PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 27 sierpnia 2015

Czy mamy w Polsce głodne dzieci?



Hasło „głodne dzieci" zawsze działa. Ale o kim i o czym naprawdę mówimy?

Temat tym razem wy wołał prezydent Andrzej Duda zaraz po swoim zaprzysiężeniu w Sejmie. Mówiąc o konieczności naprawy Polski, wypomniał rzą­dowi „dzieci, z których wiele dzisiaj nie dojada”. Podniósł się rwetes, ruszyła polityczna wymiana ciosów.
- Wiem, że jest w Polsce bardzo wiele dzieci, które są głod­ne - oświadczyła zaraz Beata Szydło. Rzecznik PiS po­wiedział o „800 tys. głodujących dzieci”, a Leszek Miller o „400-450 tys. głodnych dzieci”. „Idą do szkoły głodne i wracają ze szkoły głodne. To jest hańba dla współcze­snego państwa polskiego" - grzmiał.
   Dla socjolog prof. Elżbiety Tarkowskiej, dyrektor Insty­tutu Filozofii i Socjologii Akademii Pedagogiki Specjal­nej, która od lat bada zjawisko biedy i ubóstwa w Polsce, ta awantura to kolejna odsłona przedmiotowego trak­towania dzieci dla potrzeb walki politycznej, co zresz­tą, jak przyznaje w rozmowie z POLITYKĄ, obserwuje od dawna. - Od 20 lat prowadzę badania i przy różnych okazjach to widziałam: na co dzień politycy nie interesują się dziećmi, tylko od czasu do czasu wybuchają właśnie takie awantury, w których tymi dziećmi ktoś coś sobie zała­twia - mówi. Kilka miesięcy temu przeczytała w jednym z portali prawicowych o 2 min głodnych dzieci, gdzie indziej - o pół milionie. - Powoływano się na badacza, którego znam, i przy naj­bliższej okazji zapytałam go o to. W ogóle nie wiedział, o co chodzi.

  Bo w rzeczywistości nie ma żadnego rzetelnego badania, które ujawniałoby głód w Polsce.
- Można, mówić o dzieciach żyjących w biedzie, w rodzinach, które mają bardzo skromne dochody - zauwa­ża prof. Tarkowska. - Ale w przypadku skrajnej biedy dzieciom przysługuje posi­łek w szkołach, nie wszystkie z tego chcą korzystać z różnych powodów, ale wszyst­kie mają do niego prawo. Więc o jakim głodzie jest mowa?
   Magdalena Szymczak, koordynatorka Programu Dożywiania Polskiej Akcji Hu­manitarnej, z miejsca ustawia problemy polskich dzieci w odpowiednich proporcjach. – W 2011 r. udzielaliśmy pomocy w Rogu Afryki z powodu klęski głodu. W Somalii umarło wtedy250 tys. osób, w większości dzieci do piątego roku życia, zatem z perspektywy organizacji humanitarnej zjawisko głodu ma zupełnie inny wymiar - mówi. Wtedy w Somalii nie rozdawali żywności ani nie zajmowali się finansowaniem posiłków jak w Polsce - tam dostarczali odżywki terapeutyczne, by wyprowadzać ludzi ze skraj­nego wycieńczenia. Z głodu się umiera. - W Polsce nie mamy do czynienia z głodem. Mamy duży problem z dzieć­mi niedożywionymi, które nie jedzą wystarczającej ilości posiłków, żeby dobrze się rozwijać-tłumaczy Magdalena Szymczak.
  Kłopot w tym, że nikt tak naprawdę nie może nawet powiedzieć, ile jest takich dzieci.

Kłopoty z liczeniem
   Gdy przyjrzeć się dokładniej rzucanym dziś liczbom, to okazuje się, że owo przywołane „800 tys. głodnych dzieci” to dane z konferencji Fundacji Maciuś w 2013 r. Wtedy, prowokując ogólnokrajową awanturę, podano tę właśnie liczbę - ale bynajmniej nie jako dzieci głodnych, tylko niedożywionych dzieci z klas 1-3. To i tak byłoby ogromnie dużo; ośmioro na dziesięcioro dzieci. Niebawem okazało się jednak, że te dane zostały mocno przekręcone i podkręcone. Obliczeń dokonano na podstawie ankiety - 500 nauczycieli i 300 pracowników opieki społecznej usłyszało podczas badań pytanie: „jak się panu wydaje, jakiego procentu dzieci w klasach 1-3 w szkole czy gminie może dotyczyć problem niedożywienia?”. Z odpowiedzi wynikało, że 7-8 proc., co nijak miało się do 800 tys.
   Padły zarzuty bezwstydnej manipulacji - wszystko po to, by zrobić odpowiednio mocne wrażenie, co miało przełożyć się na wysokość datków dla organizacji. Głos zabrał w końcu sam Dom Badawczy Maison, realizator ankiety, stwierdzając, że jej wyniki nie pozwalają na sta­wianie tez, jakie wysunięto na konferencji Maciusia.
   Tymczasem historia z danymi wziętymi z sufitu skierowała na fundację uwagę dziennikarzy „Rzeczpospolitej”, którzy dopatrzyli się w niej dziwnych transferów finan­sowych. Okazało się, że w 2009 r. 5,1 min zł z darowizn uzyskanych przez fundację zostało przesłane do firmy szwajcarskiej, w 2010 r. podobnie: 343 tys. zł przeznaczo­no na dożywianie dzieci, a 3,8 min zł poszło do spółki w Szwajcarii. I podobnie w 2011 r. Prezes fundacji tłumaczył, że szwajcarska spół­ka prowadzi „kampanię komunikacyjną z darczyńcami”, dzięki czemu fundacja ma pieniądze. Sprawą zainteresowała się gdyńska Prokuratura Rejonowa, któ­ra wszczęła śledztwo z art. 296 par. 3 Ko­deksu karnego, czyli nadużycia zaufania i wyrządzenia szkody wielkich rozmia­rów (do 10 lat więzienia). Śledztwo, jak to u nas, jest nadal w toku. Jak wyjaśnia prokurator rejonowa, materiały ze Szwaj­carii w trybie pomocy prawnej już do prokuratury wpłynęły, trwają obecnie prace nad przygotowaniem analiz finansowych i opinii biegłych.
   Raz rzucone liczby żyją jednak wła­snym życiem. Informację o „800 tys. dzieci, które głodu­ją w naszym kraju”, z powołaniem się na wspomniane badania Domu Badawczego Maison, do dziś powiela na swoich stronach wiele organizacji (w tym nawet tak szacowna jak Caritas).

Patrzy z zazdrością
   Problemy pojawiają się również przy interpretacji przy­woływanych także danych GUS, według których skrajne ubóstwo dotyczy prawie 10 proc. dzieci i młodzieży po­niżej 18. roku życia - co daje znów ok. 800-900 tys. dzie­ci. I znów robi wrażenie. Prof. Tarkowska tłumaczy jednak, że ubóstwo nie oznacza od razu głodu dziecka. Wspomina swoje badania, które przeprowadzała pod kątem sposobów zaspokajania potrzeb w ramach rodzi­ny. - W najbiedniejszych rodzinach zawsze potrzeby dzieci były na pierwszym miejscu, o ile nie była to rodzina z jakąś dysfunkcją czy patologią, np. alkoholizmem - mówi. Pa­mięta kobietę, matkę ośmiorga dzieci, z byłego PGR, która powiedziała, że nie mogłaby pójść spać, gdyby uważała, że jej dzieci są głodne. Zresztą rzecznik GUS od razu za­znaczył, że te dane w żadnym razie nie mówią o głodzie ani nawet o niedożywieniu, bo obu pojęć żadna statystyka nie ujmuje.
   Z problemami ze statystyką zderzyła się też swego czasu Polska Akcja Humanitarna, gdy chciała osza­cować skalę problemu niedożywienia dzieci. Już sam termin „niedożywione dziecko” okazał się kłopotliwy. 44 proc. respondentów - nauczycieli i pedagogów szkol­nych-mówiło, że „to dziecko głodne, przychodzi głodne z domu”, nieco mniej, bo 36 proc., że to dziecko, które nie je odpowiedniej liczby posiłków, ale dla 22 proc. bada­nych było to też dziecko, które przychodzi do szkoły bez swojego jedzenia. Na dalszych miejscach jako „niedoży­wione dziecko” wymieniano dzieci pochodzące z bied­nych rodzin, mające bóle brzucha, z zawrotami głowy, nie mogące się skupić na lekcji. Ale dla zaledwie 6 proc. badanych niedożywionym dzieckiem było „to, które pa­trzy z zazdrością najedzenie innych dzieci, dopytuje się od rana, co będzie do jedzenia”.
- Zjawisko niedożywienia okazało się na tyle trudne do uch wycenia, że zaprzestaliśmy prób i polegamy przede wszystkim na danych, które do nas spływają ze szkół bądź organizacji pozarządowych - mówi Magdalena Szymczak. Rocznie do PAH wpływa ok. 200 wnio­sków ze szkół i różnych organizacji o pieniądze na posiłki dla dzieci. - Skoro wpływają wnioski, znaczy jest potrzeba - kwituje dopytywania o korelację po­mocy organizacji pozarządowych z po­mocą państwową.

Dożywiają wszyscy
   Tylko jedno jest więc pewne: rokrocznie na dożywianie państwo przeznacza z bu­dżetu ok. 550 min zł. Gminy dokładają ok. 280 min zł rocznie, zaś ok. 70 min euro pochodzi ze środków unijnych. W stycz­niu tego roku Sejm głosami wszystkich partii przyjął sprawozdanie z realizacji programu wieloletniego „Pomoc państwa w zakresie dożywiania” za okres styczeń 2010 r. - grudzień 2013 r. - Trzeba stwierdzić, że uchwalony w 2005 r. przez ówczesny Sejm program, przedłużony na lata 2010-15, na pewno złagodził w sposób wyraźny problem niedoży­wienia dzieci i ułatwił gminom, szczególnie ubogim, re­alizację ich dożywiania. Mam nadzieję, że także program realizowany w następnych latach będzie mógł być podobnie oceniany – mówił  wtedy podczas oceny programu poseł PiS Krzysztof Michałkiewicz. Chwalili zresztą wszyscy.
    W ramach programu dożywiano nie tylko dzieci - a także, wręcz głównie, dorosłych. W szkołach, barach mlecznych, różnorakich stołówkach. Zgodnie z progra­mem gminy dawały 40-proc. wkład w sfinansowanie dożywiania (w wyjątkowych sytuacjach mogły prosić o obniżkę do 20 proc.), a resztę płaciło Ministerstwo Pracy poprzez ośrodki pomocy społecznej. O tę formę pomocy mogły występować rodziny o określonym, zmienianym kryterium dochodowym, wynoszącym przez ostatnie lata 684 zł na osobę w rodzinie, natomiast w gospodarstwie jednoosobowym, czyli dla osoby samotnej - 813 zł. Prze­kroczenie tych kwot choćby o złotówkę wyrzucało osobę z programu (to ma się zmienić, po przekroczeniu limitu pomoc ma się tylko zmniejszyć). To jednak mało, dlatego niektóre bogatsze gminy (w liczbie 368) same podwyż­szyły kryterium uprawniające do świadczeń z pomocy społecznej, aby objąć nią większą liczbę osób.
   Program dotyczył finalnie 16 tys. szkół (z czego 58 proc. to szkoły wiejskie); ponad 6 tys. przedszkoli (34 proc. przedszkoli z obszarów wiejskich); 302 żłobków (10 żłobków na terenach wiejskich). Corocznie z dotacji do dożywiania korzystało ok. 2 min osób, z tego ponad 720 tys. uczniów szkół podstawowych i ponadpodstawo­wych i ponad 320 tys. dzieci do 7 roku życia (tu tendencja jest wzrostowa). Ze sprawozdania wynika jednak, że nie wszystkie gminy się włączyły. Ok. 500 z nich nie miało środków, by wyłożyć swoje 40 proc.

Obiady dyrektorskie
   Wielu pedagogów szkolnych i pracowników socjal­nych przyznaje, że poza tym systemem istnieje szara strefa: ludzie, którzy nie składają wniosków o należną im -z racji niskich dochodów - dopłatę do dożywiania. Nie chcą, by pracownicy socjalni mieszali się w jakikolwiek sposób w ich życie, choćby bojąc, że ktoś zechce odebrać im dzieci. Temu ma zaradzić idea tzw. obiadów dyrek­torskich, zapisana w projekcie w punkcie 6a. Wystarczy, że dyrektor placówki czy szkoły uzna, że jakieś dziecko potrzebuje darmowego posiłku, ago nie dostaje-i zgła­sza zapotrzebowanie do ośrodka pomo­cy społecznej. Bez żadnych formalności, żadnych zaświadczeń o dochodach czy wywiadach środowiskowych obiad po­winien zostać przydzielony.
   Z tej ścieżki korzysta każdego roku prawie 60 tys. dzieci - łącznie wydano 19 min posiłków. Zdaniem Magdaleny Szymczak, zajmującej się programem dożywiania prowadzonym przez Pol­ską Akcję Humanitarną, to ciągle zbyt mało rozpowszechniona forma pomo­cy. - Prosiliśmy kilka lat temu rzeczni­ka praw dziecka, by włączył się w upo­wszechnianie informacji o „obiadach dyrektorskich”, gdyż docierały do nas sygnały, że wielu dyrektorów nie wie o ta­kiej możliwości. Niestety, nie otrzymaliśmy w tej sprawie odpowiedzi - mówi. Na stronie internetowej rzecznika praw dziecka nie ma zresztą nic o problemie dożywiania dzieci. (Nasze pytanie o zaangażowanie rzecznika w ten problem pozostało bez odpowiedzi).
   Pieniądze na dokarmianie czy dofinansowanie ży­wienia płyną też od lat z Unii. Od 2004 r. wykorzysta­liśmy 623 min euro. Dysponowała nimi Agencja Ryn­ku Rolnego, która kupowała za te środki podstawowe produkty spożywcze, idące w miliony ton - jak mąka, chleb, makaron itp., przekazując je do Banków Żywno­ści czy Caritasu. I zapewniając zbyt polskim producen­tom rolnym.
   Poza tym mamy jeszcze peeselowską Szklankę mleka i owoce w szkole ze skupów. Do tego masę projektów prowadzonych przez fundacje - epatujące ze swoich stron internetowych zdjęciami dzieci czy wymownym zdję­ciem pustego talerza - z prośbą o datek na dożywianie.
   Nikt nie panuje nad tym, ile organizacji zajmuje się zbieraniem na dziecięce jedzenie, czy w ogóle to jest potrzebne, czy datki trafiają tam, gdzie miałoby to ja­kikolwiek sens. Prof. Tarkowska podsumowuje - robi się bardzo dużo, tylko że bez szerszego planu, ogólniejszej koncepcji. A brak rozeznania sprzyja wykorzystywaniu „głodnych dzieci” w politycznej propagandzie.
Violetta Krasnowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz