PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 2 kwietnia 2014

W tupolewie zawiodło wspomaganie



Z prof. Markiem Czachorem, pracownikiem Katedry Fizyki Teoretycznej i Informatyki Kwantowej Politechniki Gdańskiej

CEZARY GMYZ: Co sprawiło, że zajął się pan katastrofą smoleńską?
MAREK CZACHOR: Po prostu musiałem to zrobić. Od początku zastanawiałem się, jak - jako fizyk - mógłbym pomóc wyjaśnić przyczynę tej katastrofy. Problem w tym, że początkowo nie było dostępu do żadnych danych. Dopiero gdy pojawił się raport MAK, a potem Jerzego Millera, wreszcie symulacje prof. Wiesła­wa Biniendy, można było zacząć krytyczne analizy.
Pańskie pomiary dokonane wraz z prof. Andrzejem Wiśniewskim w Smo­leńsku wywołały sensację. Zakwestiono­wał pan tezę prof. Chrisa Cieszewskiego, według której brzoza była złamana już wcześniej, przed katastrofą.
Uczestniczyłem w konferencji smoleńskiej i początkowo byłem entuzjastą wyniku ogłoszonego przez Cieszewskiego. Jednak wie­działem od razu, że tak radykalna teza musi być sprawdzona przez niezależny zespół. Zresztą sam Cieszewski publicznie poprosił mnie i Andrzeja Wiśniewskiego o zweryfikowanie jego analiz.
Już tego samego dnia wieczorem wiedziałem, że się pomylił.
Stało się to przyczyną ostrego sporu.
W grudniu na seminarium na Politechnice Warszawskiej, z udziałem Cieszewskiego, podzie­liłem się swoimi wątpliwościami. Środowisko dość ostro się po­dzieliło. Grupa fizyków doszła do wniosku, że trzeba zrobić profesjonalne pomiary geodezyjne na miejscu w Smoleńsku, żeby rozstrzygnąć sprawę raz na zawsze. Pierw­sze rozmowy z geodetami były zniechę­cające. Zdawało się, że nikt się pomiarów nie podejmie z tej prostej przyczyny, że aby prowadzić badania geodezyjne, trzeba mieć zgodę i dostęp do rosyjskich danych geodezyjnych, o które należy Federację Rosyjską oficjalnie poprosić. Specjalistyczny sprzęt jest bardzo drogi, więc nikt nie zary­zykuje wykonania pomiarów bez oficjalnej zgody. No i skąd pewność, że dostaniemy od Rosjan wiarygodne dane? Dotarliśmy jednak do pana Dariusza Szymanowskiego. To bardzo interesujący człowiek, z wybitny­mi osiągnięciami, który osobiście odnalazł grób kpt. Władysława Raginisa, dowódcy spod Wizny. Uznał, że do rozwiązania postawionego przez nas problemu nie jest konieczne użycie ciężkiego specjalistycznego sprzętu, że można zrobić to znacznie prostszymi metodami. Zwróciliśmy się o pomoc do Piotra Falkowskiego z „Naszego Dziennika", który bardzo kompetentnie zaj­muje się sprawą katastrofy i był wielokrot­nie w Smoleńsku. Takie badania muszą być transparentne, więc chcieliśmy, aby ktoś z zewnątrz patrzył nam na ręce. Wszystkie koszty opłaciliśmy z własnej kieszeni.
Jakiego używaliście sprzętu?
Narzędzia były bardzo proste: dalmierz laserowy i taśma miernicza. To jednak wy­starczyło, bo odległości między poszcze­gólnymi obiektami wynosiły od kilkunastu do 70 metrów. Skala potencjalnego błędu była mniejsza niż wielkość jednego piksela na zdjęciu satelitarnym. A jeden piksel to w terenie pół metra. Nie wszystko dało się pomierzyć dalmierzem, bo niekiedy gałęzie załamywały promień lasera. Wtedy używaliśmy jedynie taśmy. Musieliśmy też
wykonywać pomiary dalmierzem w różnych porach dnia. W peł­nym słońcu promień lasera jest słabo widoczny, więc mierzyli­śmy również o świcie i o zmierz­chu.
Co panowie mierzyli?
Odległości od pnia brzozy do obiektów widocznych na zdjęciach. Przede wszystkim do murowanych i metalowych garaży, gdyż ich położenie się nie zmieniło od chwili katastrofy. Po powrocie do Polski Szymanowski wprowadził dane do odpowied­niego programu komputerowego i zlokalizował pień brzozy na zdjęciu satelitarnym z 12 kwiet­nia 2010 r. w obszarze o średnicy 3 metrów. Po uwzględnieniu innych materiałów, m.in. filmu zrobionego przez paralotniarza, można było zawęzić obszar położenia pnia brzozy do dwóch pikseli, czyli kwadratu metr na metr. Wszystkie dane, które Szymanowski uznał za pewne, zostały opublikowane w naszym raporcie, który można znaleźć na mojej stronie internetowej lub w artykule Falkowskiego w „Na­szym Dzienniku".
Które z twierdzeń Cieszewskiego pan kwestionuje?
Cieszewski twierdził, że korona drzewa leżała w tym samym miej­scu zarówno 5, jak i 11 oraz 12 kwietnia 2010 r. Zdjęcia wykona­ne na miejscu katastrofy w dniach 11 i 12 kwietnia pokazują, że korona opiera się o pień wyrastający z ziemi. Wystarczy więc stwierdzić, gdzie jest dziś pień, by wiedzieć, gdzie była korona również 5 kwietnia. Pień wyrasta wciąż w tym samym miejscu, więc bezpośredni pomiar na dział­ce Bodina jest rozstrzygający. W tekście opublikowanym w „Naszym Dzienniku" Cieszewski uznał nasze wyniki i przyznał, że się pomylił. To, co uznał za koronę brzozy, było drewnianym płotem i leżącymi koło niego przedmiotami.
Cieszewski jednak swoje przekonanie, że brzoza została złamana wcześniej, opierał nie tylko na lokalizacji brzozy. Przekonywał, że brzoza powinna puścić soki, których nie było widać na zdjęciu.
Nie znam całej argumentacji, więc po­wtórzę to, co powiedziałem na II Konferen­cji Smoleńskiej: wynik tak ważny trzeba zweryfikować niezależnie.
Jak panów ustalenia mają się do raportów MAK, Millera i ustaleń zespołu parlamentarnego?
Jeśli chodzi o lokalizację brzozy, to są z nimi zgodne, choć nasze pomiary są najdokładniejsze. Do czasu referatu Cieszewskiego akurat w tej kwestii nie było żadnych kontrowersji.
Co zatem było przyczyną katastrofy?
Nie wiem, ale po kilku latach zajmo­wania się katastrofą mam swoją hipotezę. Moim zdaniem, kluczowy moment miał miejsce 8,5 sekundy przed brzozą. Niektó­rzy piloci latający na tupolewach zwrócili uwagę na wykres, który jest w raportach MAK i Millera oraz ekspertyzie ATM - producenta tzw. polskiej skrzynki. Gdy samolot znajdował się 8,5 sekundy przed brzozą, wyłączył się mechanizm trymerowania. Jest to odpowiednik wspomagania kierownicy w samochodzie, w przypadku samolotu chodzi o wolant. Jeśli zajrzy się do ekspertyzy Instytutu Ekspertyz Sądowych, w miejsce znajdujące się 8,5 sekundy przed „dźwiękiem przemieszcza­jących się przedmiotów", to pokrywa się to z komendą: „Odchodzimy!", zarejestrowa­ną na nagraniu z kokpitu. Również według raportu MAK komenda „Odchodzimy" pa­dła 8,5 sekundy przed brzozą. Jednak ani w raporcie MAK, ani w raporcie Millera ten moment nie jest analizowany, lecz zaczyna się cała znana opowieść. Według MAK sa­molot nie odleciał, bo na pilotów naciskał pijany gen. Błasik. Według komisji Millera niekompetentny kpt. Protasiuk bez sensu przez 5 sekund wciskał przycisk „uchod". Jest faktem bezspornym, że gen. Błasika w kokpicie nie było i nie miał alkoholu we krwi. We wciskanie „uchoda" przez czas dłuższy niż pół sekundy nie wierzą ani Bartosz Stroiński, który szkolił Protasiuka i dowodził tupolewem w locie z 7 kwiet­nia 2010 r. do Smoleńska z premierem Tuskiem na pokładzie, ani nawet Robert Latkowski, doświadczony pilot tupolewów, skądinąd współautor książki „Ostatni lot", w której na poważnie analizuje się hipo­tetyczną rozmowę braci Kaczyńskich jako przyczynę katastrofy.
A co się pana zdaniem stało?
Przeszukałem bazę danych dotyczącą katastrof lotniczych do roku 2010. Szu­kałem pod kątem awarii mechanizmu trymerowania jako przyczyny katastrofy i znalazłem. Była to katastrofa boeinga 707 z 1962 r. na lotnisku Orly w Paryżu. Dokład­nie na skutek tego typu awarii pilotom nie udało się podnieść samolotu i się rozbili.
Co to oznacza w praktyce?
Może to oznaczać, że samolot był spraw­ny do momentu, w którym pilot powie­dział: „Odchodzimy", a wtedy coś się stało.
Z sekcji zwłok pilota wynika, że tak rozpaczliwie usiłował podnieść samolot, ściągając wolant, że połamał palce.
O tym nie wiedziałem. W raporcie MAK napisano, że aby ściągnąć wolant, należało zadziałać na niego z siłą 15 kg. W przy­padku uszkodzonego boeinga z Orly ta siła wynosiła 60 kg, co przekroczyło możli­wości pilota. Boeing 707 był dużo cięższy niż nasz Tu-154M, ale boeinga w ogóle nie dało się podnieść, a tupolew zaczął się podnosić, lecz za wolno. To tak, jakby w trakcie pokonywania zakrętu zawiodło wspomaganie kierownicy. Coś się stało z samolotem, gdy był 100 metrów nad zie­mią. Szczerze powiedziawszy, jeśli nastąpił zamach - co według mnie jest prawdo­podobne - to 8,5 sekundy przed brzozą widać coś, co powinno być analizowane, ale w obu raportach najwyraźniej próbuje się to ukryć.

DORZECZY

Odpowiedź Laska
Ekspertw "Do Rzeczy" mówi o nowej teorii ws. katastrofy tupolewa. A Lasek nato: Dawno sprawdzone i nieprawda

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz