PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 16 marca 2018

Poobijany premier



Tak się dziwnie plotą losy polityków, że po monachijskiej wpadce światowego Mateusza Morawieckiego wielu członków PiS zatęskniło za swojską Beatą Szydło.

Paradoks polega na tym, że premier miał. m.in. dzięki znajomości angielskiego, wzmacniać naszą soft power na arenie międzynarodowej, a to właśnie angielszczy­zna premierowi zaszkodziła. W świat poszło, że Morawiecki mówił o polskich i żydowskich sprawcach i Holokaustu, gdy odpowiadał na pytanie dziennikarza o nową ustawę o IPN.
  - Jako polityk jest mniej dojrzały niż Szydło. Z gubiła go pewność siebie uważa posłanka PiS. A polityk z otoczenia Jarosława Ka­czyńskiego dodaje: Usnął  w nim polityk, a obudził się publicysta. Nawet Kornel Morawiecki, ojciec premiera i lider wspierającego rząd koła poselskiego, radził synowi, by przeprosił za postawienie w jednym szeregu Niemców, Polaków i Żydów (i żeby na drugi raz Mateuszowi towarzyszył tłumacz), ale bezskutecznie.
   Jednym z podstawowych celów wymiany Szydło na Morawieckiego była poprawa wizerunku Polski w świecie. Pierw­sze sto dni nowego rządu, do których powoli się zbliżamy, było z tego punktu widzenia spektakularną klęską. Na drugi plan ze­szły w prawdzie kłopoty z  Komisją Europejską w sprawie prawo­rządności, ale stało się tak nie dzięki udanej ofensywie w Bruk­seli, lecz przez wybuch konfliktu dyplomatycznego z Izraelem i USA. Forsowana przez resort Zbigniewa Ziobry nowelizacja ustawy o IPN została uchwalona w najgorszym możliwym ter­minie (co przyznają publicznie rządzący) i wbrew sugestiom naszego największego sojusznika.
   Z informacji podanych m.in. przez onet.pl wynika przy tym, że w rządzie panuje bałagan, a przepływ informacji jest ograniczony i opóźniony. To obciąża nie tylko Ministerstwo Sprawiedliwości i MSZ, lecz i samego premiera, który ma czuwać nad całością. Nie pomagają sprzeczne deklaracje polityków o mocy ustawy IPN - w tym samym czasie słyszeliśmy, że ustawa będzie stosowana i niestosowana.

Oburzające bizancjum
Morawiecki musi gasić także drugi pożar, potencjalnie dla PiS jeszcze groźniejszy niż ustawa o IPN, która ma przecież wielu gorących fanów. Interpelacje posła PO Krzysztofa Brejzy ujawniły, że Szydło przyznała sobie i swoim ministrom po kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznych nagród, a niewiele niższe premie dostali wiceministrowie. Za rządów Donalda Tuska takich nagród dla polityków me było, a PiS szło do wyborów pod hasłem walki z przywilejami władzy, waląc w PO jak w bęben za aferę taśmową i przesławne ośmiorniczki.
   Gdy zainteresowanie nagrodami odrobinę przygasło, o sprawie przypomniał Jarosław Gawin żaląc się w RMF FM na niską pensję, która jakoby nie pozwalała mu przeżyć do pierwszego gdy był ministrem sprawiedliwości w rządzie Tuska. Wicepremier obiektem kpin internautów („Gdy Gowin był ministrem, to kaczki dokarmiały jego a nie on kaczki”), a opozycja urządziła happening „Zbiórka na Gowina”; przez poselskie ławy przemkną słoik do którego politycy wrzucali drobne pieniądze. Ledwo ucichł szum wokół Gowina, gdy – po interpelacji posła Piotra Misiły z Nowoczesnej – upubliczniono wydatki ze służbowych kart w resortach, wraz z rekordową kwotą 15 mln wydaną a Ministerstwie Obrony.
Afera była dęta, bo podobne pieniądze resort wydawał za czasów rządu PO, ale kontekst był dla PiS fatalny. Mariusz Błaszczak, na­stępca Antoniego Macierewicza w MON, natychmiast poinformo­wał, że ograniczył liczbę służbowych kart, przyznając tym samym, nawet jego zdaniem coś było nie w porządku.
   Wydarzenia ułożyły się w niekorzystny dla PiS i trwający cały miesiąc serial; każda nowa informacja przypominała o poprzed­nich, a sam temat okazał się bardzo atrakcyjny dla tabloidów i portali. PiS padło ofiarą własnej populistycznej retoryki. Głos komentatorów, nie bez racji nawołujących do podwyższenia pensji najważniejszym politykom (wiceministrowie zarabiają mniej niż dyrektorzy departamentów, które nadzorują), utonął w fali oburzenia.
   A sprawa dotyka jednego z fundamentów popularności par­tii Kaczyńskiego, która udanie pozycjonowała się dotąd jako przestrzegająca najwyższych standardów i odporna na poku­sy materialne.
   Kryzys stara się opanować Morawiecki. Zwołał konferencję prasową i poinformował, że likwiduje nagrody dla ministrów i wiceministrów oraz że zwolni jedną czwartą z ok. 100 sekretarzy i podsekretarzy stanu. Uchylił zarazem drzwi do podwyżek pen­sji - podsekretarze stanu mają wejść do korpusu służby cywilnej, a sekretarze stanu i ministrowie - jeśli są zarazem posłami - mają zachować „50 albo 60 proc.” uposażenia poselskiego, które dziś przepada im w całości. Szczegóły planu pozostają jednak w gło­wie premiera, Morawiecki nie przedstawił projektów ustaw, nie wiadomo też, którzy wiceministrowie zostaną zwolnieni. Będzie to zapewne przedmiotem trudnych rozmów premiera z partią.

Pożegnanie z premią
Trudno powiedzieć, w jakich proporcjach, ale zarówno kryzys dyplomatyczny z Izraelem i USA, jak i afera nagrodo­wa osłabiły rządzących. Schyłek rządów Szydło nie był dla sondaży PiS szczególnie dramatyczny, zniżka formy dała się jednak zauważyć. Poparcie dla zjednoczonej prawicy spadło z 46,3 proc. w połowie października do 43,6 proc. na początku grudnia 2017 r. (wyliczenia POLI TYKI INSIGHT, bez wyborców niezdecydowanych, średnia wyników z kilku pracowni). No­minację Morawieckiego i jego pierwsze decyzje personalne - wyrzucenie z rządu Antoniego Macierewicza czy Jana Szysz­ki - wyborcy przyjęli z zadowoleniem i wynagrodzili premią w sondażach.
   Średnie notowania partii Kaczyńskiego na początku lutego podskoczyły do 48,9 proc. wyżej niż kiedykolwiek w histo­rii nie tylko tej kadencji, ale PiS w ogóle. Styczniowe sondaże CBOS przyniosły zaś świetne wieści dla samego Morawieckie­go. W rankingu zaufania do polityków osiągnął wynik lepszy niż kiedykolwiek miała Szydło (nowy premier budził ufność aż 68 proc. Polaków), a jego rząd miał lepsze oceny niż gabinet poprzedniczki. Było z czego spadać.
   I kolejne tygodnie przyniosły spadki. Nic wyjątkowo spekta­kularnego (z wyjątkiem 5 pkt proc. w sondażu Kantar Public); z pisowskiego worka raczej pokapywało niż się lalo. W jednym sondażu 2 pkt, w drugim jeden, gdzieś był nawet lekki wzrost; wszystkie te zmiany przełożyły się według POLITYKI INSIGHT na spadek średnich notowań o 3,5 pkt proc. (według ostat­nich sondaży-IBRiS dla „Rzeczpospolitej" PiS notuje poparcie na poziomie 39,4 proc., a według Kantar Public-37 proc.). Innymi słowy - z każdych 11 wyborców partii Kaczyńskiego przez ostatni miesiąc jeden się rozmyślił.
   Lutowe sondaże CBOS przyniosły też korektę notowań sa­mego Morawieckiego - o 4 pkt spadło zaufanie do premiera, ubyło nieco zwolenników rządu, a przybyło przeciwników. Z noworocznej premii niemal nic nie zostało.

W Brukseli ciut cieplej
Nieznacznie lepiej przedstawia się dla Morawieckiego sytuacja na froncie brukselskim. Nowy premier miał poprawić relacje rządu z Unią; Szydło nie tylko reprezentowała rząd, którego działania nie podobały się Komisji Europejskiej, lecz także osobowościowo nie pasowała do tego świata. Morawiecki zrobił niezłe wrażenie w Brukseli. Mówi po angielsku i czuje się swobodnie w międzyna­rodowym towarzystwie. Można zjeść z nim kolację bez tłumaczy i przyjacielsko poklepać po plecach, a to ulubiony sposób prowa­dzenia polityki przez szefa Komisji Jean-Claude Junckera. Nowy premier nie odmawia spotkań, rozmawia, tłumaczy. Po europej­sku - prowadzi dialog. W Brukseli są nawet tacy, którzy chcą wie­rzyć, że zgodnie z unijnym zwyczajem szuka kompromisu. Liczy na to sam Juncker, który na rok przed upływem kadencji myśli już o swojej spuściźnie i nie chce odnotować całkowitej porażki w sporze z Warszawą o praworządność.
   Z drugiej strony pytani przez nas unijni urzędnicy szanse na kompromis dają niewielkie. Z Brukseli widać bowiem wyraźnie, że w Warszawie nikt zmian w sądownictwie odwracać nie planu­je, a PiS wdrożył jedynie akcję wizerunkową, z czym się zresztą nie kryje.
   Morawieckiemu - który sam należy do największych zwolen­ników zmian w sądownictwie - trudno więc przekonać Unię do Polski. Na pierwszą Radę Europejską pojechał bez entuzja­zmu. Na szczycie zadebiutował oderwaną od dyskusji lide­rów krytyką wystawy Domu Historii Europy, która - jak miał stwierdzić - nie bierze pod uwagę wrażliwości Polski. Drugi dzień szczytu po prostu skrócił, opuszczając przewidywalną, aczkolwiek istotną z punktu widzenia polskich interesów, ) dyskusję o brexicic. Polska upoważniła do przedstawienia swojego stanowiska Viktora Orbana, ale polskie krzesło pozostało puste, a to zostało odnotowane.
   Relacje z Tuskiem Morawiecki podporządkował polityce kra­jowej. Nie było zwyczajowego dla nowego szefa unijnego rządu zdjęcia z przewodniczącym Rady Europejskiej (pozwolił sobie na nie nominowany w tym samym czasie Andrej Babiś, nowy premier Czech). Wszelkie rozmowy Polaków odbywają się w ku­luarach. bez zdjęć i oficjalnych komunikatów. Relacje z nich zda­je czasem sam Tusk, opowiadając na konferencjach prasowych, co radził polskiemu premierowi - ostatnio w związku z kryzysem reputacji Polski wywołanym nowelizacją ustawy o IPN.
   Wizja Europy polskiego premiera? W Brukseli nikt o niej nie słyszał. Może dlatego, że Morawiecki zaprezentował ją w Berli­nie, w fundacji Körbera. Może też dlatego, że przemilczał w niej główny wątek unijnej debaty o przyszłości Unii, a mianowicie reformę strefy euro. Winą za brak echa premierowskiej prze­mowy można by obarczyć doradców, tych od Unii w Kancelarii Premiera na próżno jednak szukać. Morawiecki korzysta z rad odziedziczonego po Szydło wiceministra spraw zagranicznych Konrada Szymańskiego, który reprezentuje premiera w Bruk­seli. Na obsadę ambasady Polski przy Unii nie wpływał, no­minację dla Andrzeja Sadosia wydreptali europosłowie PiS.

Prezes wciąż ufa
Pozostaje pytanie o to, jak ułożyły się relacje w obozie władzy po awansie Morawieckiego. Nowy premier nie stał się na ra­zie ofiarą doniesień o tym, że jest marionetką Kaczyńskiego, co od samego początku ciążyło na wizerunku Szydło. PiS pracuje nad budową jego wizerunku jako sprawnego menedżera. Poli­tyk rządowy PiS: - Jest inaczej niż za czasu pani premier. Morawiecki zamiast długich narad robi krótkie odprawy. Zarządza też za pomocą esemesów i maili. Zrobiło się bardziej korporacyjnie.
   Sam prezes usunął się nieco w cień i na­wet dymisje ministrów na początku stycz­nia przedstawiano ja ko decyzje premiera.
Kaczyński, jak się zdaje, Morawicckiemu wciąż ufa, co przekłada się na dobre rela­cje premiera z kluczowymi pod względem wagi politycznej postaciami w rządzie: Mariuszem Błaszczakiem, Joachimem Brudzińskim czy szefem gabinetu pre­miera Markiem Suskim.
   Kaczyński wstrzymuje też prace nad ustawami, które mogłyby przysporzyć kolejnych problemów wizerunkowych Morawicckiemu - cicho zrobiło się o de­koncentracji mediów, zmianach w służ­bach czy rewolucji w ordynacji wyborczej.
   Skomplikowały się natomiast relacje premiera z niedawnym sojusznikiem Jaro­sławem Gowinem. Wspólnie dążyli do dy­misji Szydło i wspólnie wojowali z Ziobrą, ale teraz Morawiecki jest premierem, a w Gowinie jest pier­wiastek opozycyjności wobec każdego szefa rządu, w którym zasiada - czy to Tuska, czy Szydło, czy teraz Morawieckiego. Nowa sytuacja wymusza sojusz taktyczny Gowina i Ziobry; mimo różnic poglądów obu politykom zależy na zachowaniu status quo w obozie zjednoczonej prawicy.
   Między Ziohrą a Morawieckim wielkiej przyjaźni nie bę­dzie pewnie nigdy - obaj należą do potencjalnych następców Kaczyńskiego ale na razie udaje im się uniknąć otwartego konfliktu, którym byłyby choćby dymisje ziobrystów w pań­stwowych spółkach. Otoczenie premiera jest bardzo ostroż­ne nawet w nieoficjalnych rozmowach; mało jest pretensji o sytuację z ustawą IPN, słychać raczej narzekania na bałagan niż podejrzenia o złą wolę.
   Do napięć dochodzi zaś na wizerunkowym zapleczu Mora­wieckiego. Premier ściągnął do Kancelarii zaufanych - zwykle młodych i bezpartyjnych - ludzi z resortów rozwoju i finansów, którzy zostali jego doradcami bądź specami od komunikacji. Z kolei w Centrum Informacyjnym Rządu króluje już twardy PiS. Między tymi grupami toczy się naturalna rywalizacja o wpływ na premiera - gdzie wystąpi, z kim i co powie. Nie wszyscy w otoczeniu premiera byli np. zachwyceni jego odwie­dzinami na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej, która wprawdzie pod koniec wojny wyzwoliła obóz koncentracyjny, ale wcześniej współpracowała z Niemcami i toczyła potyczki m.in. z Batalionami Chłopskimi.

Słabszy niż Szydło
Nikt w obozie władzy nie ma złudzeń co do samodzielnej pozycji Morawieckiego. W istocie jest słabszy nawet od Szy­dło, mimo nagrody od Klubów Gazety Polskiej, mimo wizyty w uczelni o. Tadeusza Rydzyka i prób zaprzyjaźnienia się z par­tią. Nikt nie myśli dziś o dymisji Morawieckiego, ale wszyscy wiedzą, że byłaby ona jeszcze łatwiejsza niż poprzednia zmiana. Jeden z wiceministrów snuje nawet przypuszczenia, że kolej­nym potencjalnym premierem byłby Błaszczak, przesunięty do resortu obrony, by nabyć doświadczenia w dyplomacji.
   Na razie swoje sto trudnych dni kończy Morawiecki. Musi się trochę wymyślić na nowo, bo towarzysząca jego powołaniu kon­cepcja deradykalizacji PiS - mimo zamknięcia konfliktu o wycinkę w Puszczy Białowieskiej czy porozumienia z rezydentami - przez ustawę o IPN wzięła w łeb. Zresztą po prawdzie to i sam premier - jak mu się baczniej przyjrzeć - nie bardzo przystaje do tego centrowego jakoby zwrotu. Niektóre przemówienia premiera - jak na gali „Gazety Polskiej”, gdzie mówił o „bezwolnej III RP” - brzmią jak wstępniaki Tomasza Sakiewicza z tegoż periodyku.
   Ten były bankowiec okazał się dość ra­dykalnym ideologiem - współczesnym po­gromcą komunizmu - który wreszcie może swobodnie ujawniać swoje poglądy i często kontrowersyjne historyczne wizje, jak pod­czas wykładu Morawieckiego na obchodach Marca ‘68. To mniej znane wcześniej oblicze premiera zaczyna dominować. W dodatku zapadła cisza wokół sławetnego planu Mo­rawieckiego, który miał być przecież wehi­kułem jego rządów i był jedną z przesłanek, aby to jemu powierzyć funkcję premiera. Nawet zwolennicy PiS zaczynają wytykać Morawicckiemu spowolnienie i pytają: gdzie centralne lotnisko, gdzie Mierzeja Wiślana, gdzie inne zapowiadane inwe­stycje? Wielu ekonomistów zwraca uwagę, że premier popada w sprzeczności, lawiru­jąc między modelem państwa opiekuńczego a przedsiębiorczego, gospodarki upaństwowionej i rynkowej - zagłuszając wątpliwości retorycznym patosem.
   Roszada z Morawieckim jako szefem rządu miała zapewnić PiS prostą drogę do powtórnego zwycięstwa w 2019 r. Powszechne były komentarze, że już pozamiatane, że Morawiecki to ostatecz­ny cios w opozycję, że właśnie odbiera jej polityczne centrum. Te prognozy na razie się nie sprawdzają. Opozycja złapała pierw­szy od dawna oddech, a władza zadyszkę. Jeszcze raz się okazało, że w polskiej polityce pewne jest tylko to. że nic nie jest pewne.
Wojciech Szacki Współpraca Joanna Popielowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz