PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 31 marca 2014

Lista rozwodowa



Ojciec Tadeusz czuje się rozczarowany postawą prezesa Kaczyńskiego. Ostatnio odprawił nawet jego posłańców. Kazał im przekazać, że nie ma przyjemności z nimi rozmawiać.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Plan prezesa był przebiegły. Klub parlamentarny Solidarnej Polski liczy szesnaście osób, więc wy­starczy wyciągnąć z niego tylko dwie osoby i cala partia pójdzie w rozsypkę. Ojciec dy­rektor znajdzie się pod ścianą i zostanie zmu­szony do poparcia PiS. A skoro tak, to będzie można go wziąć pod but i raz na zawsze się od niego uniezależnić.

Nękają Janka
O tym, że młody poseł Solidarnej Polski Jan Ziobro się łamie, wszyscy wiedzieli od daw­na. Jego koledzy z klubu mówią, że to chło­pak z sercem na dłoni, poczciwy i sumienny, ale w sensie politycznym - jeszcze zielony.
Ma dopiero 24 lata, do Sejmu wjechał na nazwisku i nie najlepiej orientuje się w par­tyjnych rozgrywkach. Dla starych wyjadaczy jest idealną ofiarą: chwiejny, łatwy do zma­nipulowania, niepewny. Jednego dnia już jest jedną nogą u Kaczyńskiego, a następne­go płoszy się, wycofuje i zapewnia, że zosta­je w Solidarnej Polsce. PiS zastawiło na niego sidła kilka miesięcy temu. Jak twierdzi jeden z jego znajomych, młody Ziobro był na roz­mowie u szefa klubu PiS Mariusza Błaszczaka już kilkakrotnie, ale liderom SP za każdym razem udawało się go utrzymać.
Jak ustalił „Newsweek”, dwa miesiące temu nad młodym Ziobrą zaczął dodatkowo pra­cować poseł Piotr Szeliga, który rozstał się z Solidarną Polską, gdy okazało się, że był szantażowany przez prostytutkę. Jego motyw wydawał się oczywisty: miał żal do dawnych kolegów, że nie bronili go w mediach, i szu­kał okazji do zemsty. Jak opowiada Andrzej Dera z Solidarnej Polski, Szeliga i młody Ziobro trzymali się razem od począt­ku kadencji: - Obaj przyszli do Sejmu jako debiutanci, siedzieli obok siebie na sali ple­narnej i byli w podobnym wieku. To, że mieli kontakty, było czymś naturalnym.
Gdy Szeliga popadł w kłopoty, jego kontak­ty z młodym Ziobrą przerodziły się w naga­bywanie. Zaczepiał go w Sejmie, wydzwaniał i zasypywał esemesami. Podsyłał sondaże, w których Solidarna Polska dołowała, prze­konywał, że to partia bez przyszłości, i nama­wiał do odejścia. Był namolny. - Zdarzały się dni, kiedy wysyłał po kilkadziesiąt wiadomo­ści: „Zadzwoń” „Gdzie jesteś?” „Dlaczego się nie odzywasz?’’. Janek pokazywał mi te esemesy, mówił, że czuje się nękany. Jakby ktoś robił mu pranie mózgu - opowiada Dera. Inny poseł Solidarnej Polski Edward Siarka dodaje: - Sam byłem świadkiem, jak chłopak dostał w ciągu godziny z 50 wiadomości.

Niech chłopak wraca do domu
Ziobro po raz ostatni spotkał się z Szełigą w Sejmie w ubiegłą środę. Dzień później w Solidarnej Polsce rozeszło się, że dostał zaproszenie na kolejne spotkanie w PiS.
- Miało do niego dojść po piątkowych głoso­waniach w gabinecie szefa klubu PiS. Janek mówił, że będzie rozmawiać nie tylko z Ma­riuszem Błaszczakiem, lecz także z samym prezesem - twierdzi Dera. Politycy Solidar­nej Polski wpadli w panikę. Wyjście młodego Ziobry oznaczałoby, że klub zawiśnie na wło­sku: będzie liczył już tylko 15 posłów i po wy­jęciu kolejnej osoby po prostu się rozpadnie. W czwartek wieczorem Beata Kempa zapro­siła młodego posła do swojego pokoju w ho­telu sejmowym. Tam czekali na niego Dera i Zbigniew Ziobro.
- Zobaczysz, Kaczyński cię oszuka. Dziś obieca ci złote góry, a jutro wyrzuci cię jak zużytą ścierkę - przekonywali.
Młody Ziobro posłuchał starszych kole­gów i obiecał, że nie pójdzie na piątkowe spotkanie, ale męczyło go co innego: co bę­dzie, jeśli Kaczyński podejdzie do niego na korytarzu ? Jak miałby z nim wtedy rozma­wiać? Ostatecznie stanęło na tym, że naj­bezpieczniej będzie, jeśli chłopak wyj edzie z Sejmu. W piątek koledzy zapakowali go więc w drogę powrotną do rodzinnych Niepołomic.
- Tb prawda, że podczas tej rozmowy w pokoju Kempy młody Ziobro dostał od Szeligi esemes: „To twoja ostatnia szansa”?
- Prawda - odpowiada Dera.
- To znaczy, że Szeliga wiedział o piąt­kowym spotkaniu u Błaszczaka?
- Tak. Nie sądzę, by to on aranżował tę rozmowę, ale na pewno namawiał Janka do wykorzystania okazji i odejścia.
Mimo że młody Ziobro ostatecznie nie pojawił się u Błaszczaka, to w piątek jego transferem żyło pół Sejmu. Serwis 300po-lityka.pl zdążył już nawet napisać, że Soli­darną Polskę opuszcza kolejny poseł, co po chwili zostało zdementowane.

Poseł od prostytutki ma wejścia
Kilka tygodni wcześniej adresatem po­dobnych namów był inny z Ziobrów na­leżący do Solidarnej Polski - Kazimierz, 64-letni poseł z Podkarpacia. Wszystko wyglądało niemal tak samo jak w histo­rii z Janem. Szeliga pokazywał mu sonda­że, namawiał do wyjścia i słał esemesa za esemesem. Przekonywał, że jeśli odcho­dzić, to tylko teraz, bo po wyborach z par­tii Zbigniewa Ziobry zostaną same trupy, a z trupami się nie rozmawia. - Chłopie, decyduj się, bo ten okręt idzie na dno - miał przekonywać.
Sam Kazimierz Ziobro - zresztą podob­nie jak Jan - nie chce opowiadać o swoich kontaktach z Szeligą. Robią to za niego koledzy.
Arkadiusz Mularczyk, przewodniczą­cy klubu Solidarnej Polski: - Kazik mó­wił mi, że Szeliga zapewniał go, iż mógłby zorganizować mu spotkanie z Mariuszem Błaszczakiem lub Adamem Lipińskim, wi­ceprezesem PiS.
Mieczysław Golba, poseł: - Piotrek słał Kaziowi dziesiątki esemesów. „Przejdź”, „Opłaci ci się” i tym podobne. Chciał go też umówić z człowiekiem z „Gazety Polskiej”.
- Z „Gazety Polskiej”? - dziwię się.
- Tak, z Dominikiem Tarczyńskim. I wie pan, co jest najciekawsze? Ten Tarczyński rzeczywiście skontaktował się z Kazikiem i powiedział, że mógłby załatwić mu roz­mowę z samym redaktorem naczelnym Tomaszem Sakiewiczem.
Dominik Tarczyński to prezes stowa­rzyszenia Charyzmatycy.pl i autor do­łączanych do „Gazety Polskiej” filmów poświęconych opętaniu przez demony oraz egzorcyzmom. Jakiś czas temu krę­cił się przy politykach Solidarnej Polski, roztaczając przed nimi śmiałe wizje. Mó­wił, że jego filmy nie tylko przynoszą „GP” krociowe zyski, lecz także przyciągają do niej religijnych czytelników. Chwalił się bliskimi kontaktami z Sakiewiczem. Po­czątkowo powierzono mu nawet tworze­nie partyjnych struktur Solidarnej Polski w Lubuskiem, ale szybko okazało się, że Tarczyńskiemu od pracy w terenie lepiej wychodzi opowiadanie o sobie.
Dziś politycy Solidarnej Polski twier­dzą, że ten specjalista od egzorcyzmów był kretem „Gazety Polskiej”, który miał pozorować działania i wynosić informacje. Po związkach z partią Ziobry podobno zostało mu tylko jedno: bliska znajomość z Szeligą.
Kiedy pytam o Kazimierza Ziobrę, Tarczyński najpierw udaje zdziwionego, ale po chwili przyznaje, że jednak się z nim kontaktował. Nasza rozmowa trwa krót­ko, bo Tarczyński podobno jest na lotnisku i musi kończyć. Gdy dzwonię ponownie, odpowiada mi już tylko poczta głosowa: „Ta Dominik Tarczyński, Charyzmatycy.pl. Proszę o pozostawienie wiadomości”.
Co ciekawe, na moje pytania identycz­nie reaguje Piotr Szeliga. Najpierw dopy­tuje w esemesach, w czym rzecz, a gdy mu wyjaśniam, kontakt się urywa. Na moje pytania nie odpowiadają też Błaszczak ani Sakiewicz. Oddzwania tylko Adam Lipiński. - Szeliga to ten, który miał hi­storię z prostytutką? - upewnia się. - Mo­gliśmy mówić sobie „dzień dobry”, ale to wszystko. Nie pamiętam, żebym kiedykol­wiek z nim rozmawiał.
A kiedy dopytuję w Solidarnej Polsce, na których posłach zależy Kaczyńskiemu najbardziej, wszyscy odpowiadają zgod­nie: oczywiście na Ziobrach. Dlaczego?
- Chodzi o propagandowy efekt, o na­główki w gazetach typu: „Ziobro odcho­dzi z Solidarnej Polski” - wyjaśnia Golba.
          
W PiS wierzy już tylko ojciec Król
Choć próba rozbicia Solidarnej Polski zakończyła się fiaskiem, to listy PiS do europarlamentu zostały ułożone tak, jak­by wszystko poszło zgodnie z planem. Czyli z pominięciem oczekiwań ojca Tadeusza Rydzyka.
Główny pupil redemptorysty, prof. Mi­rosław Piotrowski, który miał dostać w Lublinie jedynkę, znalazł się na dru­gim miejscu. Wieloletnia współpracowni­ca Radia Maryja Urszula Krupa nie dość, że wylądowała w Lodzi na trzeciej pozy­cji, to jeszcze została obstawiona polity­kami, przy których jej szanse na mandat są zerowe. Jedynka w jej okręgu przypadła popularnemu Januszowi Wojciechowskiemu, a trójka - znanemu z telewizji byłemu wiceszefowi MSZ Witoldowi Waszczykowskiemu. Na dodatek na liście znalazł się jeszcze popularny w radiomaryjnym elektoracie poseł Robert Telus.
- Ojcu Tadeuszowi na nim nie zależało. To Kaczyński umieścił go tam po to, żeby rozbić głosy środowiska i osłabić kandy­daturę Krupy - żali się osoba kojarzona z rozgłośnią. Jeszcze gorzej potraktowa­no dwóch pozostałych faworytów ojca dy­rektora: przymierzanego do jedynki na Podlasiu Krzysztofa Jurgiela i Andrzeja Jaworskiego, którego typowano na lide­ra listy w mateczniku radia, czyli w okrę­gu kujawsko-pomorskim. Pierwszy został całkowicie pominięty - jedynkę w jego re­gionie powierzono spadochroniarzowi z Warszawy Karolowi Karskiemu, a dru­giemu zaproponowano pozbawione szans na mandat trzecie miejsce w Poznaniu. Decyzję w sprawie listy w Toruniu o. Ry­dzyk odebrał zresztą jako policzek, bo za­miast Jaworskiego Kaczyński postawił tam na prof. Andrzeja Zybertowicza, czło­wieka niewierzącego.
Zaraz po zakończeniu obrad komitetu politycznego PiS, na którym listy zostały zatwierdzone, Joachim Brudziński i Ma­riusz Błaszczak wsiedli w samochód i po­jechali na umówioną rozmowę z ojcem Rydzykiem. Mieli przedstawić mu kan­dydatów ze wszystkich 13 okręgów i ja­koś go udobruchać. Plan jednak spalił na panewce, bo listy wyciekły do Polskiej Agencji Prasowej, gdy Brudziński z Błasz- czakiem byli jeszcze w drodze. Kiedy dotarli na miejsce, redemptorysta najwi­doczniej był już po lekturze depeszy PAP, bo nawet nie przyjął gości. Do posłów wy­szedł jeden z ojców i oznajmił chłodno:
- Ojciec dyrektor nie będzie miał przyjem­ności z panami rozmawiać ani dziś, ani w najbliższym czasie.
Odprawienie posłańców Kaczyńskiego nie poprawiło humorów w Toruniu na długo. Jeszcze kilka dni później podczas rozmowy z jednym ze współpracowni­ków redemptorysta stwierdził, że „prezes na własne życzenie przegra wszystko’' i że jeszcze się „kiedyś przejedzie na swoich doradcach”.
Inny ze współpracowników radia doda­je: - Ojciec nie może zrozumieć, dlacze­go Kaczyński tak go potraktował, zaufanie zostało stracone i nic go już nie przywró­ci. To początek końca tego sojuszu. Wśród redemptorystów już tylko ojciec Król [chodzi o Jana Króla, jednego ze współ­pracowników założyciela Radia Maryja - przyp. red.] wierzy w PiS, reszta czuje wielkie rozczarowanie.

Prezes znów się zakiwał
Powody, dla których Kaczyński zdecy­dował się na upokorzenie redemptory­sty właśnie teraz, mogą być dwa. Jednym zapewne jest trauma, jaką prezes przeżył po poprzednich wyborach do europarla­mentu: miał w Brukseli 15 deputowanych, a pod koniec kadencji został z ledwie 6. Reszta - włącznie z faworytem ojca dyrek­tora prof. Piotrowskim - w międzyczasie go zdradziła.
Poza tym Kaczyński zapewne kalku­luje, że notowania jego partii są dziś na tyle dobre, iż warto zaryzykować i raz na zawsze uniezależnić się od toruńskiego redemptorysty.
Część polityków PiS przekonuje co prawda, że to, co stało się w sprawie list do europarlamentu, to tylko chwilowe nieporozumienie, bo prezes miał obiecać ojcu Rydzykowi więcej miejsc na listach w przyszłorocznych wyborach parlamen­tarnych. Trudno jednak traktować taką zapowiedź poważnie. Skoro Kaczyński nie chciał wpuścić ludzi redemptorysty do Brukseli, to dlaczego miałby otwie­rać im drzwi do Sejmu, który zawsze był dla niego ważniejszy? Jeśli już, to jest ra­czej odwrotnie: skoro prezes wystrych­nął redemptorystę na dudka w sprawie europarlamentu, to w przyszłym roku tym bardziej nie będzie się na niego oglą­dał. Stawką ma być przecież stworzenie stabilnej większości i przejęcie władzy.
Polityk PiS zbliżony do Radia Maryja: - Wygląda na to, że prezes znów się za- kiwał. Ziobro jeszcze dyszy, a relacje PiS z radiem jeszcze nigdy nie były tak złe. Czyli Rydzyk poprze Ziobrę. Słowa ojca Tadeusza, że Kaczyński przegra na własne życzenie, mogą okazać się prorocze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz