czwartek, 25 stycznia 2018

Atak rozsądnych



Wiele świadczy o tym, że część niePiSu zamierza skorzystać z sugestii władzy i stać się tak zwaną rozsądną, normalną opozycją. To ten rodzaj opozycji, która uznaje, że nowy premier Morawiecki i jego nowi ministrowie wyciągają do niej rękę.

Wyraźnie rozpoczął się etap przyzwycza­jania do „dobrej zmiany”, urządzania się w niej, a przynajmniej zaniechania oporu. Jak twierdzą politycy władzy, na ugodowych niepisowców są wywie­rane środowiskowe naciski, „totalniacy” grożą im anatemą, dlatego trzeba niektórym z nich pomóc, nawiązać dialog. Pojawia się postulat, aby PiS miał dla nich łagodniejszą wersję retoryki, zręcznych emi­sariuszy, którzy potrafią nawiązać mentalny kontakt.
   Wszystko to ma pomóc w stworzeniu „rozsądnej, niehisterycznej opozycji”, której „PiS bardzo potrzebuje”, ba, Polska potrzebu­je. To jest z pewnością nowy, obowiązujący przekaz, gdyż - dokład­nie tę frazę powtarza ostatnio wielu polityków partii rządzącej. Partia Kaczyńskiego, wzorem Orbana na Węgrzech, stara się do­prowadzić do stworzenia w Polsce koncesjonowanej, niedużej opozycji, która nie ma de facto znaczenia. I tak całe życie politycz­ne toczy się wewnątrz władzy, ale można ją pokazać inspekcjom z Europy jako dowód kwitnącej demokracji i pluralizmu.
   Taka opozycja to byt pożądany. Jeszcze niedawno Jarosław Ka­czyński proponował szczególne, prawnie gwarantowane usza­nowanie dla wyznaczonego lidera opozycji, niejako w randze urzędnika państwowego, z którym władza załatwiałaby konieczne sprawy. Miałby to być szef opozycji na państwowym etacie.
   Ale taka opozycja to też w istocie eufemizm - ma to być po prostu poczekalnia przed akcesem do obozu rządzącego (przykładem „rozsądnie opozycyjni” posłowie Kukiz’15 czy innych partii, któ­rzy już wylądowali w PiS). Można przeczytać w propisowskich „Sieciach”: „poparcie dla obozu obecnej władzy z powodów ko­niunkturalnych i oportunistycznych może wzbudzać zastrzeże­nia, ale staje się faktem, i ono także wpływa na osłabianie opozy­cji”. I dalej: „ci ludzie mogą mieć nawet zastrzeżenia ideologiczne, ale trafnie odczytują i szacują korzyści”.
   Komentator portalu wPolityce.pl zachowuje jednak pewną ostrożność, pisząc: „Kooptacja części zaplecza opozycji przez obóz rządzący na pewno gwarantuje jednak napięcia”. „Gazeta Polska Codziennie”, przewidując, że będzie teraz coraz więcej „konserwatywnych nawróceń”, pisze z kolei: „Rozmawiać może i warto, przyjmować niekoniecznie”. Zapewne chodzi o wystawie­nie ceny oraz o przyjęcie regulaminu przemarszu przez czyściec. Jednak sam fakt, że do PiS będą się zgłaszać tłumy skruszonych i nawróconych, już nie budzi wątpliwości. Pytanie tylko, co PiS ma z tym zrobić.

Syndrom szkokholmski
Nawrócenia są tym bardziej prawdopodobne, że PiS może so­bie już pozwolić na kolejne, setne już chyba, ocieplenie (to feno­men - wszyscy wiedzą, jak i kiedy PiS się ociepla, a i tak to działa), np. wyprowadzenie z rządu - na zasadzie wprowadzonej tam wcześniej kozy - Macierewicza czy Szyszki, anulowanie kary dla TVN, przywrócenie flag Unii w kancelarii szefa rządu itp. Rozsąd­na opozycja wobec PiS tym ma się różnić od „totalnej” (choć traf­niej tu mówić o opozycji integralnej), że przynajmniej czasowo zawiesi konflikt o ustrój państwa (czyli zrezygnuje z integralności zasad demokracji) i zacznie z PiS ładnie się spierać, włączy się do „wspólnoty rządzącej Polską”, o której mówił premier Mora­wiecki podczas rekonstrukcji rządu. Taką samą propozycję zło­żyła kiedyś Węgrom partia Viktora Orbana: można oczywiście trwać w radykalizmie, pozostawać poza wspólnotą władzy, nie jest to zabronione, ale po co?
   Wydawałoby się, że takie nadzieje to wciąż raczej myślenie ży­czeniowe prawicy, ale tak nie jest. W wielu środowiskach niePiSu widać zmęczenie politycznym konfliktem w Polsce. Pojawiają się postulaty, że „trzeba obniżyć temperaturę sporu”, „prowadzić merytoryczną debatę” (dokładnie taką potrzebę wyraża PiS), bo we władzy też są rozsądni ludzie. Nie ma co już bez przerwy powtarzać, że rządząca partia zaprowadza autorytaryzm, łamie konstytucję, bo z tego niewiele wynika. Mówienie o zagrożeniu dla demokracji to - w tej optyce - nadużywanie słów, inflacja emocji, których nie podziela większość obywateli.
   Rutynowe potyczki opozycji z władzą w parlamencie przesta­ją zajmować Polaków, bo tam biją się „dwa plemiona” i trzeba przerwać ten jałowy spór. Pojawiają się tezy, że obóz władzy „jest zdolny do autokorekty”, że nowy premier to świeża ja­kość, która „miażdży opozycję”. Zdarzają się stwierdzenia, że Morawiecki to prawie Tusk, że PiS jest już niemal Platfor­mą. Przypomina to zauroczenie prezydentem Dudą po lipco­wych wetach, gdy pojawiły się marzenia o stworzeniu wokół prezydenta jakiejś „konserwatywnej formacji” opozycyjnej wobec radykalizmu PiS bądź przynajmniej samodzielnej. Tak czy inaczej mamy do czynienia z czymś w rodzaju syndromu sztokholmskiego.
   A wPolityce.pl, w tym wyrazistym organie prawicy, spokojnie pisze się o zmianach pod Morawieckim: „czasem trzeba skręcić w lewo, czasem w prawo (...) choć ogólny kierunek się nie zmie­nia”. Ta zasada jest generalna, zwłaszcza że podczas ostatniej miesięcznicy Kaczyński powiedział wyraźnie: nawet jeśli nasza droga jest kręta, to jednak niezmiennie prowadzi do celu. Oni to wiedzą, ale część niePiSu nie bardzo - ci widzą albo chcą widzieć prawdziwą zmianę, której trzeba wyjść naprzeciw.
   Towarzyszy temu jakieś nowe oczarowanie Jarosławem Ka­czyńskim, jego skutecznością, siłą i zręcznością w ogrywaniu opozycji oraz w układaniu pasjansów władzy ze swoich ludzi. Ponoć jest on wręcz „dotknięty geniuszem”, „genialnie” pod­porządkowuje taktykę strategii, jest wizjonerem, już w tej chwi­li przesądza o wynikach wszystkich nadchodzących wyborów, a potem kolejnych. Jeśli jest taki i nie jest do pokonania, zapewne wyraża jakąś prawidłowość i sprawiedliwość historyczną, jest nie do zatrzymania, i fakt ten trzeba wziąć poważnie pod rozwagę. Towarzyszy temu specyficzna adoracja elektoratu PiS („ludzi”) jako nośnika racji moralnych wyższych niż te reprezentowane przez upadłe elity.
   Zwolennicy złagodzenia kursu wobec PiS nadal twierdzą - choć z coraz mniejszym przekonaniem - że chodzi im o pokonanie tej partii w wyborach w 2019 r., tyle że szukają lepszego sposobu, bo dotychczasowe zawodzą. Tak się jednak składa, że właśnie ta grupa niePiSu najbardziej atakuje III RP krytykuje elity (czyli de facto słabo zdefiniowaną klasę średnią), podnosi zasługi PiS dla przywrócenia godności społeczeństwa i jego politykę socjalną itp. Więcej, wielu, zwłaszcza lewicowych, komentatorów wyraża wręcz satysfakcję, że w 2015 r. wygrał PiS. Elity „ słusznie oberwały prawym sierpowym w wyborach” - pisze publicysta gazety.pl.
   Słychać zatem, że należy zrezygnować z mówienia o łamaniu demokracji przez PiS, bo to zraża elektorat tej partii, którego część być może uda się w końcu od Kaczyńskiego przejąć. W każ­dym razie nie eskalować oskarżeń i zarzutów, bo przecież to nie jest faszyzm, to nie jest dyktatura. Nie alarmować ponad miarę.
I trzeba dostrzec to, co PiS zrobił dobrze, np. chce zakazać ho­dowli zwierząt futerkowych oraz wprowadził opłaty za plastikowe torby (te zalety wymienił niedawno w punktach jeden z lewicowych publicystów). Tego typu myślenie widać w wielu tekstach m.in. „Kultury Liberalnej”, „Krytyki Politycznej”, gazety.pl.
   Przekaz zawarty w publikacjach na prawicowych portalach, iż nastąpił „dramat opozycji, bo nie ma już za co krytykować centrowego rządu Morawieckiego” - powtarzają ostatnio je­den do jednego publicyści wydawałoby się teoretycznie niepisowscy. Ignorując fakt, że problem z PiS nie tkwi w ludziach tej partii - choć mogą oni szkodzić bardziej lub mniej - ale przede wszystkim w systemie prawnym i ustrojowym, jaki PiS zaprowa­dził i zaprowadza. „Wymieniono najbardziej krytykowanych mi­nistrów” - podkreśla rozsądna opozycja. Problem w tym, że nie wymieniono najbardziej krytykowanych ustaw.
   I jeśli przechodzi się do porządku dziennego nad faktem dewa­stacji państwa prawa i manifestuje się gotowość do „rzeczowej, prawdziwej rozmowy”, niby w imię interesów republiki, to w isto­cie rejteruje się z pola bitwy, oddaje się tę republikę bez walki.
I przyjmuje się wizerunkowe układanki PiS, sezonowe ocieplenia za dobrą monetę, jak zawsze - co Kaczyński wie i stosuje.

Czas banalistów
Rezygnacja z „totalnej” opozycyjności brzmi na pozór do­brze, sugeruje skłonność do tak podobno lubianego przez Po­laków porozumienia i zgody narodowej. Ale w istocie oznacza to pogodzenie się z tym, co PiS zrobił z państwem i przyjęcie logiki obozu władzy, że przykre sprawy zostały już załatwione i teraz możemy spokojnie rozmawiać. To że sprawy ustrojowe zostały „załatwione”, oznacza dokładnie tyle, że sytuacja pań­stwa jest znacznie gorsza niż w czasie, kiedy były jeszcze w trak­cie załatwiania. To że teraz nie ma szarpaniny w Sejmie nad ustawami sądowymi, nie świadczy o tym, że zapanował spokój, że zapanował porządek, a tylko o tym, że zdemolowanie trójpodziału władzy zostało ostatecznie przyklepane i wprowa­dzone w życie.
   Paradoksalnie, to właśnie teraz totalna, czyli integralna, opozycyjność ma więcej argumentów niż jeszcze kilka czy kilkana­ście miesięcy temu. Nominacja dla Morawieckiego i późniejsze roszady w jego rządzie nie zmieniły nawet przecinka w ustawach sądowych przeforsowanych przez PiS, nie usunęły dublerów z Try­bunału Konstytucyjnego, nie zdemokratyzowały mediów publicz­nych, nie zmniejszyły władzy ministra Ziobry, nie spowodowały powrotu generałów wyrzuconych z armii, nie zmieniły ustaleń podkomisji smoleńskiej - na której czele stanął właśnie Antoni Ma­cierewicz - o kilku wybuchach w skrzydle, nie cofnęły dotacji dla biznesów o. Rydzyka itd. Tymczasem „umiarkowani” właśnie teraz proponują obniżenie temperatury sporu i spokojny, seminaryjny namysł nad tym, co zrobić, aby ci, którzy przyjdą po PiS, nie okazali się jeszcze gorsi.
Ktoś sposób myślenia tej grupy nazwał cel­nie politycznym banalizmem - właściwie wszystko to oczywistość, ładnie byłoby się dogadać, porozmawiać jak Polak z Pola­kiem o najważniejszych problemach pań­stwa, poudawać, że wciąż jest normalnie, autobusy jeżdżą, dzieci chodzą do szkoły...
   Pozostają uchybienia PiS w praworząd­ności. Może więc na razie, na próbę, wziąć je w nawias? Na zasadzie: tak, wiemy, że PiS ma ciemne strony, rutynowo wygłosimy potępiającą formułkę, ale przejdźmy szyb­ko do konkretnych spraw interesujących zwykłych ludzi, bo ile można o sądownic­twie czy trójpodziale. Dokładnie tak, jak to sobie wymyślili spece od politycznego spinu z Nowogrodzkiej. Liczyli na znudze­nie, umęczenie, spadek zainteresowania ze strony mediów. Także na łagodzący wpływ prezydenta Dudy czy technokratyczny wizerunek Morawieckiego, którego ideolo­giczne poglądy w istocie nie odbiegają od twardego jądra PiS. I się, jak widać, znowu nie przeliczyli.

Motyle na czołgi
Widać tu jeszcze jedną niekonsekwencję. PiS - który zdaniem wielu posiadł społeczną wiedzę niedostępną innym, jest forpocztą rewolucyjnych zmian, przejawem cywilizacyjnych procesów o światowym zasięgu - sam jest najbardziej tradycyjną partią, jaką można sobie wyobrazić. Z „charyzmatycznym” i wszechwładnym przywódcą, biurem politycznym, cyklicznymi zjazdami, kiedy wszyscy patrzą, w jakiej kolejności ktoś przemawia i jak blisko prezesa stoi - jakby żywcem wyjętą z lat 30. ubiegłego wieku.
   Ale, zdaniem coraz większej części niePiSu, wygrać z Kaczyń­skim nie może zwykła opozycyjna partia (istniejąca lub jeszcze nie, ale partia), na którą się po prostu głosuje, ale jakieś nadzwy­czajne, koniecznie niepartyjne, wzmożenie, uniesienie, łańcuchy światła, rąk i serc. PiS wystawia czołgi, a „nowa opozycja” chce na nie wypuścić chmary motyli, i twierdzi, że czołgi się w końcu zatrzymają. Prawdziwa polityka ma się w tej wersji toczyć na uli­cy, bo tam jest szczerość i prawda. Tyle że nowi opozycjoniści nie podają linków łączących ulicę z komitetami, listami kandyda­tów, kampanią i wyborami. Może być tak, że miło się rozmawia, a ministrami zamiast Nowackiej, Biedronia i Zandberga zostaną znowu Błaszczak, Ziobro i Brudziński, czyli najważniejsi ludzie w przełomowej ponoć ekipie Morawieckiego.
   Duża część niePiSu, niezależnie od swoich intencji, zmie­rza w stronę, która daje PiS pewność ponownego zwycięstwa w 2019 r. Jeśli opozycja zrezygnuje z integralnego, nieustanne­go sprzeciwu wobec naruszeń praworządności i demokratycz­nych zasad ustroju, to nie zostanie jej już nic. Stanie się zbędna, wystarczy PiS. Jeżeli wyborcy mają kiedyś od PiS uciec, to nie do banalistów, którzy uważają, że obecna władza „wiele rzeczy robi dobrze”, że trzeba rozmawiać i schładzać konflikt. Bo ni­gdy nie było tak, że w łagodnej atmosferze nieagresji wielkie masy wyborcze nagle zmieniały poglądy i przerzucały poparcie na inne partie. Jeśli wybór jest rozmyty, to naturalna inercja powoduje, że nie zmienia się politycznych sympatii.
   W czasach rządów Platformy wielu ludziom PiS wydawał się żałosny, nieporadny i schyłkowy, wypisz wymaluj jak dzisiejsza opozycja. Ludwik Dorn przewidywał: „ta czaszka już się nie uśmiechnie”, Michał Kamiński napisał książkę „Koniec PiS-u”. Ale wówczas zwolennicy Kaczyńskiego wytrzymali to nerwowo. Potem także: kiedy trzeba było kochać Beatę Szydło, elektorat kochał, kiedy należało przerzucić sympa­tię na Morawieckiego, przerzucił i o Beacie zapomniał na rozkaz, a dymisję „tożsamo­ściowego” rzekomo Macierewicza prze­łknął niemal bez dyskusji. Bo wie, że taka jest cena za władzę i możliwość robienia z państwem, co się chce.
   Druga strona, a przynajmniej duża jej część, nie ma tak mocnych nerwów. W efekcie między partyjną opozycją a jej potencjalnym elektoratem wyrasta coraz wyższy mur, który przy okazji ochrania PiS. Coraz częściej ci sami ludzie, którzy pomstują na dzisiejszą władzę, deklarują zarazem, że nigdy nie zagłosują na Platfor­mę czy Nowoczesną, mówią więc w istocie: niech już rządzi PiS.
   Wydawałoby się, że istnieje pewne ro­zumowanie, które daje opozycji poczucie bezpieczeństwa - jeśli demokracja jest wa­runkiem bezpieczeństwa obywateli, a PiS jej zagraża, to przede wszystkim należy odsunąć PiS od władzy. Jeśli zatem odsunięcie PiS od rządzenia (przez głosowanie w wyborach na opozycję, bo tak to się zazwyczaj robi) nie jest dla kogoś najistotniejszym celem, to albo demokracja nie jest dla niego najważniejsza, albo PiS nie zagraża demokracji.
   Problem, jaki ma opozycja, polega na tym, że powyższe rozu­mowanie jest coraz powszechniej odrzucane bez rozpatrywania, jako tendencyjne. Dzieje się tak, chociaż, jak pokazał niedawny sondaż dla POLITYKI, tylko nieco ponad 20 proc. Polaków akcep­tuje bez zastrzeżeń prawnoustrojowe pomysły PiS. Cała reszta nie, czyli pole do zagospodarowania dla opozycji wydaje się bar­dzo duże. Prawda jest jednak taka w demokracji parlamentarnej, że to klient, czyli w tym przypadku wyborca, ma zawsze rację. Żadne ugrupowanie nie jest w stanie wmówić elektoratowi, że po­winno mu się podobać, jeśli się nie podoba, nawet jeśli używa logicznych argumentów. To zawsze, na końcu, wina partii i ich liderów. Trzeba na nowo odzyskać sympatię.
   Kiedy po dekadzie istnienia wyczerpały się siły życiowe Unii Wolności, szybko powstała Platforma, w której znalazło się wielu polityków UW. Niewykluczone zatem, że jeśli nie zadziałają inne metody, opcję liberalno-demokratyczną czeka następny rebran­ding, jakieś kolejne polityczne przetworzenie. Jeśli partyjna opo­zycja szybko czegoś nie wymyśli, proces szukania pretekstów, aby polubić PiS, będzie w niePiSie postępował, a twardy antyPiS - za­nikał. Pozostanie rozsądna opozycja z wydzielonymi miejscami w Sejmie (jak kiedyś PAX w PRL) i będzie się merytorycznie spierać o to i o owo. Chętni już się zgłaszają.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz