poniedziałek, 1 stycznia 2018

Wróżby i zaklęciaSami sobie,Post scriptum,Wanna bez odpływu



Wróżby i zaklęcia

Witamy ten nowy rok prognozami, przepowiednia­mi, wróżbami, spekulacjami. Jak wszyscy w tym czasie ulegamy odruchowi oswajania, czy też zaklinania przyszłości, która ostatnio zrobiła się nieprzyjemnie nieprzewidywalna. Zajrzałem do naszych ubiegłorocz­nych prognoz, żeby sprawdzić, na ile się wtedy myliliśmy, jak bardzo rzeczywistość rozjechała się z ówczesnymi przeczuciami i kalkulacjami. Mówiąc najkrócej: obawy raczej się potwierdziły, nadzieje nie. Przewi­dywaliśmy, co zresztą nie było takie trudne, że po faktycznej likwidacji Trybunału Konstytucyjnego władza spróbuje przejąć kontrolę nad niezawisłymi sądami. Choć nikt się chyba nie spodziewał po drodze wet Andrzeja Dudy i tego, że operacja zajmie cały rok 2017 (właśnie się dopełniła). Mieliśmy pewne nadzieje, że przeciwko jawnemu łamaniu konstytucji zbuntuje się może Jarosław Gowin i że swoją dziesiątką posłów zachwieje sejmową większością. No, okropna naiwność; ale nie my pierwsi ulegliśmy urokowi eleganckiej powierzchowności posła Gowina. Napisaliśmy, że w 2017 r. Jarosław Kaczyński będzie przybliżał się etapami do swojego premierostwa, które obejmie w 2018 r. (?), a „tymczasem będzie trwało męczenie premier Szydło” przy pomocy „rekonstrukcji rządu" W ogóle 2017 r. miał zamknąć - mówiliśmy - pierwszy etap rewolucji, kolonizacji państwa przez aparat PiS, a otworzyć nowy, w którym władza, szykując się do wyborów, „będzie ustawiać się w roli obrońców spokoju i normalności". Tę prognozę pod­trzymujemy, jak to się mówi, w całej rozciągłości.

Rzeczywiście, chyba wszyscy mamy poczucie, że dopiero teraz rozpoczyna się decydująca gra o tron. PiS jest silniejszy, niż był tuż po wyborach, ale daleko mu jeszcze do pełnej kontroli na całym terytorium podbitego kraju. Jeśli nie przejmie dużych miast, ta władza się nie domknie, pozostaną silne, trwałe ogniska oporu, mobilizacji i przyszłej rekonkwisty. Pech dla rządzących, że w trzyletnim cyklu wyborczym pierwsze są wybory samorządowe, do których ich par­tia jest najsłabiej przygotowana, gdzie ma naprzeciw siebie wielu, nie zawsze łatwych do rozpoznania i zaatakowania, konkurentów.
W dodatku jawne próby centralizacji państwa niesłychanie podniosły stawkę i temperaturę tej rozgrywki. Dla dziesiątków tysięcy radnych różnych szczebli, pracowników administracji i sfery budżetowej, lokal­nych działaczy, aktywistów, stowarzyszeń to może być bowiem „bój ostatni" - o prawo do samorządu, o utrzymanie autonomii swoich, jak to się ładnie mówiło, małych ojczyzn.
   2018 nazywamy „Rokiem stulecia”, nie tylko ze względu na przy­padającą w listopadzie setną rocznicę odzyskania niepodległości, ale także dlatego, że w sensie politycznym to najważniejszy, jak dotąd, rok XXI w. Przystępujemy do podejmowania wyborczych decyzji, które określą nie tylko przyszłość, ale i przeszłość naszego kraju. Spodziewamy się niesłychanie nachalnej, agresywnej polityki histo­rycznej, uprawianej przy pomocy całej machiny państwowej, która ma narzucić Polakom interpretację przeszłości jako drogi prowadzą­cej do władzy PiS, będącej zwieńczeniem najlepszych tradycji naro­du polskiego. Każdy z nurtów czy bohaterów polskiej historii, który nie da się wpisać w pisowską narrację, będzie, już jest, dyskredyto­wany, wymazywany. Historyczna propaganda posłuży także - to też już widzimy - podkręcaniu resentymentów antyniemieckich, we­dług od dawna czytelnego przekazu, że Niemcy są tożsame z Unią Europejską (którą kontrolują), a więc prawdziwa niepodległość Pol­ski musi oznaczać wrogość wobec „brukselsko-berlińskiej dyktatury”

Nie da się zainstalować w Polsce autorytarnego reżimu w ra­mach Unii; kierunek pisowskiej rewolucji ustrojowej jest więc jednoznaczny: musi prowadzić na obrzeża lub wręcz poza Unię.
Nasi sojusznicy i przyjaciele z Europy i Stanów powtarzają, zaklinają, że Polska separująca się od Zachodu to geopolityczne szaleństwo, zagrożenie dla suwerenności i rozwoju kraju, przekreślenie marzeń i nadziei, jakie towarzyszyły Polakom, kiedy 100 lat temu odzyskiwali niepodległe państwo. I kiedy w 1989 r. znów otrzymali od historii możliwość samostanowienia. Zarzuty, że władze RP realizują, być może tylko przez niekompetencję i zacietrzewienie, plany Krem­la, początkowo stawiane były jako publicystyczna figura - dziś są powtarzane coraz poważniej i z coraz większą grozą. Symbo­licznie, akurat u progu nowego roku Komisja Europejska wdrożyła wobec rządu RP, pierwszy raz w historii Unii, sankcyjną procedurę art. 7 za uporczywe łamanie w Polsce zasad praworządności. Tego już nie da się przykryć prostacką telewizyjną propagandą (że to kara za nieprzyjęcie uchodźców); jest gryzący wstyd przed całym świa­tem. To jest tak, jakby Europa powiedziała: tym ludziom nie należy podawać ręki.

Ale też w trzecim roku władzy PiS otrzymujemy z Zachodu wyraźne sygnały: rząd, naruszający przyjęte w naszej części świata standardy praworządności i praw człowieka, napotka wer­balne, polityczne, może nawet nieoficjalne ekonomiczne retorsje, ale „wasz kraj, wasza sprawa". Są granice interwencji, żadna armia nie przyjdzie tu z odsieczą. Jeśli Polacy, wciąż mając instrumenty oporu, przełkną tę specyficzną miksturę socjalizmu i zamordy­zmu, sami wybiorą swój los. Opozycja ma już coraz mniej czasu, aby przekonać już choćby tylko swoich potencjalnych wyborców, że możliwe jest nowoczesne opiekuńcze państwo, które nawet wchłonie dotychczasowe i wszystkie następne socjalne inwencje PiS, ale nie każe za nie płacić wolnością osobistą, prawami wy­borczymi, wymuszoną aprobatą dla najbardziej bezwstydnych kłamstw historycznych, państwowym kultem rodziny Kaczyńskich, rządami niekontrolowanej partyjnej oligarchii. Najwyższy czas, aby rozpoczynające się od tego roku kampanie wyborcze przestały kręcić się wokół personaliów i koalicji. Żeby już skupiać się na tym „co po PiS?". Zaklinamy rzeczywistość? Może - ale to jest ten jedyny moment w roku, kiedy wypowiada się nawet najodważniejsze ży­czenia. Bo jeszcze nie jest przesądzone, że się nie spełnią.
Jerzy Baczyński

Sami sobie

Zachowanie nowego premiera Polski w Europie już nawet nie dziwi. Sami tak sobie wybraliście - można usłyszeć - łamiecie zasady demokracji, dlaczego więc mielibyście współdecydować o prawach, które i nas obowiązują?

Wszystko to podobno miało służyć poprawie wizerunku Polski na arenie międzynarodowej, a szczególnie w Unii Europejskiej. Dostaliśmy nowego premiera. Gładko uczesanego, grzecznego, w czystych okularkach, do tego znającego języki i potrafiącego ponoć liczyć! Lena Kolarska-Bobińska trafnie określiła tę wymianę wicepremiera na premiera i odwrotnie - przemalowywaniem (POLITYKA 50). A ja na pytanie, czy to przemalowywanie jest jakimś postępem w polskiej polityce, usłyszałam niedawno odpowiedź: „Ależ naturalnie, że to znaczący postęp! Dotychczas głowa rządu kłamała tylko po polsku, a teraz kłamie również po angielsku”.
   Postęp a la PiS, można by rzec. Mateusz Morawiecki pokazał to wyraźnie podczas pierwszego szczytu UE, w którym uczestniczył. A właściwie uczestniczył, ale nie do końca. Opuścił zebranie szefów państw członkowskich UE przed konkluzjami, bo czekała na niego wigilia i opłatek w gronie partyjnych kolegów. Taka przynajmniej wersja krąży w kuluarach - wśród zdumionych tym kuriozalnym zachowaniem. Czy europejscy politycy mogli to odebrać inaczej niż jako wyraz arogancji? W pisowskim języku zapewne nazywa się to „wstawaniem z kolan” - bo przecież Angela Merkel również była obecna na szczycie, więc niech patrzy kanclerka, co dla nas, dumnych Polaków, jest naprawdę ważne! I Macron niech widzi, jak my sobie ot tak, po prostu, szczyt europejski opuszczamy, skoro Francja nie chce wpuszczać naszych pracowników delegowanych na dotychczasowych warunkach. Stać nas, a co?!

Polski rząd miał podobno bronić praw nabytych przez Polaków, którzy wyjechali do Wielkiej Brytanii. A to właśnie brexit był przecież tematem ostatniego szczytu. Premier wolał jednak śpiewać kolędy. Wydaje się, że nie robiła na nim wrażenia nawet groźba zastosowania art. 7 wobec Polski, co kilka dni później nastąpiło. A choćby nie wiadomo jak głośno reżimowe krzykaczki nadawały, że wszyscy uwzięli się na polski rząd i jest to winą „zdrajców i donosicieli”, czyli europosłów PO, coraz trudniej będzie przykryć fakt, że konsekwentne łamanie prawa i brak współpracy oraz woli dialogu powodują, że gotowość odebrania głosu przedstawicielom pisowskiego rządu w Radzie jest coraz wyraźniejsza. Żadne pudrowanie Morawieckim nic nie zmieni.
   Na tę zmianę nikt się nie nabiera, po prostu nie odgrywa ona żadnej roli. Zachowanie premiera podczas szczytu nie wywołuje już ani oburzenia, ani szoku, tylko smutną - czasem z nutką współczucia - konstatację: sami tak sobie wybraliście, przysyłacie nam na poważne rozmowy marionetkę. Taki też macie Sejm, który łamie podstawowe prawa demokracji. Dlaczego więc mielibyście współdecydować o kształcie rozporządzeń i dyrektyw, które również nas obowiązują, skoro sami łamiecie wspólne zasady, na których opiera się nasza Wspólnota? Tak, w każdym kraju Unii są silniejsze lub słabsze, bardziej lub mniej słyszalne środowiska antydemokratyczne, z prawej i z lewej strony; są tacy, którzy nawołują do niszczenia UE, ale różnica jest zasadnicza: u nas to środowisko jest u władzy. Polska nie jest małym krajem, którego słaby, odosobniony głosik nie zaciąży na losach Wspólnoty. Unia nie może zatem przymykać oka na to, co się u nas dzieje. Po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE będziemy piątym co do wielkości krajem, z odpowiednią do tego siłą głosu, chociaż wielu, którzy z tej siły mogliby dla nas wszystkich zrobić użytek, zdaje się tego ani nie rozumieć, ani nie traktować na serio.

Czy macie jeszcze w Polsce wolną prasę?” - zapytała mnie ostatnio pewna Włoszka. Tak, mamy - odpowiedziałam.
„A telewizję niezależną od propagandy rządowej?”. Owszem - odparłam - istnieje w Polsce prywatna telewizja. „A, to faszyzm w Polsce jeszcze nie jest taki jak za Mussoliniego” - odetchnęła z ulgą. No rzeczywiście, nie jest. Ale pytania Włoszki są dobrym przykładem tego, w jaki sposób obywatele Europy patrzą na Polskę. Poziomu dyktatury z czasów Mussoliniego jeszcze nie osiągnęliśmy. Pociecha. Na razie zatrzymuje się ludzi i przeszukuje mieszkania tych, którzy w bezsilnej złości zwymyślali dziennikarkę propisowskiej telewizji. Ale już ci, którzy zwymyślali antypisowską dziennikarkę, paradowali w dzień Święta Niepodległości z faszystowskimi hasłami lub powiesili na szubienicach portrety europosłów opozycji, są w porządku; ich zachowanie uchodzi im bezkarnie - ba, niekiedy nawet jest chwalone jako przejaw patriotyzmu!
   I nikt nawet się nie dziwi, że scheda po brexicie nie trafia do naszej części Europy: ani agencje, ani banki, ani nawet pracownicy. Niemcy wykorzystują sytuację, uelastyczniają systematycznie warunki dla migrantów, więc młodzi, wykształceni zamiast do wielkiej Brytanii coraz częściej wędrują właśnie do nich. Wyjeżdżają również z Polski, nie doceniając faktu dumnego „wstawania z kolan” ich ojczyzny. We Frankfurcie gwałtownie rosną ceny nieruchomości, bo banki z City na wszelki wypadek otwierają filie nad Menem.

Brexit jest dla Europy wielkim wyzwaniem, ale wielu w europejskim starzejącym się społeczeństwie stara się przy okazji skorzystać na migracji młodych. Jak również na migracji prężnie działających instytucji. Niemcy spodziewają się między 30 a 60 mld euro nadwyżki budżetowej (i tendencja jest wzrostowa). Polski rząd zamyka zaś przed migrantami granice.
A instytucje jakoś się nie spieszą do kraju, w którym hasło „Czysta krew” oraz oenerowskie logo z mieczykiem są aprobowane przez rządzących. Nie spieszą do kraju, w którym nie mają pewności, że w sytuacji konfliktu z administracją państwową będą sądzeni przez sędziów niezależnych od partii rządzącej i polityków.
Nie spieszą do kraju, w stosunku do którego prowadzona jest procedura dotycząca łamania praworządności. A od tego punktu do wyjścia z Unii już nie jest daleko.
   W noworocznym numerze powinny być raczej optymistyczne teksty. Trochę trudno jednak się cieszyć w sytuacji dramatycznej.
nie ma co życzyć sobie cudu, bo cud się nie zdarzy. Ale realnie sami możemy wyciągnąć się z tej sytuacji: maksymalną mobilizacją, aktywnością, otwarciem na kompromisy i współpracę między środowiskami opozycyjnymi, braniem odpowiedzialności na siebie, a nie czekaniem, że ktoś coś zrobi za nas. Nikt nam nie mówił, że będzie łatwo, ale nie możemy dopuścić do tego, żeby nasze wielkie osiągnięcia były już tylko historią. I rok 2018 może być decydujący.
Różą Thum

Post scriptum

Drodzy Czytelnicy „The Washington Exa­miner”! Kilka dni temu mogli Państwo zapoznać się z artykułem polskie­go premiera Mateusza Morawieckiego pt. „Dlaczego mój rząd reformuje sądownictwo”. Artykuł zawiera przeina­czenia i przemilczenia zaskakujące u szefa rządu i wpro­wadzające w błąd czytelników w USA.
   Dla przykładu, premier pisze, że elementy ksenofobicz­ne i rasistowskie, które „zawłaszczyły sobie” demonstrację w dniu święta narodowego 11 listopada, zostały „natych­miast potępione” przez wysokich rangą urzędników i pre­zesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Sorry, ale pierwsza reakcja ówczesnej premier i ministra spraw wewnętrznych mówi­ła, że demonstracja była „piękna”. Dopiero kiedy światowe media zagrzmiały i fala oburzenia dotarła do Polski, nie­którzy politycy również się oburzyli. Nie „natychmiast”, ale po jednym-dwóch dniach. Tylko prezydent Duda zareago­wał w porę.
   Dalej, z artykułu wynika, że wymiar sprawiedliwości w Polsce zdominowany jest przez komunistów i postko­munistów, że jest skorumpowany jak sycylijska mafia, że sędziowie kierują się zasadą „korzyści dla przyjaciół, zemsta dla rywali”, że w sprawach dochodowych „wyma­gane są” (!) łapówki, a nominacje sędziowskie ograniczo­ne są do „niewielkiej kasty starszych prawników”. Artykuł nie podaje żadnych przykładów korupcji, podobnie jak nie wspomina o tym, że pan Mateusz Morawiecki, będąc przez dwa lata wicepremierem i ministrem finansów, nie pozbył się milionowych akcji prywatnego banku, którego był prezesem, zanim wszedł do rządu. Uczynił to dopiero, kiedy został premierem.
   Niestety, chociaż w każdej skrzynce znajdzie się zgniłe jabłko, polski premier nie podaje ani jednego konkretnego przykładu. Tylko ogólniki, żeby u czytelnika amerykańskiego rozniecić strach przed nawrotem komunizmu. Tymczasem komunizm w Polsce jest martwy. Ideologia jest skompromi­towana i zakazana, partia nie istnieje, gdyż brak chętnych. Nawet senator Joe McCarthy miałby trudności ze wskaza­niem komunistycznych złogów w Polsce. To nie oni masze­rują pod hasłami „białej Europy” ulicami Warszawy.
   Zawłaszczenie wymiaru sprawiedliwości potrzebne jest rządowi nie po to, żeby go naprawić, tylko żeby dokończyć przejmowanie wszelkiej władzy i zlikwidować wszystkie oazy niezależności. Zlikwidowano służbę cywilną, media publiczne stały się tubą władzy, kpią z nich nawet zwolen­nicy rządu. Zwolniono dziesiątki generałów i setki oficerów. Wojsko, policja, służby specjalne, prokuratura („ciąg tech­nologiczny”), służba zagraniczna (wszyscy do zwolnienia, wybrańcy będą mogli powrócić), najważniejsze instytuty w dziedzinie kultury - wszystko zostało opanowane tą samą metodą: dyskredytacja - czystka - nominacja swoich.
   Dyskredytacja przybiera rozmaite formy - jakieś stare faktury, przetargi, rozjazdy, rzekome libacje, powiązania rodziców, studia w Rosji - dobry jest każdy pretekst. Przed reformą sądownictwa władze przeprowadziły brutalną kampanię medialną i propagandową przeciwko wszystkim sędziom, przedstawiając ich jako kastę nierobów, którzy na koszt podatników zwiedzają Wiel­ki Mur Chiński. Środowisko sędziow­skie coraz bardziej utożsamiane jest ze światem przestępczym, po to żeby je rozpędzić na cztery wiary i zatrud­nić członków rodziny IV RP!
   Kiedy po studiach byłem stypendystą Uniwersytetu Prin­ceton, na czele fundacji, która zaprosiła 10 młodych ludzi z 10 krajów, stał sędzia William O. Douglas (1898-1980), mianowany jeszcze przed wojną przez prezydenta Roosevelta. Dzięki niemu mogliśmy się przekonać, jakim pre­stiżem i szacunkiem cieszy się sędzia Sądu Najwyższego w USA. W Polsce, po trwającej od dwóch lat nagonce na sę­dziów, trudno to sobie wyobrazić.
   Rozprawiono się z Trybunałem Konstytucyjnym, zmie­niając bezprawnie jego skład, trwa demontaż Sądu Najwyż­szego (wprowadzenie z dnia na dzień wieku emerytalne­go 65 lat dla sędziów pozwala zwolnić ponad 1/3 składu, w tym urzędującą I Prezes SN na dwa lata przed upływem jej sześcioletniej kadencji); sędzia, który chciałby nadal orzekać, będzie musiał wystąpić z poniżającą prośbą o ła­skawą zgodę do prezydenta. Sędziów nie będą już wybie­rali członkowie „kasty”, tylko politycy - przedstawiciele narodu. „Mamy większość - wolno nam wszystko” - oto dewiza zwycięzców. Obowiązująca od 1997 r. konstytucja jest „postkomunistyczna”, to świstek papieru. Monopol na prawdę i sprawiedliwość ma dzisiaj partia rządząca. Trójpodział władzy staje się fikcją. Władza sądownicza została upolityczniona jak nigdy od upadku komunizmu. Jeżeli prezydent Andrzej Duda podpisze ustawy o Krajo­wej Radzie Sądownictwa i o Sądzie Najwyższym (tak jak podpisał fatalną dla wymiaru sprawiedliwości ustawę o ustroju sądów powszechnych), będzie to koniec nieza­wisłych sądów.

Premier Morawiecki w swoim artykule z tajemniczych powodów nawet słowem nie wspomniał o niepokoju, jaki upadek praworządności w Polsce budzi za granicą, w Unii Europejskiej i u naszego najważniejszego sojusz­nika - w Stanach Zjednoczonych. Polskę ostrzegał już demokratyczny prezydent Barack Obama i jego sekretarz stanu John Kerry. Podobną linię kontynuuje republikańska administracja Donalda Trumpa. Departament Stanu wydał już kilka oświadczeń na temat zagrożenia praworządności i wolnych mediów w Polsce. Parlament Europejski nie raz debatował nad stanem praworządności w naszym kraju.
W tych dniach Unia ma zdecydować, czy po raz pierwszy w swojej historii wdrożyć postępowanie z artykułu 7 Trakta­tu Europejskiego. Komisja Wenecka, zaproszona przez rząd, nie ukrywa swojego krytycyzmu. Organizacje i stowarzy­szenia prawnicze w Polsce i za granicą, wydziały prawa licz­nych uniwersytetów, światowe media, od „The Economist” po „Wall Street Journal” (rzekomo pod dyktando opozycji z Warszawy), apelują do polskich władz o zawrócenie z fa­talnej drogi, prowadzącej przez Budapeszt do Stambułu.
   Dziwne, że pan premier nawet nie wspomniał o mię­dzynarodowej reakcji na wydarzenia w Polsce. Świadczy to o znaczeniu, jakie do niej przywiązuje.
Daniel Passent

Wanna bez odpływu

Możemy sobie stękać, możemy sobie kwę­kać i chrząkać z prze­kąsem, ale musimy przyznać - 2018 r. zacznie się fantastycznie. Wiadomo już, że wystartu­je w poniedziałek. Będzie to nie tylko pierwszy dzień roku, ale także pierwszy dzień miesiąca. A jeszcze pre­cyzyjniej - pierwszy dzień tygodnia. To nie żadna tam koincydencja, ale koronkowo wykonana robota. Trzy początki w jednym dniu splotą się, dzięki wielkiemu wysiłkowi partii i rządu, w przecudny warkocz 365 dób. Każda z nich zabłyśnie sukcesami, które sprawią, że Eu­ropa się zadziwi, a świat aż jęknie.
   Na razie, do święta Trzech Króli, będziemy w kraju mieli święty spokój, o czym zapewnił w telewizji wice­marszałek Senatu Adam Bielan. Aby wzmocnić swój przekaz, dodał też parę słów o Igorze Tulei, sędzim, który uchylił decyzję prokuratury o umorzeniu śledz­twa w sprawie posiedzenia Sejmu w grudniu 2016 r. Sę­dzia jest przeciwnikiem obecnej władzy, co dowodzi, że wymiar sprawiedliwości trzeba gruntownie prze­nicować - pruł fale oceanu bredni Bielan. Premier Ma­teusz Morawiecki nie ma nic przeciwko temu, a nawet jest za. Zatopiony po uszy w bezodpływowej wannie po Beacie Szydło zrobi wszystko, by zadowolić swojego pryncypała. Przede wszystkim pozbędzie się balastu demokracji, tego fałszywego bożka przewrażliwionych europejskich elit, który ciągnie nas na dno. Premier dał temu wyraz podczas ostatniego szczytu UE w Brukseli.
Pojechał tam, by na nowo otwo­rzyć furtkę do współpracy z Unią, ale skończyło się na zamknięciu drzwi za sobą, gdy uciekał przed zakończeniem obrad. Zadziwiłem się potężnie, gdy Morawiecki próbował przekonać Bruk­selę, że w Polsce praworządność ma się świetnie. Nie zawahał się też wmawiać tego Amerykanom.
   Na łamach konserwatywnego tygodnika „Washing­ton Examiner” powtórzył pisowskie propagandowe kłamstwa - o tym, że „czerwoni” sędziowie z czasów PRL zdominowali wymiar sprawiedliwości w III Rzecz­pospolitej, a do wygrania niektórych spraw „wymagane są łapówki”.
   Stowarzyszenie Prawników Amerykańskich uzna­ło, że niezależność sądów w Polsce jest tematem zbyt ważnym, by odpowiadać Morawieckiemu. Za­apelowali więc do prezydenta Dudy o po­nowne zawetowanie ustaw o SN i KRS. Podobne dyplomatyczne próby pod­jęły Komisje Wenecka i Europejska oraz ONZ. Swojego autorytetu użył prof. Adam Strzembosz, protesto­wali prawnicy z Uniwersytetów Jagiellońskiego i Warszawskiego, a także ludzie pod Sejmem i na uli­cach miast w całej Polsce. Głowa państwa odpowiedziała wszystkim eleganckim milczeniem. Widać cały czas poważnie się zastanawia, któ­rym piórem podpisać nekrolog.

Tymczasem PiS na spa­lonym oleju wysmaża w pośpiechu nowy Kodeks wyborczy i nawet okien nie otwiera, żeby smogu nie zasmrodzić. Wszyst­ko wskazuje na to, że kartka wyborcza stanie się w 2018 r. grą w kółko i krzyżyk.
Szef PKW Wojciech Hermeliński zaryzykował wizytę u prezydenta, podczas któ­rej tłumaczył mu, że dwa razy dwa równa się cztery. Wyraził swoją dezaprobatę dla pomysłu, by rozstrzy­ganie wyborów dostało się w żądne władzy łapki mi­nistra spraw wewnętrznych Mariusza Błaszczaka. Pan Andrzej Duda podobno obiecał, że się przyjrzy w od­powiednim czasie. Kto się przyjrzy, nie powiedział, bo wszyscy i tak wiemy.
   2018 r. zakończy się tak pięknie, jak się zaczął. W po­niedziałek. Aż skóra cierpnie, gdy pomyśleć, jak bardzo inny będzie to poniedziałek.
   Trochę szczęścia by nam się przydało w nowym roku, ale kiedy popatrzę na ten mijający, to we łbie natrętnie mi dudni przysłowie - nieszczęścia chodzą parami.
Stanisław Tym

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz