PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 26 kwietnia 2014

Pies Cywil odpłynął



Broń, jazda po pijaku, piżama i znikające spinki od koszuli. Pies Cywil, czyli były wiceminister, który odpowiadał za nasze bezpieczeństwo, odegrał rolę życia.


IZABELA SMOLIŃSKA MICHAŁ MAJEWSKI

Atak hakerski zaczął się w połu­dnie. Komputer wiceministra padł. Potem zaatakowany został system alarmowy. Następnie w domu wiceministra zawitał kolega. - Wypiliśmy po dwa drinki. Były mocne - przyznaje Zbigniew R., wiceszef resortu spraw wewnętrznych w rządzie PiS.
- Coś pan zażywał tego dnia?
- Leki nasercowe i silne środki przeciw­bólowe.
Po wyjściu druha R. pamięta już tylko kadry, porwane sceny. Na jednej z nich do domu wchodzi dwóch mężczyzn i kobieta. R. idzie na górę. W portfelu nie ma pieniędzy, wyparowują też spinki od koszuli. Polityk nie odpuszcza złoczyńcom. - Sięgnąłem po broń. Zawołałem: „Policja! Stój, bo strzelam! ”. Wie pan, takie przyzwyczajenie. Jednak przez kilkanaście lat byłem policjan­tem - ożywia się R. Opowieść trochę się rwie. Okazuje się, że pod domem czatują inni ludzie. Są w aucie. R. w piżamie, laczkach, z pistoletem w ręku odpala swoje bmw i zaczyna pościg za bandziorami, których widział w porwanych kadrach.

ZA FOKUSEM W KAPCIACH
Opowiada 19-letni uczeń technikum. - Je­chaliśmy w pięć osób drogą Nowy Tomyśl - Poznań. Chcieliśmy zawieźć kolegę do szkoły w Poznaniu. Za Jastrzębskiem za­jechało nam drogę ciemne bmw. Auto nas wyprzedziło i zaczęło hamować, po czym zatrzymało się na drodze. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Chwilę za nim postaliśmy, bo myśleliśmy, że ktoś wyjdzie z samochodu. Nikt nie wyszedł, więc wyprzedziliśmy samochód i ruszyliśmy w dalszą drogę. Wtedy znowu nas wyprzedził. Zaczął jechać slalomem, żebyśmy nie mogli go ponow­nie wyprzedzić. Stanął na środku drogi, otworzył okno od strony pasażera i zaczął strzelać w stronę pola. Wystraszyliśmy się i zaczęliśmy uciekać, tym razem w przeciw­nym kierunku. W tylnej szybie widziałem jeszcze, że za nami zawraca, ale już nas nie dogonił. Nawet nie widzieliśmy, skąd ten samochód wziął się za nami na drodze, czy wyjechał z bocznej uliczki, czy nas dogonił. Byliśmy w takim szoku, że nie wiedzieliśmy, co mamy z sobą zrobić. Na policję zgłosili­śmy się dopiero rano. Już wtedy wiedziałem, że chodzi o byłego wiceministra i że został zatrzymany. Nawet nie zauważyliśmy, że napastnik był ubrany w piżamę i kapcie. Było ciemno, nie zwracaliśmy na to uwagi.
Nie wiemy, o co mu chodziło, nic do nas nie mówił, nie krzyczał, nie wiemy, co mogło być motywem. Początkowo myślałem, że to napad i że ktoś po prostu chce nam ukraść samochód. Zamierzamy złożyć pozew przeciwko Zbigniewowi R.

TATO, JA CHCĘ ŻYĆ!
Na pościgu za chłopakami się nie kończy. Chwilę później na tym samym odcinku drogi pojawia się rodzina w jasnym volkswagenie golfie. On pracownik Ikei, ona pracująca w położonym niedaleko zajeździe. W aucie był też ich siedmioletni syn. Opowiada mąż: - Rozwoziliśmy zaproszenia na ko­munię syna. Żona kierowała. Powiedziała mi, że ktoś ją oślepia światłami. Po chwili sam zobaczyłem, że rzeczywiście ktoś za nami jedzie, mruga światłami i się zbliża. Potem ten samochód nas wyprzedził i zaczął zajeżdżać nam drogę, próbując nas zatrzymać. Wyciągnąłem telefon i za­dzwoniłem na policję. W tym momencie mężczyzna zatrzymał samochód, wysiadł i zaczął strzelać w powietrze. Nie wiedzie­liśmy, o co chodzi, nic do nas nie mówił, przynajmniej nic nie słyszeliśmy. Żona wrzuciła wsteczny, następnie zawróciła i zaczęła uciekać w stronę Nowego Tomyśla. Widząc to, napastnik wsiadł do samochodu i zaczął nas gonić. Jechaliśmy z prędkością ok. 170 km/h, dwa razy przejechaliśmy na czerwonym świetle. Cały czas byliśmy na linii z oficerem dyżurnym, który mówił nam, gdzie mamy się kierować. Widzieliśmy jadący w przeciwnym kierunku patrol, który zawrócił, i drugi radiowóz, który wyjechał z boku. Policjantom udało się zatrzymać naszego napastnika, co się działo dalej, nie wiem, bo jechałem już do komendy w No­wym Tomyślu. Dziecko płakało, krzyczało: „Tata, ja chcę żyć”. To było dramatyczne. Emocje nie opadły do dziś. Z synem byliśmy u psychologa od razu w poniedziałek, ob­serwujemy go, pod koniec tygodnia mamy kolejną wizytę.

OBCIĄŻONA WĄTROBA
Zbigniew R. został zatrzymany 12 minut po zawiadomieniu policji przez napadniętego mężczyznę. Policjant: - Scena jest zareje­strowana na wideorejestratorze.
Magdalena Mazur-Prus, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Poznaniu: - Za­przeczam, jakoby policjanci mówili, że przy zatrzymaniu Zbigniew R. chciał ich zwolnić z pracy. Informacje takie są kompletnie nieprawdzie. Gdyby tak było, znalazłoby to odzwierciedlenie w zarzutach.
Policjant: - Facet trafił na dołek. Jak tro­chę odsapnął, poprosił o kartkę i długopis. Zaczął pisać zażalenie na zatrzymanie.
Zostało one uznane za bezzasadne i sąd je oddalił. R. miał półtora promila alkoholu we krwi. - Niepotrzebnie wyjechałem z szutrowej drogi i wdałem się w pościg, ale nie strzelałem do ludzi, tylko w pole! Mam nadzieję, że ludzie zrozumieją. Działałem w stanie wyższej konieczności.
- O czym pan mówi?
- W ostatnim czasie było włamanie do poznańskiego mieszkania, które należy do mnie. Była też próba włamania do mojego samochodu. Po tej sytuacji zorganizowałem odprawę w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Poznaniu...
- Jaką odprawę pan zorganizował w komendzie wojewódzkiej? Przecież jest pan osobą prywatną ?!
 -Źle się wyraziłem. Nieprecyzyjnie. Przepraszam, ale czuję ból. Miałem groźby. Jestem jednym z twórców projektu ustawy o czynnościach operacyjno-rozpoznawczych służb, krytykowałem to, co dzieje się z pro­gramem świadków koronnych. Grożono mi, żebym trzymał się od tego z daleka, bo mnie odpierdolą i zajebią!
- Rozumiem. Zapytam wprost, czy pan w ostatnich miesiącach nie przesadzał z alkoholem?
- Niestety tak. Były nerwy, była praca trochę za dużo piłem. Ale ja to wszystko tej rodzinie, za którą jechałem, wynagrodzę. Już podjąłem pierwsze działania.
Pracownik MSW: - Dziennikarze sygnalizowali, że trzeba było rezygnować z zapraszania R. do komentarzy w radiu czy telewizji, bo był niedysponowany.
Polityk i znajomy wiceministra: - Roz­mawialiśmy z kolegami, próbując dojść, co się stało. Okazywało się, że Zbyszek ostatnio nie oszczędzał wątroby na imprezach. I na dodatek brał silne leki nasenne. Taki miks sprawia, że człowiek może przestać nad sobą panować.
Po swych drogowych występach R. poło­żył się do szpitala (kilka lat temu przeszedł operację kardiologiczną). Po kilku dniach został jednak ze szpitala wypisany. Stani­sław Rusek, rzecznik kliniki im. J. Strusia w Poznaniu, potwierdza, że w czwartek koło południa opuścił szpital. - Stan jego zdrowia jest całkiem niezły. Nie było dalszej potrzeby hospitalizacji pacjenta. O stanie zdrowia Zbigniewa R. świadczyć może to, że jego pobyt w szpitalu był relatywnie krótki - wyjaśnia. Polityk usłyszał prokuratorskie zarzuty za jazdę po pijaku i groźby karalne.

KOLEGA GENERAŁÓW
Wysoki, niespełna 40 -letni blondyn o chłopięcej urodzie. Kawaler. Na konferencjach - bezpieczeństwie wewnętrznym prawie zawsze przy prezydialnych stołach. Obok szefowie tajnych służb, policjanci, emeryto­wani generałowie, prokuratorzy, sędziowie. Siedem lat temu R. jako 33-latek został wiceszefem resortu spraw wewnętrznych - odpowiadał za policję. Po odejściu z mini­sterstwa R. poszedł na policyjną emeryturę po 15 latach pracy. Dlatego w środowisku policyjnym mówią o nim Pies Cywil.
R. zaangażował się w działalność Polskiej Platformy Bezpieczeństwa Wewnętrznego. To poznańska instytucja, która uczestniczy w projektach naukowych i badawczych na rzecz policji i służb specjalnych. Platforma chwali się poparciem i aprobatą władz państwowych, w tym ministerstw: spraw wewnętrznych oraz nauki i szkolnictwa wyższego. Platformę współtworzą Komenda Główna Policji, Ministerstwo Sprawiedliwości, ośrodki akademickie, politechniki. Współpracują z nią CBA, Wyższa Szkoła Policji w Szczytnie, Sąd Najwyższy, pro­kuratury, nawet 25. Brygada Kawalerii Powietrznej.
Platforma ma duży rozmach. W poło­wie 2013 r. wraz z Biurem Bezpieczeństwa Wewnętrznego Komendy Głównej Policji zorganizowała dwudniową konferencję na temat korupcji w służbach mundurowych. Wśród honorowych gości przechadzali się szef CBA Paweł Wojtunik i komendant główny policji Marek Działoszyński.
R. jest specjalistą w organizowaniu takich spotkań. Sam chętnie występuje w roli prelegenta, zaprasza, wita. Ma wpływo­wych znajomych. W Radzie Konsultacyjnej przy ABW poznał byłych szefów służb: Krzysztofa Kozłowskiego, Andrzeja Barcikowskiego oraz Bartłomieja Sienkiewicza, obecnego szefa MSW. Lubi media, w któ­rych występuje jako ekspert od wszelkich dziedzin związanych z bezpieczeństwem publicznym: od terroryzmu, poprzez inwi­gilację obywateli, po problematykę ochrony elektrowni jądrowych.
Część dziennikarzy zajmujących się „działką policyjną” i sprawami bezpie­czeństwa chętnie pompowała jego pozycję, zapraszając go do komentowania różnych wydarzeń.
Policjant: - R. organizował w wielkopol­skim Będlewie konferencje na temat bez­pieczeństwa. Zjeżdżali na nie prokuratorzy, policjanci, ludzie służb i wyselekcjonowani dziennikarze. Takie wyjazdowe seminaria, gdzie sobie można porozmawiać również w luźniejszej atmosferze.

NA TYSIĄC NETTO MOŻEMY SIĘ UMÓWIĆ
Problem polega na tym, że wokół Platformy powstał mało transparentny układ powią­zań. Pod tą samą nazwą działa bowiem: sieć instytucji naukowych, stowarzyszenie w Poznaniu oraz spółka z ograniczoną odpowiedzialnością zarejestrowana w Białymstoku. Dla przykładu, Polska Platforma Bezpieczeństwa Wewnętrznego (sieć naukowa) chwali się na swojej stronie internetowej publikacją naukową o nowo­czesnych systemach łączności pod redakcją m.in. Zbigniewa R. W opisie tej publikacji znajduje się informacja, że praca jest efek­tem projektu finansowanego ze środków Ministerstwa Nauki, który realizowała m.in. Akademia Hutniczo- Górnicza w Krakowie i... PPBW (spółka z o.o.).
Po kliknięciu w adres internetowy spółki otwiera się jednak witryna Europejskiego In­stytutu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który powstał na początku 2014 r. Poprosiliśmy R., żeby wyjaśnił nam tę gmatwaninę powiązań.
- Publiczne pieniądze na jakiś projekt dostaje na przykład uniwersytet w Bia­łymstoku. W jaki sposób trafiają one do spółki Polska Platforma Bezpieczeństwa Wewnętrznego? - pytamy R.
- Uniwersytet może zlecać jakieś działania spółce. Wynajęcie sali, autokaru, zorganizowanie konferencji...
- ...opłacenie analizy, wykładu napisa­nego przez dziennikarza...
- Tak nie robimy, staramy się, żeby takie zlecenia przechodziły przez uniwersytet.
- dziennikarze dostają za to pieniądze?
- No tak.
- Polska Platforma Bezpieczeństwa Wewnętrznego jest zaangażowana w fi­nansowany z publicznych pieniędzy projekt automatycznego rozpoznawania głosu. Państwo przekazują laptopy wraz z tym programem policjantom. Czy funkcjonariusze dostają za to pieniądze ?
- Tak, za testowanie systemu. Od 500 zł do 4,5 tys. Na to musi być zgoda komen­danta wojewódzkiego lub głównego policji. System do testowania mogą otrzymywać też sędziowie.
- A dziennikarze?
- Też. Kilku pana kolegów dostało lap­topy z tym programem.
- I kasę?
- Jak napiszą opinie o programie, to tak.
- Ile można dostać?
- Tysiąc złotych brutto za opinię na osiem stron.
- A dlaczego ja nie dostałem takiej propozycji?
- No to proszę zadzwonić do naszego sekretarza, załatwi pan z nim sprawę.
- A taką analizę gdybym napisał na osiem stron, to ile pan zapłaci?
- Na tysiąc netto możemy się umówić.

Współpraca: Cezary Bielakowski

ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz