PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 13 stycznia 2018

Liga amatorska,Co poradzić opozycji,Łeb do interesów,Lata świetlne,Szczęściarz Antoni i Przyszłość przeszłości



Liga amatorska

Zastąpienie „swojskiej Beaty” „światowym Mateu­szem” jest formą ogłoszenia, że z fazy demokracja przechodzimy do fazy technokracja. Technokracja nie wymaga racji, wymaga jednak kompetencji.
   Eksperyment, jakiemu poddawana jest Polska, jest cieka­wy. PRL pokazał, że w Polsce można zaprowadzić komunizm, ale wymaga to bagnetów. Po 1989 r. okazało się, że Polska jako prekursor jest w stanie pokonać drogę od komunizmu do demokracji i gospodarki rynkowej. Teraz PiS próbuje udo­wodnić, że pod rządami tej partii potrafi Polska pójść także z powrotem. Choć nie dokładnie do komunizmu, raczej od demokracji i gospodarki rynkowej do zamordyzmu i kapitałoetatyzmu. Eksperyment jest ciekawy z kilku względów. Po­każe, czy Polakom bardziej podoba się wolność, czy pozorne bezpieczeństwo. Pokaże też skalę cierpliwości rodaków, bo przeprowadzają go - co już widać - totalni amatorzy.
   Nieudolność tej ekipy jest dojmująca, choć nie rzuca się w oczy wszystkim, póki starcza pieniędzy na 500+, emery­tury i kilka innych prezentów, za które elektorat - choć płaci za nie z własnej kieszeni - jest bardzo wdzięczny władzy. By tę skrajną nieudolność zilustrować, nie trzeba długo szukać. Ot, kilka przykładów z pierwszych dni roku. Służba zdrowia, którą ta władza miała zreformować, wcześniej likwidując NFZ, jakoś się sama nie zreformowała. Z NFZ uciekło tylko kilkuset fachowców przerażonych perspektywą utraty pra­cy, w szpitalach zaś nagle brakuje lekarzy, bo wbrew temu, co myśli władza, nie każdego da się zastraszyć i nie każdy pro­test da się przeczekać. Jak widać w przypadku choroby, nie tylko ksiądz, ale i książę bywa bezradny.
   W tym samym momencie nowy polski premier pojechał po prośbie do premiera kilkakrotnie mniejszego kraju, od którego w ogromnym stopniu zależy teraz los i Polski, i tego rządu, i tego premiera. W epoce dawno minionej to pan Orban prosił premiera Tuska o wstawiennictwo w Europie. Dziś Polska, w ramach wstawania z kolan, stała się peten­tem. Nowy polski premier poleciał więc na audiencję nie do papieża, jak kilku jego poprzedników, ale do polityka, któ­ry przed dojściem do władzy PiS zasłużenie okupował euro­pejską oślą ławkę. Niezależnie od tego, czy Orban PiS-owską władzę ocali, czyją sprzeda, cała sytuacja jest totalną kom­promitacją ekipy Kaczyńskiego. Zdarzało się Polsce zależeć od innych, ale od mocarstw rangi i rozmiarów Węgier jesz­cze nigdy.
   Przykład trzeci jest nieco humorystyczny, ale i charak­terystyczny. Oto PiS-owska ekipa w TVP postanowiła za­prezentować publice serial historyczny „Korona królów”. I zaprezentowała. Całość jest jak metafora obecnej władzy.
Kiepska reżyseria, fatalny scenariusz, parciana scenografia, nędzna obsada, kiepskie kostiumy. Krótko mówiąc - fuszerka.
   Fuszerka to klucz. Ta władza potrafi rozdawać, kontro­lować, kłamać, grozić, przejmować i zajmować, jest jednak boleśnie bezradna, gdy trzeba rządzić, zarządzać i tworzyć. Umiejętności, które ma, wymagają wyłącznie stanowisk i woli wydawania rozkazów. Te, których nie ma, wymaga­ją prawdziwych kompetencji, niezależności i wolności. Coś naprawdę sensownego i trwałego można zbudować dzięki współpracy, zaufaniu i kompromisowi. Gdy niczego z tego nie ma, a pozostają hierarchia, kontrole i nakazy, można zbudować tylko system całkowicie niewydajny. W każdym razie w Polsce, zamieszkanej na razie przez Polaków, a nie Chińczyków czy południowych Koreańczyków.
   Lider PiS uznał, że zmieni Polskę, jak mu się podoba, jeśli tylko totalnie zapanuje nad kadrami. I zapanował. Wymaga­ło to jednak masowego awansu miernot i różnych Misiewi­czów. Z taką armią można zrobić inwazję na stanowiska, ale niewiele więcej. Cała reszta, z centralnym lotniskiem, kole­jami próżniowymi i milionem samochodów elektrycznych, pozostanie na slajdach i w opowieściach, którymi moż­na uwodzić prezesa Kaczyńskiego, ale które rzeczywisto­ści nie zmienią. Jeśli nawet każdy jej element nazwie się polskim i narodowym. Przymiotniki te nie sprawiają bo­wiem, że „narodowe” i „polskie” stanie się racjonalne i wy­dajne. Propaganda sukcesu też ma granice mocy, o czym pana Morawieckiego powinien przekonać los jego poprzed­ników, rządzących Polską w latach 70. Wtedy też było fajnie i miło, aż się wszystko zawaliło. Bo rachunki, tak to już jest, zawsze w końcu przychodzą.
   Dla większości Polaków praworządność czy trójpodział władzy okazały się fanaberiami. W porządku. O losie tej wła­dzy zdecyduje więc baza. A ponieważ władza jest, jaka jest, kadry ma, jakie ma, system jest, jaki jest, a kłopoty w Euro­pie tak czy owak uderzą w skarbonkę państwa, baza zacznie się nieuchronnie sypać. Pytanie nie brzmi, czy to nastąpi, ale kiedy. Choć przyznaję, biorąc pod uwagę ekscesy tej władzy, odpowiedź na nie ma charakter fundamentalny.
Tomasz Lis

Co poradzić opozycji

Na nowy rok opozycji rekomenduję: pewną wstrzemięźliwość, gdy w Europie dochodzi do debat lub głosowane są rezolucje dotyczące rządów PiS, oraz determinację do budowy „koalicji trzech".

Listopadowe głosowanie w Parlamencie Europejskim nad rezo­lucją potępiającą naruszanie praworządności w Polsce odbiło się w naszym kraju szerokim echem. PiS starał się przykryć niewy­godny dla niego temat bezczelnego łamania praworządności pełny­mi emocji rozważaniami nad zdradzieckim charakterem europosłów PO, zwłaszcza tych, którzy głosowali za rezolucją. Sytuację ułatwiał mu fakt, że nie po raz pierwszy w tak zasadniczej sprawie opozycja - która przecież zgodnie potępia PiS za łamanie praworządności i za stopniowe tworzenie państwa policyjnego - zachowała się nie­jednolicie. Część posłów PO poparła rezolucję, pozostali wraz z europosłami lewicy wstrzymali się, a PSL - jak to ma w zwyczaju - stanął w rozkroku i z jednej strony w pełni zgodził się z zawartą w rezolucji krytyką rządów PiS, z drugiej zbojkotował głosowanie, tłumacząc to „sprzeciwem wobec sankcji dla Polski” (choć od tej rezolucji do sankcji droga daleka i będzie jeszcze czas się sprzeciwić).
   Szkoda. Kolejna zmarnowana okazja, aby opozycja: po pierwsze, zademonstrowała jedność w tak elementarnej sprawie jak obrona praworządności; po drugie zaś, zgodnie spróbowała wyjaśnić opinii publicznej, że pisowsko-kukizowa teza, iż „brudy trzeba prać we własnym domu”, to po prostu zamiatanie brudów pod dywan, a poza tym Unia Europejska to właśnie nasz wspólny dom.

Pozostaje wszakże do omówienia problem natury bardziej ogól­nej, a mianowicie jak właściwie powinni zachować się europosłowie prodemokratycznej i prokonstytucyjnej opozycji, gdy w Par­lamencie Europejskim albo innym gremium (np. w Radzie Europy) zanosi się lub dochodzi do debat i rezolucji krytycznych wobec rządu PiS? Pozwolę sobie zaproponować kilka zasad. Otóż sądzę, że polscy europosłowie reprezentujący demokratyczną opozycję (proponuję na stałe tę nazwę, zamiast „opozycja totalna”):
   1.nie powinni inicjować takich debat;
   2.jeśli taka debata zostanie zainicjowana, powinni oczywiście przedstawić swój pogląd na sytuację w Polsce;
   3.nie powinni podpisywać żadnych projektów rezolucji w tej sprawie, ale jeśli w przygotowanym projekcie znajdą się sformułowania nieprecyzyjne lub uproszczone - powinni wynegocjować wprowadzenie niezbędnych korekt;
   4.w trakcie głosowania powinni wstrzymać się od głosu.
Rekomenduję zatem pewną wstrzemięźliwość w postępowaniu, ale bynajmniej nie dlatego, aby uchronić naszych posłów przed uznaniem ich przez PiS za „zdrajców” - to i tak nastąpi. Chodzi o to, że byłoby fatalnie, gdyby o uzyskaniu większości w głosowaniu nad taką rezolucją miały zadecydować głosy polskie. Dla pełnej wiarygodności powinien to być wyłącznie głos zatroskanych sytuacją w Polsce naszych unijnych partnerów.

Przez minione dwa lata sondaże nie były łaskawe dla opozycji. Za 9-10 miesięcy odbędzie się jedyny wiarygodny sondaż: wy­bory do sejmików wojewódzkich. Kilka tygodni temu „Rzeczpospo­lita” (za IBRiS) zaprezentowała preferencje wyborcze w głosowaniu do sejmików w czterech województwach: dolnośląskim, wielkopol­skim, lubuskim i zachodniopomorskim. Oprócz partii politycznych w badaniu tym wystąpił także Bezpartyjny Komitet Samorządowy (BKS), który z reguły plasował się na trzecim miejscu (po PiS i PO) osiągał od 8 do 10 proc. głosów, a na Dolnym Śląsku (gdzie jest szczególnie popularny) - nawet 17,5 proc.! To wprawdzie tylko czte­ry województwa, ale warto dogłębnie przeanalizować wyniki tego sondażu. A wnioski są naprawdę ciekawe.
   Przeliczyłem procentowe poparcie na sejmikowe mandaty i okazało się, że jeśli wszystkie komitety pójdą pod własnymi szyldami, to PiS będzie rządził w każdym (!) z tych województw: bądź samodzielnie (Wielkopolska), bądź w koalicji z BKS. Dlaczego zakładam, że radni BKS będą skłonni raczej do koalicji z PiS niż z demokratyczną opozycją? Mój profesor od matematyki na studiach nigdy nie doprowadzał do końca przeprowadzanego dowodu i tuż przed końcem stwierdzał: „Dalej to już jest trywialne!” - po czym wychodził z auli. Tak i ja odpowiem: dlaczego BKS raczej z PiS? To trywialne (ale jeszcze nie opuszczam Czytelników).

Tym samym nawoływania do tworzenia wspólnych list uzyskały mocne potwierdzenie. Ale oto znów kubełek zimnej wody - sama koalicja PO i Nowoczesnej niewiele daje! Tylko w Lubuskiem pozwoliłoby to opozycji rządzić (przy udziale SLD), w pozostałych trzech województwach nadal większość miałaby koalicja PiS-BKS. Niewielkie okręgi wyborcze (od 5 do 8 mandatów) i system D'Hondta sprawiają, że poparcie w granicach 7-8 proc. często nie gwaran­tuje nawet jednego mandatu. Dopiero „koalicja trzech" - PO, N i SLD - gwarantuje bezpieczną większość w każdym z tych województw. Na 134 mandaty w omawianych czterech sejmikach przy samodzielnym starcie PO zdobyłaby 44 mandaty, Nowoczesna - 5 mandatów, a SLD - 6. Koalicja PO+N otrzymałaby 54 mandaty (tylko o 5 więcej, niż startując osobno), natomiast wspólna lista PO+N+SLD - 73 mandaty, czyli wyraźną większość. A przecież są to województwa zachodnie, w których PiS ma relatywnie mniej­sze poparcie. W województwach centralnych i wschodnich brak takiej koalicji skończy się totalną klęską!
   Niby wszystko jasne, ale w polityce racja stanu często przegrywa z wąsko pojmowanym interesem partyjnym. Zatem wszystko w rękach Schetyny, Lubnauer i Czarzastego (na Kosiniaka-Kamysza nie liczę).

Prezydent Duda skierował do tzw. Trybunału Konstytucyjnego ustawę znoszącą próg dochodowy, powyżej którego nie wnosi się składek emerytalnych. Uzasadnił to... niedostatecznymi kon­sultacjami (sic!). Dziwne - dotychczas bez problemu, nawet w nocy, podpisywał ważne ustawy uchwalone bez żadnych konsultacji wystarczyła konsultacja z prezesem, a tu proszę! Szkoda, że pan prezydent nie zakwestionował tego, że przy uchwalaniu tej ustawy w Senacie zabrakło kworum (co marszałek Karczewski uznał za nie­istotny drobiazg) - ale tu wykazałby już za dużą śmiałość.
   A co z wyborami do Sejmu? No nieee, mówią politycy opozycji, to jeszcze za wcześnie. Na pewno? Radzę zajrzeć do konstytucji, polecam zwłaszcza art. 225. Z dwojga złego wolę, aby zaskoczyły nas opady śniegu niż lokator Nowogrodzkiej.
Marek Borowski

Łeb do interesów

Sięgałem w kiosku po „Ga­zetę” i „Rzepę”, kiedy spoza nich wystawał tytuł z innej gazety: „Mamy płacić Żydom za zbrodnie niemieckie!”.
Zawsze, kiedy płacą Żydom, nadstawiam ucha, może parę groszy wpadnie... Podobno panuje najlepsza od 28 lat ko­niunktura, tym bardziej nie mogę się doczekać, kiedy zapu­ka ona i do mojego starego portfela, tak jak trafiła do kiesze­ni Mateusza Morawieckiego.
   Jak większość ludzi wiekowych, wydaję dużo na lekar­stwa. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym dostał darmowy lek dla seniora. Czy ja nie wyglądam na seniora? - pytam w aptece. Jeśli siwizna nie wystarczy, to mogę okazać do­wód. Jak tylko Szydło ogłosiła darmowe leki, to ja od razu zacząłem chorować na wszystkie możliwe darmowe cho­roby, bo to się opłaca, a jak coś się opłaca, to ja jestem pierwszy, bo my - czyli seniorzy - mamy łeb do intere­sów. Najwyższy czas, żeby Radziwiłła zastąpił Rotszyld. Ten przynajmniej ma pieniądze. Więc pytam panią magister, na co trzeba chorować, żeby lekarstwa były darmowe, ale odesłała mnie do lekarza.
   Do lekarza to ja jestem już od dawna zapisany w przy­chodni przy ulicy Szajnochy, mam termin 27 marca. Cieka­we, czy dotrwam, bo kiedy stałem w ogonku do rejestracji, to mnie nogi tak bolały, że sądziłem, iż padnę, a miejsca nikt nie ustąpi, bo sami chorzy. Mało tego, kiedy byłem już drugi w kolejce, okienko było na wyciągnięcie ręki, gość przede mną usłyszał, że dla niego zapisy. się skończyły. - Następ­ne? - Za dwa tygodnie! Jego zamurowało, a mnie się spie­szyło. W końcu wyszedłem zadowolony jak w socjalizmie. Człowiek stał, stał, ale coś wystał.
   Anegdota a propos. Przychodzi do rejestracji starszy schorowany pan i prosi, żeby go zapisać do kardiologa.
- Do kardiologa mogę zapisać na 2020 rok. - Ależ proszę pani, ja ledwo żyję, mam wysokie ciśnienie, duszności, bóle zamostkowe, rozrusznik nie działa, mogę nie dożyć do 2020 roku. - Aaaa, to w takim razie zapiszę pana ołów­kiem - odpowiada rejestratorka.
   Wracając do artykułu „Mamy płacić Żydom.”, to pismo nazywa się „Warszawska Gazeta”. Wiele tekstów jest w niej anonimowych, jak napisy w bramie. Widocznie mają resztki wstydu. „Profesorzyna Magdalena Środzina ochoczo sko­czyła do rządu komucha Marka Belki. W którym aż roiło się od byłych towarzyszy z PZPR. Poziom zakłamania, a właści­wie załgania tej wojującej lewaczki poraża. (...) I pomyśleć, że taki ktoś wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. To dra­mat, że osobnicy tego typu dopuszczani są do nauczania polskiej młodzieży”. (Droga Pani Profesor, bardzo przepra­szam za ten cytat, mam zamiar wstąpić do Wojsk Obrony Terytorialnej, tam dostanę polskiej produkcji karabin naj­nowszej generacji oraz 500+ i zrobię z nimi porządek. Cho­ciaż w anonima trudno wcelować i na to ten tchórz liczy).
   Kolejny anonim: „Lis po prostu zwariował. Im dalej od ko­ryta, tym jego amok, szaleństwo, obsesja i nienawiść coraz wyraźniej budują obraz człowieka nieuleczalnie chorego”. Guy Verhofstadt - „antypolski bydlak”. Prof. Andrzej Zybertowicz - „mistrz szpagatu”, kiedyś (1980) był żarliwym marksistą, pisał, że PZPR nie jest niereformowalna, potem udzielał „Warszawskiej” wywiadu, a teraz „wyjątkowo podle porównu­je ją do szmatławca »Nie«”. Małgo­rzata Gersdorf - wzorcowy przykład degrengolady, jaka dotknęła „kastę nadzwyczajnych ludzi”, czyli środowisko sędziowskie.
   No, dobrze - zapyta zniecierpliwiony czytelnik - a gdzie w tym wszystkim Żydzi? Czy pan też stosuje metodę „War­szawskiej”: na okładce Żydzi, a w środku prezydent Duda i ksiądz Isakowicz-Zaleski? Otóż trzy razy „nie”! W moim sklepie, jak Żydzi są na wystawie, to siedzą i przy kasie. Na łamach „Warszawskiej” sprawę wyjaśnia Jan Piński, prawicowy publicysta, kiedyś poszukiwany, teraz odnajduje się jako ekspert od żydowskich pieniędzy: „Mamy płacić Żydom za zbrodnie niemieckie!” - taką rezolucję przyjął wg Pińskiego Senat USA. „Chodzi o tych ludzi, którzy nie pozostawili spadkobierców, a w związku z tym ich majątek przejął polski skarb państwa”. O ten majątek dopominają się organizacje żydowskie, które „uzurpują sobie prawo” do domagania się majątku „Polaków po­chodzenia żydowskiego”. Ciekawa ekwilibrystyka. Kto domaga się pieniędzy? - Żydzi. - A czyich domagają się pieniędzy? - Polaków pochodzenia żydowskiego.
   Autor łączy to z reparacjami dla Polski. Można spró­bować - pisze żartowniś - „przewrotnie rozwiązać dwie sprawy za jednym zamachem i obiecać żydowskim orga­nizacjom 20, a nawet 30 proc. (a co będziemy im żałować!) pieniędzy, które zwrócą Polsce Niemcy. Zobaczą Państwo, jak szybko okaże się, że polskie roszczenia wobec Niemiec wcale nie są tak pozbawione szans i tak absurdalne, jak nam mówiono”.
   Tam, gdzie pojawiają się Żydzi, musi być - kto? No, oczy­wiście, profesor Jerzy Robert Nowak, dyżurny filosemita kraju. Jego esej dotyczy bestialstwa Szlomo Morela, po wojnie oprawcy w obozie dla Niemców w Świętochłowicach, a potem w więzieniu w Jaworznie. Pod kierownictwem Morela obóz przekształcił się w katownię niewinnych Po­laków i Niemców.
   I tak kółko się zamyka: mamy jeszcze płacić żydowskim oprawcom niewinnych Polaków i Niemców. A nie mamy na lekarstwa.
Daniel Passent

PS Przeglądając dodatek „Plus Minus” do „Rzeczpo­spolitej” (16 grudnia), ożywiłem się na widok obszernego artykułu pt. „Smak władzy NA BANKIETACH u Passenta”. Artykuł dotyczy Solidarności i Komisji Mieszanej na Po­morzu Zachodnim w 1980 r. Moje nazwisko pojawia się w całym artykule tylko jeden (!) raz, mianowicie w zda­niu, że członkowie Komisji ze strony Solidarności jeździli do Warszawy, gdzie jakoby „uczestniczyli w bankietach, na przykład u bliskiego kręgom rządowym publicysty Da­niela Passenta”. Tylko tyle. Autor, dr Sebastian Ligarski z IPN, bliski kręgom rządowym, posłużył się moim nazwi­skiem w tytule chyba na przynętę, bo swojego jeszcze so­bie nie wyrobił. Tytuł zapowiada bowiem artykuł o „ban­kietach u Passenta”, a w tekście nic więcej o tym nie ma. Zwyczajny kant. Żeby autor chociaż ze mną porozmawiał! Ależ po co się fatygować, skoro jest historykiem z IPN.

Lata świetlne

Ostatniego sylwestra spędziłem, omiata­jąc kulę ziemską z prędkością światła, czego pewnie pozazdrościłby mi sam Elon Musk, zwłaszcza że nie ruszałem się z miejsca - czyli z włas­nego domu. Jak się ma psa imieniem Elvis, jest się ska­zanym na siedzenie w zasięgu jego węchu i głaskanie go albo podawanie mu hydroksyzyny, kiedy już w sąsiadów wstąpi rewolucyjny duch i zaczną odpalać fajerwerki. Na wsi psów jest zatrzęsienie, w każdym gospodarstwie co najmniej jeden, a mimo to każdy pan serwuje swojej psi­nie bombardowanie niczym w Sajgonie, czego zwierzak nie potrafi zrozumieć jako zabawy - podobnie jak zwykły człowiek prawdziwego bombardowania w Aleppo. Żadne wezwania i perswazje nie pomogą, skoro przepis prawny zakazuje używania w Polsce fajerwerków... z wyjątkiem nocy sylwestrowej właśnie. Więc psy i koty, a także pta­ctwo domowe i wolne (mieszkam w pobliżu rezerwatu ptaków, gdzie pełno unikatów z orłami włącznie) są ska­zane na parogodzinną gehennę - tylko taki gościu jak ja, siedzący w pobliżu, głaszczący i opowiadający psu bajki, jest w stanie załagodzić cierpienie.
   Udając spokojnego (tak trzeba, by pies nie wpadł w jeszcze większą panikę), robiłem to, co większość ro­daków: gapiłem się w telewizor. Gdy za oknem sąsiedzi robili Sajgon, podkręcałem muzyczkę głośniej, usiłu­jąc niskimi tonami disco zatuszować niskie odgłosy de­tonacji. Z muzyką było różnie, więc skakałem z kanału na kanał w poszukiwaniu stosownej zagłuszarki. Tra­fiłem nawet na Kim Dzong Una z Korei - jego podnio­sły głos nie miał właściwości uspokajających i szybko czmychnąłem dalej. Zapamiętałem jedyne, że facet ma guzik nuklearny pod ręką, więc niech wszyscy uważają. Trump mu na to zatweetował, że jego guzik jest jeszcze większy. Putin swojego nie pokazał. Tak weszli w nowy rok zawodowcy. Amatorzy nie mieli tej klasy. Brudziń­ski nie oświetlał butów współrodaków w poszukiwaniu wartych zrabowania adidasów - pojechał jedynie życze­niem białych róż dla zgwałconych przez uchodźców ko­biet. Wsparł go mówiący niemrawo poseł, który kiedyś kradł samochody i ten drugi, który za młodu pomieszkiwał w psychiatryku, co właściwie widać do dziś.
   Ale dla mnie najważniejsza była muzyka. Jej szu­kałem. To był mój sojusznik w walce z bombardowa­niem wsi.
   Z jednego polskiego kanału uciekłem, bo zabrakło organizatorom dwóch tysięcy złotych na komputerowy program Melodyne, który powoduje, że artysta przesta­je fałszować. Piszę to bez złośliwości. Kiedy jest zimno, struny głosowe, a także te do gitary, muszą się rozje­chać. Nie ma żartów. Mnie playback w takich sytua­cjach nie drażni. W USA faceci nie udawali chojraków i grali w rękawiczkach, co jest fizycznie niemożliwe, więc dźwięki szły z komputera i nikt żalu nie miał. Przy­najmniej uszu nie ranili. Niestety, punktualnie o pół­nocy, kiedy na podwarszawskie wsie i miasta spadła kaskada efektów hukowych z „Gwiezdnych wojen”, na wszystkich kanałach telewizji polskiej transmitowano pogaduszki i pocałunki, zero dudniącej muzyki, która mogłaby mojego psa uspokoić. Z wyjątkiem Zakopane­go - tam na scenę wszedł Sławomir i tak oto zobaczy­łem eksplozję w swoim życiu największą. Wreszcie go poznałem. Jego sukces nie dziwi mnie nic a nic, nie zo­baczycie mnie skrzywionego. Podobnie jak na widok ar­tystki o nazwisku Sexmasterka (natknąłem się dwa dni później) i jej hitu „Wyślij mi nudeska”. Tu jest Polska. Ona ma oczy zielone i tańczy dla mnie, zawsze tak było, tylko przyznać się trudno.
   Wtedy skoczyłem na kanał CNN i poczułem inną cywilizację. Tu Brudziński zgubiłby azymut od razu. Anderson Cooper jest jednym z najwybitniejszych ko­mentatorów w USA, jest też - podobnie jak Tim Cook, szef firmy Apple, jawnym gejem. I oto ów Ander­son prowadzi przepiękną kilkugodzinną transmisję z Times Square w towarzystwie innego geja, Andy’ego Cohena (producenta programów „The Beal House­wives”), robią to uroczo, żartują sobie na milion spo­sobów („Anderson, ale masz piękne niebieskie oczy”, „Czy chciałbyś być mężem młodego Presleya?”), ich korespondentka z Denver, Bandi Kaye, prowadzi transmisję z autobusu, w którym sylwestrowicze pró­bują różnych smaków legalnej tam marihuany, w Key West na Florydzie główny ceremoniał oddano w ręce transwestyty w różowej sukience, a burmistrz Nowe­go Jorku, Włoch, tańczy ze swoją czarnoskórą żoną. Nagle czuję, że w tej szokującej dla Polaków konste­lacji ja czuję się normalnie. Bo cały świat jest jeden - tylko wtedy jest moim światem.
Zbigniew Hołdys

Szczęściarz Antoni

Kiedy piszę te słowa, zbliżamy się do święta Trzech Króli. Święto to, mimo że jest świę­tem kościelnym, spopularyzował w na­szym kraju nie Kościół, tylko Ryszard Petru. Tuż po święcie ma się rozpocząć najsłynniejsza na świecie rekonstrukcja rządu. Od wielu miesięcy trwają przy­gotowania. Ministrowie walczą o utrzymanie swoich stanowisk. W ramach rekonstrukcji, jeszcze przed świętem, rząd zakupił dwie nowe pancerne limuzyny (co ważne, z nowymi oponami), tak odporne na ciosy z zewnątrz, że mogą służyć do wycinki drzew na do­wolnie wybranym obszarze. Wyjątkowo aktywne jest MON. Wojskowe samoloty transportowe zostały po­skręcane od nowa. Na wody zaminowanego Bałtyku dumnie spłynął poławiacz bałtyckich pereł wyposażo­ny w elektronikę tak skomplikowaną, że jeśli znajdzie jakąś minę, to ją wyłowi. Stare, ale jare migi wyposa­żono w fotele, które katapultują pilota, żeby spokoj­nie siedział na pieńku do momentu, w którym gajowi ministra Szyszki udzielą mu pomocy. MON wydało wszystkie pieniądze m.in. na zupełnie nowe samolo­ty dla VIP-ów. Planowana jest budowa łodzi podwod­nych, bo te, które mamy, zanurzały się bezpiecznie ostatnio z premierem Millerem w czasie jego komu­nistycznej marynarskiej służby. Podobno mają je zbu­dować Francuzi, nie będą one jednak drogie, bo skoro Egipcjanom przekazali najnowsze okręty za dolara, to my możemy zapłacić pięć. O helikopterach nie piszę, bo są niepotrzebne. Nasi sojusznicy Amerykanie są głupi, bo chcą od nas ogromnych pieniędzy na Patrio­ty, a powinni nam dopłacić za to, że popularyzujemy ich technologię. Wszystko, co napisałem, układa się w całość pod kierownictwem ministra obrony Anto­niego Macierewicza. Jako pacyfista jestem stanowczo za rozbrojeniem naszej armii, co minister gwarantuje. Lubię go, bo jest grzeczny i skuteczny. Wielki polski aktor Czesław Wołłejko stworzył w latach 60. krea­cję w filmie „Szczęściarz Antoni”. Antoni w prezen­cie ślubnym niespodziewanie otrzymuje czołg. Gdyby ktoś chciał zrobić remake tego filmu, to nasz ulubio­ny minister powinien grać główną rolę z pominięciem castingu.
Krzysztof Materna jest satyrykiem, aktorem, reżyserem i producentem telewizyjnym

Przyszłość przeszłości

O muzykach krakowskiego zespołu Hańba!, którzy właśnie otrzymali Pasz­porty POLITYKI, mówi się, że to artystyczna grupa rekon­strukcyjna. Przed kilku laty wpadli bowiem na bardzo szczególny pomysł, aby sięgnąć po rozmaite - jak byśmy dziś powie­dzieli społecznie zaangażowane - teksty przedwojennych autorów i zaśpiewać je we współczesnej punkowo-folkowej wersji. Co było po­czątkowo zabawą, zaczęło nabierać nieoczekiwanego ciężaru. Umyśli­li sobie, że będą szukać inspiracji tekstowych w wydarzeniach sprzed równo 80 lat, a więc w 2011 r. był według ich muzycznego kalendarza 1931, w 2014 - 1934, a teraz z nagrodzoną płytą są w roku 1937: płyta nazywa się „Będą bić!” Kontekst: schyłkowa Druga Rzeczpospolita, narasta ksenofobia i nastroje faszystowskie, są protesty i walki na uli­cach, w Europie rosną nacjonalizmy, sanacyjna oligarchia jeszcze udaje regionalne mocarstwo, ale za dwa lata polska państwowość znajdzie się nad przepaścią... O tym są wykrzykiwane na płycie teksty.
   Muzycy krakowskiej grupy podkreślają, że nie ponoszą odpowie­dzialności za skojarzenia odbiorców, i żeby ich nie wkręcać w obecną politykę, bo naprawdę wciągnęła ich historia II RP, gdzie, jak mówią, skupiło się to, co w Polakach najlepsze i najgorsze. Że wyszło aluzyj­nie, a jak niektórzy boją się,„profetycznie” (bo życie dogania teksty), to już paradoks polskiej nieprzepracowanej przeszłości. Dostaliśmy fascynującą, nieprzyjemną płytę, gorzką odtrutkę na państwową propagandę, która w roku stulecia odzyskanej niepodległości będzie młócić na paździerz (w stylu,„Korony królów”) prawdziwą, pokręconą i niejednoznaczną, historię Polaków XX w.

W wykonaniu Hańby! (muzycy odkryli, że „hańba” to nasza ulu­biona, tradycyjna zniewaga polityczna) tytuł „Będą bić!”jest opatrzony wykrzyknikiem. Bo to 1937 r. A 2018? Czy w dzisiejszej Polsce jest jakieś realne ryzyko, motywowanych politycznie, aktów przemocy? To jedno z ważnych pytań, jakie zadajemy sobie u progu nowego roku. Na razie, odpukać!, zdarzają się tylko incydenty. Jeden nawet wydarzył się parę metrów od naszej redakcji na ul. Słupeckiej w Warszawie. Jakiś dorosły mężczyzna pobił 14-letnią dziewczynkę o ciemniejszej karnacji, wykrzykując: „Polska dla Polaków!” Skłonny je­stem przypuszczać, że napastnikiem był zapewne jeden z tych współczesnych „żołnierzy wyklętych”,  których patriotyzm w obezwładnia­jącym wywiadzie chwali ks. Jarosław Wąsowicz, duszpasterz środowisk kibicowskich. W związku z incydentem na Słupeckiej „Wiadomości” TVP zacytowały wypowiedź premiera Morawieckiego, że „nie ma zgody na rasizm w Polsce”, zapewniły też, że Polska jest krajem spokojnym i bezpiecznym, w odróżnieniu od takich Niemiec, dokąd „islamskie byczki” (by zacytować posła Brudzińskiego) przywlo­kły gwałty i przestępczość.
   Prof. Andrzej Zybertowicz z PiS ubawił ostatnio pół Polski projek­tem MaBeNy - Maszyny Bezpieczeństwa Narracyjnego, czyli skoncen­trowanej propagandy państwowej. Tu już chyba działa prototyp. „Nachodźcy precz!”, „Polska dla Polaków!” to dziś podstawowa narracja PiS, grana na wszystkich dostępnych władzy instrumentach. Więc na pyta­nie „Będą bić?” część odpowiedzi już mamy - tak, kolorowych będą bić. A przynajmniej lżyć i zaczepiać. (Właśnie we Wrocławiu i Częstochowie poturbowano jakichś Hindusów,„omyłkowo” wziętych za Arabów). Jasne, nie poturbują każdego, bez przesady, ale to przestał być już bez­pieczny kraj dla niebiałych. No dobrze, a co z nami, krajowcami? Czy agresja werbalna, która zdominowała tzw. dyskurs polityczny, może przerodzić się w fizyczną?

Ciekawe, że o groźbie wybuchu przemocy mówi dziś przede wszyst­kim władza. Incydenty z niszczeniem drzwi kilku biur posłów PiS w partyjnych przekazach dnia zostały natychmiast połączone z eksplo­atowaną w nieskończoność sprawą zabójstwa sprzed kilku lat w łódz­kim biurze poselskim PiS. W związku z decyzją sędziego Tulei o wzno­wieniu postępowania w sprawie legalności pamiętnego głosowania w Sali Kolumnowej w prawicowej publicystyce wróciły oskarżenia opo­zycji o nieustanne planowanie puczu, może niedługo jakiegoś nowego majdanu. Te intuicje, nawet uznając je za podkręcane, bynajmniej nie są absurdalne. Mimo starań opozycji, aby utrzymać pokojowy charak­ter wszystkich manifestacji, ryzyko jakichś niekontrolowanych przez nikogo akcji czy wybuchów bardzo wzrosło, bo władza podgrzewa niemal każdy konflikt, a jednocześnie zatyka, demontuje lub ignoruje ustrojowe i polityczne zawory bezpieczeństwa.
   Następuje wręcz, na co zwracał ostatnio uwagę politolog Rafał Matyja, „kryminalizacja opozycji” Chodzi o to, że PiS w odniesieniu do przeciwników politycznych coraz częściej sięga po oskarżenia o zdradę stanu (słynne „donoszenie na Polskę do Unii”), ale także po, trudne do zweryfikowania, zarzuty kryminalne. W tej sytuacji każdy akt przemocy, który dałoby się powiązać z opozycją, MaBeNa przerobi­łaby na zarzut terroryzmu, żądając delegalizacji „przestępczych forma­cji”; a gdyby „coś” wydarzyło się tuż przed wyborami, nawet ich zawie­szenia. Jakieś nowe „wybory brzeskie” - to jest naprawdę czarny scena­riusz, którego bardziej trzeba się obawiać niż ewentualnych ulicznych przepychanek. Nie sądzę, aby taka była dziś strategia Kaczyńskiego, bo tam raczej w ogóle nie ma strategii; jest taktyka, która dopuszcza każdy wariant, jeśli tylko okaże się politycznie możliwy i korzystny.

Mimo wszystkich uderzających podobieństw władzy PiS do sanacji, na szczęście to jednak nie jest rok ani 1930, ani 1937. Inna Pol­ska, inna geopolityka, mniej skłonności do przemocy, w ogóle mniej to wszystko groźne. Co prawda czuć duszącą stęchliznę historycznych kostiumów, w które przebiera się prezes, ale jak długo nie pozwolimy zatrzasnąć drzwi i okien na Europę, PiS pozostanie polityczną grupą re­konstrukcyjną (fakt - robiącą tumult i demolkę), po której da się kiedyś posprzątać. Tymczasem polecam jako partyjny hymn piosenkę zespołu Hańba! do słów Ziemowita Szczerka: „Będzie wielkie Międzymorze/
Nad Europą Polski orzeł.//Lubić nas tam nikt nie musi/byle trzęśli się jak trusie”
Jerzy Baczyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz