SLD, a drugie tyle - rozczarowani Plat­formą. Łącznie ponad 10 procent. Dziś sytuacja jest podobna - SLD się sypie, a konto Platformy obciąża poczucie, że nic w Polsce nie idzie jak trzeba: za dużo biedy, za dużo biurokracji, za mało pra­cy, za niskie zarobki.

Tylko że Bronisław Komorowski ma świetne notowania.
- To jest sondażowa poprawność. Lu­dzie mówią, że Komorowski jest cacy, z szacunku do urzędu, choć wszyscy wiedzą, że to sarmata bez zębów, któ­ry nikogo nie kąsał, o nic się nie bił, za nikogo nie walczył. Jedyne, co zrobił w ciągu pięciu lat swojej prezydentu­ry, to zgolił wąsy.

A pan roztrwonił swoje 10 procent.
- W trzy lata stopniały do jednego procenta.
Chwileczkę, moja osobista weryfika­cja wyborcza była w 2011 r. Od tamte­go czasu nie kandydowałem w żadnych wyborach. I wtedy Palikot odniósł suk­ces. Inna sprawa, czy od tamtego czasu popełniłem błędy. Popełniłem. Chcia­łam budować jak najszerszą płaszczy­znę polityczną, więc próbowałem na wszystkie sposoby: raz z Gibałą w stro­nę przedsiębiorców, raz z Ikonowiczem ostro w lewo, potem znów uwierzy­łem w mrzonkę wielkiej lewicy
- Europę Plus. Teoretycznie to się musia­ło udać: najlepsi ludzie SLD: Kwaśniewski i Kalisz, najlepsi z Ordynackiej: Siwiec i Kwiatkowski, najlepsi od mnie Rozenek, Biedroń, Grodzka, nowa krew z Krytyki Politycznej: Szczuka i Nowacka. I Kutz szlachetny, i Celiński, i jeszcze parę wartościowych nazwisk. Ludzie z dorobkiem.

I się nie udało.
- No nie udało się. Polacy mają dość ukła­dania wszystkiego od góry. Już nie uwie­rzą w żadne gadanie, że na ruinach SLD i Twojego Ruchu powstanie pod przywódz­twem takiej czy innej kawiarnianej posta­ci ruch reprezentujących interesy. Dlatego ruszyłem w Polskę. Ludzie chcą budowa­nia nowej jakości od dołu. W kampanii prezydenckiej objeżdżam region za regio­nem. Szkoły, bazary, więzienia, teatry. Roz­mawiam z ludźmi i wiem, że w ich sercach i umysłach nie istnieje Bronisław Komo­rowski. Gdy zapytać na bazarze o Komo­rowskiego, to on tam nic nie znaczy.

A Andrzej Duda znaczy?
- Też nic. Zero. PiS strzeliło sobie w stopę. Kaczyński budzi emocje u ludzi. A Duda to kandydat wyjęty z kapelusza. To cień kandydata.

Pani Ogórek?
- Pani Ogórek tak samo. Proszę posłać któregokolwiek z tych zawodników na ba­zar i zobaczy pani, że w pięć minut nie bę­dzie żadnego z nich.

Uczepił się pan tego bazaru jak przekupka.
- Bo tam jest prawdziwe życie, a nie w Sejmie czy w mediach wśród gadają­cych głów.

Zrobił pan uczciwy rachunek sumienia i odpowiedział sobie na pytanie, dlaczego pana partia splajtowała?
- Jeśli pyta pani, czy umiem się uczyć na błędach, to odpowiadam: umiem. Jestem mądrzejszy o doświadczenie ostatnich trzech lat. Uczyłem się w tym czasie rze­miosła politycznego, które Tusk i Kaczyń­ski ćwiczyli przez 20 lat.

Ale pan nie będzie miał tylu lat, ludzie panu uciekli, czyli oblat pan trenerski test.
- Być może... Chociaż paru zawodników wybiło się przy mnie politycznie: Robert Biedroń, Anka Grodzka, Andrzej Roze­nek, Baśka Nowacka. Kto wcześniej o nich słyszał?

A teraz odchodzą jeden pod drugim. Po­dobno mówi pan o nich: zdrajcy.
- Uważam, że elementarna przyzwoi­tość wymaga od każdego, kto wszedł do parlamentu na moich plecach, aby dziś zadeklarował: „Moim kandydatem na pre­zydenta jest Janusz Palikot”. A jak się nie podoba, to niech składa poselski mandat, zakłada własną partię i udowadnia, co jest w stanie sam osiągnąć. To proste. Tak się umawialiśmy.

Biedroń nie zadeklarował, więc wysmażył pan dla niego filmik z połajankami.
- Przypominałem mu tylko, kto go bronił, gdy Biedronia poniżał Wałęsa i wyśmie­wał Tusk.

A nie prościej było sięgnąć po telefon i za­dzwonić do niego?
- Dzwoniłem, ale nie odbierał.

I ostatecznie Biedroń publicznie stwierdził, że pora przeciąć pępowinę.
- Prezydent miasta musi być samodzielny, ale zobaczymy za rok. Mogę się założyć, że miejska sitwa, której odebrał w Słup­sku władzę, zechce odzyskać teren i zorga­nizuje referendum w sprawie Biedronia. Zobaczymy wtedy, kto oprócz Janusza Pa­likota stanie po jego stronie.

Pytanie, kim będzie wówczas Janusz Pali­kot? Przegrane wybory prezydenckie, chwilę później parlamentarne.
- Mój scenariusz jest zupełnie inny. Zwy­cięstwo jest w zasięgu ręki. Wiem, że to brzmi, jakbym był szalony, bo w sonda­żach prezydenckich mam 2-3 procent i to jest okrutnie mało, ale za chwilę wszystko się zmieni. Czuję ten kraj. Za miesiąc bę­dzie sondażowy nokaut.

Pan żyje w jakiejś utopii.
- Nie. Ja umiem czytać dokładniej niż ana­litycy i dziennikarze. Dziś sytuacja jest o wiele łatwiejsza niż w 2011 r. Wtedy to były wybory parlamentarne, gdzie trze­ba było mieć 40 dobrych jedynek i set­ki osób do wypełnienia list wyborczych. Trzeba było od podstaw zbudować partyjną machinę. A teraz to jest kwestia jednego człowieka - Janusza Pali­kota. Po drugie, nie ma dziś, jak wtedy, ostrego konfliktu smoleńskiego, który pomagałby kandydatom PiS i PO. Dziś mamy emocjonalną flautę. Plażę. Wystar­czy mały ruch i bierze się wszystko.

Wszystko? To ile pan sobie daje procent w wyborach prezydenckich?
- Kilkanaście i wejście do drugiej tury. Ko­morowski bardzo się myli, zakładając, że sprawa rozstrzygnie się już w pierwszej turze. Ta opinia, że wszystko jest poza­miatane, to dla niego zabójstwo. Ludzie myślą: Komorowski i tak wygra, więc po co się będę fatygował? Dodatkowo jego elektorat demobilizuje brak zagrożenia ze strony PiS. Brak tego strachu przed Ka­czyńskim, który napędzał wyborcę PO, Komorowskiego zabije frekwencja.

A Palikota?
- Mam dla ludzi świeżą propozycję. Pola­kom wmówiono, że prezydent to żyrandol i kompletnie nic nie może, a to nieprawda. Ja obiecuję prezydenturę aktywną. Tłu­maczę ludziom, że gdy przyjdzie do mnie jako prezydenta premier Kopacz, Schetyna, czy kto tam wygra wybory, i powie: podpisz mi ustawę o wydłużeniu wieku emerytalnego albo górniczą, to ja odpo­wiem: „Podpiszę, jeśli ty załatwisz mi to, na czym mi zależy, np. firmę na próbę”. To będzie rewolucja w polskiej polityce.
Co z tego, że przygotowałem 120 ustaw, skoro wszystkie wylądowały w koszu? I tak będzie dalej, nieważne, czy wygra PO, czy PiS. Kii ucz będzie trwał. Ten kraj może zmienić tylko aktywny prezydent. To jedyna szansa odblokowania polityki.

Pan proponuje szantażowanie rządu za po­mocą prezydenckiego weta.
- Nie szantaż, tylko wymuszanie zmiany. Przyzwyczailiśmy się, że prezydentura to ordery, medale, przemówienia, uśmie­chy, uściski ręki. Model celebrycki albo historyczno-celebrycki, a przecież pre­zydent jest wybierany w bezpośrednich wyborach, czyli ma największy wśród po­lityków mandat zaufania, i co w zamian oferuje ludziom? Ja będę pytał o każ­de proponowane przez rząd i parlament rozwiązanie.

Chce pan permanentnego referendum?
- Bezpośredniej demokracji. Dziś ludzie myślą: zagłosuję raz na cztery lata i gówno z tego, bo następnego dnia i tak ci wybrani zrobią, co chcą. Dlatego ludzi trzeba ciągle pytać. Ciągle trzeba być na tym bazarze.

Jako prezydent będzie pan chodził na bazary i pytał ludzi, co sądzą o ustawach?
- Dzięki technice nie trzeba wychodzić z pałacu, żeby dowie­dzieć się, co ludzie myślą. Można pić kawę i udzielać wywiadu, a jednocześ­nie za pomocą internetu poznawać opi­nię Polaków.

Głos ludu nie zawsze bywa rozsądny.
- I wtedy prezydent może powiedzieć: choć jesteście przeciw, podpiszę ustawę, ale wytłumaczę wam dlaczego. Prezydent ma obowiązek dawać tym, którzy go wy­brali, poczucie, że liczy się z ich głosem nie tylko przy urnie wyborczej. Aktywna pre­zydentura to obietnica, że zmuszę rząd do wzięcia odpowiedzialności za tworzenie miejsc pracy i zwiększenie wynagrodzeń.

Pan chce po prostu wejść w buty premiera.
- Nie, ale prezydent powinien mieć wię­cej do powiedzenia w sprawach gospodar­czych. Tak jak Wałęsa miał prezydenckie resorty siłowe, tak ja jako prezydent chciał­bym mieć wpływ na resorty gospodarcze. Szlag mnie trafia, gdy słyszę o wybitnych polskich naukowcach, dla których brakuje para milionów, aby wdrożyć ich przełomo­we wynalazki w życie. Chcę, żeby tu, a nie za granicą, było dla nich miejsce. Pani Ogó­rek, pan Duda ani facet bez wąsów tego nie zapewnią. Nie są gwarantem żadnej zmia­ny, a ja już udowodniłem, że potrafię do­konywać zmiany w polskim myśleniu. W sprawie homoseksualistów czy obecno­ści Kościoła w państwie formalnie niewiele się zmieniło, ale mentalnie żyjemy winnym kraju niż sprzed ery Palikota.

Chce pan być prezydentem antyklerykałem?
- Nie walczę z religią i Kościołem, ale nie ukrywam, że chcę świeckiego charakteru prezydentury. Jako prezydent zamierzam wypowiedzieć konkordat i doprowadzić do płacenia przez księ­ży podatków, tak jak czynią to wszyscy obywatele.

W tym roku minie 10 lat obecności Janu­sza Palikota w polityce. Czego się pan o sobie w tym czasie dowiedział?
- Ze mam charyzmę. Mam zdolność na­mawiania ludzi do działania, organizowa­nia ich i zmieniania mentalności.

Czegoś się pan boi?
- Ze zawiodą ludzie.

Bo nie zagłosują na pana?
- Nie. Ze tak jak w Ruchu Palikota wciąg­nę ludzi do polityki, bo będzie przecież trzeba od nowa zbudować zespół kancela­rii prezydenta, a oni...

Zaraz, zaraz! Pan się już dziś martwi tym, że trudno będzie zapełnić prezydencką kancelarię?
- Głównie tym się martwię. Tylu ludzi, na których postawiłem, okazało się niewarty­mi tego.

Ludzie, którzy pana znają, np. Kalisz czy Rozenek, mówią, że największym wrogiem Janusza Palikota jest Janusz Palikot.
- Największym wrogiem każdego czło­wieka jest on sam. Zwłaszcza w polity­ce, gdzie wielką rolę odgrywają wybujałe ambicje.

Pan się z nimi nie kryje.
- Jestem szczery.

Co próbuje pan sobie udowod­nić, brnąc w politykę, gdy wszy­scy stawiają na panu krzyżyk?
- Sobie i ludziom to samo: że wszyst­ko jest możliwe. Takie jest hasło mojej kampanii.

A żona nie mówi panu: daj sobie z tym spokój?
- Żona ciągle powtarza: jedźmy do Maro­ka, popatrzmy na morze, ale równocześnie rozumie moją pasję. Zdaje sobie sprawę, że muszę dokończyć to, co zacząłem. Mu­szę mieć poczucie, że doprowadziłem wszystko do końca.

Tylko pytanie, jaki będzie koniec?
- Rodzina zawsze przychodzi na cmen­tarz (śmiech), dlatego gdy wszyscy próbu­ją mnie złożyć do trumny, najbliżsi wołają: „Wstawaj! I bierz się do roboty!”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz