PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 19 kwietnia 2017

Blizny




Tego bólu musiałem się nauczyć - Jarosław Wałęsa opowiada o życiu po wypadku, o śmierci brata i amerykańskich rodzicach

ROZMAWI RENATA GROCHAL

NEWSWEEK: Jak ojciec przeżył śmierć pańskiego brata Przemka?
JAROSŁAW WAŁĘSA: Przez pierwszy tydzień po śmierci Przem­ka moi rodzice byli jak roboty, starali się nie pokazywać emocji, ale było widać, że ze sobą walczą. Po tym pierwszym tygodniu pojawi­ły się łzy, emocje.
Przemek był najbliżej ojca. Niepokoję się, że ojciec stracił swo­jego ukochanego synka. Ciężko to przeżyli z mamą. Wszyscy się zastanawiamy, czy mogliśmy zrobić coś inaczej. I rodzi się po­czucie winy, bo zawsze człowiek ma w tyle głowy, że mógł zrobić więcej, że mogłem do niego zadzwonić i zapytać, czy coś go boli.
Był pan blisko z Przemkiem?
- Ja byłem najmłodszy z czwórki braci Wałęsów, trzymałem się raczej z siostrami. Blisko Przemka był Sławek.
Sławek opowiadał po śmierci Przemka, że wzajemnie się wspierali w walce z alkoholem, dzwonili do siebie. Rozmawiał pan o chorobie alkoholowej z braćmi?
- Sławka ciągle wspieram, żeby podjął walkę z nałogiem. Prze­mek bardzo się starał z tego wyjść. Ale ostatnie lata były dla nie­go trudne. Coraz bardziej sobie nie radził. Namawiałem go, żeby skorzystał z pomocy specjalisty, ale trudno się z nim rozmawia­ło. Nie chciał pomocy.
Miał własną rodzinę?
- Tak, on ma dwóch synów, z jednym z nich, tym starszym, ostat­nio mieszkał. To właśnie syn go znalazł, ale nie chcę o tym mó­wić, bo to są zbyt świeże sprawy. W tym roku w ogóle mamy czarną serię w rodzinie. W środę się dowiedziałem, że zmarł brat mamy, mój chrzestny. Mama pochowała swojego syna, za kilka dni będzie musiała pochować brata. Bardzo to przeżywa.
Przemek leczył się na depresję?
- Tak jak tysiące ludzi w Polsce. To jest choroba cywilizacyjna.
Czy nagonka na ojca mogła mieć wpływ na jego depresję i śmierć?
- Przemek miał problemy zdrowotne, ale nagonka na ojca też miała wpływ. On już nigdy nie był taki sam po tym głupim wy­padku, który spowodował na początku lat 90. Od tamtej pory nikt nie pozwolił mu o tym zapomnieć, gdziekolwiek się pojawił, nie mógł otworzyć nowego rozdziału, przez 25 lat z tym żył. Pa­miętam, jak zostałem posłem na Sejm i opuszczałem biuro mo­jego ojca, to zapytałem Przemka, czy on by tego nie przejął, bo przy ojcu musi być ktoś zaufany. Odpowiedział mi wtedy: „Nie, ja nie mogę, po tym wypadku zawsze byłbym balastem dla ojca”.
Ale dlaczego ten wypadek go tak załamał?
- Bo ludzie, których spotykał, nie dawali mu o tym zapomnieć. Ja zresztą też jestem często oskarżany o ten wypadek, o tę „pomroczność jasną”. Pytają mnie, czy jeszcze ją mam, czy już się z niej wyleczyłem. Ludzie mylą mnie z Przemkiem i uważają, że jego wypadek był moim.
Nie mieliście łatwo jako dzieci Lecha Wałęsy?
- Moi rodzice mają ośmioro dzieci, dwóm trochę się nie powiod­ło w życiu. Pozostała szóstka robi fajne rzeczy, ale z jakiegoś po­wodu to nie ma znaczenia. Jesteśmy postrzegani w kontekście tej dwójki i wypadku Przemka. Ja potrafię sobie z tym radzić, ale widzę, jak to jest trudne dla mojego rodzeństwa, jak oni uciekli przed opinią publiczną, jak próbują być prywatnymi ludźmi, żeby ich oceniano na podstawie tego, co sami robią. To jest niebywale trudne. Może dlatego podświadomie chciałem wyjechać do USA przed maturą, żeby od tego uciec i dojrzeć. Spędziłem tam osiem lat, a gdy wróciłem, to byłem już dojrzałym człowiekiem, ukształ­towanym i na tyle silnym, żeby przyjmować krytykę. Wielokrot­nie musiałem wysłuchiwać krytycznych uwag na temat ojca czy brata. Moje rodzeństwo nie miało takiej odskoczni.
Pan uciekł do USA, Sławek przeprowadził się do Torunia, bo nie wytrzymał presji. Rozmawialiście o tym?
- Nie do końca chyba zdawaliśmy sobie sprawę z tej presji. Dla­tego jako młodzi ludzie o tym nie rozmawialiśmy. Po prostu, oj­ciec został prezydentem i każdy jakoś sobie musiał z tym radzić. Ale dzisiaj większość z nas jest w Gdańsku, blisko rodziców, tyl­ko Marysia jest w Warszawie i Sławek w Toruniu. Ja pracuję w Brukseli i Strasburgu, ale mieszkam w Gdańsku.
Pan był chyba zawsze bardziej związany z mamą niż z ojcem?
- Zawsze byłem trochę maminsynkiem. Walczyłem o to, żeby się do mamy przytulić, byłem małą przylepką. Po wypadku na mo­torze, który miałem sześć lat temu, oboje rodzice byli przy mnie w szpitalu, ale w różny sposób. Mama podeszła do łóżka, popra­wiła prześcieradło, sprawdziła, czy mam w zasięgu ręki wodę. To jest matczyna miłość. Ojcowska miłość jest inna.
Surowa?
- Tak. Ojciec był czuły na swój sposób. Kilka lat temu wziąłem go pod włos i mówię: „Ojcze, ty mnie kochasz?”. On nigdy mi tego nie powiedział. Wtedy popatrzył na mnie i uciekł z pokoju. Nie był w stanie powiedzieć mi, że mnie kocha. On jest z innego po­kolenia, a mnie sprawiało przyjemność patrzenie, jak się trochę przełamuje. Kilka lat później znów do niego mówię: „Ty, ojciec, kochasz mnie?”. Popatrzył i mówi: „Kocham cię i daj mi święty spokój”. Ja synowi mówię kilkadziesiąt razy dziennie, że go ko­cham. Ale jestem inny niż ojciec. Jednak nigdy nie będę go winił za to, że nie wyrażał uczuć w taki sposób, jak robią to nowocześ­ni ojcowie. Zawsze traktował mnie po żołniersku, wprowadzał dyscyplinę, mówił: zrobimy to czy tamto, pójdziesz tutaj; takie uporządkowanie. Czułość przekazywała mama.
Jeździ pan jeszcze motocyklem?
- Nie, żona zakazała. Powiedziała: „Słuchaj, możesz mieć tylko jedną miłość w życiu, wybieraj”. Bardzo brakuje mi jazdy moto­rem, często o tym marzę, ale tego nie zrobię. Obiecałem rodzi­com i żonie, że już nie narażę ich na takie cierpienie. Sprawiłem im wiele przykrości.
Myślał pan po wypadku, żeby rzucić politykę?
- Wręcz przeciwnie, chciałem działać ze zdwojoną siłą. Wróci­łem do pracy w Parlamencie Europejskim po pół roku od wy­padku, to była dla mnie swego rodzaju rehabilitacja. Pamiętam pierwszą podróż do Brukseli, miałem przesiadkę we Frankfur­cie i w autobusie na lotnisku miałem w oczach łzy, tak mnie bo­lały plecy. Jak przyjechałem na miejsce, to zdałem sobie sprawę, że nie może być nic lepszego niż wpaść w wir pracy. Na począt­ku byłem słaby, potrzebowałem przerw, nawet drzemek w ciągu dnia, żeby się doładować, ale to było dla mnie najlepsze. Nie my­ślałem o tym, co się stało.
Pamięta pan coś z tego wypadku?
- Nic nie pamiętam. Znam opis z raportu policyjnego. Może to i dobrze, bo połamałem 38 kości. Czasami człowiek bloku­je w głowie takie rzeczy i dzięki temu jest uratowany przed cierpieniem.
Obudził się pan po dwóch tygodniach śpiączki i co?
- W pokoju byli moi amerykańscy rodzice, przylecieli jeszcze przed moimi, którzy jechali z Gdańska. Gdy wyjechałem do USA nauczyć się języka, to trafiłem do rodziny, która nie mówiła ani zdania po polsku, a ja nie mówiłem ani zdania po angielsku, ale tak najłatwiej jest nauczyć się języka. Oni mnie praktycznie za­adoptowali, bardzo się zżyliśmy.
Co to za rodzina?
- Gdy ojciec był prezydentem, do Polski przyjechał amerykański biznesmen David Chase, Żyd, którego w czasie II wojny świato­wej wywieźli w walizce z Polski i tylko dlatego przeżył. Po 1989 roku przyjechał do kraju, żeby tu inwestować. Zapytał mojego ojca, czy chciałby wysłać synów do USA, do jego współpracow­ników, żeby nauczyli się języka. Ja pojechałem do jednej z tych rodzin, a Sławek do drugiej. Mój amerykański ojciec pracował w biurze pana Chase’a, a amerykańska mama zajmowała się do­mem, później była pielęgniarką.
Wtedy w szpitalu zacząłem ich pytać, co tu robią, co się stało. W pokoju byli jeszcze moi bratankowie, myśleli, że po wypad­ku coś mi się w głowie przestawiło i teraz będę mówił już tylko po angielsku.
Na początku był szok, byłem sparaliżowany. Przez kilka tygodni w ogóle się nie ruszałem. Przez trzy miesiące leżałem na plecach. To jest niebywałe uczucie, odczłowieczające. Zawsze byłem bar­dzo samodzielny, starałem się wszystko robić sam, a tu nie mo­głem nawet sam załatwić potrzeb fizjologicznych, umyć zębów. Ręce miałem połamane, nogi połamane, kręgosłup złamany, czaszka pęknięta. Kilka dni później przyszedł lekarz i mówi: „Ma pan złamany kręgosłup”. Myślę: „O Jezu, to koniec. Do koń­ca życia będę na wózku”. Ale lekarz powiedział, że rdzeń nie jest przerwany, więc może będzie dobrze. Każdy dzień to było zdoby­wanie milimetrów ruchu w nadgarstku.
Był taki moment, że pomyślał pan, że lepiej by było, gdyby pan nie przeżył?
- Miałem chwile załamania, pamiętam dokładnie, to było po operacji rąk - trzy dni po moich urodzinach, dwa tygodnie po wypadku. Nie mogłem spać drugą czy trzecią noc, w szpitalu ograniczali mi już morfinę, żebym się nie uzależnił. Byłem w fa­talnym stanie psychicznym i fizycznym, bolało mnie wszystko, nie mogłem zasnąć, skupić się. Trzeciego dnia, kiedy rozmawia­łem z ludźmi, to łzy ciekły mi z oczu, nie byłem w stanie się opa­nować. Poprosiłem lekarzy, żeby zawołali psychologa. Przepisał mi leki. Przespałem się tej nocy i już było dobrze. Wtedy pomy­ślałem, że to cierpienie, ten ból, to jest moje życie.
I że już tak będzie zawsze?
- Tak, z tym bólem to jest tak, że musiałem się go nauczyć. Te­raz siedzę z panią, może tego nie widać, ale kręgosłup czuję. Za­stanawiam się, jakby zwykły człowiek, który nie czuje tego co ja, nagle poczuł ten ból. Jakby to odczuł.
Jaki to jest ból?
- Od średniego do okropnego. Najgorszy jest grudzień i styczeń. Wtedy pogoda daje mi się we znaki.
Policzył pan blizny?
- Miałem 17-18 operacji, więc mam blizny wszędzie, zaczyna­jąc od stóp, kolana, biodra, nadgarstki, przedramię, kręgosłup, żebra, tylko twarz mi została bez blizn. Jeszcze w zeszłym roku miałem zapalenie woreczka żółciowego, więc żołądek też został zaznaczony. To nie jest miły widok. Gdy idę na basen, to staram się nie straszyć ludzi, chodzę w koszulce.
Może pan pływać?
- Pływam, ale nie mogę zgiąć i wyprostować do końca prawej ręki, nie przeżegnam się. Już to zaakceptowałem, można się przyzwyczaić. Po gimnastyce sportowej byłem mistrzem i pa­nem świata, a teraz po prostu mam ograniczenia, zwłaszcza przy zabawie z synkiem to czuć.
Po wypadku kto był najbliżej?
- Moja dziewczyna Ewelina, dziś żona. Do niej zresztą jecha­łem do Warszawy wtedy, gdy doszło do wypadku. Była przy moim łóżku codziennie, przez wiele godzin, trzymała mnie za rękę, dokarmiała mnie, bo jak wychodziłem ze szpitala, to wa­żyłem chyba 56 kg.
A teraz?
- 77 kg, trochę się koszula nie dopina, ale jest OK.
Co wypadek zmienił w pana życiu?
- To jest tak traumatyczne wydarzenie, że każdy aspekt mojego życia, szczególnie przez pierwsze sześć miesięcy, musiałem oce­niać na podstawie tego, co się wydarzyło. Czy będę w stanie wstać z łóżka, ubrać się? Zawiązać krawat? Bo przecież miałem rękę spa­raliżowaną. To wszystko wymagało niesamowitej woli. Człowiek całe życie jest praworęczny, a tu nagle trzeba używać lewej ręki. Dojrzałem, zacząłem myśleć o swojej śmiertelności. Do wypad­ku nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zostałem wychowany w katolickiej rodzinie, nigdy nie miałem wątpliwości, że moja dusza jest nieśmiertelna. Wiedziałem, że umrę, ale będę istniał dalej. Wypadek, niestety, zmienił mnie na gorsze pod tym wzglę­dem. Zacząłem się zastanawiać: a co, jeżeli moje życie na ziemi jest wszystkim, co mam? Co, jeżeli nie ma życia po śmierci?
Zwątpił pan w Boga?
- Nie, modliłem się przez cały czas. Do szpitala przychodził do mnie ksiądz, zresztą o PiS-owskich poglądach, ale sympatyczny. Dał mi nawet ostatnie namaszczenie. W dalszym ciągu wierzę w istotę wyższą, ale te myśli o własnej śmiertelności są bardzo natrętne. Myślę, że wraz ze śmiercią kończy się pewien rozdział. A skoro tak, to trzeba życie przeżyć najpełniej, jak się da.
Dlatego się pan ożenił?
- Zakochałem się. Oświadczyłem się mojej żonie, mamy wspa­niałego synka. Przed wypadkiem byłem typem samotnika, nie myślałem o ożenku i rodzinie. A ten wypadek kazał mi się zasta­nowić. Może jak będę dobrym ojcem dla mojego syna, dobrze go wychowam, to będę żył w nim.
Pański ojciec był strasznie zły o ten motor...
- Mój ojciec bardzo się o mnie bał, był tak przerażony, że był aż sparaliżowany. Bał się mnie dotknąć po wypadku, żeby mnie nie skrzywdzić, bo byłem taki poharatany, to było bardzo słodkie. Miał oczywiście pretensje, ale nie chcę tego pamiętać.
Jak Lech Wałęsa znosi ataki, że jest „Bolkiem”? Po ujawnieniu opinii grafologów, że na dokumentach są jego podpisy, zniknął z mediów.
- Ojciec jest zaszczuty, niemal za każdym razem, kiedy się spo­tykamy, zwłaszcza jak coś nowego pojawia się w prasie czy mediach, to on mówi: „Wiesz, Jarek, to było tak, ale daj mi to wy­tłumaczyć”. Ja mu odpowiadam: „Po co chcesz mi to, ojciec, tłu­maczyć, przecież ja wiem, już mi to mówiłeś, do czego chcesz przekonywać własnego syna?”. Na pewno nie jestem obiektyw­ny, ale też staram się analizować dokumenty z szafy Kiszczaka i uważam, że IPN to jest polityczne narzędzie. Najlepiej by było, jakby Instytut w ogóle nie istniał.
Ale istnieje.
- To może należałoby zapytać prezesa i naukowców albo pseu­donaukowców z tego Instytutu, kiedy napiszą książkę o Lechu Wałęsie, o jego niebywałym przywództwie w latach 80., o tym, jak musiał walczyć nie tylko z komuną, ale też z tymi radykal­nymi odłamami Solidarności, które chciały iść na noże. O tym, jak on pięknie potrafił to prowadzić, żeby nie było przelewu krwi, żebyśmy potrafili rozwiązywać to pokojowo. Gdzie jest taka publikacja IPN?
Dlaczego jej nie ma?
- No właśnie, dlaczego jej nie ma? Dlaczego oni się skoncentro­wali na jednym wątku, rozbudowali go nieproporcjonalnie i to jest koniec. To jest opowieść IPN o Lechu Wałęsie. Nie przywód­ca Solidarności, tylko młody robotnik, który w latach 70. coś tam podpisał i donosił później albo wysyłał swoich kolegów do więzienia. To jest niebywałe draństwo, to jest nie fair w stosunku do mojego ojca. Trzeba głośno o tym mówić i ja staram się to mówić przy każdej okazji.
Część osób uważa, że gdyby Lech Wałęsa kiedyś przyznał się do współpracy z SB i przeprosił, to nie byłoby sprawy, ale on cały czas się wypiera.
- Ojciec mówił, że coś podpisał, ale za to nie przeprasza. Ja też bym nie przepraszał, nie w tamtym czasie. Teraz nowi bohate­rowie się tworzą i próbują udowodnić coś mojemu ojcu. Gdzie oni byli w latach 70. czy 80., kiedy naprawdę ważyły się losy na­szego kraju. Nie potępiałbym mojego ojca z tego powodu, rozu­miem go i nie oczekuję, że będzie przepraszał za coś, za co nie powinien przepraszać.
Jak ta nagonka na Lecha Wałęsę zmieniła życie waszej rodziny?
- Atak na ojca przenosi się też na moją mamę, ona także czuje się atakowana. Po części uważa, że to, co ojciec robił w tamtym czasie, to tak, jakby ona też robiła. Zajmowała się nami w domu, ale dzięki temu ojciec mógł realizować swoje obowiązki poza do­mem. To jest bolesne patrzeć na moich rodziców, którzy powinni cieszyć się z wnuków i z tego, co udało im się osiągnąć w Polsce, a tymczasem muszą przeżywać takie rzeczy.
Ojciec zatruwa się tym, co piszą hejterzy w internecie?
- No pewnie. Czyta wynurzenia anonimowych internautów i się nakręca. Zawsze go błagam, żeby tego nie robił. Ale on czasa­mi odpowiada na te bzdurne zarzuty, chociaż nie powinien tego robić. Wszyscy już wiemy, że internet jest brutalny i większość tych komentarzy nie zasługuje na uwagę.
A pan się potrafi odciąć od tej nagonki?
- Boli mnie to strasznie, że tak jest traktowany jeden z boha­terów nowoczesnej Polski. Wiemy, że ojciec ma bardzo trudny charakter, ale jednak jest bohaterem narodowym, zaprowadził nas do wolnej Polski. A teraz obecna władza uczy młodych ludzi, że to wszystko było nieważne. Mówi, że to był fałsz, a prawdziwi bohaterowie byli gdzie indziej. To jest bardzo niewychowawcze, mojemu ojcu należy się szacunek.
Po co Lech Wałęsa jeszcze walczy, zamawia własne ekspertyzy grafologiczne? Polska jest tak podzielona, że dla jednych już zawsze będzie „Bolkiem”, a dla innych bohaterem.
- Mój ojciec zawsze będzie walczył, zawsze będzie wojowni­kiem, który nigdy nie spocznie. Czasami, jak wraca po podróży z wykładami, to mówi, że jest już zmęczony, ale ja sam mu mó­wię, że nie ma mowy o emeryturze. Bo wiem, że on wtedy pod­upadnie na zdrowiu i zaraz zejdzie z tego świata.
Będzie pan kandydował na prezydenta Gdańska?
- Deklarowałem jakiś czas temu, że chciałbym wrócić do Gdań­ska, bo to jest moje miejsce na ziemi. Chcę stanąć w wyborach samorządowych i dać się ocenić wyborcom, czy chcieliby mnie zatrudnić na prezydenta miasta, ciągle to podtrzymuję. Je­śli uzyskam poparcie PO, to wystartuję. Teraz mam jeszcze obowiązki w Brukseli, muszę dokończyć kilka raportów, a z tą władzą nigdy nie wiadomo, wybory samorządowe mogą być w każdej chwili.
Jak pan myśli, o co chodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu?
- O zemstę. Jestem przekonany, że trauma, którą przeżył Ka­czyński, wpłynęła na jego psychikę. Tak mocno wyprowadziła go z równowagi psychicznej, że podejmuje decyzje z nienawi­ści, ze złości, z zemsty. Nie interesuje go już nic poza tym, żeby jego partia była silna dla samej władzy, żeby jego wrogowie zo­stali uwięzieni, stłamszeni, poniżeni. Nieważne, że Polska pła­ci i będzie płaciła za to wysoką cenę. Dlatego uważam, że tam jest jakaś nierównowaga psychiczna.
On sobie nie zdaje sprawy, że ta jego fobia, ta jego nienawiść ciągnie nas w dół w oczach świata.
Czy tłumaczenie tego wszystkiego psychologią nie jest zbyt proste?
- A jakie może być inne wytłumaczenie?
Że to jest cyniczna kalkulacja, żeby konsolidować elektorat nienawistnymi hasłami.
- Nie, bo Jarosław Kaczyński nie ma nic. Ja naprawdę temu człowiekowi współczuję. Cokolwiek miał na świecie, co mógłby przyłożyć do serca, to stracił w tym samolocie. Jemu tylko to zo­staje - konsolidacja elektoratu i zemsta na wrogach. On nie ma nic innego. Jakby mu się teraz to odebrało, to co by mu zostało? To jest naprawdę ubogi człowiek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz