PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 11 kwietnia 2014

Posmoleńskie dzieci. Fala uderzeniowa. [cz. 2]



Piotr Głuchowski, Jacek Hołub

Zwolenników teorii zamachu przybywa. W 2013 r. to już prawie co trzeci Polak. Przybywa też posmoleńskich mediów. Po aferze trotylowej rozkwitają kolejne pisma: "Do Rzeczy" oraz "wSieci".

Po katastrofie smoleńskiej o. Rydzyk pyta: "kto wyreżyserował?". Słuchacze sugerują zamach bombowy, rozpylenie sztucznej mgły, dobijanie rannych. Pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu płoną znicze, poeci piszą natchnione wiersze. Niszowa "Gazeta Polska" odnotowuje zaskakujący wzrost sprzedaży. Rosnącym powodzeniem cieszą się prawicowe serwisy internetowe: Niezależna, Salon24 i wPolityce. Michał Karnowski, współtwórca tego ostatniego, zakłada nowy tygodnik opinii. Powołane wspólnie z redaktorem naczelnym "Rzepy" Pawłem Lisickim "Uważam Rze" odnosi sukces. Czytelników zyskuje też nowy dziennik: "Gazeta Polska Codziennie".

W lutym 2011 r., kiedy powstaje "Uważam Rze", 49 proc. udziałów wydającej je Presspubliki ma państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnicze "Rzeczpospolita". Pozostałe 51 proc. - brytyjska grupa Mecom.

W październiku 2011 r. większościowy pakiet Presspubliki obejmuje spółka Gremi Media, której właścicielem jest Grzegorz Hajdarowicz, były opozycjonista, drukarz, działacz KPN, teraz producent filmowy, wydawca i wielobranżowy biznesmen. Płaci Mecomowi 80 mln zł.

W jego grupie medialnej znajdują się odtąd - poza "Rzeczpospolitą" i "Uważam Rze" - także tygodnik "Przekrój", miesięcznik "Sukces", "Gazeta Giełdy Parkiet" oraz portale internetowe, m.in. W Sieci Opinii.

- Przystępujemy do budowy najnowocześniejszego koncernu medialnego - ogłasza nowy właściciel, którego celem nie jest odkrywanie "prawdy o Smoleńsku", lecz biznes.

Jedna z pierwszych zmian personalnych: stanowisko naczelnego "Rzepy" - w miejsce zajętego robieniem "Uważam Rze" Pawła Lisickiego - zajmuje umiarkowany w poglądach Tomasz Wróblewski, który wcześniej kierował "Dziennikiem Gazetą Prawną". Ale profil polityczny pisma ulega zmianie bardzo powoli - "Rzeczpospolita" wciąż pozostaje największą przystanią niepokornych dziennikarzy. Konflikt na linii wydawca - autorzy jest nieunikniony. Do przesilenia dochodzi 30 października 2012 r., gdy Cezary Gmyz publikuje "Trotyl na wraku tupolewa".

Cztery źródła Cezarego Gmyza

Artykuł na czołówce pierwszej strony mówi o odnalezieniu śladów po materiałach wybuchowych. Choć w samym tekście nie pojawia się słowo "zamach", Jarosław Kaczyński jeszcze tego samego dnia wygłasza ostre oświadczenie.

- Zamordowanie 96 osób, w tym prezydenta i ważnych przedstawicieli życia publicznego, to niesłychana zbrodnia i każdy, kto miał z tym coś wspólnego, również choćby uczestnicząc w matactwie i dezinformacji, musi ponieść tego konsekwencje.

Godzinę po konferencji PiS prokuratura prowadząca śledztwo w sprawie katastrofy dementuje rewelacje Gmyza. Ale ten upiera się przy swoim, choć nie chce podać, skąd się o trotylu dowiedział. Po 24 godzinach nerwowych narad zarząd spółki zawiera z dziennikarzem układ. Gmyz - w ciągu pięciu dni - przedstawi nagrania i notatki, na podstawie których napisał swój artykuł, natomiast wydawca utrzyma w tajemnicy jego informatorów i będzie go chronił w razie procesów.

Termin ultimatum mija - nagrań nie ma. Rada nadzorcza Presspubliki i właściciel pisma odcinają się więc od Gmyza: "Tekst uznajemy za nierzetelny i nienależycie udokumentowany. Pan redaktor, pomimo wcześniejszych zapewnień, nie przedstawił żadnych oświadczeń, stwierdzając, że informatorzy odmówili złożenia dokumentów. Niezależnie od tego, co ustali prokuratura, na obecnym etapie wiedzy publikowanie [artykułu] było nadużyciem".

Rada rekomenduje zwolnienie samego Gmyza, naczelnego Tomasza Wróblewskiego, szefa działu krajowego Mariusza Staniszewskiego i zastępcy naczelnego - Bartosza Marczuka. Gmyz pisze na Twitterze: "Z niczego się nie wycofuję. Moi informatorzy to ludzie o najwyższej wiarygodności (...) zawsze będę ich chronił". - Fakty opisane przeze mnie potwierdziły cztery niezależne źródła - dodaje w Radiu TOK FM.

Dziennikarze "mętnego nurtu" natychmiast puszczają w miasto anegdotkę: "Co się pije w redakcji 'Rzepy'? Wodę mineralną 'Cztery Źródła'".

Sam bohater nieco później tak opisze sytuację na spotkaniu z fanami:

- Faktem jest, że przez pięć dni milczałem w tej sprawie i była to dla mnie rzecz bolesna, bo moja wiarygodność była niszczona przez media mainstreamowe. Mogę państwu pewną tajemnicę zdradzić, następnego dnia [po publikacji] zażądałem spotkania z redaktorem naczelnym Tomaszem Wróblewskim (...) skończyło się to gigantyczną awanturą (...) powiedziałem, że może spróbuję przynieść oświadczenia moich informatorów (...) ale poprosiłem o list żelazny, że ich tożsamość nigdy nie wyjdzie na jaw. Udało mi się z dwójką z tych czterech informatorów spotkać, bo ludzie już jechali na groby. I to nie było łatwe, bo musiałem założyć, że mam założoną obserwację, co kilkakrotnie się już zdarzało (...) Usłyszałem to, czego się spodziewałem, że moja redakcja nie była w stosunku do mnie lojalna, to nie jest w stanie im zapewnić bezpieczeństwa (...). Więc nie zdecydowali się na podpisanie tych oświadczeń, że byli moimi źródłami.

Narodziny superreportera

Opuszczającego redakcję Gmyza witają na ulicy kamery, uściski rąk i pozdrowienia ze strony zwolenników. W internecie pojawia się list otwarty do Hajdarowicza. Podpisuje się pod nim blisko 30 dziennikarzy "Rzepy", "Uważam Rze", "Przekroju" oraz portalu W Sieci Opinii, którzy wstawiają się za zwolnionymi. Autorzy listu, m.in. Rafał Ziemkiewicz, Piotr Zaremba i Piotr Semka, zastanawiają się, czy w "Rzepie" będzie nadal możliwe "patrzenie władzy na ręce, kontrolowanie jej działań, zadawanie niewygodnych pytań, a także publikowanie nawet najbardziej kontrowersyjnych tekstów".

Na wyrzucenie Gmyza reaguje też Jarosław Kaczyński, który pisze na stronie PiS o "zamachu na wolność słowa".

Jeszcze goręcej robi się wtedy, gdy Radio ZET ujawnia, że na kilka godzin przed ukazaniem się tekstu o trotylu Hajdarowicz dzwonił do rzecznika rządu Pawła Grasia. Obaj spotkali się nocą przy ul. Wiejskiej w Warszawie, pod domem, w którym mieszka Graś. Rzecznik nie zaprzecza. Zapewnia jednak, że nie czytał tekstu przed publikacją. Przyznaje, że są z Hajdarowiczem dobrymi znajomymi jeszcze z lat 80. Biznesmen miał go nocą zapewnić, że "Rzeczpospolita" ma stuprocentowe potwierdzenie informacji o śladach trotylu.
Poufne spotkanie Hajdarowicza z Grasiem zostaje żartobliwie określone przez dziennikarzy niepokornych "randką przy śmietniku", a całkiem poważnie: niedopuszczalnym układaniem się wydawcy z władzą. Pod siedzibą Presspubliki pikietuje sto osób, m.in. Gargas, Pospieszalski, Karnowski, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztof Skowroński i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Wiktor Świetlik. Są też posłowie PiS, m.in.: Krystyna Pawłowicz, Mariusz Kamiński i Adam Hofman. Przemawia Gmyz: - Nie żałuję dzisiaj niczego, dlatego że wykonywałem swój zawód tak, jak najlepiej potrafię, i będę go wykonywał dalej.

Dziennikarz wyrusza w teren, na spotkania z sympatykami, którym opowiada i o swoim tekście, i o nowych prawicowych mediach, które zepchną do narożnika "michnikowszczyznę".

Kolejni pracownicy "Rzepy" i "Uważam Rze" wypowiadają posłuszeństwo wydawcy.

Fala po trotylu niesie dalej

W listopadzie 2012 r. Hajdarowicz - nazwany przez niepokornych "Hajdabomberem", czyli nieodpowiedzialnym niszczycielem autorytetu podległej mu prasy - zwalnia Pawła Lisickiego ze stanowiska redaktora naczelnego "Uważam Rze". Powody: krytyka szefostwa i brak deklaracji, że nie będzie publikował tekstów Gmyza.

Zwolniony odpowiada na łamach portalu wPolityce: "Jeżeli wydawca chce narzucać dobór autorów (...), jeśli uważa, że ma prawo żądać od dziennikarzy posłuszeństwa nie tylko w kwestiach pracy, ale także w kwestiach ich poglądów (...), są to żądania całkowicie zaprzeczające idei tygodnika 'Uważam Rze'. Nie po to mieliśmy etykietę autorów niepokornych, żeby posługiwać się nią tylko dla marketingu czy promocji. My w to autentycznie wierzyliśmy".

Dwa tygodnie później Lisicki ogłasza, że tworzy nowy tygodnik - razem z Gmyzem, Ziemkiewiczem i byłym redaktorem "Wprost" Piotrem Gabryelem, autorem takich pomysłów jak "lista 100 najbogatszych", prawybory we Wrześni czy Nagrody Kisiela.

W styczniu 2013 r. Gmyz mówi na spotkaniu w Szczecinie: - Wyszliśmy z założenia, że skoro nie jesteśmy w stanie funkcjonować w takich mediach opiniotwórczych jak "Rzeczpospolita" i "Uważam Rze", powinniśmy stworzyć własne. W tej chwili środowisko dziennikarzy związanych z Pawłem Lisickim zakłada tygodnik. Mogę powiedzieć od razu, że (...) to będzie chyba najszybszy start na polskim rynku medialnym.

Dziennikarz opowiada też o planach stworzenia nowej, konserwatywnej i niepokornej telewizji. Chwali się, że sam wymyślił nazwę - TV Republika.

- Państwo pewnie pamiętają "Ziemię obiecaną", w której była spółka założona przez trzy osoby: Niemca wyznania luterańskiego, Żyda Moryca i Karola Borowieckiego - Polaka katolika. Tutaj mamy jeszcze szerszą formułę, bo tę telewizję będzie tworzył Tomasz Terlikowski, osoba bardzo mocno przyznająca się do katolicyzmu; Bronisław Wildstein, który jest pochodzenia żydowskiego, i ja, który jestem wyznawcą luteranizmu. A nawet będzie jeszcze szerzej, bo będzie Tomasz Sakiewicz, Katarzyna Hejke - czyli szeroko rozumiane środowisko "Gazety Polskiej" - czy Ewa Stankiewicz, twórczyni ruchu "Solidarni 2010".

Sala klaszcze. A Gmyz przywołuje badania czytelnictwa, z których wynika, że twórcy "Uważam Rze" przejęli przed niespełna rokiem część czytelników "Polityki". Teraz historia ma się powtórzyć. "Nowe medium" powstaje, by odebrać czytelników Hajdarowiczowskiemu "Uważam Rze" i już pokornej "Rzeczpospolitej".

Lisicki i Lisiecki: wracamy!

Tygodnik Lisickiego "Do Rzeczy" ukazuje się pod koniec stycznia 2013 r. W pismo inwestuje Michał Lisiecki, prezes Point Group, platformy medialnej wydającej m.in. tygodnik "Wprost". Lisicki podpisuje z Lisieckim umowę powołująca spółkę Orle Pióro.

"Pięćdziesiąt dziewięć dni! Tyle czasu minęło od chwili, gdy musieliśmy trzasnąć drzwiami, wychodząc z redakcji 'Uważam Rze' i 'Rzeczpospolitej', do chwili wypuszczenia nowego tygodnika. Tempo rekordowe" - cieszy się w inauguracyjnym numerze Piotr Gursztyn, wcześniej dziennikarz Polsatu. I relacjonuje: "Krótkimi mowami Pawła Lisickiego i Michała Lisieckiego została zainaugurowana działalność redakcji. Było ekumenicznie - poświęcił ksiądz prałat Jan Sikorski, a starotestamentowy psalm odśpiewał, oczywiście po hebrajsku, Szewach Weiss".

Ten drugi zaczyna regularnie pisywać felietony do nowego tygodnika. Wrogowie z lewicy nie mogą przykleić antysemickiej gęby tytułowi, w którym publikuje były przewodniczący Knesetu i ambasador Izraela. "Judeosceptyków" i ksenofobów "niepokorni" już dawno zostawili w getcie toruńskim - tacy jak Michalkiewicz czy Jerzy Robert Nowak mogą sobie publikować u Rydzyka. Twórcy nowego tygodnika to europejscy konserwatyści: nie tropią Żyda ani "zakamuflowanej opcji niemieckiej". Wyśmiewają lewackich ekologów straszących efektem cieplarnianym, mainstreamowych dziennikarzy spętanych nakazami i zakazami politycznej poprawności, nieudolnych ministrów Tuska, wreszcie lemingozę - bezmyślną młodzież zachwyconą ciepłą wodą w kranie i kawą w Starbucksie. Wciąż jednak domagają się "prawdy o Smoleńsku". Nie "prawdy o zamachu", której chcą "GP" i "GPC". Tygodnik Lisickiego jest zdystansowany wobec emocji "ludu" falującego na kolejnych miesięcznicach. W "Do Rzeczy" używa się neutralnego określenia "tragedia" i nie pisze: "polegli nad Smoleńskiem", ale: "zginęli pod...". Na okładce pierwszego numeru portrety Lisickiego, Wildsteina, Ziemkiewicza, Semki i Waldemara Łysiaka - niegdyś płodnego pisarza napoleonisty, autora "Szachisty" , teraz autora stałego felietonu na przedostatniej stronie. Podpis: "Wracamy. Niepokorni dziennikarze nie dali się skreślić".

Kogo boli czwarta grupa prawicy

"Do Rzeczy" od początku musi wojować o czytelników nie tylko ze "starymi" tygodnikami prawicy - "Gazetą Polską" i "Uważam Rze" - ale też z nowym dwutygodnikiem (później tygodnikiem) "wSieci" stworzonym przez braci Karnowskich, do których dołącza mniejsza część ekipy "Rzepy" i "Uważam Rze".

- W tej mniejszości znalazł się Zaremba, co dla Semki, Lisickiego i innych, którzy powołali "Do Rzeczy", było rodzajem zdrady - mówi nasza informatorka. - Lisicki uważał "wSieci" za projekt zbudowany na oszustwie, które polegało na tym, że Karnowski, jeszcze pracując w "Uważam Rze", ukręcił na boku projekt własnego pisma. I gdy oni, wygnani przez Hajdarowicza, w niełatwej sytuacji zakładają niepokorny tytuł, on nagle wyskakuje z drugim, konkurencyjnym. I jeszcze taki uczciwy człowiek z autorytetem, jak Zaremba, tam idzie... Tymczasem, według mnie, Zaremba publikuje "wSieci", bo uznaje Karnowskich za intelektualnych synów i chce im pomóc. To także prywatna męska przyjaźń.

Jak mówi nasz kolejny informator - warszawski reporter wcześniej piszący w "Rzeczpospolitej" - to właśnie Zaremba, wchodząc do "wSieci", pociągnął za sobą jeszcze kilka cennych osób. Między innymi Roberta Mazurka i Igora Zalewskiego, autorów śmiesznej i drapieżnej, kultowej w światku politycznym rubryki satyrycznej "Z życia koalicji, z życia opozycji". Wiele osób interesujących się polityką - i zanurzonych w niej - kupuje pismo Karnowskich, żeby zacząć tydzień od przeglądu pikantnych plotek. Redakcja "Do Rzeczy" próbuje więc stworzyć coś podobnego u siebie - powstaje humorystyczna rozkładówka autorstwa "dwóch panów G." - Piotra Goćka i Piotra Gursztyna. Nie okazuje się jednak ani tak zabawna, ani tak politycznie insajderska jak dzieło tandemu Mazurek - Zalewski.

- Mazurek z Zalewskim nawet nieco się na "panów G." zezłościli - mówi nasza informatorka. - Oskarżyli kolegów, nie w sądzie, ale w rozmowach towarzyskich, o skopiowanie rubryki. Tamci się odgryźli piórem, tak niby na wesoło - i na tym się skończyło. Wszyscy w obozie mają świadomość, że nie należy sobie skakać do gardeł na poważnie, bo "Wyborcza" to nagłośni.
Ale czasem nerwy puszczają.

- Pan Michał Lisiecki [to jednocześnie] wydawca tygodnika "Wprost" - mówi Michał Karnowski podczas spotkania konserwatywnego Krakowskiego Klubu Wtorkowego w 2013 r. - To, co "Wprost" robił po tragedii smoleńskiej, to przemysł pogardy w czystej postaci. Ja uważam, że temu człowiekowi się nie podaje ręki, nie mówiąc o robieniu z nim biznesów.

"Przemysł pogardy" to określenie rozpropagowane przez Piotra Zarembę - oznacza stosunek mainstreamowych mediów do braci Kaczyńskich, PiS i IV RP.

Wyrwany do odpowiedzi Lisiecki odpowiada: - Tygodnik "wSieci" z uwagi na finansowanie przez SKOK-i będące finansowym zapleczem PiS ma zbyt wyraziste konotacje polityczne i może je czekać los "Gazety Bankowej", która z tytułu finansowania przez SKOK nie cieszy się uznaniem branży i reklamodawców - stwierdza w wywiadzie dla Wirtualnych Mediów.

Jacek Karnowski, który jest zarazem redaktorem naczelnym portalu SKOK-ów Stefczyk.info (piszą tam m.in. Pospieszalski i Semka), odpowiada odpowiadającemu: - Wydawcą dwutygodnika "wSieci", którego pierwsze numery sprzedały się rewelacyjnie (...) nie są SKOK-i, ale spółka Fratria (...). Kapitał jest całkowicie polski, nie ma pochodzenia postkomunistycznego, a konstrukcja spółki nie pozwala na żadne wrogie przejęcie.

- A co do SKOK-ów, to warto przypomnieć, iż (...) pełnią ważną misję społeczną, wspierając polskość i patriotyzm na wielu polach - deklarują w innym miejscu obaj Karnowscy. - To tylko w oczach funkcjonariuszy przemysłu pogardy może uprawniać do stwierdzenia, iż są zapleczem PiS.

Michał Karnowski dodaje jeszcze: - Przez kilkanaście lat była [w prawicowych mediach] grupa Pawła Lisickiego, grupa ojca Tadeusza Rydzyka i była grupa Tomasza Sakiewicza. No i powstaje czwarta grupa. To boli.

Hajdarowicz przegrywa dwa razy

Pierwszy numer "wSieci" ukazuje się 26 listopada 2012 r. Prezesem spółki Fratria jest Tomasz Przybek, wiceprezes spółki Apella (dawniej Media SKOK), a członkiem rady nadzorczej - Romuald Orzeł, były prezes TVP i wspomnianej spółki SKOK-ów. Spółdzielcze Kasy są najbardziej widocznym reklamodawcą na stronach tygodnika.

- Budujemy wspólnie z kapitałem niekomunistycznym, który wielokrotnie pokazał, że mu zależy na wartościach tych samych, na których nam zależy, i to jest moim zdaniem stabilne i wartościowe - mówi Michał Karnowski podczas spotkania w Krakowie.

Obaj Karnowscy muszą jeszcze stoczyć sądowy bój o nazwę tytułu z Hajdarowiczem. Gremi Media (dawna Presspublica) składa w sądzie tzw. wniosek o zabezpieczenie powództwa, twierdząc, iż Fratria łamie zasady uczciwej konkurencji. Gremi prowadzi wszak od dawna serwis internetowy o zbliżonej nazwie: W Sieci Opinii.

Fratria odpowiada, zmieniając nazwę pisma. Przez pięć miesięcy periodyk wychodzi jako "Sieci". Brakujące "w" jest jakby ręcznie oderwane - grafik zaprojektował nowe logo tak zmyślnie, że okładka sprawia wrażenie nadgryzionej. Przekaz jasny: wrogowie nas szarpią, ale się nie dajemy.

W sierpniu 2013 r. prawnicy Karnowskich wygrywają z prawnikami Hajdarowicza i stara nazwa wraca. W tym momencie "wSieci" ma już mocną rynkową pozycję. Na początku roku sprzedawało się 119 tys. sztuk pisma, wiosną - ponad 100, w środku lata rozpowszechnianie stabilizuje się między 80 i 90 tys. egzemplarzy (dane ZKDP). Pieniądze z kiosków pozwalają na ekspansję wydawnictwa. Fratria uruchamia i rozwija portale: informacyjny - wSumie.pl., kulturalny - wNas.pl, i ekonomiczny - wGospodarce.pl.

Tymczasem „Uważam Rze” - pod kierunkiem nowego naczelnego Jana Pińskiego - traci autorów. Piotr Gociek ujawnia w internecie, że na pierwsze zebranie z udziałem nowego naczelnego „...przyszło zero [dawnych] autorów » Urze” i zero dziennikarzy 'Rzepy'”.

"Uwaga, podajcie dalej - wzywa Gociek. - ...nowy red. nacz. 'Urze' Jan Piński wydzwania po kojarzonych z prawicą dziennikarzach i próbuje ich przekupić grubymi pieniędzmi, żeby pilnie przyszli do tygodnika. Nie dajcie się podpuszczać!".

Odpływają także czytelnicy - i to dramatycznie.

Ze 127 tys. sprzedanych egzemplarzy "Uważam" w listopadzie 2012 r. robi się 65 tys. w grudniu, nieco ponad 30 tys. w styczniu roku kolejnego, w lutym już ledwo 25 tys. - i tak dalej (dane ZDKP). Piński nie jest w stanie powstrzymać spadku. Nie ma autorów i nie ma miru, jaki otacza na prawicy Lisickiego, Sakiewicza, Zarembę. Oni są wieloletnimi bojownikami Sprawy z autentycznym literackim dorobkiem. Kariera Pińskiego składa się raczej z prób i błędów. Pracował w tygodniku "Wprost", był też szefem Agencji Informacji TVP - z poparciem Romana Giertycha. Potem kierował tygodnikiem "Wręcz Przeciwnie", quasi-konserwatywnym pismem próbującym powtórzyć sprzedażowy sukces "Gazety Polskiej". Przedobrzył z okładkami. Na pierwszej Tusk i Jarosław Kaczyński, w strojach księży, podawali sobie wzajemnie do ust opłatek.

- To skandal i kupczenie religią - oświadczył wówczas na łamach "wPolityce" Tomasz Terlikowski, którego tekst o świętokradcach został właśnie w ten sposób zilustrowany. W proteście odszedł z redakcji - i nie on jeden.

A kolejna fotomontażowa obwoluta "Wręcz" była jeszcze mocniejsza - Angela Merkel wyciągała w górę dłoń pod nazistowskim orłem (może "hajluje"?). Periodyk upadł po trzech numerach.

Później Piński szefował działowi wiadomości w portalu Nowy Ekran. Ten serwis - później pod nazwą Neon24.pl - udzielał łamów m.in. Eugeniuszowi Sendeckiemu, "obrońcy krzyża", członkowi Koła Przyjaciół Radia Maryja, współpracownikowi Telewizji Narodowej, która zasłynęła inicjatywą "wykopmy Bronisława Geremka z Powązek". Na stronach Nowego Ekranu publikowali: Grzegorz Bierecki (senator PiS i współtwórca SKOK-ów), Ryszard Czarnecki, Janusz Korwin-Mikke, Stanisław Michalkiewicz, Bohdan Poręba (nieżyjący już narodowy komunista, współtwórca Zjednoczenia Patriotycznego "Grunwald") oraz Stanisław Tymiński ("cudotwórca z Peru", który w 1990 r. walczył z Lechem Wałęsą o prezydenturę).

Ani Nowemu Ekranowi, ani nowemu "Uważam Rze" sukces nie będzie pisany. Pod koniec 2013 r. Hajdarowicz - tnący już od jesieni etaty w "Rzeczpospolitej" - podejmuje decyzję o przekształceniu "Uważam" w miesięcznik.

"I to by było na tyle. Gratulujemy tandemowi Piński/Hajdarowicz" - komentuje na Twitterze Cezary Gmyz.

Tymczasem zwolenników teorii zamachu przybywa. Na pytanie CBOS: "Czy uważa pan (i), że prezydent Lech Kaczyński mógł ponieść śmierć w wyniku zamachu?", w maju 2012 r. twierdząco odpowiada 25 proc. respondentów. Przecząco - 63 proc. Trudno powiedzieć - 12 proc.

W październiku 2013 r. w zamach wierzy już 28 proc. Nie wierzy 56 proc. 16 proc. nie ma zdania.

Wśród wyborców PiS proporcje są odwrotne : 54 proc. uważa, że prezydent został zamordowany, 27 proc. - że to był wypadek.

*Piotr Głuchowski i Jacek Hołub są autorami książki - panoramy mediów o. Tadeusza Rydzyka pt. "Imperator"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz