PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 1 marca 2018

Mistrz fruktów



Ryszard Czarnecki to spec od przekuwania straty w .zysk. Właśnie knuje intrygę, by swoją przegraną w europarlamencie zamienić w zwycięstwo

Aleksandra Pawlicka

Żal panu utraty stanowiska? - pytam Ryszarda Czarne­ckiego kilka godzin po tym, jak Parlament Europejski zdecydował o pozbawieniu go funkcji wiceprzewodniczącego.
   - Po ludzku oczywiście żal, ale mając do wyboru kajanie się i przepraszanie wbrew swoim poglądom lub zachowanie lojalności wobec własnego kraju i po­czucia, że to ja mam rację, wolałem stra­cić to stanowisko - odpowiada.
   - Powtarza pan jak mantrę, że cho­dzi o poglądy, ale czy porównanie Róży Thun do szmalcowniczki to pogląd, czy obelga?
   - Wiem, że nawet ludzie z moje­go obozu politycznego twierdzą, że nie użyliby takiego słowa, ale gdy na­zywają opozycję targowicą, to nie bu­dzi międzynarodowych emocji ani nie wywołuje konsekwencji. Dlaczego? Bo służalczy stosunek wobec Rosji jest OK, a gdy sięga się po kontekst niemiecki, to od razu słychać larum.
   Ta pokrętna logika ma zatuszować wpadkę, a przecież gdyby Czarnecki publiczne przeprosił Różę Thun, za­chowałby stanowisko. A tak rozpo­częła się batalia o to, kto zastąpi go w fotelu wiceszefa PE. W partii Kaczyń­skiego największe szanse ma prof. Zdzi­sław Krasnodębski. W klubie PiS wrze. A Czarnecki zaciera ręce.
RYSIEK KRZYWDY NIE DA SOBIE ZROBIĆ
Oficjalnie w PiS wszyscy trzymają stronę Czarneckiego, ale są na niego wściekli i przyznają, że sprawa ma dru­gie dno.
   - Trafiła się Ryśkowi jak ślepej kurze ziarno. Nie twierdzę, że zrobił to z pre­medytacją, ale jak już chlapnął, to na­tychmiast postanowił przekuć klęskę w sukces. Każdy inny miałby po czymś takim kaca, a on tylko opowiada, że musi bronić godności Polski i poświęcił się dla PiS. Po co robi z siebie męczenni­ka? - pyta partyjny kolega Czarneckiego w rozmowie z „Newsweekiem”. I odpo­wiada: - Żeby mieć argument przetargo­wy u prezesa, gdy ten zacznie szykować listy na eurowybory w 2019 r. Prezes zapowiedział, że europosłem można być tylko dwie kadencje, ale Rysiek po­wie wtedy: „A kto będzie bronił Polski tak jak ja?”.
   Czarnecki jest eurodeputowanym od początku obecności Polski w UE. Będzie walczył o czwartą kadencję.
   - Czy po utracie stanowiska wicesze­fa PE rozmawiał pan z Jarosławem Ka­czyńskim? - pytam Czarneckiego.
   - Tak, ale treści tej rozmowy nie ujawnię.
   - Prezes zadzwonił do pana czy pan do prezesa? - dopytuję.
   - Ja zadzwoniłem, żeby poinformo­wać o wyniku głosowania - odpowiada.
   - Czy my żyjemy w średniowieczu, żeby posłaniec musiał dostarczać wia­domość? Wystarczy mieć włączony telewizor - kpi eurodeputowany z frakcji Czarneckiego. - Rysiek po prostu za­wsze kuje żelazo póki gorące i nie da so­bie krzywdy zrobić.
   W PiS nie jest łubiany. Ma opinię człowieka, z którym nie sposób się przy­jaźnić, bo choć pozornie miły i do rany przyłóż, to - jak mówi polityk PiS - „ni­gdy nie wiadomo, kiedy ta przyjaźń się skończy, bo nie wiadomo, kiedy Ryśko­wi przestanie się opłacać”.
   Tak naprawdę Czarnecki inwestu­je tylko w prezesa. I to również budzi w partii niechęć.

POSEŁ MELDUJE, ŻE JEST I BYŁ
Przy każdej okazji Czarnecki podkreśla swoje zażyłe relacje z Kaczyńskim. - Ilekroć ląduje w War­szawie, pierwsze kroki kieruje na No­wogrodzką. Nawet jak nie ma pewności, że zostanie przez Kaczyńskiego przy­jęty, wystarczy, że się pokręci i wypije kawę w sekretariacie, żeby móc potem opowiadać: „Byłem na Nowogrodz­kiej...” - mówi polityk znający realia w partyjnej centrali. Przypomina aneg­dotę sprzed paru lat, gdy Czarnecki wparował do gabinetu Kaczyńskiego bez wcześniejszego umówienia. Zapukał i słysząc: „Proszę”, wsunął głowę między drzwi i framugę. U prezesa siedziało kil­ku najbliższych współpracowników.
   - Chciałem tylko zameldować, że je­stem i byłem.
   - Gdzie byłeś? - zapytał zdziwiony Kaczyński.
   - Na walnym - odparł Czarnecki i wy­cofał się rakiem.
   Od 2011 r. jest szefem rady nadzorczej spółki Forum, wydającej prawicowy dziennik „Gazeta Polska Codziennie”, w którym publikuje felietony. - Wpadł po to, żeby się odmeldować i zadekla­rować gotowość, tak a priori. To cały on. Od tamtego czasu na Nowogrodz­kiej wiadomo, że gdy zjawia się Rysiek, trzeba chronić drzwi prezesa - opowia­da mój rozmówca. Jednocześnie przy­znaje, że Czarnecki jest z Kaczyńskim na „ty”, co w partyjnej hierarchii plasu­je europosła „w górnych stanach”. Poza tym powszechnie wiadomo, że pre­zes bywa u Czarneckiego na kolacjach, a to jest już naprawdę przywilej grupki wybranych.
   W czasie jednej z takich kolacji miała zapaść decyzja, że Jacek Saryusz-Wolski zostanie wystawiony przez PiS przeciw­ko Donaldowi Tuskowi w wyborach na szefa Rady Europejskiej. Intrygę uknuł Czarnecki. Kaczyński z Saryuszem-Wolskim spotkali się u niego w domu. Wszystko skończyło się blamażem Pol­ski i PiS, bo Polska przegrała głosowanie 27 do 1, ale nawet i to nie zaszkodziło pozycji Czarneckiego.
   Tajemnicę jego relacji z prezesem tak wyjaśnia jeden z posłów: - To jest historia sięgająca początków lat 90., gdy Kaczyński i Czarnecki byli rów­norzędnymi partnerami, szefami par­tii konserwatywnych, które znalazły się poza parlamentem. Kaczyński miał PC, Czarnecki ZChN. Potem Kaczyń­ski był w czasach rządów AWS zwykłym posłem, a Czarnecki ministrem u Buz­ka. A dziś? Kaczyński jest rozgrywają­cym, a Czarnecki pionkiem. Dla prezesa stanowi żywy obraz tego, kim mógłby być. Może to psychologia, ale Kaczyński traktuje Czarneckiego jak wojenne tro­feum, stąd wspaniałomyślność zwycięz­cy - twierdzi mój rozmówca.
   Inny polityk prawicy uważa, że klu­czowy dla tej relacji był moment wy­borów prezydenckich w 2005 roku: - Czarnecki zapewnił Lechowi Kaczyń­skiemu poparcie Leppera w drugiej tu­rze. Prezes takich rzeczy nie zapomina.
   Ryszard Czarnecki był wówczas po­słem Samoobrony.

MIŁOŚNIK LISZTA I MIL SAMOLOTOWYCH
Co traci Ryszard Czarnecki wraz z fotelem wiceszefa PE? Finansowo niewiele, bo nie ma wielkiej różnicy w pensji europosła i wiceprzewodni­czącego PE. Musi tylko opuścić gabinet i przenieść się do mniejszego pokoju poselskiego. A Czarnecki trzyma w ga­binecie dziesiątki szalików i koszulek klubów piłkarskich, zajmują wszystkie ściany. Na większości koszulek jest na­zwisko Czarneckiego.
   - Najgorsze dla niego jest to, że spad­nie mu aktywność w rankingach de­putowanych - ironizuje europoseł z opozycyjnej frakcji. Czarnecki jako wiceprzewodniczący prowadził ob­rady i mógł wpisywać do zestawienia swoich wystąpień plenarnych każde ogłoszenie otwarcia zgromadzenia, wy­wołanie posła do wypowiedzi czy zarzą­dzenie przerwy. W taki sposób zebrał aż 510 wystąpień. Dla porównania - jed­na z najlepiej ocenianych eurodeputowanych, Róża Thun, ma ich na koncie tylko 43.
   - Przez lata był w ogonie rankingu najlepszych europosłów. Pewnego razu zaprosił mnie na kawę i zapytał wprost: „Dlaczego nie jestem postrzegany jako najlepszy?” - opowiada dziennikarz zagranicznej agencji prasowej. - Tłu­maczyłem, że jakość pracy eurodeputowanego mierzy się liczbą eksperckich raportów, ale on postanowił iść na ilość. Za pomocą statystyki można wmawiać niedoświadczonym rozmówcom, że jest się bardzo pracowitym.
   - Rysiek to mistrz fruktów, potra­fi je znajdować wszędzie, gdzie tylko się da. Przecież to on wymyślił meto­dę pomnażania mil samolotowych. Dziś wielu eurodeputowanych „lata na Czar­neckiego” - opowiada jeden z byłych europosłów.
   Metoda polega na tym, że kupując bi­let lotniczy, zbiera się tzw. mile. Im dal­sza trasa, tym więcej mil. Pasażerowie klasy biznes, a takimi są europosłowie (bilety opłaca PE), dostają podwójne mile. Czarneckiemu jednak było tego mało i odkrył, że jeśli lot np. z War­szawy do Brukseli nie jest bezpośred­ni, lecz z przesiadką we Frankfurcie, to mile naliczane są dwa razy. Tym samym za podróż w jedną stronę można skaso­wać czterokrotność mil, które następ­nie wymienia się na darmowy bilet na prywatną już podróż. - W ten sposób Rysiek obleciał pół świata. To jest gość, który w każdych warunkach potra­fi coś dla siebie uszczknąć - opowiada kolega z PiS.
   Wspomina anegdotę o tym, jak w cza­sach politycznej posuchy, czyli mię­dzy AWS a Samoobroną, Czarnecki zapisał się do Towarzystwa Przyjaciół Franciszka Liszta nie dlatego, że był mi­łośnikiem jego muzyki, ale dlatego, że w ten sposób można było dostać darmo­wy przelot do Budapesztu.

ARMATY PRZECIWKO MUCHOM
W nocy przed głosowaniem w sprawie odwołania Czarneckie­go z funkcji wiceszefa PE pod drzwia­mi biur wszystkich eurodeputowanych znalazły się jego ulotki z hasłem: „Dzi­siaj to ja. Jutro możesz być ty!”.
   - Użyłby pan jeszcze raz porówna­nia do szmalcownictwa, wiedząc, ja­kie będą konsekwencje? - pytam go po głosowaniu.
   - Wszystko można powiedzieć ina­czej, ale powiedziałem, co powiedzia­łem i się z tego nie wycofam. Pani von Thun und Hohenstein także używa róż­nych epitetów, wypisuje na Twitterze, że PiS to „śmieci” i włos jej z głowy za to nie nie spada. Ale może jej wolno więcej?
   - Jeśli pan Czarnecki cytuje moje tweety, to niech przynajmniej czyta je starannie i ze zrozumieniem - od­powiada Róża Thun i dodaje: - Nie za­mierzam prowadzić z nim polemiki, bo powiedział rzeczy straszne i Parlament Europejski zadecydował, że nie chce, aby taki człowiek reprezentował go na forum międzynarodowym. A poza tym podtrzymując opinię o tradycji szmal­cownictwa w Polsce, podlega chyba we­dług nowej ustawy karze do trzech lat więzienia.
   Po przegranym głosowaniu Czar­necki cytuje na Twitterze opinię in­ternauty określającego siebie „Polska z Bogiem+Maryją”: „Sądzili, że uderzą w Polskę przez odwołanie europosła Czarneckiego. Mylą się. Z każdego zła Bóg może uczynić dobro. To niezwykle prawy człowiek i patriota i nie porzuci walki o Polskę”. Sam Czarnecki pisze: „Przestałem być wiceprzewodniczącym PE. Dalej aktualna jest dewiza żołnierzy 27. Wołyńskiej Dywizji AK: Nic nam nie zabrano, skoro mamy Ojczyznę”.
   - Czy pan nie wytacza aby armat przeciwko muchom? Stawia pan znak równości między dobrem kraju a włas­nym? - pytam Czarneckiego.
   - Tu nie chodzi o sprawę osobistą - zapewnia europoseł. - O potyczkę Czarnecki - Thun, tylko o fundamen­talny spór między dwoma nurtami w Polsce. Tym, który polskie sprawy chce rozstrzygać w kraju i oddawać w ręce „wewnętrznych” sędziów i pro­kuratorów, oraz tym, który odwołuje się do zagranicznych instytucji, nara­żając na szwank suwerenność własnej ojczyzny.
   - Pan Ryszard Czarnecki nie rozu­mie albo udaje, że nie rozumie, lek­cji, którą właśnie dostał. Jeśli byłby to spór dotyczący nurtów, to proszę bar­dzo, możemy się spierać, ale on wy­korzystał dla partyjnych interesów historię ludzkiego cierpienia i rzuca kalumnie, jakie nie powinny przejść przez usta człowieka, któremu Polacy powierzyli mandat europosła - odpo­wiada Róża Thun.
   Funkcja wiceprzewodniczącego była najbardziej prestiżowa, jaką uda­ło się Czarneckiemu uzyskać w blisko 40-letniej karierze politycznej. Stracił ją z powodu jednej wypowiedzi, ale tak naprawdę pracował na karę od dawna, pozwalając sobie na niegodne wiceprze­wodniczącego PE uwagi w stosunku do unijnych instytucji. Tuska nazwał „śmierdzącym leniem”, Komisję Eu­ropejską porównał do Związku Sowie­ckiego, z tą różnicą, że Moskwa mogła „wysłać czołgi na Warszawę, a Brukse­la czołgów nie wyśle”.
   Bruksela pokazała Czarneckiemu, że w UE nie ma przyzwolenia na to, co w Polsce uchodzi płazem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz