PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 4 lutego 2015

Rottweiler



Raz chce podpalać Polskę, raz być ojcem narodu. Lider Solidarności Piotr Duda coraz mocniej rozpycha się Łokciami w polityce.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Po co ten ch... tu przyjechał? - wściekł się Dominik Kolorz na wieść, że Piotr Duda jest na Śląsku. Kolorz jest regionalnym szefem związku i to on w imieniu górników nego­cjował niedawne porozumienie z rządem.
- To była środa. Późny wieczór. Duda przyjechał do kopalni Brzeszcze. Kolorz miał za sobą 70 godzin rozmów i porozu­mienie bliskie podpisania. Przyjazd Dudy sprawił, że wróciliśmy do punktu wyjścia. Tylko dlatego, że szef Solidarności zorien­tował się, po tygodniu od rozpoczęcia ne­gocjacji, że nie jest pierwszoplanowym aktorem tego spektaklu - opowiada jeden z rządowych negocjatorów.
- Bzdura - mówi „Newsweekowi” Piotr Duda. - Musiałbym być skończonym dra­niem, żeby przeciągać negocjacje, gdy lu­dzie siedzą pod ziemią, a ich żony i matki czekają na powierzchni.
Duda ostro wszedł wtedy do gry. Posłom groził: „Znamy wasze adresy, wiemy, gdzie mieszkacie, i immunitet wam nie pomoże. Wielu zasłużyło, by dostać w pysk”.

Straszak i pierdoły
Czwartek był już naprawdę gorący. W Sejmie trwała burzliwa debata na te­mat ustawy górniczej, a na Śląsk zaczęli ściągać liderzy protestów z całego kraju. Duda ogłosił ogólnopolskie pogotowie strajkowe.
- Zrozumieliśmy, że jeśli porozumienia nie uda się podpisać w nadchodzący week­end, to będziemy rozmawiać nie o tym, czy ustąpiła Kopacz, czy górnicy, ale o po­żarze, który rozleje się na cały kraj. Duda doskonale wie i rząd wie, że związki zawo­dowe żyją Śląskiem. To jest motor wszyst­kiego, to jest punkt zapalany - mówi jeden z ministrów.
W sobotę doszło w Zabrzu do starć protestujących z policją. Tego samego dnia rząd poszedł na kompromis. Do­minik Kolorz podpisał porozumienie w obecności premier Kopacz. Pokazały to wszystkie telewizje. Dudzie pozosta­ła rola suflera: „Byłem tam, gdzie miałem być, czyli w Zabrzu. Rozdzielałem policję od manifestantów. Tam były całe rodziny, dzieci. O mały włos doszłoby do tragedii” - mówił.
- A kto tych ludzi do Zabrza ściągnął? - pyta współpracownik premiera. - Niech Duda nie zgrywa męża opatrznościowego.
- Wydarzenia na Śląsku jasno pokazały, że Duda to lepszy zadymiarz niż negocja­tor - mówi Władysław Frasyniuk, znany działacz pierwszej Solidarności.
- Pokazały, nie pierwszy zresztą raz, że Piotr Duda gra przede wszystkim na siebie - ocenia były prezydent i pierwszy szef So­lidarności Lech Wałęsa i dodaje: - Duda, podobnie jak wcześniej Śniadek, Krza­klewski i Wałęsa, nie zrozumiał, na czym polega przejście od komunizmu do kapita­lizmu. Ze to nie takie hop-siup, że nie wy­starczy przeskoczyć przez płot i wszystko będzie załatwione. To jest proces o wiele trudniejszy. I Kolorz wydaje się to lepiej rozumieć niż Duda.
Na Kolorza w ostatnim czasie stawia też strona rządowa. Ministrowie nie ukrywa­ją, że woleliby go widzieć na czele związku, bo jest bardziej odpowiedzialnym partne­rem do rozmów. A Duda to awanturnik
podpalacz, jak mówi współpracownik premier Kopacz. - Gdy z górnikami zo­stało załatwione, sięgnął po energetyków, kolejarzy, pocztowców, nauczycieli i po­sługuje się nimi jak straszakiem, którym macha rządowi przed nosem. I liczy, że postawi premier na baczność.
- To proste - tłumaczy z kolei Jerzy Borowczak, dawny kolega Dudy i legendarny działacz Solidarności (obecnie poseł PO).
- Kolorz walczył wyłącznie o górników. Gdy ugrał swoje, chciał odstąpić od gry, a Duda dopiero wówczas zaczął licytować. Górnicy to dla niego tylko punkt wyjścia do podbijania stawki.
W efekcie szefowi S dość nieoczekiwa­nie wyrósł pod bokiem groźny konkurent. Choć Duda i Kolorz mają biura w tym samym budynku, nie spotykają się zbyt często. I nie chcą komentować ostatniej rozgrywki, - Byliśmy obaj świadomi, że będą potrzebne różne metody. Piotr Duda uważał, że mocniejsze zagranie może być konieczne. Ale gdyby coś nie wyszło, od­powiadalibyśmy za to w tym samym stop­niu - mówi „Newsweekowi” Kolorz.
- Nie poróżnią nas. Z Dominikiem zna­my się wiele lat i śmiejemy się z tego, jak chcą nas rozegrać politycy - zapewnia Piotr Duda.
- Niczyje umacnianie pozycji mnie nie interesuje. Jestem przewodniczącym na Śląsku i tylko to się dla mnie liczy, a nie żad­ne propozycje czy sugestie budowania frak­cji lub kandydowania do sejmów i innych pierdoł. Jestem człowiekiem antysystemowym i pogoniłbym całe to towarzystwo na Wiejskiej - mówi Kolorz. Duda zapewnia w tym samym tonie: - Do polityki? Nigdy!
Gdy w 2010 r. został szefem Solidar­ności, mówił, że nie wyklucza kariery po­dobnej do poprzednich szefów związku, którzy skończyli w polityce. - Nigdy nie mówi się nigdy - żartował Duda. Dziś za­pewnia: - Przekonałem się, jakim bagnem jest polityka. Nazwani się Piotr Duda, a nie Śniadek, Krzaklewski czy Wałęsa.

Ile Dudy w Dudzie
- Duda wie, że w roku wyborczym nie może się przyznać, że chce wejść do poli­tyki, bo zjedlibyśmy go, okrzyknęli zbroj­nym ramieniem PiS, co dla szefa związku zawodowego, który właśnie został po­wtórnie wybrany, oznaczałoby śmierć - mówi minister z PO.
Duda prowadzi więc grę pozorów. A gra­czem, jak zapewnia poseł Borowczak, jest dobrym: - Jest nieźle przeszkolony psy­chologicznie, bo tylko takich wysyłano na wzgórza Golan i do Syrii. Wiem, bo obaj byliśmy w czerwonych beretach.
Najczęściej rozgrywa Jarosława Kaczyń­skiego. Zaczęło się od razu, gdy został sze­fem związku i wy tli szył z prezesem PiS na pielgrzymkę ludzi pracy na Jasną Górę. W odróżnieniu od Śniadka to on przema­wiał na Jasnej Górze, a Jarosław Kaczyński tylko stał z boku. Potem razem rozpoczę­li batalię przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego. Kaczyński zabiegał o możli­wość występów Dudy na mównicy sejmo­wej, a związkowcy opasujący parlament łańcuchami wypuścili z Sejmu tylko preze­sa PiS. Ale żeby nie było za słodko, Duda zapewniał wtedy: - To była decyzja wice­szefa stoczniowej S, gdyby to ode mnie za­leżało, Kaczyński nie wyszedłby i kropka. Bardziej chwalił wówczas Leszka Mille­ra, który ze związkowcami śpiewał „Mury” Kaczmarskiego i dziękował Robertowi Biedroniowi oraz Annie Grodzkiej, że za­głosowali przeciw ustawie, którą ich partia programowo poparła.
Kolejna próba sił z prezesem PiS odbyła się podczas jednej z największych demon­stracji, która w 2012 r. przeszła ulicami Warszawy. Marsz „Obudź się, Polsko” był wspólną inicjatywą PiS, Solidarności i Ta­deusza Rydzyka. Kaczyński chciał wtedy ogłosić kandydata na premiera, ale Duda postawi weto. Zagroził, że jeśli prezes PiS to zrobi, 20 tys. związkowców biorących udział w manifestacji zaprotestuje prze­ciwko niemu. - Dudzie nie podobało się, że Kaczyński chce wykorzystać związek do budowania pozycji PiS. Zresztą to o na­szym szefie mówiło się wtedy, że mógłby być kandydatem na premiera popieranym przez partię Kaczyńskiego - wspomina związkowiec z kierownictwa Solidarności.
Kandydatem PiS dwa dni po manifesta­cji został prof. Piotr Gliński. Jak się szyb­ko okazało, polityczny niewypał. Idea kandydata społecznego, mającego popar­cie największej partii opozycyjnej, jed­nak pozostała i wróciła wraz z wyborami prezydenckimi. - W PiS zrobiono ba­dania, z których wynikało, że Duda ma duże szanse na wejście do drugiej tury. Ale który Duda? - mówi działacz związ­kowy i przyznaje, że gdy Kaczyński ogłosił kandydata na prezydenta Andrzeja Dudę, szef Solidarności był bardzo rozczarowa­ny: - Coś jakby się w Piotrze zablokowa­ło. Potem dużą przyjemność sprawił mu
prezydent Bronisław Komorowski, któ­ry zapytany o rywala do pałacu prezyden­ckiego, powiedział: „Duda? Ja znam tylko jednego Dudę, Piotra”.
- Czy PiS wybrało nie tego Dudę? - py­tam szefa Solidarności.
- PSL chciało podobno przejąć od PO wiceministra pracy Jarosława Dudę i też wystawić go na prezydenta - żartuje i za­raz bardzo poważnie dodaje: - Nie intere­suje mnie odziewanie w buty prezydenta. Mnie nikt nie kupi. Ja walczę o ludzi, o których politycy nie pamiętają. Znam biedę. Wiem, ile co kosztuje, sam robię zakupy, mieszkam, nie jak kiedyś o mnie napisali, w zabytkowej kamienicy, ale w familoku z 1892 r.
Z Kaczyńskim nie spotkał się, od kie­dy ten ogłosił swego kandydata na pre­zydenta. Nawet ostatnio na Śląsku, gdzie obaj próbowali rozegrać sprawę górników. PiS urządziło wyjazdowe posiedzenie swoich posłów w Rudzie Śląskiej i An­drzej Duda próbował wejść do kopalni. Piotr Duda w tym czasie zagrzewał górni­ków do walki i wyprowadzał ich na ulicę.

Smutny chichot historii
- Problemem Piotra Dudy i jego pokolenia związkowców jest to, że nie mieli swoje­go Sierpnia, wydarzenia, które wyniosłoby ich politycznie. Dlatego ten Śląsk był taki ważny. Duda wyczuł okazję do rozpętania walki o wielką sprawę, a nie tylko palenia opon przed Sejmem. Jemu potrzeba ogól­nonarodowego zrywu, który wykreowałby na lidera nie tylko związku zawodowego, lecz także ruchu społecznego - mówi oso­ba z Kancelarii Premiera.
Bogdan Borusewicz, marszałek Senatu i legenda Solidarności, powiedział kiedyś: „Przewodniczący Piotr Duda w czasach stanu wojennego był po drugiej stronie, ochraniając z dywizją powietrzno-desantową radio i telewizję. To chichot historii”.
- To było świństwo. Te słowa bardzo mnie zabolały. Czy jest moją winą, że jed­nych brali do więzienia, a innych do woj­ska? Do Solidarności zapisałem się od razu, w 1980 r. Gdy zabili górników na Wujku, miałem 19 lat, roznosiłem wstąż­ki żałobne. Dorwał mnie komisarz woj­skowy, spisał i wysłał do armii. W 1982 r. byłem już w czerwonych beretach. Musia­łem odbyć służbę wojskową i jak najszyb­ciej z niej zwiewać. Czy to jest podstawa, by kogoś oczerniać - pyta Duda. A my py­tamy Borusewicza. - Tamta wypowiedź miała tylko podkreślić fakt, że Piotr Duda to zupełnie inne pokolenie związkowców. Dla takich jak ja współpraca z OPZZ była nie do pomyślenia. Duda z OPZZ idzie ra­mię w ramię - odpowiada.
- Myśleli może, że będę służyć Plat­formie, i się zawiedli - dorzuca Duda. A prawda jest taka, że i on zawiódł się na Platformie, do której początkowo pusz­czał oko. Gdy rząd rozpoczął pracę nad ustawą emerytalną, przywiózł Tuskowi pod kancelarię trumnę. Premier przerwał wówczas posiedzenie Rady Ministrów i zaprosił Piotra Dudę do gabinetu. Szef związkowców poczuł się równoprawnym partnerem. O Tusku mówił wówczas: „Z nim nie ma gadki szmatki. Z nim jest konkretna dyskusja”.
Dziś pytam go o porównanie z Ewą Ko­pacz. - Z premierem Tuskiem była twarda rozmowa, jak facet z facetem. A z kobietą trzeba być grzecznym, szarmanckim, tak jestem wychowany. To mały dyskomfort - odpowiada.
- Duda myślał, że nowa premier, debiutantka, łatwiej da sobie zarzucić pętlę na szyję. A górnicy będą takim stołeczkiem, który wystarczy kopnąć i rząd przesta­nie istnieć - mówi Władysław Frasyniuk.
- Tymczasem stało się inaczej.
- Na razie - ocenia Lech Wałęsa - jest jeden zero dla Ewy Kopacz, tylko teraz
musi jeszcze wytrwać i utrzymać ten wynik.

10 procent
Już po śląskich awanturach pojawiły się spekulacje, że Duda wystawi w zbliżających się wyborach do parlamentu własne listy. To ruch ryzykowny, bo mógłby nie prze­kroczyć progu wyborczego, ale jednocześ­nie bardzo osłabiający PiS. Związkowcy kandydowali dotychczas z list Kaczyńskie­go. Śniadek był jedynką w Gdyni.
- Piotr Duda prowadzi z nami grę przed­wyborczą. Próbuje podbić stawkę - ocenia poseł PiS. Nieoficjalnie mówi się, że Soli­darność ma dogadane 10 procent miejsc na listach PiS.
- Może Duda chce 15 procent? - pytam.
- A może chce zagwarantowania związ­kowcom np. stałego miejsca we wszyst­kich okręgach? Aby w połowie okręgów wprowadzić jednego posła? - odpowiada mój rozmówca.
Z 15 posłami można stworzyć własny klub parlamentarny. Duda nawet będąc poza polityką, mógłby wtedy wyprowa­dzić swoich ludzi z PiS i być w Sejmie siłą rozgrywającą.
- Nikomu nie zamierzam torować drogi do polityki. Nie jestem od załatwiania list wyborczych. Jeśli ktoś ma ochotę, niech sam zabiega - odpiera zarzuty o politycz­ne knowania wyborcze. - Ja jestem sierotą po POPiS-ie - dodaje.
- POPiS był dziesięć lat temu. Mamy rok 2015 i polska scena polityczna zaczyna się kruszyć. Każdy sposób rozwalenia PiS jest dobry. Jeżeli zrobi to Piotr Duda, to życzę mu powodzenia - mówi Władysław Fra­syniuk. - O Dudzie jeszcze usłyszymy. To silna osobowość, najbardziej charyzma­tyczny szef Solidarności po Wałęsie.
- Demagog i populista? - pytam.
- Oczywiście, taki właśnie musi być li­der związkowców - odpowiada Frasyniuk.
- Mówią o mnie, że jestem rottwei­ler. Ludzie zapraszają mnie do zakładów pracy, żeby poszczuć mną swoich szefów.
I czasami to naprawdę działa - mówi Piotr Duda. - Powiem pani szczerze, jeśli mogę w ten sposób poprawić sytuację polskich pracowników-, to mogę być i rottweilerem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz